Są takie dzieła, które ciężko jednoznacznie ocenić. Zwłaszcza jeśli w czasie naszej podróży, zwanej powszechnie życiem, idee, system wartości czy wyznawane przekonania ulegają, jeżeli nie zmianom, to pewnym modyfikacjom. Cały ten proces ma miejsce dzięki tajemniczemu składnikowi nazwanym doświadczeniem. Dzięki przeżywaniu i doświadczaniu, coś co kiedyś uważaliśmy za arcydzieło, ulega degradacji, a czasami coś, co przez lata uważaliśmy za jakiś średniak, nagle urasta do rangi co najmniej „wow, nie tak to sobie zapamiętałem”. To co tyczy się arcydzieł stanowi magię ich nieśmiertelności. To znaczy, pamiętamy jak usłyszeliśmy jakąś płytę około 20 lat temu i obecnie wzbudza w nas te same pozytywne emocje. Nieważne, że wiemy lepiej, rozumiemy więcej, jesteśmy mądrzejsi (przeważnie), a jakieś dzieło nadal rozwala nas na łopatki. Takie twory chyba spokojnie możemy nazwać arcydziełami. Rzecz jasna arcydziełem dla nas. To bardzo subiektywne spojrzenie, bo zapewne każdy ma inną definicję owego pojęcia. Jest wszelako jeszcze jedna miara, czysto obiektywna. Ciężar historyczny. Przecież nie każda płyta, która wyszła w minionym wieku miała wpływ na swój gatunek. De Mysteriis Dom Sathanas tę wagę posiada. Dlaczego? Dlatego, że debiut Mayhem to nie tylko pierwsza duża płyta Norwegów, ale też płyta naznaczona krwią. Krwią jednego z założycieli nazywającego się Øystein Aarseth ps. Euronymous. Ojca zespołu, który tego debiutu nie dożył. Nie jestem tutaj, by oceniać postacie Euronymousa i Varga, ale to co między nimi się wydarzyło wpłynęło także na De Mysteriis Dom Sathanas, choćby w tym że usunięty z „credistów” został ów Varg odpowiedzialny za bas.
Moja prywatna droga z tym albumem jest burzliwa niczym związki Ridge’a z „Mody na Sukces.” Od uwielbienia (to jedna z pierwszym zakupionych płyt) po odrzucenie i zapomnienie na lata. Teraz postanowiłem odkurzyć ten materiał i przynajmniej spróbować jak najbardziej obiektywnie sprawdzić, czy historycznemu ciężarowi tego krążka dorównuje muzyka.
Okładkę przedstawiającą katedrę w Nidaros na niebiesko-czarnym tle zna chyba każdy tytułujący się metalowcem człowiek. Osiem utworów składa się na 46 minut muzyki.
Przywita nas „Funeral Fog”. Wrzynające się gitary i rytmiczna perkusja nastrajają na nadciągający mrok. Grubo po ponad minucie wejdzie wokal Węgra Attily. Myślę, że jest to pewnego rodzaju ściana. Od tego wokalu można się odbić. Trudno ten śpiew nawet opisać. Jęk przez zaciśnięte zęby? Coś co lata temu mi przeszkadzało i do dziś mnie nie przekonuje. Muzyka tak doskonale mi znana, niemal jak pamięć mięśniowa, nadal iskrzy z wokalem. „Freezing Moon” to czysty klasyk. Początku, aż wstyd nie znać. Nie będę się rozpisywać nad kolejnymi kultowym utworami, bo bym się powtarzał. Muzyka majstersztyk, wokal raz lepiej, raz gorzej. Nie przekonam się do niego zapewne nigdy. Co prawda na najnowszych dziełach Mayhem zacząłem się z Attilą i jego śpiewem „dogadywać”, ale zapewne to wynik wieku wokalisty i tego, że lata potrafią zmieniać ton, barwę czy styl śpiewu. Skupię się zatem na całości De Mysteriis Dom Sathanas. Bez wątpienia jest to płyta głęboka. Musimy poświęcić jej czas. Odpalenie jej za dnia podczas np. mycia podłogi, żeby leciała w tle to czystej krwi bluźnierstwo. Cisza, mrok wokół, ew. zapalone świece dla klimatu to odpowiednie nastawienie. De Mysteriis Dom Sathanas odwdzięczy się nam świetną, mroczną i klimatyczną oprawą, a kto wie może i się wokal spodoba? Przecież to odczucie czysto subiektywne. Milionom ludzi się podoba, więc coś w tym musi być. Warto też zaznaczyć zaangażowanie Węgra. Oglądając program o powstaniu tej płyty wspominał, że nagrywając wokale zamykał się w pokoju nagrań, odpalał czarne świece i chłonął mrok by móc go „oddać” w liniach wokalnych.
Zatem jak ocenić tę płytę? Powrót po latach utwierdził mnie w przekonaniu, że jest ona z pewnością dobra. Nie jest dla mnie arcydziełem, bo takowe już wcześniej u nich powstało, o czym na końcu krótko napiszę. Ocena według mnie nie powinna być niższa niż ta szatańska, szemrana szóstka. Za oddanie czarnych serc przy nagraniach, za wagę historyczną albumu, za przelaną krew, ale też za wyśmienite utwory muzyczne, które weszły do kanonu black metalu. Czy można płycie dać 10? I to jeszcze jak! De Mysteriis Dom Sathanas ma wszelkie ku temu zadatki i tylko nad nas zależy, czy pochłonie nas mrok całkowicie.
Osobiście uważam, że Euronymous byłby zadowolony z debiutu. A tym bardziej ze statusu jaki Mayhem ma w tej chwili. Ja jednak, jak napisałem wyżej, za arcydzieło uważam wydaną rok wcześniej koncertówkę „Live in Leipzig”. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Wokal. To jednakże opowieść na inny czas. Cytując i modyfikując nieco klasyka filmowego: „Who’s Dead? – Dead is dead, baby. Dead is dead”.
ocena: 7/10
Lukas
oficjalna strona: www.thetruemayhem.com
inne płyty tego wykonawcy:




Kurde, pierwszy akapit to chyba nawet skopiuję na prywatny użytek. Mam dokładnie takie przemyślenia od lat, ale nigdy nie potrafiłbym ich ubrać w tak pięknie skondensowane słowa. Jedyny "haczyk" w tym wywodzie jest chyba taki, że w przypadku niektórych pozycji ocena ich wartości może zataczać nieustanny krąg. Bo to co kiedyś uważaliśmy za bezwartościowy szajs, a później (w wyniku nabycia owego doświadczenia) staje się arcydziełem, nie oznacza, że to jest proces skończony. Nie wykluczam bowiem, że np. za kolejne 10 lat, to "arcydzieło" znów zdegradujemy do pozycji średniaka. Ja tak miałem z kilkoma albumami. Ale to miało też związek ze zmieniającym się wektorem zainteresowań. Miałem różne fazy w swoim metalowym życiu - kiedyś bardziej wchodziłem w black (krótko), później w funeral doom, w tzw. międzyczasie zafascynowałem się na jakiś czas post-metalem. Wiele krążków przeszło właśnie takie fazy - od średniego zainteresowania, poprzez uwielbienie, a obecnie znów zbierają kurz na półkach. Tak tylko sobie pomyślałem....
OdpowiedzUsuńA co do Mayhem. Nigdy nie rozumiałem kultowości tego materiału. Kilka razy się z nim mierzyłem, bo przecież tylu fanów nie może się mylić. Nigdy nie zaiskrzyło. Wiem, że to herezja w powszechnym odczuciu, ale dla mnie ta płyta nic nie znaczy. O wiele bardziej podobały mi się pierwsze albumy Marduk, czy Dark Funeral. No ale .... ja na black metalu się niezbyt znam i niezbyt się w nim lubuję, więc opinia osoby ulepionej z death metalowej gliny o tym właśnie krążku nie ma chyba większej wartości.
Pozdro w nowym roku i owocnej pracy życzę.
Powiem coś osobistego - wychowałęm się na De Mysteriis Dom Sathanas. To jest płyta 10/10. Problem polega na tym, że fani Black Metalu czują wyższość nad innymi fanami. Ja poza Black Metalem, najpierw kochałem Thrash Metal, a potem ewoluowałem w Death Metal (Obituary - dzięki demo i samplom z Frozen in Time). Uczciwie mówiąc, Mayhem to jest kapela 10/10, ale jednocześnie, stworzyli taki rak, że dzisiaj, po 20 latach, oceniam ich 0/10.
OdpowiedzUsuńMamy Black Metal Month, w kilku sub-kulturach internetowych. A gdzie jest miejsce dla innych gatunków? Ma się wrażenie, że ludzie słuchający Black Metalu mają wywalone na resztę. Ale jednocześnie są pierwsi, żeby kogoś oceniać, kto jest pozerem, a kto nie.
Kilka mądrości fanów Black Metalu:
Fani Black Metalu nie robią pogo na koncertach, bo to rak. Zamiast tego, patrzą się w buty i liżą ślinę.
Fani Black Metalu, klikają w tik-toka i przesyłają sobie memy. Jeśli nie wiesz o czym piszę, dziękuję.
Cały rak na Metalową scenę, zaczął się od Darkthrone i Mayhem i to nie jest wina tychże zespołów, bo oni chcieli czegoś zgoła odmiennego. To jest wina publiki. Ale też umówmy się i Euronymous i Fenriz podkręcali nastroje i wspólnie, gejowsko, ten rak spłodzili.
Nawet, jeśli mi się jakiś Black Metal podoba, to zawsze będę nieufny wobec takiego tworu, ponieważ Black Metal skutecznie zabił kulturę Metalową.
Black Metal zarzucał Death Metalowi sprzedanie się, bo Morbid Angel wydał płytę w jakiejś sp...linie po Warner Bros, po czym rok później, płonące kościoły, zabójstwo muzułmanina, Dimmu Borgir, Cradle of Filth i inne rarytasy pokroju Slipknota zaczęły się nosić. To na pewno nie było medialne i nie zamieniały Metal na nagłówki - nie, my jesteśmy szczerzy.
Black Metal, jak na "prawilną" muzykę, był bardziej sprzedajny niż Death Metal kiedykolwiek mógł być. Nawet Venom był bardziej anty-komercyjny od Black Metalu (kto zrozumie ten dowcip, ten zrozumie).
Jeśli ktoś chce, to napisze, ale już u siebie, tyradę na temat black metalu i tego, jak bardzo zniszczył wszystko to, co było fajne w Metalu. Bo to jest temat na książkę. I żeby była jasność, są rzeczy z którymi się zgadzam, jak mój stosunek do bibli (a właściwie omijanie tego szerokim łukiem), pragnienie powrotu do korzeni i kultywowanie tym zasadom, które nie są akceptowane przez większość. Ale to co tak naprawdę zrobił Black Metal, to wyhodował pipki w rurkach, które zaczęły pouczać innych, co jest okej a co nie. Współczesny Black Metal nie różni się od Nu Metalu i ciekaw jestem, czy ktoś ma inne zdanie na ten temat. Odpalam motor i uciekam. Pozdro, za chwilę nowy rok, oby ten cały rak padł. 2026
A z tą płytą, to jest w ogóle cyrk, bo się do tego nie odniosłem. Jak to jest, że Morbid Angel trzaskał płytę za płytą, tak samo Death, Obituary, Malevolent Creation, Suffocation, a Mayhem wiecznie nie miał kasy żeby coś zrobić? Mayhem miał wydać płytę Imperatora, po czym nasz Imperator się wkurwił i wydał ją sam. Tyle w temacie. Gdyby Oystein był serbem, to nikt by o nim nie pamiętał. Był norwegiem, to się o nim filmy robi i książki pisze. Ha TFU
OdpowiedzUsuńhellalujah :::
OdpowiedzUsuńBardzo dobra recenzja Lukas.
I ocena... jak moja.
A nawet gdybym z oceną się nie zgadzał, to bardzo dobra recenzja.
"De Mysteriis Dom Sathanas" faktycznie pachnie krwią i płonącym wiekowym
żywicznym drzewem.