Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Patrzyło się na ten kiczowaty image z dużym rozbawieniem, ale i pewnym niepokojem, bo istniał cień ryzyka — spotęgowany podejrzanym awansem do Century Media — że zespół przeniesie część tych inspiracji także na muzykę. No i rzeczywiście, na Necropalace jest znacznie więcej black metalu niż na poprzednich płytach, jednak w przeważającej części to black metal bliższy Emperor, Dissection czy dwójce Immortal. Ta nieprzeważająca część to naleciałości wspomnianych wyżej przebierańców, które również występują, aczkolwiek są podane, no, z klasą. Jak się bowiem okazuje, nawet z tak gównianej estetyki można wyciągnąć coś wartościowego, o ile oczywiście potrafi się grać. Worm płynnie połączyli agresywną i dość intensywną blackową jazdę z bardziej typowym dla siebie ponurym doomowym graniem, rozbudowanymi partiami klawiszy oraz całą masą finezyjnych solówek i w rezultacie stworzyli jedną z ciekawszych płyt tego roku.
Worm postawili na rozmach, bogactwo formy, odważne rozwiązania i wielowymiarowe aranżacje, dzięki czemu każdy z sześciu dość długich (albo i bardzo długich) utworów jest dopracowany do najmniejszego detalu, każdy ma do zaoferowania coś przykuwającego uwagę i każdy zaskakuje czymś nieoczywistym, a zebrane razem – wciągają jak diabli. Na Necropalace ani o monotonii, ani o nudzie nie może być mowy – i to pomimo tego, że album trwa ponad godzinę. Duże wrażenie robi zwłaszcza swoboda, z jaką zespół przeskakuje między skrajnościami/stylami i jak wiarygodnie wypada w każdym z nich; czy to wrzask wrony i szaleńcze blasty (bębni Charlie Koryn), czy głęboki growl i mielonka w typie Winter – brzmi to spójnie i bez zarzutu. Progresja? Neoklasyka? Żaden problem – w „The Night Has Fangs” pojawiają się klawiszowo-gitarowe pasaże, których nie powstydziłby się Tony MacAlpine. No i te fenomenalne popisy Tougasa, toż to jest mistrzostwo świata!
Przez cały czas trwania Necropalace doskonale słychać, że zespół włożył w ten materiał mnóstwo pracy, dokładnie go przemyślał i niczego nie pozostawił przypadkowi. To się tyczy również produkcji, która straciła piwniczny vibe i jest odczuwalnie lepsza, a już na pewno bardziej profesjonalna od tej z „Foreverglade”. Brzmienie jest czyste, przestrzenne i selektywne, a przy tym należycie ciężkie i na tyle dobrze zbalansowane, że pasuje zarówno do doomowych walców, jak i do blackowej sieczki. No i jak pięknie uwypuklono tu solówki, toż to jest mistrzostwo świata…
Chwalę i chwalę Necropalace, a początkowo wcale nie byłem przekonany do tego albumu. Jako żart z konwencji – super, ale żeby od razu tego słuchać – no bądźmy poważni… Wszelkie opory wyparowały po 5 minutach kontaktu z płytą, a po kolejnych 10 byłem już kupiony. Czego by ten Worm nie grał, idą za tym niebanalne pomysły i wysoka jakość, których tak po prostu nie można zignorować.
ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/wormgloom
Pomimo wielu przeciwności losu, osobistych i biznesowych, My Dying Bride brną przed siebie i z jako taką regularnością wydają kolejne płyty, choć równie dobrze mogli się rozpaść przynajmniej dekadę temu. W ten sposób tylko oszczędziliby sobie nerwów, wewnętrznych konfliktów i zawirowań w składzie. A fanom licznych rozczarowań, bo umówmy się – to, z czym mamy do czynienia od
W czasach obecnych upałów (gdy piszę te słowa jest 35 stopni) sposobów na ochłodzenie jest kilka. Na przykład można się zapakować do lodówki lub zdjąć z siebie skórę. Można też zapuścić w głośnikach nuty, które zmrożą nam krew w żyłach. I właśnie ten trzeci sposób postanowiłem wykorzystać, wracając niejako do trochę zakurzonego kącika zespołów i albumów wartych zapoznania się i zrecenzowania.
Pod koniec lat 80. XX wieku zdecydowana większość nowo powstających deathmetalowych kapel prześcigała się w generowaniu coraz to większych wyziewów – byle szybciej, byle głośniej, byle gęściej, no i możliwie diabelsko. Na przeciwnym, w dodatku baaardzo odległym biegunie byli natomiast kolesie z Winter, którzy doprowadzili doom/death (umownie – bo sami nie chcieli podpadać pod jakąkolwiek kategorię) do swoistego ekstremum. O ile jedyne demo zespołu było li tylko dość udanym trybutem dla Celtic Frost podanym w slo-mo, tak debiutancki Into Darkness już ostro namieszał na scenie, bo Amerykanie przesunęli granice tego, jak wolno można zagrać.
Rogga Johansson to totalny świrus. Przegina pałę z tymi swoimi wydawnictwami, aczkolwiek mam taką teorię, że niektóre wytwórnie remiksują, albo wykorzystują jego odrzuty, aby wydawać płyty w jego imieniu. A że Rogga jest analfabetą, jeśli chodzi o internet, to pewnie nawet nie wie o tym procederze. A mówię to, bo potrafię odróżniać jego projekty zarówno wg konceptów, jak i stylu. Ale dzisiaj nie będę mówił o tym i zostawię to niedomówieniem. Jak kogoś to obchodzi, może zapytać w komentarzach.
Aż siedem długich lat zajęło muzykom Spectral Voice przygotowanie następcy entuzjastycznie przyjętego debiutu, choć wydawać by się mogło, że Amerykanie zechcą popłynąć na fali pozytywnych opinii i maksymalnie wykorzystać zainteresowanie zespołem. Tak się jednak nie stało — czemu poniekąd nie ma się co dziwić, wszak całą uwagę skupili na nabierającym rozpędu Blood Incantation — i to był chyba błąd, bo w ten sposób dali fanom mnóstwo czasu na pompowanie balonu oczekiwań. Sam spodziewałem się po Sparagmos materiału przynajmniej na miarę mocnego kandydata do płyty roku, a to dla niego niestety stanowczo za wysokie progi.
Po tragicznym wypadku, w wyniku którego zginęli m.in. Andreas i Torsten Reissdorf, z Torchure odszedł również gitarzysta Tomas Hatt, który nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości i nie wyobrażał sobie dalszej współpracy. W tej sytuacji istnienie zespołu zawisło na włosku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pozostali muzycy definitywnie zakończyli działalność, nikt by im też tego nie wypominał. Mimo to, po kilku miesiącach Martin Matzak i Stefan Pickbrenner zdecydowali się uhonorować braci i doprowadzić ich dzieło do końca.
Holandia, jak na mały kraj, miała dysproporcjonalnie dużą ilość jakościowych grup. Posunąłbym się nawet dalej i zapytał, czy w ogóle istniała jakaś kiepska grupa z tego kraju, grająca Death Metal w latach ’90? Owszem, nie wszystkie wydawnictwa wyglądały zachęcająco, jak np. dzisiejszy protagonista, a nawet wręcz tego typu grafika nie kojarzyła się z ekstremalnym graniem, a już tym bardziej na dobrym poziomie. Aczkolwiek na szczęście re-edycja Vic Records ma już bardziej „normalną” i pasującą okładkę.
Czy jest coś przyjemniejszego na jesienno-zimowe wieczory, niż poza grubym sweterkiem, opatulić się ciepłym kocykiem, zrobić sobie klasyczne kakałko z pianką i łyżką miodu, schrupać sobie rogalika z nadzieniem, wrzucić trochę drewna do kominka (jak się takowy ma) i wczuć w pełni w komfortową atmosferę, puszczając sobie zacną twórczość japońskiego Coffins? Dla mnie na pewno nie.
Największa pułapka przy recenzowaniu legend polega na tym, że można popaść albo w przesadni zachwyt (bo tak wypada), nadmierną subiektywność (fanboizm) lub kontrarianizm (wszyscy inni lubią, to ja będę na „nie”). Jeszcze gorzej jest jak ma się do czynienia z wybitną jednostką, która jest znana z perfekcjonizmu i ma wyrazistą wizję swojej sztuki. Pojawia się też niemała ochota, aby jak przy „Nowych szatach króla” z miejsca krzyknąć, że „król jest nagi!”, zanim da się sobie szansę porządnie obcować z dziełem i wyrobić sobie świadomą opinię.
Kolejny z wielu (zbyt wielu) projektów Reiferta, który na dobrą sprawę mógł równie dobrze nie powstawać. Już dużo chętniej chciałbym napisać coś o jego innym projekcie – Painted Doll, który zrobił z jakimś-tam komikiem, ale się nie da, bo to nie jest Metal tylko abstrakcyjny Indie Rock. Druga połowa Static Abyss to nieznany mi w ogóle Greg Wilkinson, który notabene dołączył do Autopsy, przez co cały projekt wydaje się być jeszcze bardziej absurdalnie zbędny.
Po udanym i ciepło przyjętym
A teraz czas na coś z zupełnie innej beczki. Kocham ten zespół jak mało który, ponieważ jako jedni z nielicznych potrafią sprawić, że się łezka w oku potrafi zakręcić. Jakby ktoś miał czelność nie znać, to pokrótce powiem, że Celestial Season nagrał dwie uznane (i nietypowe) płyty utrzymane w stylu Doom/Death w latach ‘90, po czym przeszli na Stoner/Rock i się rozpadli kilka lat później.
Jak to się bardzo ładnie mawia: „Od pierwszych sekund wiadomo, że będzie zajebiście”.
Dawno, dawno temu poznałem tą ekipę przy rekomendacjach z rateyourmusic.com, przez co ich nazwa dobrze się mi kojarzyła i gdy ku mojemu zaskoczeniu pojawiły się re-edycje ich starych płyt, co się również zbiegło z reaktywacją grupy, to mogłem sobie przypomnieć o nich na nowo i tym razem porządnie, słuchając ich twórczości od deski do deski.
Z perspektywy czasu, łódzki Tenebris zaliczył niemały „wstrętny progres” (nawiązując do tytułu płyty). Od rasowego Death Metalu, po szeroko rozumianą muzykę Metalową z elementami, które innym kapelom nie mieszczą się w głowie. Od samego jednak początku słychać, że nie mamy tutaj do czynienia z „kolejną” grupą Death Metalową.
Historia Crimson Relic jest specyficzna – po rozpadzie Divine Eve gitarzysta Xan Hammack stwierdził, że szkoda, aby praktycznie gotowy materiał na debiut pierwotnej kapeli przepadł, więc postanowił uwiecznić go, ale pod nową nazwą. Sam Crimson Relic chyba się rozpadł niewiele później po wydaniu swojej jedynej płyty i też nie wydaje mi się, aby było inne zamierzenie dla tego projektu, jako że całość została nagrana tylko przez dwie osoby – Hammacka i sesyjnego muzyka, Rhetta Davisa (Morgion, Gravehill).
Swoim pierwszym albumem Eximperitus udowodnili wszem i wobec, że są ociupinkę pierdolnięci — czym zresztą zaskarbili sobie uznanie fanów — choć niestety większość odbiorców mocniej skupiła się na otoczce towarzyszącej temu projektowi aniżeli na samej muzyce. Poniekąd się temu nie dziwię – zarówno pomysł na nazwę, jak i tytuły utworów nie miały precedensu, więc skutecznie zwracały uwagę i przy okazji ostro ryły baniak. Muzyka na „Prajecyrujučy sinhuliarnaje wypramieńwańnie Daktryny Absaliutnaha j Usiopahłynaĺnaha Zła skroź šaścihrannuju pryzmu Sîn-Ahhi-Eriba na hipierpawierchniu zadyjakaĺnaha kaučęha zasnawaĺnikau kosmatęchničnaha ordęna palieakantakta, najstaražytnyja ipastasi dawosiewych cywilizacyj prywodziać u ruch ręzanansny transfarmatar časowapadobnaj biaskoncaści budučyni u ćwiardyniach absierwatoryi Nwn-Hu-Kek-Amo” nie była już aż tak oryginalna i rewolucyjna, ale mimo wszystko przynosiła z sobą dostatecznie dużą dawkę brutalności i popieprzonych zagrywek, żeby zostać zapamiętaną.
Po dwóch udanych płytach utrzymanych w „okołoszwedzkim” stylu Abythic postanowili sprawdzić się w muzyce o wiele bardziej ambitnej, wymagającej i rozbudowanej, a przy okazji też tajemniczej i przesiąkniętej obskurną grobową atmosferą. W tym miejscu należałoby pogratulować zespołowi odwagi i chęci rozwoju, gdyby nie to, że — zupeeełnie przypadkiem — takie granie ma akurat spore wzięcie i daje +10 do kultu i poważania… Na Dominion Of The Wicked Niemcy popłynęli z nurtem, co do tego nie mam wątpliwości, ale wcale źle na tym nie wyszli, choć na zachwyty jest stanowczo za wcześnie.
Hmm… może to i niespecjalnie true-oldskulowa postawa, ale jakoś nie wypatrywałem następcy 


