W Unique Leader już od dłuższego czasu dzieją się rzeczy dla mnie niepojęte, choć może Wydział Dociekliwych ze skarbówki miałaby na ten temat inne zdanie… Z boku wygląda to tak: Amerykanie olewają swoje najlepsze zespoły tylko po to, żeby później ładować kasę w wzięte z dupy deathcore’owe i slamowe nieporozumienia, które jak przypuszczam nie pozwalają im nawet wyjść na zero. W tym pozbawionym nadzoru (Erik Lindmark…) burdelu najbardziej marnowali się Cytotoxin, którzy przy odrobinie rzetelnego wsparcia mogli być już na poziomie Aborted i śmigać po świecie jako headlinerzy wielomiesięcznych tras. Tymczasem po 15 latach grania sami muszą wydawać sobie płyty, zupełnie jak na początku „kariery”.
Na szczęście ta wybitnie żenująca sytuacja kontraktowa nie podkopała u Niemców determinacji ani potencjału twórczego, bo Biographyte jest kolejnym znakomitym albumem w ich dorobku, który przy okazji nieco rozwija formułę uprawianego przez zespół technicznego i brutalnego death metalu – w kierunku coraz większej przystępności. Jako że Cytotoxin już za bardzo nie byli w stanie kombinować ze stopniem skomplikowania muzyki, nie odlatując przy tym w dziwaczne rejony, mocniej skupili się na jej bezpośredniej chwytliwości i… melodiach, dzięki czemu dorobili się najbardziej przystępnego, choć wciąż ekstremalnego, krążka w dyskografii. Wiadomo, równie dobrze mogli pójść w stronę pierwotnej brutalności, ale to by w jakimś stopniu oznaczało uwstecznienie się i utratę tożsamości.
Biographyte rozpoczyna się od „Hope Terminator”, typowego dla zespołu strzału — tak bardzo typowego, że chyba mającego pokazać, że wszystko u nich w porządku; pewnie też dlatego wybrano go na pierwszego singla — by później przejść do mniej oczywistych i schematycznych kawałków. I to właśnie od „Condemnesia” zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki, za to z mnóstwem ciekawych urozmaiceń, wyjątkowo czepliwych motywów i odrobiną „stalkerowskiego” klimatu. Cytotoxin stworzyli rekordowo długi, bo aż 48-minutowy materiał, który mimo to mija niepostrzeżenie. Duża w tym zasługa wspomnianych już melodii, gwałtownych skoków dynamiki, sporych kontrastów (akustyczny „Deadzone Desert” przed wyziewnym „The Everslave”, którego nie powstydziliby się Archspire) i samego rozłożenia utworów na płycie – całość jest płynna i ani przez chwilę nie zamula.
Jeśli miałbym się na Biographyte czegoś czepiać, to pewnie tylko brzmienia, bo chociaż jest zajebiście selektywne, to brakuje mu ciężaru i głębi poprzednich nagrań. Wydaje mi się, że znany z Aborted Mendel bij de Leij powinien doskonale wiedzieć, na czym polega istota muzyki Cytotoxin i jednak trochę lepiej uwypuklić element „brutal”, by krążek zyskał na soczystości i miał większego kopa.
Cytotoxin nagrali już pięć porządnych płyt, na których poznała się cała rzesza maniaków death metalu, ale jak się okazuje, to wciąż za mało, żeby móc cokolwiek prorokować w temacie przyszłości zespołu. Ja tylko liczę na to, że cierpliwości starczy im na jeszcze kilka lat ostrego napierdalania.
ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.cytotoxin.de
inne płyty tego wykonawcy:
Po paru latach błądzenia w stylistycznej mgle Fleshgod Apocalypse wreszcie wyszli na prostą i chyba znaleźli optymalną dla siebie niszę, bo Opera to zdecydowanie ich najlepszy, najbardziej przekonujący i dopracowany album od czasu
W ciągu zaledwie dekady Gaerea dorobiła się rozpoznawalności porównywalnej z pastéis de nata, stała się zespołem, „o którym się mówi” i który w pewnych kręgach wywołuje niemałe kontrowersje. Na Coma, płycie numer cztery, Portugalczycy chyba osiągnęli swoją ostateczną formę. Ostateczną (nie mylić ze szczytową!), czyli taką, z jaką jeszcze nie mam problemu, a mógłbym mieć, bo wyczuwam w tych dźwiękach, że muzycy stanęli na rozdrożu i zaczęli powoli kalkulować, co tu dalej zrobić, żeby było dobrze. Nie ulega wątpliwości, że zamaskowany kwintet miał świadomość komercyjnego potencjału, więc pojawiło się pytanie: ile będzie chciał z niego wycisnąć.
Chłopaki z Vitur mogą tego nie pamiętać, ale ćwierć wieku temu death metal był najbardziej rozpoznawalnym na świecie polskim towarem eksportowym zaraz po wódzie i ceramice z Bolesławca, a nasze kapele wespół z amerykańskimi rządziły w rankingach i były stawiane za wzór. Z czasem sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, bo część starych wyjadaczy się wykruszyła, zaś nieliczni młodzi gniewni w większości jakością swych poczynań nie potrafili nawet nawiązać do chlubnych tradycji. Tak doszliśmy do stanu obecnego, kiedy, co przyznaję z bólem, znalezienie wartościowego debiutanta graniczy z cudem. W tych okolicznościach Transcending The Self napawa pewnym, acz nieprzesadnym optymizmem.
Ten irlandzki kwartet z dorobkiem obejmującym zaledwie demo, epkę i debiutancką płytę szybko wyrósł na jednego z czołowych przedstawicieli chaotycznego death/black metalu. Jak dla mnie – trochę na wyrost, bo skupił się bardziej na sprawnym odgrywaniu patentów podpatrzonych u innych, niż na wprowadzeniu do tego stylu czegoś charakterystycznego tylko dla siebie. Sam zespół chyba też doszedł do podobnych wniosków i coś w tym temacie kombinował, bo prace nad następcą „Across Deaths” zabrały mu szmat czasu. Wreszcie, po siedmiu latach trzymania fanów w niepewności, Malthusian objawił się nieco niespodziewanie w Relapse z krążkiem numer dwa.
Zespół Clairvoyance zaistniał w mojej świadomości przy okazji przekopywania katalogu Blood Harvest kilka lat temu, jednak do pierwszego kontaktu z jego muzyką musiało upłynąć trochę czasu. Teraz pluję sobie w brodę, że tak długo zwlekałem, bo Chasm Of Immurement to kawał porządnego gruz-metalu, który wyraźnie, w dodatku z łatwością, wybija się ponad średnią gatunkową, a jest to o tyle duże osiągnięcie, że większość kapel tego nurtu wydaje się robić wszystko, byle tylko od tej średniej w żaden sposób nie odstawać i nie być posądzonym o zdradę ideałów.
Ehhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji
Udany debiut sprawił, że byłem dość pozytywnie nastawiony do młodych obwiesiów z Morbific, ale moje podejście szybko uległo zmianie po wydaniu przez nich koszmarnie brzmiącego „Squirm Beyond The Mortal Realm”. Byłem przekonany, że po takiej wtopie Finowie już się nie podniosą i ze wstydu zakończą działalność gdzieś w pobliskim lesie. Nie zakończyli. Mało tego, wydali trzeci album, który sprawdziłem tylko po to, żeby z typowo polskiej troski upewnić się, że dalej im w życiu nie wychodzi. I nastąpiło zdziwko: zespół cofną się do korzeni, a potem zrobił krok naprzód, tym razem we właściwym kierunku. Dzięki temu znów jest słuchalny.
Wydawać by się mogło, że skoro po wielu latach Diabolizer wreszcie dorobił się debiutu — który w dodatku został ciepło przyjęty — to występujący pod tym szyldem muzycy poświęcą zespołowi więcej czasu i uwagi, spróbują go rozruszać i postarają się wyrobić mu markę na międzynarodowej scenie. Jeeednak równie dobrze Turcy mogli na powrót zająć się swoimi pozostałymi kapelami, z którymi już coś osiągnęli i które dorobiły się przyzwoitej rozpoznawalności. No i cóż, właśnie z tej drugiej opcji skorzystali, stąd też na następcę
Gridlink zakończyli działalność niedługo po wydaniu 


