Ehhh… lata mijały, rozczarowanie narastało, no i w końcu proroctwo z recenzji „Legacy” zostało wypełnione: nie miałem najmniejszej ochoty/potrzeby sprawdzać, co też znalazło się na kolejnym już powrotnym — tym razem po rekordowo długiej przerwie — materiale Christ Agony. Materiale, który powstawał w zajebiście niesprzyjających okolicznościach przyrody, na raty i w dodatku w dość efemerycznym składzie. To mógł być ostatni gwóźdź do trumny bardzo ważnego dla mnie zespołu, a ja nie chciałem być świadkiem jego wbijania; postanowiłem zatem udawać, że Anthems w ogóle nie istnieje.
Problem w tym, że nie można siebie oszukiwać w nieskończoność, zwłaszcza kiedy instynkt kolekcjonera wie lepiej i podszeptuje do ucha: „kup, kup”. Kupiłem i nie żałuję, bo chociaż Anthems do ideału daleko, to nie potwierdziły się moje obawy (przynajmniej nie wszystkie) związane z tym wydawnictwem. Już samo to, że album zawiera świeższe spojrzenie na muzykę Christ Agonyy i więcej haczyków od dwóch poprzednich wystarcza, żeby dać mu szansę. Z mojej perspektywy najważniejsze jest jednak to, że pomimo pewnych oczywistych nawiązań (m.in. do „Moonlight” w „Sanctuary Of Death” czy dwóch ostatnich w „Throne Of Eternal Silence” i „Nocturnal Dominion”) krążek nie powiela tych najbardziej charakterystycznych i oklepanych motywów z przeszłości, których nagromadzenie ostatnimi czasy doprowadzało mnie do szału.
W miejsce tego, co (aż za) dobrze znane i przemielone już setki razy na Anthems pojawiło się sporo nowych rozwiązań melodycznych, rytmicznych czy „klimatycznych”, które w różnym stopniu odbiegają od tego, z czym ten zespół był dotąd kojarzony, co czyni tę płytę ciekawszą i mniej przewidywalną. I choć nie wszystkie pomysły do mnie trafiają (wołanie na puszczy: didgeridoo to syf i należy się tego wystrzegać!), to poczynione zmiany w ogólnym rozrachunku zadziałały na plus, a taki „Dark Waters”, w którym mamy kumulację tego, co najlepsze, jest prawdziwą perełką i powinien na stałe wejść do kanonu Christ Agony. Trzeba przy tym oddać Cezarowi, co cezarskie, bo niezależnie od tego, z jak nietypowymi zagrywkami (jak na niego) mamy do czynienia, ciągle jest w nich wyczuwalny styl zespołu.
Anthems robi dość dobre wrażenie i w formie, w jakiej trafił do fanów, powinien się podobać, ale jestem przekonany, że można było z niego wycisnąć trochę więcej. Przede wszystkim materiał by zyskał, gdyby go okroić z paru powtórzeń i pozbyć się jałowych wypełniaczy (didgeridoo!), bo stałby się bardziej dynamiczny i komunikatywny, a może nawet i wyrazisty. Drugą kwestią jest skład, a raczej jego brak; zgrany kolektyw ludzi mógłby nadać tym dźwiękom indywidualnego charakteru i mocniej je zniuansować. Po trzecie w końcu, dobrze by było zamknąć proces nagrań w ramach jednej sesji, bo ostateczny mastering nie wyrównał różnic w brzmieniu poszczególnych ścieżek/utworów.
Moje czarnowidztwo w stosunku do Anthems okazało się przesadzone, więc po cichu liczę, że po wyprostowaniu paru istotnych spraw i znalezieniu odpowiednich ludzi będzie już tylko lepiej, a Chrystusowa Agonia potrwa jeszcze kilka lat.
ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony
inne płyty tego wykonawcy:
Są takie dzieła, które ciężko jednoznacznie ocenić. Zwłaszcza jeśli w czasie naszej podróży, zwanej powszechnie życiem, idee, system wartości czy wyznawane przekonania ulegają, jeżeli nie zmianom, to pewnym modyfikacjom. Cały ten proces ma miejsce dzięki tajemniczemu składnikowi nazwanym doświadczeniem. Dzięki przeżywaniu i doświadczaniu, coś co kiedyś uważaliśmy za arcydzieło, ulega degradacji, a czasami coś, co przez lata uważaliśmy za jakiś średniak, nagle urasta do rangi co najmniej „wow, nie tak to sobie zapamiętałem”. To co tyczy się arcydzieł stanowi magię ich nieśmiertelności. To znaczy, pamiętamy jak usłyszeliśmy jakąś płytę około 20 lat temu i obecnie wzbudza w nas te same pozytywne emocje. Nieważne, że wiemy lepiej, rozumiemy więcej, jesteśmy mądrzejsi (przeważnie), a jakieś dzieło nadal rozwala nas na łopatki. Takie twory chyba spokojnie możemy nazwać arcydziełami. Rzecz jasna arcydziełem dla nas. To bardzo subiektywne spojrzenie, bo zapewne każdy ma inną definicję owego pojęcia. Jest wszelako jeszcze jedna miara, czysto obiektywna. Ciężar historyczny. Przecież nie każda płyta, która wyszła w minionym wieku miała wpływ na swój gatunek. De Mysteriis Dom Sathanas tę wagę posiada. Dlaczego? Dlatego, że debiut Mayhem to nie tylko pierwsza duża płyta Norwegów, ale też płyta naznaczona krwią. Krwią jednego z założycieli nazywającego się Øystein Aarseth ps. Euronymous. Ojca zespołu, który tego debiutu nie dożył. Nie jestem tutaj, by oceniać postacie Euronymousa i Varga, ale to co między nimi się wydarzyło wpłynęło także na De Mysteriis Dom Sathanas, choćby w tym że usunięty z „credistów” został ów Varg odpowiedzialny za bas.
Przyznam szczerze, że umknął mi moment, kiedy Imperial Triumphant stał się dużym i rozpoznawalnym zespołem — przypuszczalnie miało to miejsce w momencie przejścia pod skrzydła Century Media — ale najważniejsze jest to, że wraz ze wzrostem popularności w twórczości Amerykanów nie pojawiły się żadne kompromisy. Muzyka tego specyficznego trio wciąż ewoluuje w nieprzewidywalnych kierunkach i nie przestaje zaskakiwać, a Goldstar jest tego najlepszym przykładem. To płyta, która z jednej strony logicznie uzupełnia i rozwija dyskografię grupy, a z drugiej znacząco odbiega od tego, co już znamy w jej wykonaniu.
Swego czasu byłem przekonany, że skoro Teitanblood nagrali już swoje opus magnum, to do kolejnych albumów będą podchodzili na luzie i bez ciśnienia – po prostu pewni siebie i jakości przygotowanego materiału. Rzeczywistość okazała się jednak inna i „The Baneful Choir”, jak na standardy Hiszpanów, był albumem bardzo średnim, żeby nie powiedzieć – rozczarowującym. Zespół najwyraźniej miał tego świadomość, więc majstrując przez kilka lat przy krążku numer cztery, poprawił (zbyt) liczne błędy poprzednika. Rezultat: Teitanblood znów jest taki, jaki najbardziej lubię, czyli przede wszystkim radykalny muzycznie.
Ostatnia dekada to dla Behemoth równia pochyła, a dziecinnie-prowokacyjnie nazwany The Shit Ov God miał być jej smutnym podsumowaniem. W kampanii medialnej tej płyty nie znalazłem dosłownie niczego, co by mogło do niej nastrajać optymistycznie — z niespójną (i raczej paskudną) stroną wizualną na czele — więc jeszcze przed pierwszym odpaleniem byłem gotów postawić na ten album the shit ov me. No i cóż… zespół nie dał mi do tego okazji, choć dzielnie czekałem z opuszczonymi gaciami przez prawie 40 minut, aż im się noga powinie.
Debiut Witchmaster, choć naprawdę klawy i chwytający za jaja, nie został należycie doceniony, zaś sam zespół potraktowano z przymrużeniem oka – bardziej jako skandalizującą ciekawostkę przyrodniczą, niż kapelę z krwi i kości. Sytuacja uległa zmianie, gdy w ramach gruntownej przebudowy składu za perkusją zasiadł niejaki Inferno. Nagle okazało się, że Witchmaster to czołówka polskiej ekstremy i najprawdziwszy kult, a „Masochistic Devil Worship” to wzór, jak napierdalać ku chwale Szatana. Ze skrajności w skrajność… Jak zwykle w takich przypadkach, na dalszy plan zeszła muzyka. Muzyka, która wcale nie przeszła aż tak wielkiej metamorfozy, jak to wszędzie sugerowano.
Mgła to fenomen. Skromny jednoosobowy projekt, działający w głębokim cieniu Kriegsmaschine, który w niewiele ponad dekadę wyrósł na jedną z bardziej hajpowanych blackowych kapel na świecie. Taaak, to się, kurwa, nazywa sukces. Jeeednak pomimo napływających z każdej strony ochów i achów, do mnie muzyka Mgły nie trafiła ani za pierwszym, ani za drugim razem. Dopiero Exercises In Futility — jako materiał przełomowy i w każdym aspekcie dystansujący wszystkie poprzednie wydawnictwa razem wzięte — trwale zmienił moje podejście do zespołu. Właśnie takiej jakości oczekuję od grup wynoszonych na piedestał!
Rotting Christ po wieeelu wizytach nad Wisłą wchłonął cuś niecuś z polskiej kultury i wcale nie chodzi mi tutaj o wódkę i pierogi, a o zamiłowanie do wszelkiego rodzaju rocznic, jubileuszy i akademii ku czci… które swoją drogą również można powiązać z wódką i pierogami. W rezultacie ostatnio dostaliśmy już drugi w ciągu dekady podwójny album koncertowy, którym Grecy świętują 35 rocznicę przejścia z prymitywnego grindu na bezbożny black metal. Pod względem wytrwałości mało kto może się równać z braćmi Tolis, natomiast bardziej konsekwentnych (stylistycznie) paru już by się znalazło – stąd też obie płyty wypełniają bardzo różne, niekiedy skrajnie, dźwięki.
Dwa lata temu (jak ten czas leci…) miałem okazję zapoznać się z epką Dione
Niewiele zjawisk na polskiej scenie przeszło mi tak bardzo koło pięciu liter, jak Батюшка, jej schizma i późniejsze sądowe cyrki między jej pomysłodawcami, toteż nigdy bym się nie spodziewał, że pewnego dnia następca odnogi „krysiukowej”, Патриархь, trafi w moje ręce. A trafił. I to wcale nie był koniec zaskoczeń, bo trafił również w mój gust. Kto wie, może to jeden ze zwiastunów objawionego prorokowi Eliaszowi Klimowiczowi przez boga końca świata?
Uhuhu, Behemoth potrzebował aż czterech lat, żeby zrobić kopię
Vltimas to projekt, którego założenia na papierze kompletnie nie trzymały się kupy, a jednak jego debiut okazał się jednym z ciekawszych albumów 2019 roku i przez długi czas nie opuszczał mojego odtwarzacza. Oczekiwania miałem niekonkretne, w dodatku na bardzo niskim poziomie, więc łatwo było mnie pozytywnie zaskoczyć. To w żaden sposób nie umniejsza wartości muzyki, jaka znalazła się na
Ach ten Deus Mortem. Pamiętam jak byłem na jednym z pierwszych koncertów i jak „Emanations of the Black Light” wgniótł mnie w ziemię. „Kosmocide” również miło mną pozamiatał, zatem dowiadując się o nowym dziele wrocławian, musiałem to mieć. Dziś skupię się na najnowszym albumie Thanatos wydanym przez… nikogo. Necrosodom i ekipa sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem.
No, no, no… kto by pomyślał, że przerwa między krążkami Rotting Christ kiedykolwiek urośnie do rekordowych 5 lat! Wiadomo, po drodze była pandemia, była solowa płyta Sakisa, były rozmaite składaki… Ciśnienie na premierowe kawałki też było, w dodatku tak duże, że u co bardziej naiwnych fanów pojawiły się marzenia o jakichś niesprecyzowanych nowinkach i mniej konwencjonalnym podejściu do tematu. Tiaaa… Dostaliśmy tylko (aż?) Pro Xristou, który w moim odczuciu jest kolejnym etapem w procesie łagodzenia brzmienia i dostosowywania muzyki do potrzeb (poziomu?) masowego odbiorcy.
Kiedy przyplącze mi się coś takiego jak Transcendence, zachodzę w głowę, czemu ludziom chce się zakładać (i utrzymywać przy życiu) podobne zespoły. Czy rynek naprawdę jest aż tak chłonny i przyjmie nieograniczoną ilość takich samych, już od wieeelu lat nic nie wnoszących kapel? Najwyraźniej tak, choć nie ma to żadnego logicznego wytłumaczenia, bo potencjał takiego grania — swoją drogą i tak niewielki — został wyczerpany około 1995 roku, a wszystko, co powstało później, to zabawa w kalkomanię. O jakim stylu mowa?
Przyznam (bez tortur), że wielkim fanem typowego (czy. klasycznego) thrash’u nie jestem. Jedynie kilka kapel ląduje u mnie na stole do muzycznej konsumpcji. Uwielbiam natomiast wszelkie thrash’owe hybrydy na czele z black metalem, który tematyką, prezencją i jebnięciem idealnie łączy się z thrash’owym łojeniem. Nie mogłem zatem obojętnie przejść obok zespołu o nazwie Midnight. Utworzony na początku nowego milenium amerykański jednoosobowy projekt stworzony przez Athenara to obecnie świetna marka na scenie black/speed metalu. Dlatego też bardzo chętnie posłucham najnowszego dzieła Hellish Expectations.
Ze wszystkich zespołów, jakie w życiu poznałem, aż ciężko mi zrozumieć dlaczego tak długo sam się wahałem, aby się z nimi zmierzyć. Tak wiele średnich albumów ubóstwiam, a tutaj, powszechnie uznana legenda, gdzie każdy się zgadza, że to geniusze, a ja się dygam, żeby ich przesłuchać. Zresztą, co ja debil będę się kłócił. Ich pierwszy album narobił dużo szumu i obecnie jest traktowany jako podstawa ekstremy (ja mam inne zdanie, ale…). Sama grupa nie spieszyła się z powrotami, bo wydawali rzeczy nieregularnie, tak prawie co 5 lat albo i więcej. Psychic Secretions jest jednocześnie czwartym, jak i ostatnim (stan na 2024 r.) albumem formacji.
Tyle złego mówi się o szatanie, a tu proszę, czciciel szatana wyciąga pochodnie i naprowadza samoloty na pas startowy, aby nie doszło do kolizji, jak w Smoleńsku. Jak zwykle propaganda chrześcijańska będzie śmieszkować, że się ubrał jak na juwenalia.
Marduk jest co prawda utożsamiany z Black Metalem, ale można zauważyć, że ma zdecydowanie większe grono fanów wśród ludzi słuchających Death Metalu, niżli zwolenników Black Metalu. Ja sam, mając niejako alergię na Black Metal, nie mam większych problemów z lubieniem ich produkcji.
Założony w odległej Kolumbii w roku 1988 zespół Guillotina dołączył do panującej w tym czasie fali thrash metalu. Jego twórca, Dagon, przez dwa lata działał w garażach i żadne oficjalne dzieło z tego okresu nie zobaczyło blasku księżyca. Potem nastąpiła zmiana nie tylko nazwy, ale też stylu muzycznego na rodzący się black metal. W 1990 roku oficjalnie przemienia się w Inquisition i wydaje EP „Anxious Death”. Dziś jednak nie o niej, lecz o najnowszym dziele będącego obecnie w USA nierozerwalnego duetu Dagona i Incubusa Veneration of Medieval Mysticism and Cosmological Violence.


