Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

30 lipca 2016

The Ritual Aura – Laniakea [2015]

The Ritual Aura - Laniakea recenzja okładka review coverAudi reklamuje się hasłem "przewaga dzięki technice". The Ritual Aura też tak powinni, oczywiście jakby było ich stać na prawa autorskie. A tak serio, to umiejętności Australijczycy mają niesamowite, kopara opada, jak sobie człowiek dokładniej posłucha, co też oni wyczyniają w ramach (i trochę poza) tak zwanego technicznego death metalu. Żeby jednak nie było nieporozumień – nieprzeciętny mają tylko warsztat, bo w podejściu do kompozycji awangardy ani specjalnych nowości nikt się tu nie doszuka. Jedynym większym odstępstwem od normy jest u nich zastąpienie basu ustrojstwem o nazwie NS stick – wielbiciele tappingu będą zachwyceni. Nie da się ukryć, że The Ritual Aura po prostu wybrali sobie taką dziedzinę, w której mogli się najbardziej wykazać, poszaleć, może nawet i poszpanować, ale na pewno nie chodziło im o przecieranie szlaków i szerzenie wydumanych idei – nieliczne teksty na "Laniakea" to kwestia co najwyżej drugorzędna. No i grają te swoje kosmosy, od których włosy w uszach dęba stają, a mózg się przegrzewa. "Laniakea" trwa tylko 26 minut, ale — w co nietrudno uwierzyć — jest bardziej nasycona nutami (i ogólnie pomysłami) niż przewidywana dyskografia Six Feet Under do 2025 roku. Brutalność – a i owszem, szybkość – jak najbardziej, agresywne wokale – ich także nie brakuje, jednak intensywność tej muzyki wynika przede wszystkim z jej złożoności, ciągłych zmian, dziesiątek nachodzących na siebie warstw i dość dużego eklektyzmu. Wśród tego zgiełku można wyłapać patenty charakterystyczne choćby dla Animals As Leaders, Fallujah, Son Of Aurelius, Arkaik czy Decrepit Birth – Australijczycy wymieszali wszystko na swój sposób i doprawili stricte neoklasycznymi wpływami, nadającymi utworom nieco lekkości. "Laniakea" ma kopa, odpowiednio nośną dynamikę oraz spore pokłady melodyjności, dzięki której płyty chce się słuchać, w przeciwieństwie do wielu innych super technicznych tworów nastawionych wyłącznie na jałową trzepankę. Nie bez znaczenia dla pozytywnego odbioru jest również wspomniana już długość płyty, optymalna dla takich szaleństw – w sam raz, żeby zaciekawić, zaimponować i wywołać niedosyt. Gdyby ta muzyczna gimnastyka trwała, powiedzmy, godzinę, to przypuszczalnie tylko najwięksi śmiałkowie byliby w stanie dotrwać do końca albumu. Na szczęście ten materiał przygotowano z zachowaniem zdrowego rozsądku, więc warto się The Ritual Aura zainteresować i wypatrywać, co też wymyślą w przyszłości.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/theritualaura

podobne płyty:

Udostępnij:

6 sierpnia 2015

Disentomb – Misery [2014]

Disentomb - Misery recenzja okładka review coverEkipa Disentomb znalazła całkiem skuteczny patent na przyciągnięcie do siebie potencjalnych słuchaczy. Na dzień dobry po oczach wali niby typowa, a jednak mocno zwracająca uwagę okładka, która jakoś podskórnie sugeruje ponury, klasyczny wymiot. Potem mamy potwierdzające wcześniejsze przypuszczenia intro, które z jednej strony zaskoczy dotychczasowych sympatyków kapeli (są jacyś u nas, hop hop?), a z drugiej ostro podjara fanów Immolation i Gorguts, bo riff i klimat tego fragmentu są zajebiście zawiesiste. Tyle w zupełności wystarczy, żeby wyskoczyć z kasy na zakup tej płytki. Dopiero później, czyli po wybrzmieniu zachwycającego 'The Genesis Of Misery', okazuje się, że zarówno zaskoczenie (opcja pierwsza) jak i podnieta (opcja druga) były przedwczesne i przesadzone. Od 'An Edifice Of Archbestial Impurity' Australijczycy grają bowiem praktycznie to samo, co na debiucie, tylko sprawniej i z innymi wokalami. "Misery" jest więc kolejnym dość technicznym brutal death metalowym krążkiem, który kręci się wokół patentów wypracowanych lata wcześniej przez amerykański Disgorge (bez nich Disentomb pewnie nawet by nie powstał), Defeated Sanity, Disavowed, Pyaemia czy Devourment – czyli nic nowego tu nie uświadczymy. Pozostaje jeszcze poziom tych wariacji na temat death’owej ekstremy, a ten jest naprawdę wysoki. Kolesie napierają prawie bez wytchnienia, brzmienie miażdży ciężarem, ale... tego wszystkiego trzeba się pierwej dosłuchać. Nigdy nie byłem zwolennikiem przegadanych albumów, bo to zwykle zabija dynamikę i w rezultacie nudzi; wokalmen Disentomb przy okazji "Misery" chciał najwyraźniej pójść o krok dalej. Jordan James na tym krążku operuje w rejestrach dzika w zaawansowanym stadium raka krtani – jego pochrząkiwania i bulgoty są naprawdę przyziemne i do pewnego stopnia robią wrażenie, ale w takiej ilości po prostu zagłuszają muzykę, sprowadzoną w ten sposób do roli tła. Pewnym urozmaiceniem — czy też wabikiem na emo-młodzież, nie wnikam — miał być chyba gościnny udział jakiegoś teletubisia z The Black Dahlia Murder w 'Forced Adornment Of The Funerary Crown', ale sorki – takie wrzaskliwe cuś jest w zasięgu byle Mietka zgarniętego prosto z ulicy. Dlatego też ocena "Misery" nastręcza mi pewnych problemów, bo instrumentalnie wszystko się zgadza, natomiast w kwestii 'śpiewu' panowie trochę przegięli. Jako że album jest lepszy od dużo bardziej typowego debiutu, to 7 i pół wydaje się w sam raz.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/disentomb

podobne płyty:


Udostępnij:

26 grudnia 2014

Aeon Of Horus – The Embodiment Of Darkness And Light [2008]

Aeon Of Horus - The Embodiment Of Darkness And Light recenzja okładka review coverDebiutancki album australijskiego kwartetu nie jest aż tak obrzydliwie melodyjny, jakby mogło to wynikać z tekstu zamieszczonej nie tak znowu dawno temu na łamach naszego bloga recenzji ich najmłodszego dzieła pt. "Existence". Wszystkie pozostałe przewiny zgadzają się jednak co do joty. Nagrany w 2008 roku album zatytułowany "The Embodiment of Darkness and Light" brzmi bardzo, ale to bardzo wtórnie i odtwórczo, nie wnosząc do gatunku absolutnie nic nowego i niczym nie zaskakując. Egipskie klimaty, klawisze i kosmiczno-mistyczne orkiestracje, nawet melodie – to wszystko już było i to dekady wcześniej. Osoby z pamięcią demo i jego niemal encyklopedyczną znajomością gatunku z łatwością mogłyby rozebrać album na części, z których każda jedna gdzieś, kiedyś już była. Kompozycyjnie więc chłopaki nie popisali się tworząc coś na kształt kompilacji melodii i rytmów zasłyszanych na wydawnictwach głównie amerykańskich i szwedzkich. Fakt, że wyszła z tego całkiem przyjemna i sprawnie zmontowana produkcja nie zmienia w żaden sposób innego faktu – "The Embodiment of Darkness and Light" stoi powtórkami, coś jak Polsat. Gdzie się człowiek nie wsłucha, słyszy znane mu patenty i aranżacje, praktycznie nie pozostawiające miejsca na autorską twórczości Australijczyków. Na nieco ponad pół godziny materiału, może kilka minut brzmi mniej znajomo i nosi jakiekolwiek znamiona oryginalności. Skutek tego jest taki, że płyta odchodzi w niepamięć zaraz po zakończeniu odsłuchu. Podobnie jest zresztą z jej artystyczną fajnością, która zanika niemal natychmiast po wyłączeniu muzyki. Gdy płytka się kręci, jeszcze jakoś jest – w końcu wszystko zostało tu zainspirowane czymś powszechnie uznanym za wybitne, z czasem jednak, całość rozbija się na owe części składowe, a że niewiele tu własnego, to i pamięć kieruje się w stronę oryginalnych wykonawców poszczególnych aranżacji. I tak, po kilku godzinach od zakończenia przygody z debiutem Aeon Of Horus, w głowie rozbrzmiewają takie nazwy jak Nile, Nocturnus bądź Theory in Practice, a to nie dodaje chwały muzykom z Canberry. Na pochwałę zasługuje za to wysokich lotów rzemiosło instrumentalne, którym mogą poszczycić się muzycy – nie czuć żadnego ciskania się i silenia przy nawet najbardziej złożonych strukturach, a kilka takowych na krążku jest. Także realizacja nie pozostawia wiele do życzenia, bowiem wszystko brzmi bardzo klarownie i odpowiednio selektywnie, bez popadania w powszechną dość chirurgicznie chłodną arcyprecyzję. Trudno jednak oczekiwać, by dobry warsztat i poprawna realizacja nadrobiły niedostatki na polu twórczości i muzykopisarstwa. Raz, że to w końcu sztuka, a nie inżynieria materiałowa, a dwa – techniczny metal z definicji musi być techniczny. Dlatego ocena może być tylko jedna, taka, którą zwykle wystawiamy dobrym kopistom i odtwórcom.


ocena: 6/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/aeonofhorus

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 czerwca 2014

Aeon Of Horus – Existence [2014]

Aeon Of Horus - Existence recenzja okładka review coverDebiutancki krążek australijskiego kwartetu Aeon of Horus był typowy aż do niemożliwości – melodyjny tech death (z naciskiem na melodyjny), tak bardzo ostatnio popularny i równie mocno nadużywany. Nie było w nim absolutnie nic nowatorskiego, wszystko przerobione po wielokroć w każdej dającej się wyobrazić kombinacji, przez kapele na każdej szerokości geograficznej. Nie znaczy to oczywiście, że nie dało się go słuchać, bo lekki był i przyjemny w odbiorze, jednakże wyczerpywało to w zasadzie listę zalet. Czas przy albumie mijał szybko, równie szybko jak ulatywała o nim pamięć. Na szczęście, także dla samych siebie, również muzycy doszli do podobnego wniosku, bowiem drugi ich album — "Existence" — mimo iż wciąż utrzymany w tym samym stylu, dojrzał i spoważniał. Przede wszystkim zaś – zyskał na wyrazistości i charakterze. Popracowanie nad kompozycjami opłaciło się. Muzyka nadal jest raczej łatwo przyswajalna, poprawiono jednak melodie, które bywało, że brzmiały bardzo bezjajecznie, oraz wypracowano bardziej autorskie brzmienie i styl. Nie udało się naprawić wszystkiego i zdarza się niestety wpaść na fragment od którego więdną uszy, a zęby wrastają w dziąsła; generalnie jednak – nie jest źle. Chętniej sięgnięto także do elektroniki i rozmaitych orkiestracji, osiągając niekiedy efekty zbliżone do tych znanych z Dimmu Borgir z jednej strony (jak np. w utworze "Symbiosis"), z drugiej zaś – Nile ("Exude"). Wprawne ucho wychwyci zapewne znacznie więcej, w tym: Ihsahna, The Faceless, a nawet Cynica i Gordian Knot. Sporo dobrego wniosła zmiana na stanowisku basisty, którego w końcu należycie słychać, i który w końcu gra na poziomie niezbędnym przy takiej muzyce. Bardzo dobrze słychać to np. w "Resolve", który sam w sobie jakąś perełką nie jest, ale obrazuje całokształt zmian, które zaszły od czasu debiutu. Ogólnie należy stwierdzić, że dokonane przewartościowania przeniosły środek ciężkości w kierunku mocno technicznego prog metalu, upodabniając Aeon of Horus do niemieckiej Obscury, być może nawet późnego Spawn of Possession (choć może być to komplement nieco na wyrost), nad którym tak rozpływał się demo. Żeby w pełni zasłużyć na ten komplement i znaleźć się we wspomnianym towarzystwie, muszą Australijczycy jeszcze bardzie zejść z melodii, i nieco dociążyć muzykę. Póki co bowiem, mimo iż zmiany idą w dobrym kierunku, mam wrażenie, że rozwojem zatrzymali się muzycy w wieku dojrzewania, i chociaż bardzo chcą już być dorośli, to nie do końca wiedzą jak, i wyglądają jak zdradzeni przez niezakończoną mutację głosu i szczypiorek pod nosem małolaci próbujący kupić piwo. Są jednak na dobrej drodze, jak już wspomniałem. "Existence" słucha się dobrze, utwory zwykle mają w sobie owo mistyczne "coś", technicznie stoją na zadowalającym poziomie, więc jedyne nad czym muszą jeszcze naprawdę popracować, to jakość kompozycji. O ile chcą oczywiście wydostać się z grajdołka przeciętności i bezpłciowości. Prawda jest bowiem taka, że "Existence" nie wykorzystuje pełnego potencjału muzyków, potencjału, który słychać śledząc ewolucję jaka stała się udziałem Australijczyków od czasu debiutu. Mam jednak nadzieję, że kolejny album w pełni pokaże możliwości zespołu i zaskoczy naprawdę solidnym graniem.


ocena: 7/10
deaf
oficjalny profil MySpace: http://www.myspace.com/aeonofhorus

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 września 2013

Mortal Sin – Psychology Of Death [2011]

Mortal Sin - Psychology Of Death recenzja okładka review coverMortal Sin to jedna z pierwszych thrashowych załóg z Australii, a ich bardzo kalifornijski debiut "Mayhemic Destruction" to pierwszy australijski longplej thrashowej proweniencji. Dziś jednak nie czas na dywagacje o debiucie, lecz na kilka słów o ostatnim krążku muzyków – "Psychology of Death" z 2011 roku. Ale od początku. Historia kapeli przypomina brazylijskie telenowele, w których bohaterowie schodzą się i rozchodzą, zdradzają, walczą po sądach i obrażają się na siebie nawzajem. W chuj thrashowe podejście, nie ma co. Oficjalnie zespół zakończył swoją działalność w 2012 roku, ale jako że już wcześniej zdarzały im się "oficjalne zakończenia", więc i tym razem nic nie wiadomo i może jeszcze czymś zaskoczą. Ale historia muzyków jest ciekawa także z innego powodu – przez całą swoją działalność więcej byli w rozpadzie, niż nagrali krążków. Pięć albumów w całej karierze to dość mało, sami przyznacie. Ale przecież nie o ilość, lecz o jakość chodzi, więc jak to z tą jakością? Ano tak se. Chociaż, chociaż... "Psychology of Death" aż taki znowu przeciętny nie jest. A przynajmniej nie cały, nie od początku. Otwierający album, tytułowy "Psychology of Death" oraz "Paralysed By Fear" to naprawdę rasowe thrashowe kawałki z mięsistymi riffami, dynamiczną sekcją, dobrą motoryką i wpadającymi w ucho melodiami. Coś na kształt ostatnich krążków Death Angel i późnego Kreatora. Niestety, czym później, tym mniej oryginalnie i nudniej. Utworom brakuje werwy i mijają bez większej podniety. Kilku dodatkowych momentów uciechy dostarczają fragmenty "Doomed to Annihilation" i refren "Down in the Pit", choć niestety nie wpływa to jakoś specjalnie na ogólny odbiór albumu. Album nie zapada w pamięć – to jest problem Australijczyków. Warsztatowo nie można się przyczepić właściwie do niczego, podobnie z brzmieniem i realizacją, niestety kompozycje to odczuwalnie niższa liga i efekt tego jest taki, że jakoś nie ciągnęło mnie do kolejnych odsłuchań. Przy takiej ilości bardziej wyrazistych i wciągających albumów, dalsza lektura "Psychology of Death" wynikała w sumie z recenzenckiej rzetelności. I mimo iż album nie odstaje od średniej światowej, pozostaje tylko średnią światową.


ocena: 7/10
deaf
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MortalSin.Band
Udostępnij:

14 lipca 2013

Ouroboros – Glorification Of A Myth [2011]

Ouroboros - Glorification Of A Myth recenzja okładka review coverGranica pomiędzy graniem technicznym a bezsensownym katowaniem sprzętu jest dość cienka i naprawdę niewiele trzeba by znaleźć się w Meksyku. A stamtąd, jak wiadomo, trudniej się dostać do USA, trudniej niż droga w przeciwnym kierunku. Prawda jest też taka, że nastała ostatnio moda na bycie arcytechnicznym i stąd wysyp zespołów ubiegających się o tytuł, nieszczególnie zresztą pochlebny, najbardziej technicznej załogi ever. Gdyby jeszcze w parze z umiejętnościami szły jakieś konkretne pomysły natury muzycznej to ok, ale rzeczywistość jest taka jak na załączonym obrazku, czyli, że nie idą. I efekt tego jest taki, że mimo tysięcy arcytechnicznych załóg, niewiele jest takich, które przyciągają na dłużej i zapadają w pamięć. Na szczęście, od czasu do czasu, pojawia się ekipa, która nie dość, że umie grać, to jeszcze potrafi komponować zajebistą muzykę. Było tak w przypadku Szwajcarów z Punish i ich ostatniego longlpeja z 2009, jest tak w przypadku Australijczyków z Ouroboros i ich debiutu z roku 2011. Bo to, co zrobił australijski kwintet na swoim "Glorification of a Myth" to czysta poezja – kwintesencja dobrej muzyki per se. Koła wprawdzie nie wymyślili, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo słucha się albumu wprost wybornie. Tym bardziej, że muzycy zadanie domowe odrobili i nie przyszli w gości z zupełnie pustymi rękoma. Nie ma chyba większego sensu rozpisywanie się o tym jak dobrzy są instrumentalnie, bo to wynika wprost z tego, co już napisałem, nie ma również sensu kadzenie za stronę kompozytorską, bo i to wynika z tekstu powyżej i gdyby tak nie było, nie robił bym powyższego wstępu na pierwszym miejscu. Kilka słów mogę za to napisać o tym, co było w koszyczku dla babci. Ilościowo wiele tego nie ma, ale to jakość, co oczywiste, ma znaczenie. Otóż moi mili, duet gitarzystów Chris Jones/Mikhail Okrugin zaproponował styl riffowania, którego nie słyszałem wcześniej zbyt często, przynajmniej nie w death/thrashowej stylistyce (może z wyjątkiem Punish właśnie), a który okazał się niczym innym jak otwarciem okna w dawno niewietrzonej sali. Bicia są krótkie, rwane, agresywne, coś jakby tremolo, tyle że na całym gryfie i bez żadnych ograniczeń co do ilości dźwięków. Do tego równie rwana i cholernie motoryczna sekcja, wszystko, o czym już zdążyłem napomknąć (technicznie tego nie robiąc) i przepis na sukces gwarantowany. Słucha się tego z zapartym tchem, bo napierdala to po nerach zawodowo, a wszak o to w muzyce chodzi. Przez ponad 50 minut chłopaki nie odpuszczają na moment, będąc jednak na tyle zajebistymi, by zwolnić, wrzucić coś orientalnego, instrumentalnego a i tak poniewierać bez miłosierdzia. Faworytów w sumie nie mam… choć otwierający album "Black Hole Generator" wybitnie wpadł mi w ucho, więc może za faworyta robić. Prawda jest jednak taka, że każdy kawałek jest równie dobry i bez cienia wątpliwości mógłbym w miejsce "Black Hole Generator" wstawić nazwę każdego z pozostałych dziewięciu utworów. W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zarekomendować ten album każdemu miłośnikowi metalu.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.ouroboros.mu

podobne płyty:

Udostępnij:

20 lipca 2012

Devour The Martyr – Wasted On The Living [2011]

Devour The Martyr - Wasted On The Living recenzja okładka review coverStosunkowo młody twór jakim jest Devour The Martyr ponoć już zdobył sobie niezłą pozycję na australijskiej scenie, a teraz pragnie podbić północną półkulę. Nie chciałbym tu przedwcześnie dołować chłopaków, ale ta ofensywa może być bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa do przeprowadzenia. Wiadomo przecież, że konkurencja w tym gatunku (death-thrash) ze strony Skandynawów (głównie Szwedów i Duńczyków) jest przeogromna, a jakby tego było mało, bohaterowie tej recenzji prezentują się póki co dość średnio – czyli podobnie jak wiele tamtejszych kapel, które nawet pomimo kilku wydawnictw na koncie nie odniosły zauważalnego (ani zasłużonego) sukcesu. Nie powiem, przy odrobinie dobrej woli można kilka razy "Wasted On The Living" przesłuchać, ale rozmaite niedostatki w obrębie kompozycji i raczej przeciętne brzmienie skutecznie wstrzymują przed kolejnym odpaleniem tego materiału. Zagrane jest to nawet rzetelnie – bez ekstrawagancji, ale i bez wiochy, tylko poziom kawałków zupełnie nie zachwyca. Wszystkie są zbudowane bardzo podobnie, trochę na jedno kopyto, brakuje im prawdziwych urozmaiceń, elementu zaskoczenia, pazura czy chociażby lepszych, zapamiętywalnych melodii. Łatwo się czymś takim znudzić, zwłaszcza, że dłużyzny nie są Devour The Martyr obce. Spora w tym zresztą 'zasługa' usypiającej motoryki i wyjątkowo prosto zaaranżowanych garów. Może i czymś takim potrafią porwać dupska rozleniwionych słońcem Australijczyków, ale w Europie — jeśli na nadchodzącym debiucie utrzymają ten poziom — wiele nie nawojują.


ocena: -
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/devourthemartyr
Udostępnij:

14 marca 2012

Psycroptic – The Inherited Repression [2012]

Psycroptic - The Inherited Repression recenzja okładka review coverNie zliczę, ile już robiłem podejść do Psycroptic, ale od 2003 czy 2004 musiało być tego sporo – i zawsze kończyły się one klapą, a ja zniechęcony zapominałem o istnieniu kapeli na długie miesiące. Tym razem wreszcie się udało, i choć nie jestem na kolanach, ani nie zapomniałem o moich głównych faworytach, to "The Inherited Repression" mogę słuchać bez przymuszania i z dużą przyjemnością. Jak powszechnie wiadomo (albo i nie – bo chyba jakoś wyjątkowo popularni u nas nie są), Australijczycy z techniką zawsze stali na wysokim, a w ostatnich latach nawet nieosiągalnym dla innych, poziomie — potwierdzenie tego dostajemy zresztą niemal w każdej sekundzie nowego materiału — ale z komunikatywnością muzyki, jej przystępnością nigdy nie było u nich najlepiej, toteż wcześniejsze krążki raczej męczyły niż fascynowały. Aż do teraz, bo mimo wielu pierońsko zaawansowanych partii (momentami wymiatają tak, że kopara opada) łatwo je ogarnąć, a ogólna chwytliwość płytki bardzo pozytywnie zaskakuje. Do każdego kawałka, oprócz milionów technicznych zagrywek, wrzucono bowiem od groma melodii i fajnych patentów (głównie gitarowych), które łapie się w lot. Dla mnie na "The Inherited Repression" najbardziej wybija się chwytliwy 'The Sleepers Have Awoken ', więc niezłym pomysłem było umieszczenie go na końcu – dzięki temu zabiegowi, po ewentualnym spadku napięcia, łatwiej się znów nakręcić, a chęć włączenia płytki od początku wzrasta. Za "The Inherited Repression" przemawia też pewna uniwersalność, sprawiająca, że album mimo braku typowo komercyjnych haczyków jest bardzo na czasie – znajdzie się tu zarówno coś z Aborted, Ulcerate, jak i ostatniego Decapitated – gdy odpowiednio zmiksujecie to sobie w głowach, rezultat powinien przypominać najnowsze dzieło Psycroptic. Że płyty dobrze się słucha i jest przyjemna, to już zaznaczyłem. Przydałoby się jednak, żeby również urywała dupę poziomem brutalności. Tymczasem takiego naprawdę konkretnego napieprzania, chwil nieprzewidywalności i czystego szaleństwa Australijczycy zapodali tu poniżej (moich) oczekiwań. Gdyby tak więcej poblastowali, gdyby dorzucili mocny growl, gdyby... Krwi i flaków brakuje, ot co. Pozostaje się cieszyć tym, co jest, a zatem nie tylko ciekawą muzyką, ale i wypasionym ultra selektywnym brzmieniem, czy udaną oprawą graficzną. Sami oceńcie, czy wam tyle wystarczy. U mnie pozostał niedosyt.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/psycroptic

podobne płyty:

Udostępnij:

20 lipca 2011

Alchemist – Tripsis [2007]

Alchemist - Tripsis recenzja okładka review coverPodobno jedna z ikon australijskiej sceny metalowej; swoją drogą, jak to brzmi: scena australijska. Jest jednak pewne podobieństwo między muzyką Alchemików a instytucją zwaną "scena australijska", podobieństwo mianowicie takie, że kiedy człowiek słyszy którekolwiek z powyższych, na twarzy wykwita mu dziwny grymas, zaczyna drapać się po głowie i nic, absolutnie nic konkretnego nie przychodzi mu do mózgownicy. Zostawiając w spokoju scenę, w końcu tworzoną przez potomków niechcianego na Wyspach tzw. elementu, taka reakcja w stosunku do samej muzyki raczej nie jest dobrym zwiastunem. Przecież nawet Francuzi potrafią dokopać porządnym materiałem, a tu takie nie wiadomo co. Oddając cesarzowi, co cesarskie, muszę jednak wspomnieć, że sam początek jest zwodniczo dobry i nie zapowiada kiepawego materiału, który rozpoczyna się równo z końcem wspomnianego już "Wrapped in Guilt". Bylejakość krążka jest bowiem sprawą globalną, której nie uratuje ani przyzwoity pierwszy utwór, ani rozsiane gdzieniegdzie na krążku lepsze zagrywki. Prawda jest bowiem bolesna, jak wmontowana w dupska włócznia Aborygena – materiał trawi się gorzej niż golonkę przepitą piwem. Trzeba się mocno zaprzeć, by przesłuchać materiał za jednym posiedzeniem. A to, jak już wspomniałem, nie pozwala marzyć o wysokich ocenach – że się odwołam do samej konfrontacji materiału z recenzentem. Największym orzechem do zgryzienia była dla mnie osobiście zbytnia jednolitość materiału; większość kawałków jest duszna, mdła i bez fajerwerków. Biorąc pod uwagę, że krążek trwa swoje czterdzieści minut, takie zhomogenizowane brzmienie potrafi skutecznie odrzucić. W końcu Alchemist to muzyka wielkanocna, czyli post. Nie trafia to do mnie, argumenty o tym, że to wyższy stopień rozwoju mnie nie przekonują, a monoblok jaki trafia do uszu, wcale nie powoduje polucji nocnych. Dalej, zupełnie nie przemawiają do mnie wokale, jak na deathowy growl (choć bardziej pasowałoby deathowawy) są zupełnie pozbawione porządnego pieprznięcia. Mówiąc ogólnie, brakuje im jaj. Ciężko mi także idzie przyswajanie ludowych zapożyczeń, przy czym nie wiem, czy jest to wina samej australijskiej ludowości, czy też może formuły ich używania przez muzyków. Nie mam za to większych zastrzeżeń do sekcji, która pracuje bardzo dynamicznie, ma dużo energii i jest w dodatku dobrze zrealizowana. Poprawnie, z wyłączeniem wspomnianych już etno-naleciałości, brzmią gitary, przy czym mam raczej na myśli ich faktyczne brzmienie, niźli to, co grają. Samo bowiem granie, jest jedną z gorszych stron albumu. Szkoda, bo opener jest dobry, a jak słyszę – muzycy potrafią się sprężyć i zagrać bez pomyłek nie najprostsze w końcu kawałki. Ocena jest więc jasna. I równie niewysoka.


ocena: 4,5/10
deaf
oficjalna strona: www.alchemist.com.au
Udostępnij:

14 kwietnia 2010

Portal – Swarth [2009]

Portal - Swarth recenzja okładka review coverPrzyznam się bez bicia – to pierwszy album Australijczyków, który nabyłem. Ba – pierwszy, który słyszałem w całości. Miałem też napisać, że pierwszy i ostatni w ogóle, ale póki co wstrzymam się z taką deklaracją. Wstrzymam się, ponieważ jest w ich muzyce coś, co pozostaje we łbie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Niemniej jednak naturalnym odruchem jest chęć jak najszybszego wywalenia płyty z odtwarzacza i jeszcze szybszego zapomnienia o niej. Problem w tym, że — jak wspomniałem — nie da się, coś się we łbie zagnieżdża. Jednolita ściana dźwięku, nieustanny hałas i brak jakichkolwiek struktur – przez to trzeba się przegryźć, by zapoznać się z tą deathową awangardą. A potem okazuje się, że nic ponadto nie ma – jest tylko hałas, dźwiękowa monotonia i bezład. Tak właśnie muzykę rozumie Portal. Trudno się tego słucha, brakuje bowiem punktów odniesienia, utwór zlewa się w całość — bardzo chaotyczną i prymitywną — a poszczególne utwory zlewają się w album. Monolit. Przez 40 minut uszu dobiega jednolita, cierpka i drażniąca mieszanina growli, gitar i perkusji w garażowej jakości. Utwory niemal nie różnią się od siebie, tempo wszystkich jest nieco szybsze niż walcowate, a melodii zwyczajnie nie ma. Co prawda pojawia się kilka fragmentów, które noszą znamiona melodyjności, ale jest ich niewiele. Przez większość czasu jest tylko hałas, bardzo specyficzny hałas. Taki na jednym poziomie, jednostajny, zawężony do stopnia, w którym jeszcze (ledwo) da się wyróżnić najbardziej podstawowe składowe, w którym rytm staje się melodią, a melodia rytmem. Kakofonia przesterowanych gitar, dziwacznych perkusji i wiercących ucho wokali. Kakofonia spotęgowana brakiem strukturalnej przejrzystości, brakiem struktur w ogóle. Anarchia i chaos w czystej postaci. I to właśnie pozostaje we łbie. I chyba tylko dlatego rozejrzę się za wcześniejszymi Portalami.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.portalabode.com
Udostępnij: