Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty

19 października 2026

Gaerea – Loss [2026]

Gaerea - Loss recenzja reviewSłuchając „Coma”, podskórnie wyczuwałem, że muzykę Gaerea niedługo czekają istotne zmiany, być może nawet przesądzające o dalszych losach zespołu. Te przypuszczenia znalazły potwierdzenie już w pierwszych zapowiedziach Loss, w których było dużo mętnego rozprawiania o jakiejś „nowej drodze”, co nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. A że to wszystko zbiegło się w czasie z awansem do Century Media… Kto chce, może połączyć sobie kropki; przypuszczalnie wyjdzie mu kutas, żeby nie powiedzieć – chuj. Chuj, który strzeli nieświadomego słuchacza w 90 sekund po odpaleniu płyty.

Oprócz rozwodzenia się o „nowej drodze”, w materiałach poprzedzających Loss sporo miejsca poświęcono tematowi „powrotu do korzeni”, co dawało trochę do myślenia, bo jedno z drugim trudno logicznie pospinać. Cały myk polega na tym, że wspomniane korzenie nie dotyczyły wcale black metalu, a młodzieńczych lat lidera Gaerea i jego ówczesnych fascynacji metal corem. Fascynacji, które postanowił z niewiadomych (tzn. nieprzemawiających do mnie) względów odświeżyć i wymieszać z tym, z czego jego zespół zasłynął. Dobrze widzicie, Loss to jedyny w swoim rodzaju (i oby ostatni!) mariaż ekstremalnego black metalu, metalcore’owych hopsasańców, nu-metalowego zawodzenia i post-metalowego pitolonka, który teoretycznie ma jeszcze większy potencjał komercyjny niż „Coma”, ale w praktyce może skutecznie odstraszyć fanów każdego z tych gatunków.

Nie wykluczam tego, że zaprezentowana na Loss mieszanka jest zrobiona dobrze — bo na pewno jest podana bardzo profesjonalnie — i charakteryzuje się pewną oryginalnością, jednak w tej formie zupełnie do mnie nie przemawia i nie widzę dla niej uzasadnienia. Za dużo tu elementów z różnych stylistyk, które nijak do siebie nie pasują, nie pozwalają się skupić i tylko utrudniają odbiór płyty. O ile wpływy metal core w muzyce Gaerea co do zasady nie są złe (tzn. nie wszystkie, głównie te dotyczące rytmiki – jak „Luminary” czy „Hellbound”), bo w ciekawy sposób ją urozmaicają, to w wokalach (te ugrzecznione wrzaski…) każdorazowo doprowadzają do szału. Jeszcze gorzej robi się, gdy Gaerea zaczynają smęcić, mędzić i stękać na nu-/post-metalową modłę – te partie dla mnie są już kompletnie niezjadliwe.

Najgorsze jest jednak to, że muzycy Gaerea wcale nie zapomnieli o intensywnym graniu — szybkim, agresywnym i wbrew pozorom bogato zaaranżowanym — w którym są naprawdę świetni i którym potrafią zaimponować, ale w skali całego albumu sięgają po nie zdecydowanie zbyt rzadko – do tego stopnia, że ani jeden (!) spośród dziewięciu utworów na Loss nie jest na nim oparty, każdy ma jakieś zmiękczające/zniechęcające mankamenty. Lepiej nie podliczać, jaki procent materiału stanowi czysta sieczka, bo wynik mógłby załamać. Żeby posłuchać czegoś fajnego, trzeba się wykazać cierpliwością i wysoką odpornością na rozmemłane dźwięki; tylko wtedy można docenić fragmenty (fragmenty!) „Hellbound”, „Uncontrolled”, „Submerged”, „Luminary” czy „Phoenix”.

Jeśli rynek pozytywnie zweryfikuje Loss — czego się nie spodziewam, ale mogę się zdziwić i pewnie się zdziwię — i tym samym utwierdzi zespół w słuszności tej „nowej drogi”, będzie to dla mnie sygnał, żeby bez żalu odpuścić sobie kontakt z kolejnymi płytami Gaerea. W tej chwili lubię ich już tylko siłą rozpędu.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.gaerea.com

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

6 marca 2026

Gaerea – Coma [2024]

Gaerea - Coma recenzja reviewW ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.

Na Coma Portugalczycy pokazali, że nie boją się zaryzykować. Przez lata każda płyta zespołu logicznie wynikała z poprzedniej, a ewolucja stylu była raczej stopniowa i sprowadzała się do ulepszania warsztatu i rozwijania co ciekawszych patentów albo tych, w których czuli się mocni. Czwarty krążek Gaerea to już wyraźny skok do przodu — albo w bok, jak kto woli — oraz próba wyjścia poza dotychczasowe ramy i otwarcia się na nowych odbiorców… i ich portfele. Próba dość udana, choć nie na tyle, żeby w stu procentach zaangażować wybrednego słuchacza, a już szczególnie fanów ekstremy spod znaku nieustającego tremola i huraganowych blastów.

Objętościowo album nie odbiega od poprzednich dwóch, ale ma to związek ze zmienionym, kompaktowym podejściem do komponowania: utworów może i jest więcej, za to są krótsze (niespełna ośmiominutowy „The Poet’s Ballet” pełni także rolę intra, więc zawyża średnią) i znacznie bardziej zróżnicowane, a przy tym przystępne akurat na tyle, żeby każdy, nawet spoza blackowego grajdołka, znalazł tu coś dla siebie. Przez ponad 50 minut doskonale słychać, że na Coma zespół starał się nadać muzyce głębi i dramaturgii, urozmaicić struktury oraz za wszelką cenę uniknąć schematów, byle tylko kawałki w jak największym stopniu miały indywidualny rys. W tych urozmaiceniach Gaerea niejednokrotnie zapędza się czy to w progresywne, czy w post-blackowe rejony (tak, z czystymi wokalami), a to oznacza stosunkowo dużo lajtowych dźwięków, które na miłośników „Mirage” czy „Limbo” mogą podziałać jak płachta na byka. Na moje ucho proporcje między sieczką a klimatami na przestrzeni całego albumu zostały zupełnie nieźle wyważone, co jednak nie zmienia faktu, że wolałbym więcej intensywnego grzania, bo w tym akurat Portugalczycy są świetni.

Niezależnie od stylu, w jakim w danym momencie porusza się Gaerea, słucha się tego co najmniej dobrze i przez większość czasu ze sporym zainteresowaniem. Jako że na Coma każdy utwór różni się od pozostałych, łatwo wybrać spośród nich swoich faworytów. Ja wskazałbym szczególnie na „The Poet’s Ballet” (jak już się rozkręci, to jest miazga), „Reborn” (szybki, treściwy i bezpośredni), „Coma” (z jednej strony gwałtowny, z drugiej transowy), „Wilted Flower” (skocznie melancholijny – inaczej nie potrafię tego określić), no i oczywiście überhiciorski „Hope Shatters”. Gdyby cały album trzymał styl, melodykę i poziom pierdolnięcia tego ostatniego, bez wahania w miejscu na ocenę wklepałbym 9, bo z tak zajebiście zaaranżowanymi kawałkami w mainstreamowym black metalu rzadko mamy do czynienia.

Wraz z tym, jak kariera Gaerea nabiera tempa, muzyka zespołu powoli traci ze swojej pierwotnej/podziemnej zadziorności, a jednocześnie zyskuje inne, dla mnie niekoniecznie istotne, przymioty. Stąd też Coma już wkrótce może się okazać ostatnim krążkiem Portugalczyków, który w tak dużym stopniu trafia w mój gust.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.gaerea.com

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

23 listopada 2010

Moonspell – Wolfheart [1995]

Moonspell - Wolfheart recenzja reviewW przeciwieństwie do teraźniejszego syfu, który serwuje nam Moonspell, a którym dzielnie się nie kalam, początki tej portugalskiej formacji były o niebo (że tak sobie zażartuję) lepsze. Obracający się w wampiryczno-wilkołaczych klimatach album przez wiele lat nie wychodził u mnie poza ścisłe grono wydawnictw zajebistych. Teraz, po kilku latach odpoczynku, powrót do Moonspellowego Wolfhearta okazał się zbawienny (hehe) i bardzo odświeżający. Nic tak bowiem nie pomaga na zniesmaczenie pańszczyzną odstawianą przez wszelakie dzisiejsze formacje, jak porcja nietuzinkowego i nieprzeżutego iberyjskiego blacku. Jest to muzyka tak różna, tak odległa od skandynawskiej szkoły, że niemal należąca do innej kategorii. Jak na południowców przystało jest pełna temperamentu i do cna przesiąknięta emocjami. Nie ma w niej nic z północnej surowości i chłodu i może właśnie dlatego rzesze niewyedukowanych podlotków uważają, że nadaje się na ich wieczorki okultystyczne, Castle Party albo podobne pedalskie imprezki. Jest to jednak tylko połowa prawdy – połowa dla półgłówków. Historia z Wolfheart polega na tym, że oprócz — widocznej na pierwszy rzut oka — ciut naiwnej stylistyki, jest w niej sporo dogłębnie przemyślanych rozwiązań aranżacyjnych i kompozycyjnych. Nie trzeba geniusza, żeby odnaleźć w muzyce Portugalczyków folkowe motywy, trzeba jednak mieć nieco oleju w głowie i ogólnej wrażliwości, by docenić ich znaczenie. Bez nich Moonspell byłby suchy, poobdzierany i na wskroś ciotowaty. Obecność wzorów folkowych sprawia jednak, że muzyka nabiera barw, staje się żywa i autentyczna. Powiedziałbym nawet, że to właśnie one warunkują całą muzykę i mają wpływ na wszystko – począwszy od wokali, a na tempach skończywszy. Jest więc raczej spokojnie, z okazjonalnymi tylko przyśpieszeniami, raczej oszczędnie z dźwiękami niźli nawałnicą decybeli oraz bardzo, ale to bardzo melodyjnie. To, co szczególnie mnie urzekło, to bardzo głęboko brzmiące i czytelne instrumenty. Imponują również umiejętności wokalne pana Ribeiro, który sprawnie porusza się pomiędzy stylami i bez większych spinek serwuje tak czyste linie, jak growle oraz blackowe skrzeki. Wspomnę jeszcze moich faworytów: „Trebaruna” oraz „Alma Mater”, bez których Wolfheart straciłby połowę swojej wyrazistości i większość klimatu, a na zakończenie dodam, że do krążka warto sięgnąć nawet, jeśli nie jest się wielkim fanem klawiszowo-blackowej sztuki.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/moonspellband
Udostępnij: