23 października 2026

Darkthrone – Pre-Historic Metal [2026]

Darkthrone - Pre-Historic Metal recenzja reviewHa! A miałem napisać o innej płycie tych dwóch leśnych dziadków, ale najnowsze dzieło Norwegów wymaga natychmiastowej interwencji. Pre-Historic Metal to, o ile dobrze liczę, 22-ga pełnowymiarowa płyta, zatem co tu można jeszcze wycisnąć? Zobaczmy… a raczej posłuchajmy.

Płyta zawiera 8 utworów składających się na niecałe 42 minuty muzyki. Pośród tych kawałków znajdziemy jeden instrumentalny oraz (co chyba staje się zwyczajem) kolejną część „Eon” o cyfrze 4.

Już sama okładka (podobnie jak na „Astral Fortress”) jest nieco… z dupy? Może bardziej dla beki. Szatański, leśny dziadek z widłami w trakcie składania ofiary z dziewicy (a może to radość po udanym wyczyszczeniu stajni?). W każdym razie, strach się bać.

Album otwiera nam „They Found One of My Graves”. Norwedzy poszli w klimaty heavy metalowe/rockowe, co zresztą sugeruje nazwa albumu. Nóżka nawet zrobi tup-tup. Na słuch rzuca się z pewnością produkcja. Też jest prehistoryczna, przez co utwory brzmią jak dobrze odpicowana demówka. Czy to wada czy zaleta, zależy od słuchacza. Rozumiem zamysł i niech tak będzie. Dla tzw. klimatu, no ale dalej panowie, dalej, niech coś się rozkręci.

Tytułowy „Pre-Historic Metal” to hołd dla pana Kinga Diamonda. „Cudowne” falsety, chyba, Fenriza powodują krwawienie uszu. Na szczęście pojawiają się rzadko. Muzycznie trochę przyśpieszyliśmy, ale nadal bamboszów nam nie wyrwie. No i teledysk…

„Siberian Thaw” to hołd dla Black Sabbath, więc mamy tutaj wolniejsze tempo, które oceniłbym na wręcz usypiające, a sam numer trwa niemal 7 minut… Next. „Deeply Rooted”… jest. Coś tam śpiewają sobie panowie, coś tam brzdąkają… No właśnie, panowie. Fenriz coraz bardziej mnie wkurza wciskaniem swoich wokali. Charakterystyczny śpiew Nocturno jest najmocniejszym punktem albumu, więc mógłby się nie wpierdalać. Tylko chuj z tego, skoro z każdym następnym kawałkiem mam chęć wyłączyć album? Ten styl wolno-rockowo po prostu do mnie nie przemawia. Oczywistym jest, że takowe granie znajdzie swoje grono, ale u mnie Pre-Historic Metal będzie jedynie zbierał kurz na półce, a próbowałem wiele razy znaleźć w tej płycie „to coś”. Niestety bezskutecznie. A utwór „So I Marched to The Sunken Empire”, mam nadzieję, nie zapowiada nam kolejnej płyty w stylu ambientu…

Podsumowując. Widzę pewien (z dupy zapewne wzięty) wzór. Co druga płyta od czasów „Eternal Hails......” jest tą gorszą. „Astral Fortress” była niezła, ale „It Beckons Us All.......” jest od niej lepsza. No i teraz Pre-Historic Metal… Tworzy się tu matematyczna sinusoida. Pozostaje zatem nadzieja, że następna płytka Norwegów będzie przynajmniej dobra. Do tego czasu pozostaje mi kontynuować modły do Rogatego, aby natchnął tych dwóch mroźnych dziadów do grania death metalowego, bo chyba spenetrowali już każdy innych gatunek godny Darkthrone. Nie spodziewam się, że zaczną grać metal gotycki, symfoniczny czy power…

PS. Plusik za okładkę. Jest tak chujowa, że aż dobra!


ocena: 4,5/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Darkthroneofficial

inne płyty tego wykonawcy:


19 października 2026

Gaerea – Loss [2026]

Gaerea - Loss recenzja reviewSłuchając „Coma”, podskórnie wyczuwałem, że muzykę Gaerea niedługo czekają istotne zmiany, być może nawet przesądzające o dalszych losach zespołu. Te przypuszczenia znalazły potwierdzenie już w pierwszych zapowiedziach Loss, w których było dużo mętnego rozprawiania o jakiejś „nowej drodze”, co nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. A że to wszystko zbiegło się w czasie z awansem do Century Media… Kto chce, może połączyć sobie kropki; przypuszczalnie wyjdzie mu kutas, żeby nie powiedzieć – chuj. Chuj, który strzeli nieświadomego słuchacza w 90 sekund po odpaleniu płyty.

Oprócz rozwodzenia się o „nowej drodze”, w materiałach poprzedzających Loss sporo miejsca poświęcono tematowi „powrotu do korzeni”, co dawało trochę do myślenia, bo jedno z drugim trudno logicznie pospinać. Cały myk polega na tym, że wspomniane korzenie nie dotyczyły wcale black metalu, a młodzieńczych lat lidera Gaerea i jego ówczesnych fascynacji metal corem. Fascynacji, które postanowił z niewiadomych (tzn. nieprzemawiających do mnie) względów odświeżyć i wymieszać z tym, z czego jego zespół zasłynął. Dobrze widzicie, Loss to jedyny w swoim rodzaju (i oby ostatni!) mariaż ekstremalnego black metalu, metalcore’owych hopsasańców, nu-metalowego zawodzenia i post-metalowego pitolonka, który teoretycznie ma jeszcze większy potencjał komercyjny niż „Coma”, ale w praktyce może skutecznie odstraszyć fanów każdego z tych gatunków.

Nie wykluczam tego, że zaprezentowana na Loss mieszanka jest zrobiona dobrze — bo na pewno jest podana bardzo profesjonalnie — i charakteryzuje się pewną oryginalnością, jednak w tej formie zupełnie do mnie nie przemawia i nie widzę dla niej uzasadnienia. Za dużo tu elementów z różnych stylistyk, które nijak do siebie nie pasują, nie pozwalają się skupić i tylko utrudniają odbiór płyty. O ile wpływy metal core w muzyce Gaerea co do zasady nie są złe (tzn. nie wszystkie, głównie te dotyczące rytmiki – jak „Luminary” czy „Hellbound”), bo w ciekawy sposób ją urozmaicają, to w wokalach (te ugrzecznione wrzaski…) każdorazowo doprowadzają do szału. Jeszcze gorzej robi się, gdy Gaerea zaczynają smęcić, mędzić i stękać na nu-/post-metalową modłę – te partie dla mnie są już kompletnie niezjadliwe.

Najgorsze jest jednak to, że muzycy Gaerea wcale nie zapomnieli o intensywnym graniu — szybkim, agresywnym i wbrew pozorom bogato zaaranżowanym — w którym są naprawdę świetni i którym potrafią zaimponować, ale w skali całego albumu sięgają po nie zdecydowanie zbyt rzadko – do tego stopnia, że ani jeden (!) spośród dziewięciu utworów na Loss nie jest na nim oparty, każdy ma jakieś zmiękczające/zniechęcające mankamenty. Lepiej nie podliczać, jaki procent materiału stanowi czysta sieczka, bo wynik mógłby załamać. Żeby posłuchać czegoś fajnego, trzeba się wykazać cierpliwością i wysoką odpornością na rozmemłane dźwięki; tylko wtedy można docenić fragmenty (fragmenty!) „Hellbound”, „Uncontrolled”, „Submerged”, „Luminary” czy „Phoenix”.

Jeśli rynek pozytywnie zweryfikuje Loss — czego się nie spodziewam, ale mogę się zdziwić i pewnie się zdziwię — i tym samym utwierdzi zespół w słuszności tej „nowej drogi”, będzie to dla mnie sygnał, żeby bez żalu odpuścić sobie kontakt z kolejnymi płytami Gaerea. W tej chwili lubię ich już tylko siłą rozpędu.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.gaerea.com

inne płyty tego wykonawcy:








9 października 2026

Gorgasm – Orgy Of Murder [2011]

Gorgasm - Orgy Of Murder recenzja reviewDwie wydane w krótkim odstępie czasu znakomite płyty powinny w zupełności wystarczyć, żeby uczynić z Gorgasm światowego formatu gwiazdę brutalnego death metalu. No i cóż, zespół w jakimś tam stopniu zauważono, tu i ówdzie trochę się nawet o nim mówiło, jednak z całą pewnością nie doczekał się tak entuzjastycznych reakcji, na jakie zasługiwał. Innymi słowy: rozczarowanie. Później przyszły problemy z ustabilizowaniem składu i nierzetelnością wytwórni, co przełożyło się na ogólne zniechęcenie Amerykanów do grania i koniec końców doprowadziło do zawieszenia przez nich działalności. Nie na długo. Po niespełna dwóch latach wrócili. Odmienieni.

Przez pierwszą dekadę działalności Gorgasm dorobił się może nie bardzo oryginalnego, ale na pewno w mig rozpoznawalnego stylu, a tymczasem to, co słychać na Orgy Of Murder, sprawia wrażenie nie do końca określonego czy przemyślanego – jakby Amerykanie dopiero próbowali tu znaleźć jakiś pomysł na siebie albo pracowali w dużym pośpiechu. Z trudnych do wytłumaczenia względów między drugim a trzecim krążkiem zespół stracił coś ze swojej tożsamości i wyrazistości. Sam materiał jest wolniejszy, prostszy, mniej brutalny i chwytliwy od dwóch poprzednich, a przy okazji brzmi odczuwalnie słabiej – surowo i undergroundowo, choć niezaprzeczalnie selektywnie.

Mnie najbardziej na Orgy Of Murder boli ograniczenie tych wszystkich technicznych zagrywek, do których od zawsze wzdychałem u Gorgasm – pokręconych riffów, melodyjnych solówek czy nietypowo poprowadzonych partii basu. To nie tak, że nagle te elementy zniknęły z twórczości zespołu, ale występują w zdecydowanie mniejszym natężeniu i w większości nie są tak efektowne, jak jeszcze kilka lat wcześniej. Co gorsza, przestrzenie między nimi zostały „uzupełnione” dość typową brutal-death’ową sieczką/mielonką, którą można przypisać wieeelu innym grupom albo nawiązaniami do klasyków (jak do Deicide w „Silence Follows Dismemberment”). Tak na dobrą sprawę trzeba dwóch kawałków z Orgy Of Murder, żeby wydobyć z nich tyle esencji Gorgasm, ile zawierał jeden numer z „Bleeding Profusely” czy „Masticate To Dominate”…

Narzekam na Orgy Of Murder, jakby Amerykanie nagrali co najmniej niesłuchalnego gniota, a tak bynajmniej nie jest. Ten krótki (29 minut) album oferuje kilka naprawdę udanych i kopiących po dupie utworów, spośród których najokazalej wypada rozbudowany „Exhibit Of Repugnance”. Gdyby cały krążek trzymał taki poziom, o jękach niezadowolenia nie byłoby mowy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AnalSkewer

inne płyty tego wykonawcy:

4 października 2026

Blood Incantation – All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) [2026]

Blood Incantation - All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) recenzja reviewNie ukrywam, że z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi skupić na czymś uwagę, pewne rzeczy/zjawiska zwyczajnie mi umykają, a pamięć płata figle w najmniej odpowiednich momentach. Mimo wszystko chyyyba nie jest ze mną aż tak źle, żebym nie mógł wychwycić wydarzeń rangi epokowej. Ot, choćby takich, jak osiągnięcie przez Blood Incantation statusu Metallicy. Że co, że niby nic takiego nie nastąpiło? Jak w takim razie wytłumaczyć wydanie All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack)? Agresywną kampanią promocyjną? Fanaberią? Odklejką? Moja odpowiedź jest następująca: wszystkim po trochu.

Na początek trochę suchych faktów, by w ogóle dookreślić, czym jest to przedziwne wydawnictwo, bo na pierwszy (i drugi, i kolejne…) rzut oka trudno stwierdzić, co tu jest ważniejsze — cedek czy blurej — i co robi za dodatek do czego. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) składa się z dwóch płyt — opcję didżital pominę pełnym pogardy milczeniem — które były uzupełnieniem wypasionej, „artbookowej” wersji „Absolute Elsewhere” – czymś, co miało skłonić największych fanów Blood Incantation do wywalenia za album kilku stówek więcej. Pierwszy krążek, audio, to godzina ambientowych odgłosów, które mają służyć za „muzyczny” podkład przy oglądaniu zawartości drugiego – z filmem dokumentalnym o okolicznościach powstawania „Absolute Elsewhere”. Jako bonus do tego wydanego osobno bonusa dorzucono klipy do „Obliquity Of The Ecliptic”, „Luminescent Bridge” i „The Stargate” oraz peany pochwalne pod adresem zespołu we wkładce.

W multiwersum Blood Incantation czas płynie inaczej i naprawdę niewiele rzeczy trzyma się kupy, więc nikogo nie powinno dziwić, że danie główne tego wydawnictwa, bezwartościowe ambienty [koniec recenzji płyty audio], zostały „skomponowane” i nagrane jeszcze przed wydaniem „Timewave Zero”, gdy sesji „Absolute Elsewhere”, do której mają być tłem, nie było nawet w planach. Film dokumentalny — bo przecież nie jakiś tam przyziemny raport ze studia, oj nie! — został podzielony na pięć części (przygotowania, studio, nagrania, inspiracje, współpraca), w których przybliżono cały proces powstawania i koncept stojący za „Absolute Elsewhere”, co trochę pomaga zrozumieć, czym kierowali się muzycy i czemu ta płyta brzmi tak a nie inaczej, jednak na pewno nie wpływa na jej postrzeganie.

Jak dla mnie za dużo w tym dokumencie pierdolenia o Chopinie (albo Szopenie – niech w Rzeszowie też wiedzą, o kim mowa), zachwytów nad sobą i rozpaczliwego dorabiania ideologii do nietrafionych pomysłów, a za mało rozmów o sprzęcie (tym do grania, nie do wydawania odgłosów) i stronie technicznej przedsięwzięcia. Ponadto wyraźnie widać, że Blood Incantation nie potrafią pogodzić się z chłodnym odbiorem „Timewave Zero”, więc próbują bronić czegoś, czego obronić się nie da, brnąc w coraz to większe hipisowskie brednie. Trawa w połączeniu z przesyconym artyzmem powietrzem Kreuzberga i wegańskim żarciem musi nieźle ryć beret… Komische Musik… taaa, kurwa, jasne… Teledyski jak teledyski, ot miło, że są w jednym miejscu.

Blood Incantation w krótkim czasie stali się jedną z większych sensacji na deathmetalowej scenie, jednak przy obecnym podejściu do fanów i ich portfeli czeka ich szybki i bolesny upadek. All Gates Open: In Search Of Absolute Elsewhere (Original Motion Picture Soundtrack) rzucono luzem na rynek tylko po to, żeby do reszty zmonetaryzować wydany dwa lata temu materiał. Mydlenie ludziom oczu gadką o wszechstronności i wolności artystycznej jest zwykłą kpiną.


ocena: 2,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: facebook.com/BloodIncantationOfficial

inne płyty tego wykonawcy: