1 października 2022

Celestial Season – The Secret Teachings [2020]

Celestial Season - The Secret Teachings recenzja reviewA teraz czas na coś z zupełnie innej beczki. Kocham ten zespół jak mało który, ponieważ jako jedni z nielicznych potrafią sprawić, że się łezka w oku potrafi zakręcić. Jakby ktoś miał czelność nie znać, to pokrótce powiem, że Celestial Season nagrał dwie uznane (i nietypowe) płyty utrzymane w stylu Doom/Death w latach ‘90, po czym przeszli na Stoner/Rock i się rozpadli kilka lat później.

I gdy jak wiele innych zapomnianych legend wrócili, to wpierw się zastanawiałem, do jakiego gatunku będzie to powrót. I gdy singiel z 2011 r., zawierający ponownie nagrany „Decamerone” uspokoił wstępne obawy, to następnym etapem miał być pełny materiał. No i przyszło na to nieco poczekać, bo aż kolejne 9 lat. To i teraz pozostała ostatnia kwestia – czy było warto?

Album został wydany przez nieznaną mi wytwórnię Burning World Records i trochę się zastanawiałem, co to będzie. I choć opakowanie ubogie, to na szczęście zawartość jest jak najbardziej bogata. Żeby już dalej nie przedłużać, standardowo w swoim zwyczaju pocisnę z grubej rury, że jest to chyba najlepszy materiał zespołu.

Jeśli ktoś tak jak ja uwielbiał „Forever Scarlet Passion”, albo „Solar Lovers”, to (prawie) najnowszy album (grupa wydała ostatnio kolejną płytę w 2022) jest nie tylko kontynuacją tamtych wojaży sonicznych, ale również ich naturalnym rozwojem. Różnica jest jednak taka, że na The Secret Teachings nie ma wesołych/radośniejszych momentów. Wręcz przeciwnie, wiek chyba zrobił swoje, bo jest gorzko, ponuro i czasem boleśnie, choć zrobione z typową dla Celestial Season gracją i wdziękiem.

Nie brakuje również wiolonczeli, która ma również dużo do powiedzenia. Muzyka brzmi bardzo gorzko, tylko tak, jak może brzmieć gorycz wzbogacona o doświadczenie i wiek, tak szybko upływający i mijający. I choć grupa zawsze miała utwory rzędu 5 minut, tak tutaj zdarza się nierzadko sięgnąć od 6 do prawie 9 minut. Dla urozmaicenia mamy też kilka minutowych miniaturek, pełniących funkcję wprowadzenia do kolejnych części płyty.

I ponownie udało się zespołowi sięgnąć wyżyn, jeśli chodzi o połączenie ciężaru z ładunkiem emocjonalnym. Pojawia się piękny sequel do „Solar Child”, zwany jakże wymownie w kontekście do mroczniejszego klimatu, „Lunar Child”. Oprócz tego, zarówno „Long Forlorn Tears” jak i bardziej Death Metalowy „The Ourobouros” powinny zwrócić waszą uwagę. Tytuł najcięższego numeru jednak przypada na utrzymanego w mistycznym klimacie „Salt of the Earth”.

Do pełni szczęścia brakuje jeszcze upływu czasu, który by ostatecznie potwierdził, że mamy do czynienia z dziełem wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju. Wierzę jednak, że za kilka lat będzie można śmiało mówić o dziele wartym pełnej dziesiątki. Zachowawczo jednak na dzień dzisiejszy dam prawie pełną ocenę.


ocena: 9,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/CelestialSeason





Udostępnij:

8 komentarzy:

  1. wybitny zespół - grzech nie znać

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za polecenie zespołu, nie znałem. Przepiękny album! Dzięki

    OdpowiedzUsuń
  3. to jeszcze obowiązkowo zapoznaj się z albumem Solar Lovers, zwłaszcza z otwierającym płytę Decamerone. jak to powiedział mój kolega "to jest zbyt prawdziwe aby było prawdziwe" (sic)

    mutant

    OdpowiedzUsuń
  4. Klasyków nie przebije

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. słuchałem Solar Lover i przegrało. możecie mnie obrzucać błotem, ale przebiło klasyk. Pierwsza płyta to była rozgrzewka. Druga miała 2 ważne utwory, ten album natomiast od początku do końca trzyma klasę.

      mutant

      Usuń
  5. Strach tego słuchać - Forever oraz Solar miały choć trochę odbicia w lekki powiew pozytywu, tu dół wciska w fotel i nie ma siły wstać, coś nieprawdopodobnego ta płyta; fajnie o niej tu poczytać. A te stonerowe albumy też nie były złe, bo to był jednak ten stoner bardziej w modzie/klimatach lat 90tych, a nie zamęczania buły z lat późniejszych, warto sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ich najnowszy album jest nieco weselszy, a już na pewno bardziej Death Metalowy niż Doomowy. recka w każdym bądź razie będzie, tylko muszą mi przywieźć i trochę też muszę poświęcić czasu. Z ich stonerowego okresu to najwięcej słyszałem Orange, które było nawet okej i trochę Chrome, który mi już tak nie za bardzo podszedł.

      Rozczarowuje mnie nieco prostota wydania. Jak już coś, to się chyba bardziej opłaca kupić box set na winylu "The Doom Era", nie tylko dlatego że ma komplet klasycznych płyt (re-edycja debiutu jest tylko na winylu i nie wiadomo kiedy dadzą na CD), ale również teksty, liner notes i graficzki, plus archiwalne zdjęcia. Coś co w wydaniu osobnym na CD brakuje.

      mutant

      Usuń
    2. I to jest rekomendacja, czekam na recenzję.

      Usuń