Źle się dzieje w grindzie polskim, a mam tu na myśli jego najstarszych przedstawicieli, bo z bogatego katalogu ekip znanych na całym świecie ostała nam się ich tylko garstka: Squash Bowels, Neuropathia i Epitome, spośród których tylko ci ostatni są jako tako aktywni wydawniczo. Jest źle, a mogło być jeszcze gorzej, bo po wydaniu profetycznie-złowróżbnie zatytułowanego „ROTend” rzeźnicy spod Wielkiej Cipy stanęli nad przepaścią i bliscy byli wykonania kroku naprzód. Na szczęście do tego nie doszło i po chwilowej zadyszce zespół powrócił – w odmienionym składzie, z nową energią i pomysłami, a przy tym nabuzowany jak nigdy wcześniej.
Jak wiadomo, napierdalać na oślep może każdy, ale napierdalać i umieć z tym dotrzeć do słuchacza, poruszyć go – to już sztuka dostępna nielicznym, w tym właśnie Epitome. Odnoszę nawet wrażenie, że im bardziej z biegiem lat muzyka zespołu i jego przekaz stają się hmm… przyziemne, tym mocniej trafiają do świadomości i na dużej się w niej osadzają. Bez znaczenia, czy kapela serwuje półminutowe strzały w typie „Fuck You!”, czy proponuje epickie dwuminutówki jak „Post-Traumatic Dementia” i „Connective Tissue Disorder” – w każdej formule sprawdza się równie dobrze, zaś same kawałki łatwo zapadają w pamięć. To naturalnie zasługa zgrabnych aranżacji z wieloma sprytnie upchniętymi niuansami, dzięki którym utwory mają swój charakter, mimo iż tworzą bardzo spójną całość.
Goodbye My ROT nie jest kalką poprzednich płyt, bo Epitome zawsze mieli tendencję do pewnych kombinacji, ale oczywiście też przesadnie od nich nie odbiega – to klasyczny przykład rozwoju w ramach dawno określonego-wypracowanego stylu. Usprawnienia dotyczą kilku kwestii; można wskazać m.in. na większą chwytliwość kawałków, bardziej urozmaicone motywy gitarowe, fajne nawiązania do klasyki („Way Out”, „Gore”) i naprawdę dobre zarządzanie dynamiką. Poza tym w paru utworach pojawił się dodatek w postaci dość chaotycznych partii saksofonu, które może i nie czynią z Epitome awangardy, ale potrafią fajnie zamieszać. No i brzmienie – zajebiście ciężkie, masywne i nasycone, a zarazem nie tracące nic z selektywności nawet przy największym napierdolu – to się chwali.
Jedno przesłuchanie Goodbye My ROT powinno każdemu w zupełności wystarczyć, żeby przekonać się o formie Epitome – jest wysoka, nawet bardzo wysoka, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeszcze niedawno zespół był w kryzysie egzystencjalnym. Po tych problemach nie ma śladu, a w każdym razie nie słychać ich ani na krążku, ani podczas żywiołowych koncertów. Szacunek!
ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SupeROTic/
inne płyty tego wykonawcy:
Od pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat
Zdążyłem się już pogodzić z tym, że kolejne płyty Testament powstają po dość długich przerwach, jednak z pogodzeniem się z tym, że od dawna żadna nowa nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ciągle mam problem. Ciągle też patrzę na ten zespół przez pryzmat
U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.
Jak wiadomo, obserwacja zmienia obiekt obserwowany, toteż od jakiegoś czasu z bezpiecznej odległości śledzę sobie poczynania Aversio Humanitatis i z zadowoleniem stwierdzam, że zespół konsekwentnie rozwija się w pożądanym przeze mnie kierunku, co z kolei sprawia, że z każdym ich kolejnym wydawnictwem gęba coraz bardziej mi się cieszy. Nie inaczej jest w przypadku To Become The Endless Static, który na obecną chwilę jestem skłonny uznać nie tylko za największe osiągnięcie Hiszpanów, ale i jedną z ciekawszych płyt z blackiem, jakie ostatnio dotarły do nas z Półwyspu Iberyjskiego.
Przez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!
Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Trochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.


