23 sierpnia 2026

Incantation – Unholy Deification [2023]

Incantation - Unholy Deification recenzja reviewCzy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji „Sect Of Vile Divinities” okazało się, że tak, jednak na pewno nie było to zaskoczenie, jakiego moglibyśmy sobie życzyć. Świeżo wyprasowane koszulki, starannie rozczesane fryzury i brzmienie wypolerowane do granic możliwości jakoś tak gryzły się z utrwalanym przez dekady wizerunkiem kapeli oddanej podziemiu i prawdziwie obskurnemu death metalowi. Ten dysonans rzucał się w oczy i uszy do tego stopnia, że nawet muzycy Incantation musieli go sobie uzmysłowić i pewnie dlatego Unholy Deification o wiele bardziej trzyma się kupy.

Unholy Deification brzmi naturalniej (tym razem Dan Swanö się przyłożył), jest w miarę spójny i trochę krótszy od poprzednika, więc co do zasady i bez zagłębiania się w szczegóły jest od niego lepszy, choć zaczyna się tak typowo, jak tylko typowo płyta Incantation zacząć się może, co skutecznie rozwiewa wszelkie nadzieje na usłyszenie czegoś nowego czy odczuwalny powiew (no, zefirek) świeżości. Opisywany album nie wyróżnia niczym na tle pozostałych pozycji w dyskografii zespołu, toteż po wysłuchaniu go — a uczciwie trzeba przyznać, że słucha się go naprawdę przyzwoicie — zlewa się w jedną papkę z całą resztą muzyki, jaką Amerykanie stworzyli w ciągu ostatnich lat. W związku z tym odbieram Unholy Deification jako materiał dla najbardziej zatwardziałych fanów Incantation, którzy wszystkie kawałki swoich idoli znają na pamięć i, co ważne, potrafią je od siebie odróżnić – tacy z pewnością docenią go bardziej niż ja.

Unholy Deification jest typowy do bólu i nie ma w sobie nic charakterystycznego tylko dla siebie, co jednak nie oznacza, że jest wewnętrznie jednorodny, pozbawiony urozmaiceń i zagrany na jedno kopyto. Nic podobnego! Występuje tu wyraźny podział na lepsze i gorsze numery, przy czym głównym wyznacznikiem ich fajności jest tempo, w jakim są utrzymane. Mnie najlepiej wchodzą te żwawe i dynamiczne, jak „Concordat (The Pact) I”, „Chalice (Vessel Consanguineous) VIII”, „Invocation (Chthonic Merge) X”, „Exile (Defy The False) II” i „Megaron (Sunken Chamber) VI”, spośród których ten ostatni wydaje mi się najciekawiej, niemal ambitnie zaaranżowany. Na przeciwnym biegunie umieściłbym „Homunculus (Spirit Made Flesh) IX” (część riffów brzmi jak spod ręki Grega Mackintosh’a), „Altar (Unify In Carnage) V” i zwłaszcza „Circle (Eye Of Ascension) VII”, które, a owszem, są wolne i ciężkie, ale przede wszystkim nudnawe i mulące. Cóż, jeśli chodzi o Incantation, najwyraźniej jestem tempistą.

Jak już napomknąłem wyżej, tak ogólnie Unholy Deification jest materiałem lepszym od „Sect Of Vile Divinities”, ale jestem zmuszony ocenić go niżej, bo szybko się o nim zapomina i co gorsza – nie za bardzo chce się do niego wracać. Mnie dwa pierwsze przesłuchania zajęły rok z okładem…


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

15 sierpnia 2026

Anasarca – Achlys [2026]

Anasarca - Achlys recenzja reviewPowrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był „Survival Mode”, został niejako zmarnowany, zaś z odbudowy pozycji zespołu z początku lat dwutysięcznych zupełnie nic nie wyszło. Jako że sukces napędza kolejny sukces, a porażka kolejną porażkę, Niemcy znów przepadli na dłuuugie lata. Teraz wracają, mocno promowani pod skrzydłami Selfmadegod z albumem numer pięć (ponownie koncepcyjnym), który mógłby świetnie ugruntować status kapeli, gdyby nie to, że dla większości słuchaczy będzie to pierwszy z nią kontakt. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni.

Bez owijania w bawełnę – Achlys to najlepsza płyta w dorobku Anasarca, choć nie przynosi nic specjalnie zaskakującego czy też nowego, z czym w twórczości zespołu jeszcze byśmy się nie spotkali. Ta lepszość wynika raczej ze stopnia dopracowania materiału, wykonawczej perfekcji, ogólnego poziomu chwytliwości i dobrze dopasowanej do muzyki produkcji. Formuła, której trzymają się Niemcy, jest szalenie prosta: jeden-dwa wyraziste riffy, czepliwa melodia i ogień, zaś dla urozmaicenia – zwolnienie albo średnie tempo co kilka kawałków. Tyle wystarcza, żeby nie było ani nudno, ani jednowymiarowo, a przebrnięcie przez 40 minut deathmetalowej sieczki nie nastręczało najmniejszych problemów.

We wszystkich utworach na Achlys słychać wysokie umiejętności zespołu (acz bez szpanowania – ozdobników jest dosłownie garstka), duże doświadczenie i uzasadnioną pewność siebie. Jest tu też coś jeszcze – wyczuwalna radość z grania, która może trochę zaskakiwać w kontekście tego, jak bardzo Anasarca mieli w ostatnich latach pod górkę, a która pozytywnie wpływa na odbiór materiału i sprawia, że chce się do niego wracać. Całość jest utrzymana na wyjątkowo równym poziomie, co jednak nie oznacza, że nie można sobie wyłapać czegoś do kategorii „ulubione”. U mnie padło na „Basket Of Burdens”, „In Memoriam”, „My Reality” i „Wish You Were Here” – mimo iż jakoś drastycznie nie różnią się od siebie, każdy ma to „coś”.

Trochę to dobijające, że tak solidny i konsekwentny zespół po raz kolejny musi budować swoją reputację praktycznie od zera. Czy tym razem im się uda? Ot, zagadka; tym ciekawsza, że Anasarca coraz bliżej do końca „kariery”. Ja w każdym razie jestem przekonany, że fanów klasycznie pojętego wybuchowego death metalu zawartość Achlys nie zawiedzie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.anasarca.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 sierpnia 2026

Hysteria – Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… [2024]

Hysteria - Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… recenzja reviewCzekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer trzy cztery. Wiadomo, że przy okazji długo (zbyt długo!) wyczekiwanych albumów w 99 przypadkach na 100 materiał nie jest w stanie sprostać wymaganiom słuchacza, a co bardziej optymistyczna reakcja po premierze sprowadza się jedynie do beznamiętnego „mogło być lepiej”. Ehhh… Nie, nie skopiuję tu recki poprzedniego albumu, choć pokusa jest naprawdę duża, bo powtórzony opis nie wpłynąłby w istotny sposób na rzetelność tekstu. Znaczy to tylko tyle, że Francuzi znaleźli się na równi pochyłej, a przy okazji potrzebują coraz więcej czasu, żeby zmajstrować coraz słabszy krążek.

Spokojnie, spokojnie, zaraz się rozkręci – wmawiałem sobie podczas pierwszego odsłuchu Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…; jednak mijały kolejne minuty i nic takiego nie nastąpiło, a oprócz paru fragmentów (liczonych w sekundach!) z przyzwoitym blastowaniem w „My Carnal Desire” i „Armageddon Must Come”, do końca czwartej płyty Hysteria nie zadziało się nic, co by mogło zostawić jakikolwiek trwały ślad w pamięci. Francuzi nagrali album w umiarkowanych tempach, umiarkowanie brutalny i umiarkowanie chwytliwy. Tylko wtórność i przewidywalność tego materiału stoją na ponadprzeciętnym poziomie. Objętościowo Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… nie odbiega od „Flesh, Humiliation And Irreligious Deviance”, jednak ze względu na rozlazłe i zagrane bez inwencji i przekonania kompozycje dłuży się i zamula. Aż trudno uwierzyć, że prawie ten sam skład (z wyjątkiem basisty) podpisał się pod zabójczym „When Believers Preach Their Hangman’s Dogma”.

Styl zespołu został mocno zanieczyszczony wpływami klimatycznego black metalu (zwłaszcza wokalnie), gdzieś uleciał znany z poprzednich produkcji ciężar, a w miejsce masywnych kataklysmowych riffów pojawiły się łagodne patenty a’la Gojira („Thelema”, tytułowy). Oczywiście, niektóre z tych dodatków same w sobie wcale nie byłyby złe, gdyby je lepiej wkomponowano w całość i zachowano lepszy balans między nimi a stanowiącym podstawę (przynajmniej w teorii) brutalnym death metalem, z którym Hysteria byli przecież kiedyś kojarzeni. A tak – każdy, nawet najspokojniejszy kawałek z poprzedniej płyty ma więcej pierdolnięcia niż cały Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…. Brzmi to, jakby Francuzi koniecznie musieli coś nagrać, ale nie chcieli się przy tym zbytnio wysilać, więc dla dobra sprawy postawili na oklepane schematy i wszechobecne kompromisy.

Do pewnego momentu bardzo sobie ceniłem twórczość Hysteria i zawsze będę szczególnie chętnie wracał do drugiego krążka, ale wypatrywanie następców Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… już sobie odpuszczę. Francuzi na własne życzenie rozmieniają się na drobne i trwonią niemały przecież potencjał.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hysteria.deathmetal.lugdunum

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

4 sierpnia 2026

Banisher – Metamorphosis [2026]

Banisher - Metamorphosis recenzja reviewNie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.

Przez kilkanaście lat Hubert Więcek wraz z często zmieniającymi się kolegami stopniowo rozwijał swoją wizję (technicznego) death metalu – od zatopionej w chaosie radosnej napierdalanki po stosunkowo dojrzałe granie, acz z nieusuwalnym kompleksem Decapitated. I chociaż nigdy nie nagrał czegoś, bo by mogło łby pourywać, coraz wyższym poziomem kolejnych płyt zagwarantował sobie miejsce gdzieś w czołówce krajowej drugiej ligi. Dlaczego więc teraz postanowił się wypiąć na cały dotychczasowy dorobek Banisher, nagrywając Metamorphosis – album, który rozłazi się w szwach już od pierwszego kawałka?

Piąta płyta Banisher to materiał tak bardzo zróżnicowany, wielobarwny i nietrzymający jakichś konkretnych ram, że już zwyczajnie niespójny i niespecjalnie komunikatywny. Znaną z „Degrees Of Isolation” formułę zespół „urozmaicił” czy raczej przykrył licznymi naleciałościami deathcore’a, groove metalu, jakimiś popłuczynami po Slipknot czy Fear Factory, elektroniką oraz… hammondami. Nic dobrego z tego nie wyszło, bo dosłownie każdy kawałek zawiera któryś z tych cudnych upiększaczy, a w związku z tym żaden nie przekonuje od początku do końca. I na nic okazjonalne dobre riffy, porządne partie perkusji (gościnnie nagrali je Michał Łysejko i Eugene Ryabchenko) czy fajne solówki, skoro uwagę od nich odwracają niepasujące do niczego pomysły z dupy.

No i te wokale… Czy w Polsce naprawdę już nie ma kiepskich wokalistów, że trzeba było takiego importować aż z Belgii? Sposób darcia się Jorgiego jest wybitnie wkurwiający, barwa jego głosu drażni, a czyste zaśpiewy doprowadzają do szału. Gdzie muzyka jeszcze była w stanie sama się obronić, tam Vanhees musiał napaskudzić głosem. Anetka z HRu powinna dostać srogi opierdol za ten angaż.

Może przemawia przeze mnie naiwność, ale wydawało mi się, że na wysokości piątej płyty już wypada mieć jasno sprecyzowaną wizję tego, co i jak chce się grać. Właśnie tej sprecyzowanej wizji, a co za tym idzie konsekwencji oczekiwałem po Hubercie, nie zaś przypadkowych głupot. Produkcja, wykonanie – to wszystko daje radę, natomiast w kompozycjach na Metamorphosis zbyt wiele rzeczy nie pykło.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.banisher.pl

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij: