26 lipca 2026

Worm – Necropalace [2026]

Worm - Necropalace recenzja reviewWorm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.

Patrzyło się na ten kiczowaty image z dużym rozbawieniem, ale i pewnym niepokojem, bo istniał cień ryzyka — spotęgowany podejrzanym awansem do Century Media — że zespół przeniesie część tych inspiracji także na muzykę. No i rzeczywiście, na Necropalace jest znacznie więcej black metalu niż na poprzednich płytach, jednak w przeważającej części to black metal bliższy Emperor, Dissection czy dwójce Immortal. Ta nieprzeważająca część to naleciałości wspomnianych wyżej przebierańców, które również występują, aczkolwiek są podane, no, z klasą. Jak się bowiem okazuje, nawet z tak gównianej estetyki można wyciągnąć coś wartościowego, o ile oczywiście potrafi się grać. Worm płynnie połączyli agresywną i dość intensywną blackową jazdę z bardziej typowym dla siebie ponurym doomowym graniem, rozbudowanymi partiami klawiszy oraz całą masą finezyjnych solówek i w rezultacie stworzyli jedną z ciekawszych płyt tego roku.

Worm postawili na rozmach, bogactwo formy, odważne rozwiązania i wielowymiarowe aranżacje, dzięki czemu każdy z sześciu dość długich (albo i bardzo długich) utworów jest dopracowany do najmniejszego detalu, każdy ma do zaoferowania coś przykuwającego uwagę i każdy zaskakuje czymś nieoczywistym, a zebrane razem – wciągają jak diabli. Na Necropalace ani o monotonii, ani o nudzie nie może być mowy – i to pomimo tego, że album trwa ponad godzinę. Duże wrażenie robi zwłaszcza swoboda, z jaką zespół przeskakuje między skrajnościami/stylami i jak wiarygodnie wypada w każdym z nich; czy to wrzask wrony i szaleńcze blasty (bębni Charlie Koryn), czy głęboki growl i mielonka w typie Winter – brzmi to spójnie i bez zarzutu. Progresja? Neoklasyka? Żaden problem – w „The Night Has Fangs” pojawiają się klawiszowo-gitarowe pasaże, których nie powstydziłby się Tony MacAlpine. No i te fenomenalne popisy Tougasa, toż to jest mistrzostwo świata!

Przez cały czas trwania Necropalace doskonale słychać, że zespół włożył w ten materiał mnóstwo pracy, dokładnie go przemyślał i niczego nie pozostawił przypadkowi. To się tyczy również produkcji, która straciła piwniczny vibe i jest odczuwalnie lepsza, a już na pewno bardziej profesjonalna od tej z „Foreverglade”. Brzmienie jest czyste, przestrzenne i selektywne, a przy tym należycie ciężkie i na tyle dobrze zbalansowane, że pasuje zarówno do doomowych walców, jak i do blackowej sieczki. No i jak pięknie uwypuklono tu solówki, toż to jest mistrzostwo świata…

Chwalę i chwalę Necropalace, a początkowo wcale nie byłem przekonany do tego albumu. Jako żart z konwencji – super, ale żeby od razu tego słuchać – no bądźmy poważni… Wszelkie opory wyparowały po 5 minutach kontaktu z płytą, a po kolejnych 10 byłem już kupiony. Czego by ten Worm nie grał, idą za tym niebanalne pomysły i wysoka jakość, których tak po prostu nie można zignorować.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/wormgloom






Udostępnij:

15 lipca 2026

Oremus – Popioły [2011]

Oremus - Popioły recenzja reviewDla każdego, kto kolekcjonuje płyty i kupuje je w tradycyjny sposób, wiadomym jest, iż wiążą się z tym różne historie. Nieważne czy to CD, winyle, a nawet kasety. Niespodziewany zakup, cudowne objawienie na koncercie czy też udana licytacja po zaniżonej cenie. Mianownik jest jeden: dorwanie w łapska upragnionego krążka. Zaczynając w ten sposób można prosto pomyśleć, że recenzowany Oremus ma jakieś „backstory”. Nic bardziej mylnego. Nie mam pojęcia gdzie i kiedy zakupiłem tę płytę. Mogę jedynie przypuszczać, że musiało być to podczas koncertu Blaze of Perdition, których nie znosiłem, ale był czas, kiedy grali wszędzie gdzie widniał napis „black metal”, poczynając od Wrocławia i kończąc na Rzeszowie. Chcąc-nie-chcąc widziałem ich często. Do zakupu mogła przekonać mnie okładka i pewnie cena, która prawdopodobnie była podobna do kosztu browara.

Oremus to poboczny projekt zespołu złośliwie nazywanego „Błazny of Pierdoliszon”. Co ciekawe, ów twór to zupełnie inny rodzaj black metalu. I chwała Rogatemu za ten ślepy, ale szczęśliwy nabytek.

Technicznie są to zaledwie cztery utwory mieszczące się w 35 minut. Jak dla mnie idealny czas na taki rodzaj muzyki.

Mam tutaj do czynienia z tzw. apokaliptycznym black metalem. Co to znaczy? Ano znaczy tyle, że chłopaki bardzo polubili Apokalipsę wg św. Jana jak i również stary film o tytule „Siódma Pieczęć” w reżyserii Szweda Ingmara Bergmana. W porównaniu z Blaze of Perdition tempa są wolniejsze. Spokojnie możemy nazwać Popioły klimatycznym black metalem. Jeżeli w tym momencie jawi ci się przed oczyma (a bardziej uszami) Mgła to nic bardziej mylnego. Oremus to twór wyjątkowy i zasadniczo nikt w ten sposób nie gra. Popioły to album jedyny w swoim rodzaju. Recenzja będzie tutaj krótka, bo niewiele mogę o tym tworze napisać, poza tym, że słuchanie tego o drugiej w nocy na słuchawkach robi robotę. Produkcja jest bardzo dobra, wokale mroczne i ponure. Wsłuchując się w Popioły i lirykę trudno nie szukać za oknem końca świata.

„Biada, biada mieszkańcom Ziemi!” tak jedynie mogę podsumować Popioły. Jednorazowy (niestety… a może „stety”?) wybryk z Lublina.


ocena: 7,5/10
Lukas
Udostępnij:

12 lipca 2026

Martyr – Warp Zone [2000]

Martyr - Warp Zone recenzja reviewWyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na „Hopeless Hopes” zawiesił poprzeczkę na nieosiągalnym dla wielu poziomie, a dwa, że lokalna konkurencja — Cryptopsy, Gorguts, Quo Vadis, Disembarkation czy Kataklysm — również się nie opieprzała i wydawała nie mniej znaczące dzieła.

Pisząc o Warp Zone, można pójść na skróty i cały opis tego albumu sprowadzić do lakonicznego stwierdzenia, że muzycy Martyr dosłownie w każdym aspekcie przebili to, co znalazło się na „Hopeless Hopes”. Już takie krótkie zdanie powinno dać obraz tego, z jak znakomitym materiałem mamy do czynienia. Jednakże takie podejście do tematu byłoby dla zespołu zwyczajnie krzywdzące, bo Warp Zone jak mało która płyta zasługuje na laurki, peany, elaboraty i rozprawy naukowe. To album kapitalny w każdym calu: niesamowicie złożony, szalenie dynamiczny, urozmaicony i nieprzewidywalny. To 38-minutowy konglomerat zakręconych riffów, finezyjnych solówek i połamanych rytmów podanych w takim natężeniu, że mózg się lasuje, a ręce opadają z niemocy. Tu nie ma przestojów (a nawet wyraźnych przerw między utworami), dłużyzn czy jałowych fragmentów – każdy dźwięk jest po coś i doskonale służy budowaniu spójnej i jakże fascynującej całości.

Wszelkie bezpośrednie inspiracje, które jeszcze dało się dostrzec na „Hopeless Hopes”, na Warp Zone uległy rozmyciu; zespół wzniósł się na wyżyny i wypracował swój oryginalny i jak najbardziej rozpoznawalny styl. Właśnie od tego momentu Martyr grają już we własnej-ciasnej lidze, w której rządzą niepodzielnie. Ja natomiast do dziś się zastanawiam, co też trzeba mieć w głowie albo pod wpływem jakich być substancji, żeby pisać taką muzykę, bo ona naprawdę nie ma odpowiedników w świecie technicznego death metalu. Co warte odnotowania, Kanadyjczycy tworząc tak skomplikowane i wielowymiarowe dzieło, nie zatracili pierwotnej fajności, dzięki czemu Warp Zone jest w równie chwytliwy co debiut, nawet mimo tego, że jest od niego wyraźnie brutalniejszy. Utwory takie jak „Endless Vortex Towards Erasing Destiny”, „Carpe Diem”, „Virtual Emotions”, tytułowy czy nieco eksperymentalny „Realms Of Reverie” zapadają w pamięć już od pierwszego przesłuchania, choć ogarnięcie ich struktury nie jest wcale sprawą prostą.

Warp Zone został nagrany w mekce kanadyjskich kapel, czyli studiu Victor w Montrealu, a za jego produkcję odpowiada znany z Obliveon Pierre Rémillard. Niebywale utalentowani instrumentaliści + porządne studio + znający się na swojej robocie i „czający klimat” fachowiec = kapitalne, zajebiście czytelne brzmienie. Mnie szczególnie imponuje, jak wspaniale uwydatniono te wszystkie zmiany nastroju i skoki dynamiki, którymi muzyka Martyr jest wyładowana po brzegi.

Wspomniałem już, że Warp Zone pod każdym względem przewyższa debiut, że Kanadyjczycy poprawili wszystko, co tylko można było poprawić… Taaak, to się tyczy także najsłabszego elementu – wokali. Są lepsze, wyraźnie lepsze, ale jednak ciągle są tym najsłabszym elementem, za który dla zasady ucinam z oceny pół punktu. Cała reszta jest idealna, dlatego tym większa szkoda, że za sukcesem artystycznym nie przyszedł sukces komercyjny. Martyr w pełni na niego zasłużyli.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MartyrCanada/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

8 lipca 2026

Strandhogg – Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) [2009]

Strandhogg - Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) recenzja review„It's just one of those days when you don't wanna wake up, / Everything is fucked, everybody sucks.” – Cytat z jednego z utworów Freda Dursta (tak, trauma dziewiczych czasów) tutaj akurat trafia w sedno dzisiejszego albumu. Czy każdy z nas nie ma takiego dnia, że z żony zrobiłby worek treningowy, dzieci połamał jak zapałki, a zwierzaka kopem wysłał na orbitę? Wkurw przyniesiony z pracy, z urzędów czy szpitali, czyli po prostu z życia wzięte. I tutaj w sukurs przybywa nam muzyka (cholera czuję się jakiś przedstawiciel Mango…). U nas metalowców minus + minus daje plus. Na wkurw pomaga nam muzyka emanująca agresją, która u „normalsa” spowodowałaby opętanie przez cały legion demonów. Tak to już z nami, „poyebami”, bywa. A na 666% w moim przypadku. I właśnie tutaj, jako remedium na wkurw pojawia się poznańska black metalowa formacja Strandhogg i ich jedyne dzieło Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis).

Otwierający album „Prophecy of World Funeral” zawsze powoduje u mnie gęsią skórkę. Uwielbiam te pierwsze miażdżące i wolne riffy, które wprowadzą nas w konkretną rzeźnię. Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) nie będzie się z nami bawić w tańcu. Jest to prosty (ale nie prostacki!) album kipiący czystą nienawiścią, totalnym wkurwieniem do całego świata. Poznaniacy przelewają swój gniew w nuty, niczym Sauron swoją moc w jedyny pierścień. I podobnie jak on był mistrzem swojego fachu, Strandhogg w 8 utworach trwających lekko ponad 37 minut sprawia, że Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) się nie nudzi. A to chyba najważniejsze. Każdy maniak death czy black metalu zna zespoły, które może i napierdalają jak z karabinu, ale po 3-4 trackach mamy chęć przewijać dalej, a tu jeszcze z kilka utworów przed nami. U Strandhogg tego nie doświadczymy. Kompozycje są przemyślane i różnorodne w swojej strukturze i z tego powodu te niecałe 40 minut (w tym jeden utwór trwający 10 minut!) mija jak z bata strzelił. Oczywiście nie jest to dzieło, które rewolucjonizuje gatunek, ale z pewnością ugruntowuje polską ekstremalną scenę, jako jedną z tych najlepszych. Wszakże siła sceny to nie tylko tych kilka perełek, ale cała nisza. Niestety w 2014 zespół zakończył działalność i dlatego też zależy mi na zaprezentowaniu Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis). Dla fanów ostrego, ale stylowego napierdalania, jak w mordę strzelił.


ocena: 7,5/10
Lukas
Udostępnij:

4 lipca 2026

Barren Path – Grieving [2025]

Barren Path - Grieving recenzja reviewWraz z wydaniem „Perfect Amber” historia Gridlink ponoć dobiegła końca: pozamiatane, zrobili swoje i już więcej ich nie usłyszymy. Taaa… Na taką ściemę to ja się nie dam nabrać — wszak za pierwszym razem w 2014 też kończyli definitywnie — i będę wypatrywał kolejnego reunionu, choćby miał nastąpić i za kilkanaście lat. Póki co jakąś jego namiastką jest Barren Path – zespół powołany do życia przez Takafumiego Matsubara i Bryana Fajardo (filary Gridlink), którzy dobrali sobie do współpracy dwóch kolegów z… Gridlink, zaś do wydawania odgłosów paszczą zatrudnili znanego z Maruta i Noisear Mitchella Luna. Po takim składzie można było się spodziewać wszystkiego, choć z góry było wiadomo, że to „wszystko” sprowadzi się do ekstremy.

I jeśli chodzi o ekstremę, to Grieving z pewnością nie zawodzi. To wzorowo wyprodukowany nowoczesny grind: szaleńczo szybki, nienaganny technicznie, diablo zróżnicowany i nieprzewidywalny – muzyka, za którą w pierwszej chwili trudno nadążyć i która do pewnego stopnia przytłacza swoją intensywnością, ale absolutnie nie zniechęca do kolejnych przesłuchań i prób rozszyfrowania jej. Członkowie Barren Path zadbali o to, żeby każdy z jedenastu kawałków miał do zaoferowania coś innego, coś wyróżniającego się, zaś całość była czymś znacznie większym niż tylko sumą poszczególnych elementów.

Z oczywistych względów Grieving ma duuużo wspólnego z tym, co już znamy z płyt Gridlink — czego w żadnym wypadku nie należy poczytywać jako zarzutu — ale na pewno nie sprowadza się tylko do powielania wykorzystanych już patentów. Weźmy chociażby wokale – są bardziej urozmaicone — od niskich growli po dzikie wrzaski — czym mocno podbijają dynamikę utworów i sprawiają, że muzyka brzmi ciężej i brutalniej. Poza tym materiał Barren Path wydaje się być (jest!) ponadnormatywnie chwytliwy – sporo riffów można sobie nucić pod nosem pomimo ich pokręconej formy, a praktycznie każdy numer (a już zwłaszcza „No Geneva”, „The Insufferable Weight”, „Subversion Record” i „Lunar Tear”) to potencjalny przebój Lata z Radiem.

Jedyny istotny minus, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Grieving, to mówiono-ambientowy „Celestial Bleeding”, z którego nic wielkiego dla świata nie wynika, poza tym, że marnuje cenne sekundy. Że niby umknęło mi to, że płyta jest pierońsko krótka? Nieee, po prostu mam świadomość, że mogłaby być jeszcze krótsza, więc cieszę się nawet z tych 13 minut.

Takafumi Matsubara z kolegami ponownie udowodnili, że mają doskonały patent na tworzenie grindowych albumów, które już w momencie premiery trafiają do kanonu, by za chwilę stać się klasyką gatunku. I to niezależnie od tego, pod jakim szyldem panowie się zbierają. Tu nie ma przypadku, jest za to ogromny talent.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/share/1GEhSdin1P/

podobne płyty:


Udostępnij:

29 czerwca 2026

Antiversum – De Nemesis Omnes Et Omnia [2025]

Antiversum - De Nemesis Omnes Et Omnia recenzja reviewLos bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.

Daleki jestem od stwierdzenia, że drugi album Antiversum powalił mnie na kolana i będę do niego regularnie wracał, ale potrafię uczciwie docenić rozwój zespołu, jaki dokonał się na przestrzeni tych paru lat dzielących oba krążki. Szwajcarzy dalej obracają się w stylu, który łączy black-deathmetalowy trzon z okazjonalnymi naleciałościami doomu i ambientu, jednak muzyka zawarta na De Nemesis Omnes Et Omnia na pewno jest dojrzalsza, lepiej zaaranżowana, bardziej złożona i wymagająca od tej z debiutu. Jest też o wiele ciekawsza, bo w baaardzo rozbudowanych utworach (nawet kilkunastominutowych) nie brakuje przeszywających riffów, ambitnie poprowadzonych melodii czy przyjemnie drażniących udo dysonansów. Niestety, przy takiej objętości materiału (56 minut) trafiają się także momenty dość monotonne, kiedy zespół wpada w pułapkę powtórzeń powtórzeń i stanowczo zbyt długo mieli średnio udane motywy.

Bardzo istotnym elementem De Nemesis Omnes Et Omnia jest, czy raczej miała być atmosfera. Antiversum w tekstach zajęli się koncepcją, według której czas jest wrogiem wszystkiego i wszystkich, a jego brak prowadzi do całkowitego zastoju wszelkiego istnienia. Taka tematyka daje sporo miejsca dla uzasadnionych eksperymentów z dynamiką i rozmaitych dziwacznych zagrywek, jednak zespół nie wykorzystał w pełni tego potencjału i album jest pod tym względem nierówny. O ile w niektórych fragmentach (zwłaszcza w „Pulsar Feralis” i „Scudo-Nero”) Szwajcarzy zagrali niemal monumentalnie, z rozmachem i zaskakująco, tak już w innych („QBism”, „Vuoto”) poszli po linii najmniejszego oporu i ograniczyli się do ambientów czy wspomnianych nużących powtórzeń. I jeszcze jedno – trudno stworzyć nastrój czegoś wielkiego i podniosłego przy pomocy „packającego” cosia, który w domyśle ma być perkusją. Brzmienie garów/automatu (wkładka milczy na ten temat) jest po prostu koszmarne, fatalnie wpływa na odbiór krążka, zaś od słuchacza wymaga nie lada wyrozumiałości.

Nie podejrzewałem Antiversum o jakiś faktyczny rozwój, zwracam więc honor. Jednocześnie zaznaczam, że postęp u Szwajcarów dokonuje się w niezbyt imponującym tempie. W tym miejscu pewnie ważniejsze jest to, że jest on naprawdę dostrzegalny. De Nemesis Omnes Et Omnia to całkiem nieźle pomyślany, acz niepozbawiony wad materiał, który jednak traktuję bardziej jako fundament i punkt wyjścia do zmajstrowania czegoś lepszego w przyszłości.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/antiversum
Udostępnij:

23 czerwca 2026

Epitome – Goodbye My ROT [2025]

Epitome - Goodbye My ROT recenzja reviewŹle się dzieje w grindzie polskim, a mam tu na myśli jego najstarszych przedstawicieli, bo z bogatego katalogu ekip znanych na całym świecie ostała nam się ich tylko garstka: Squash Bowels, Neuropathia i Epitome, spośród których tylko ci ostatni są jako tako aktywni wydawniczo. Jest źle, a mogło być jeszcze gorzej, bo po wydaniu profetycznie-złowróżbnie zatytułowanego „ROTend” rzeźnicy spod Wielkiej Cipy stanęli nad przepaścią i bliscy byli wykonania kroku naprzód. Na szczęście do tego nie doszło i po chwilowej zadyszce zespół powrócił – w odmienionym składzie, z nową energią i pomysłami, a przy tym nabuzowany jak nigdy wcześniej.

Jak wiadomo, napierdalać na oślep może każdy, ale napierdalać i umieć z tym dotrzeć do słuchacza, poruszyć go – to już sztuka dostępna nielicznym, w tym właśnie Epitome. Odnoszę nawet wrażenie, że im bardziej z biegiem lat muzyka zespołu i jego przekaz stają się hmm… przyziemne, tym mocniej trafiają do świadomości i na dużej się w niej osadzają. Bez znaczenia, czy kapela serwuje półminutowe strzały w typie „Fuck You!”, czy proponuje epickie dwuminutówki jak „Post-Traumatic Dementia” i „Connective Tissue Disorder” – w każdej formule sprawdza się równie dobrze, zaś same kawałki łatwo zapadają w pamięć. To naturalnie zasługa zgrabnych aranżacji z wieloma sprytnie upchniętymi niuansami, dzięki którym utwory mają swój charakter, mimo iż tworzą bardzo spójną całość.

Goodbye My ROT nie jest kalką poprzednich płyt, bo Epitome zawsze mieli tendencję do pewnych kombinacji, ale oczywiście też przesadnie od nich nie odbiega – to klasyczny przykład rozwoju w ramach dawno określonego-wypracowanego stylu. Usprawnienia dotyczą kilku kwestii; można wskazać m.in. na większą chwytliwość kawałków, bardziej urozmaicone motywy gitarowe, fajne nawiązania do klasyki („Way Out”, „Gore”) i naprawdę dobre zarządzanie dynamiką. Poza tym w paru utworach pojawił się dodatek w postaci dość chaotycznych partii saksofonu, które może i nie czynią z Epitome awangardy, ale potrafią fajnie zamieszać. No i brzmienie – zajebiście ciężkie, masywne i nasycone, a zarazem nie tracące nic z selektywności nawet przy największym napierdolu – to się chwali.

Jedno przesłuchanie Goodbye My ROT powinno każdemu w zupełności wystarczyć, żeby przekonać się o formie Epitome – jest wysoka, nawet bardzo wysoka, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeszcze niedawno zespół był w kryzysie egzystencjalnym. Po tych problemach nie ma śladu, a w każdym razie nie słychać ich ani na krążku, ani podczas żywiołowych koncertów. Szacunek!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SupeROTic/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 czerwca 2026

Immolation – Descent [2026]

Immolation - Descent recenzja reviewOd pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat „Acts Of God”, aniżeli faktyczną recenzją nowej płyty. Podsumowanie miało być mniej więcej takie: przesadnie nasłodziłem Immolation przy okazji tamtego albumu, dałem też zbyt wysoką ocenę, bo dopiero jego następca zasłużył na szczere pochwały. Plan był prosty, wykonanie również miało takie być, ale jeszcze z głupia postanowiłem odświeżyć sobie jedenasty long zespołu… I to był błąd, okazało się bowiem, że w bezpośredniej konfrontacji Descent wcale nie wypada tak dobrze, jak to sobie uroiłem.

Descent ma sporo atutów, które powinny wystarczyć, żeby przebić poprzedni krążek (a właściwie trzy): ciekawa okładka, optymalna objętość, masywne brzmienie, charakterystyczne solówki Vigny, zabójczy wokal Dolana, pełnowartościowy instrumental, więcej wrzasków Lilkera, sporo nawiązań do „Close To A World Below”, gęsty klimat zbliżony do „Shadows In The Light” – czyli te wszystkie elementy, za które uwielbiamy Immolation. Problem w tym, że nie ekscytują one już tak, jak przed laty, nie niosą z sobą niczego świeżego, a w paru miejscach zwyczajnie nudzą/denerwują. Cały materiał, abstrahując od jego poziomu, jest po prostu wtórny, a w dodatku tu i ówdzie mocno ponaciągany. To płyta Immolation z muzyką w esencjonalnym stylu Immolation dla najbardziej bezkrytycznych fanów Immolation. I nic ponad to.

Przy odpowiednim podejściu, a najlepiej w całkowitym oderwaniu od reszty dyskografii i tego, co się obecnie dzieje w death metalu, Descent może sprawić dużo radości, momentami nawet i zaimponować, bo to szalenie równy i znakomicie zagrany album. Doświadczenie i klasę zespołu słychać w każdej sekundzie tego materiału, podobnie zresztą jak wypracowane w ciągu 35 lat schematy i przyzwyczajenia kompozytorskie, stąd też przez 42 minuty trudno pozbyć się wrażenia, że to już było. To wszystko już było. Nie raz i nie dwa razy. I może już wystarczy? Immolation grają swoje, nie podejmując przy tym żadnego ryzyka, czego do końca nie rozumiem – przy szacunku, jakim są darzeni, oskarżenia o zdradę stylu raczej im nie grożą, a na paru eksperymentach mogliby tylko zyskać.

Muzycy Immolation utrzymują, że zabawa w zespół, nagrywanie płyt i koncertowanie po całym świecie dalej ich bawi. Cóż, fajnie, naprawdę fajnie, dobrze wiedzieć, że nie robią tego na siłę czy dla wątpliwych pieniędzy, jeeednak nie miałbym nic przeciwko, gdyby ten entuzjazm, który towarzyszy im przy kolejnych wydawnictwach, w jakimś stopniu udzielił się i mnie. Jeszcze piętnaście lat temu dałbym się za nich pokroić, a dziś…


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/immolation

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

9 czerwca 2026

Testament – Para Bellum [2025]

Testament - Para Bellum recenzja reviewZdążyłem się już pogodzić z tym, że kolejne płyty Testament powstają po dość długich przerwach, jednak z pogodzeniem się z tym, że od dawna żadna nowa nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ciągle mam problem. Ciągle też patrzę na ten zespół przez pryzmat „Low” czy „The Gathering”, a nie tak, jak powinienem – „The Formation Of Damnation” łamane przez „Brotherhood Of The Snake”, co na pewno pomogłoby obniżyć oczekiwania do rozsądnego poziomu. Raz będzie lepiej, raz gorzej, ale ponad wszelką wątpliwość arcydzieła są już poza ich zasięgiem, więc po prostu powinienem się cieszyć, że Amerykanie jeszcze grają i przy tym nie robią z siebie idiotów.

Para Bellum, trzynasty pełny album w dorobku Testament, całkiem nieźle wpisuje się w to „raz lepiej”, a chcąc być precyzyjnym – stylem i poziomem praktycznie nie odbiega od poprzedzającego go „Titans Of Creation”, co oznacza, że oprócz pewnych zalet powtarza również większość jego błędów. Materiał jest bardzo zróżnicowany wewnętrznie, tak bardzo, że podpada to już pod niespójność — momentami dość drastyczną/kuriozalną — stąd też trudno się połapać, co Peterson miał w głowie, komponując te numery. Więcej tu niż ostatnio wpływów black metalu (to chyba jedyna opcja dla Erica, żeby zagospodarować niewykorzystane w Dragonlord pomysły), które w jakimś stopniu są równoważone nawiązaniami do thrash’owej łupanki z końca lat 80. (jaskrawym przykładem jest „Nature Of The Beast”). Dalej jest jeszcze ciekawiej: „Room 117” to miks motywów zaciągniętych z repertuaru King Diamond i Iced Earth (co czyni go oryginalnym w swej nieoryginalności), „Witch Hunt” to powrót do brutalizmów a’la „Demonic”, w „For The Love Of Pain” trafiają się nawet jakieś slamy (?), zaś „Meant To Be” to rozwlekła bezjajeczna balladka z ckliwym tekstem w najgorszych tradycjach gatunku. I weź to, człowieku, ogarnij.

Mnogość mniej lub bardziej (nie)przemyślanych skrajności sprawia, że pozbawione ich kawałki — czyli te utrzymane w typowym dla stylu Testament, a zatem już wtórne i przewidywalne — przelatują właściwe niezauważone, o ile nie zirytują jakimś banałem zawartym w tekstach (bo tych i tym razem nie brakuje). Te mniej wyraziste utwory na pewno nieco by zyskały, gdyby gęsto ozdobić je efektownymi solówkami, tymczasem tylko w jedynym („Havana Syndrome”) pojawia się naprawdę godna uwagi trzepanka; pozostałe popisy Skolnicka (a nie ma ich wcale tak wiele) są fajne, choć nie na tyle, żeby zrobić różnicę, jak to było w przypadku „Brotherhood Of The Snake. Zamiast finezji na Para Bellum zespół postawił na blasty — korzystając z tego, że dorobił się młodego i pełnego wigoru perkmana — ale chyba nieco z nimi przeszarżował, bo upchnięto je nawet we fragmentach, w których zupełnie nie były potrzebne. Ot, takie prężenie muskułów przed Exodus, Overkill, Anthrax i innymi dziadkami.

Jak na materiał, na którego zaplanowanie i dopracowanie Testament miał teoretycznie masę czasu, Para Bellum wygląda na przygotowany w pośpiechu i z trochę przypadkowych elementów. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa (z tą tylko uwagą, że Hoglan potrafił lepiej zdynamizować muzykę), brzmienie również trzyma fason (wreszcie słychać wysiłki DiGiorgio w stopniu, w jakim na to zasługują), jedynie kompozycje dupy nie urywają. Nie przeczę, że przy tak dużym rozstrzale stylistycznym każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, jak i ja znajduję, choć niewielu zaakceptuje całość, jak i ja nie akceptuję.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

3 czerwca 2026

Mylingar – Út [2026]

Mylingar - Út recenzja reviewU zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.

Każdy, kto choć raz miał styczność z tym szwedzkim projektem, powinien doskonale wiedzieć, czego można było oczekiwać po Út, bo Mylingar od początku grają w zasadzie to samo, z każdym kolejnym materiałem przesuwają tylko granice intensywności. Ta płyta to 42 minut (odliczam 3 minuty ambientów na końcu „Neðan”) bezkompromisowej death/blackowej jazdy na granicy selektywności, w której próżno szukać jakichkolwiek zmiękczaczy czy subtelności, albo w ogóle punktu zaczepienia. Pomimo upływu prawie siedmiu lat od wydania „Döda Själar” Szwedzi ani nie złagodzili brzmienia, ani nie wyprostowali muzyki, żeby wyjść z nią do ludzi – konfrontacja z Út może, a nawet powinna fizycznie męczyć, jeśli nie odrzucać. Jakże miła to odmiana po ostatnich krążkach Portal, Altarage czy Impetuous Ritual, które tego… no, wpadają w ucho…

Co oczywiste, Út wcale nie sprowadza się do kopiuj-wklej z poprzednich płyt, choć dla postronnych słuchaczy właśnie tak może brzmieć. Jak dla mnie Mylingar tym razem mocniej uwypuklili w swojej twórczości kontrasty: szybkie partie są naprawdę zajebiście szybkie, zaś wolne — których jest zaskakująco sporo — wgniatają jak nigdy przedtem. Te gwałtowne zmiany w najmniej oczywistych momentach – nagłe zrywy i przejścia do mielonki sprawiają, że materiał cały czas mutuje, a niczym nieskrępowana brutalność rozsadza go od środka. Także wokale wydają mi się na Út dziksze i bardziej odpychające, choć może nie do końca skoordynowane z muzyką; cóż – miała być ekstrema, to jest ekstrema. Ponadto w obraną przez Mylingar konwencję wpisuje się bardzo szorstkie i kaleczące brzmienie, w którym czuć jakiś posmak industrii, noise’u czy innego odhumanizowanego cholerstwa.

Mylingar może i (jeszcze) nie są bezkonkurencyjni w swojej niszy, ale na pewno stanowią wartościową i godną sprawdzenia alternatywę dla wielu większych i bardziej rozpoznawalnych nazw, które w pewnym momencie odpuściły z radykalizowaniem swojego przekazu albo dotarły z nim do ściany.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mylingar
Udostępnij: