27 września 2026

First Fragment – Gloire Éternelle [2021]

First Fragment - Gloire Éternelle recenzja reviewWydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był „Dasein”, kariera First Fragment wreszcie wskoczy na właściwe tory, zespół będzie mógł już rozwijać swój potencjał w normalnych warunkach i nadrobi stracony czas. Niestety, nic z tego nie wyszło i po początkowych zachwytach o Kanadyjczykach zrobiło się podejrzanie cicho. Kapela wróciła praktycznie do punktu wyjścia: ciągłych przetasowań w składzie, okazjonalnych koncertów i żmudnego dłubania przy muzyce. W końcu, po pięciu latach zmagań z niesprzyjającymi realiami First Fragment oddali w ręce fanów krążek numer dwa. Krążek dłuższy, bardziej rozbudowany, urozmaicony i efektowny od „Dasein”.

Z oczywistych względów Gloire Éternelle nie robi już tak wielkiego pierwszego wrażenia jak debiut, ale po wgryzieniu się w ten materiał nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Kanadyjczycy sporo kwestii tu rozwinęli i udoskonalili – po prostu weszli na następny poziom. Poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko, a mimo to First Fragment udało się ją przeskoczyć, wprowadzając do muzyki garść nowych wpływów (choćby flamenco i funky…) i rozwiązań, które, poparte błyskotliwą techniką, uczyniły ją jeszcze ciekawszą, zróżnicowaną i absorbującą. Już sam fakt, że zespół upchnął na Gloire Éternelle około stu (tak, 100!) solówek, daje jakieś pojęcie o skali rozmachu i stopniu złożoności tego krążka.

Jako że tak bogata i skomplikowana muzyka nie może powstać w ciągu miesiąca czy dwóch, to — podobnie jak w przypadku „Dasein” — Phil Tougas wraz z kolegami potrzebowali ładnych kilku lat, żeby poskładać te wszystkie łamańce do kupy (partie niektórych utworów sięgają 2006), dopracować je do maksimum (uwzględniając możliwości nowego składu) i podać z kapitalnym feelingiem, dzięki któremu (no, i melodiom!) całość wchodzi nadspodziewanie lekko. Pomimo mocno rozciągniętego w czasie procesu twórczego album brzmi świeżo, spójnie, naturalnie i atrakcyjnie. Gloire Éternelle słucha się z niesłabnącym zainteresowaniem nawet wtedy, gdy mózg już nie nadąża za zespołem i przegrzewa się od nadmiaru coraz to bardziej szalonych pomysłów, jakie pojawiają się m.in. w „De Chair et de Haine”, „Soif Brulante” czy „Pantheum”.

Nie da się ukryć, że First Fragment postawili na ilość, ale na pewno nie kosztem jakości, bo ta na Gloire Éternelle jest niebotyczna i budzi podziw od pierwszego do ostatniego kawałka. Nie przeczę jednak, że u niektórych objętość płyty (72 minuty), jej stylistyczna rozpiętość i obfitość wszelakich atrakcji może prowadzić do zaburzeń błędnika i przebodźcowania. Szczególnie o to łatwo w przypadku 19-minutowego „In'el”, w którym po paru chwilach trudno się połapać, co jest motywem przewodnim i wokół czego ta zaawansowana trzepanka się kręci, ale i stosunkowo krótki (4 i pół minuty) „Pantheum” też robi solidne zamieszanie pod kopułą, gdy zespół rusza z sekcją 16 solówek. Jeśli więc na Gloire Éternelle miałbym się do czegoś przyczepić — choć raczej w imieniu niewkręconej w takie granie społeczności niż swoim — to tylko do czytelności przepełnionych popisami utworów.

Bez względu na to, jak pokręcone i wymagające dźwięki wychodzą spod palców muzyków First Fragment, doskonale słychać, że sami dobrze się przy tym bawią i nie w głowach im jakiekolwiek ograniczenia. To podejście w jakiś sposób przekłada się na przystępność materiału, który w innym wypadku mógłby być męczący i zwyczajnie niestrawny. Jednym słowem: klasa! Teraz pozostaje nam zadać sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jak długo będziemy musieli czekać na kolejną płytę?


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/FirstFragment/

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 września 2026

Left To Die – Initium Mortis [2026]

Left To Die - Initium Mortis recenzja reviewLeft To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.

A niech se grają te covery, co mnie to obchodzi, przynajmniej nie przerabiają numerów Death i nie podpisują ich jako swoje – oto całość moich głębokich przemyśleń na temat Left To Die, zanim ci postanowili nagrać album. Później, po zapowiedzi Initium Mortis, sypałem już kurwami i chujami w ilości hurtowej, bo nawet pasożytowanie na dorobku Mantas/Death ma chyba jakieś granice, choć Matt Harvey zdaje się ich nie dostrzegać. W takim (uzasadnionym!) stanie wkurwu podszytego pogardą i obrzydzeniem przystąpiłem do konfrontacji z zawartością Initium Mortis, a wyszedłem z niej… zaskoczony i zadowolony. O dziwo, całkiem miło się tego gówna słucha.

Amerykanie wzięli na warsztat dziesięć kawałków Mantas i Death, które powstały w latach 1983-1985 i które nie miały szczęścia trafić na debiutanckiego longa, solidnie je ociosali, wyszlifowali i ozdobili efektownymi solówkami, i w rezultacie stworzyli materiał zjadliwy dla współczesnego słuchacza. Całość brzmi bardzo ładnie i jest precyzyjnie zagrana, co może i odbiera tym numerom trochę z ich prymitywnego/podziemnego charakteru, ale oldskulowy feeling, pełne banałów aranżacje i wszechobecne zapatrzenie w Slayera pozostały tu nienaruszone. Tak w ogóle, balans między pierwotną prostotą a teraźniejszą starannością jest jednym z większych atutów Initium Mortis; nie ma tu przegięć w żadną ze stron, więc nawet takie starocie jak „Death By Metal” wypadają naturalnie i przekonująco.

Co tu dużo ukrywać, debiut (???) Left To Die nie tylko przerósł moje oczekiwania, ale i okazał się materiałem, do którego raz na jakiś czas będę chciał wrócić. A skoro Amerykanom udało się przekonać do siebie tak wrogo nastawionego sceptyka, jakim byłem ja, to przypuszczam, że Initium Mortis sprzeda się w wystarczającym nakładzie, żeby ze strony Relapse pojawiły się naciski na kolejny krążek. Wszak jeszcze kilka numerów z demówek zostało do zagospodarowania, a i można cudownie odkopać jakieś nieznane rarytasy z okresu „Leprosy”.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lefttodiedeathmetal

podobne płyty:

Udostępnij:

6 września 2026

Pestilence – Bangkok Bloodshed [2026]

Pestilence - Bangkok Bloodshed recenzja reviewPatrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo „Levels Of Perception” i, jak gdyby nigdy nic, konsekwentnie prowadzi zespół ku samozagładzie i utracie resztek szacunku – tym razem oddając w ręce fanów produkt livepodobny. Bangkok Bloodshed ma być zapisem koncertu, jaki Pestilence zagrali 16 maja 2025 roku w Mr.FOX Live House wraz z Massacre, Subconscious Terror, Zygoatsis i Straenge, ale czy tak jest w istocie? Ta moja nieufność co do tego, co tu tak naprawdę się znalazło, wynika z braku jakichkolwiek informacji na krążku (nagano w Tajlandii w 2025 – to wszystko), braku jakichkolwiek zdjęć oraz bootlegowej jakości dźwięku. No, ale załóżmy optymistycznie, że to koncertówka z krwi i kości.

Płytka trwa ledwie 50 minut, znalazło się na niej tylko 12 utworów (plus intra do kawałków z „Testimony Of The Ancients”, najwyraźniej doklejone w studiu), co przekreśla nadzieje na jakąś wypasioną, zaskakującą i super przekrojową ucztę z masą hitów, których dawno nie słyszeliśmy. Ba, jest chyba nawet gorzej niż zwykle, bo brakuje tu dwóch numerów z „Exitivm” (nie wzdycham do nich, narzekam na ilość), które od pewnego czasu były częścią standardowego setu Pestilence. Zespół skupił się na największych klasykach z „Consuming Impulse” i „Testimony Of The Ancients” i doprawił je, co dla niektórych może być zaskoczeniem, trzema strzałami z „Resurrection Macabre” oraz „Morbvs Propagationem” z ostatniej płyty. Jak więc widać, jest skromie. A to tylko jedna z bolączek Bangkok Bloodshed.

Kolejną jest, no… tego… specyficznie pojmowana autentyczność tego materiału… Nagranie bowiem dość dobrze oddaje aktualną formę zespołu, a że ta nie jest najwyższa, to momentami ciężko się tego słucha. Razi niechlujne wykonanie starych szlagierów, do szału doprowadzają zmasakrowane solówki, a i wokal potrafi denerwować jakimiś bełkotami w miejscach oryginalnych tekstów. No i baaardzo przeciętne brzmienie ma się nijak do wcale nietaniego sprzętu, jakiego na co dzień używają muzycy Pestilence. Zupełnie jakby sami siebie nie słyszeli albo pozwolili kolesiowi za konsoletą na samowolkę. Nie potrafię tego zrozumieć ani niczym usprawiedliwić.

Pomijając wszystko inne, główną wadą Bangkok Bloodshed jest dla mnie całkowity brak koncertowego klimatu. Nie ma tu choćby szczątkowej konferansjerki, nie słychać też reakcji tajskiej publiki (oprócz dwóch sekund gwizdów na początku „The Secrecies Of Horror”), która (A) słynie z wyjątkowej żywiołowości i (B) powinna przecież szaleć, słysząc pierwszy raz na żywo takie sztosy, jak „Twisted Truth”, „Chronic Infection”, „Land Of Tears” czy „The Process Of Suffocation”. Otwarciu siedemdziesiątej Żabki na osiedlu towarzyszy większy entuzjazm.

Tak na dobrą sprawę Bangkok Bloodshed można kupić wyłącznie dla tych ośmiu klasyków Pestilence, które zawsze, nawet w najpodlejszym wykonaniu, potrafią dostarczyć sporo radości. Jeśli jednak kogoś interesuje jakość, niech się lepiej zastanowi nad przeznaczeniem pieniędzy na „Presence Of The Pest”.


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil facebook: www.facebook.com/Pestilenceofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 września 2026

Godslut – The Art Of Deconstruction [2026]

Godslut - The Art Of Deconstruction recenzja reviewWbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.

W ciągu tych trzech lat, jakie upłynęły od „Procreation Of God”, muzycy Godslut zdołali się poprawić praktycznie w każdym elemencie swego rzemiosła, ponadto dookreślili styl (tudzież ograniczyli liczbę inspiracji), uczynili go bardziej zwartym i wewnętrznie spójnym. Stąd też utwory na The Art Of Deconstruction są lepiej przemyślane, dojrzalej zaaranżowane, znacznie więcej się w nich dzieje, a ze względu na fajną motorykę i wplecione z wyczuciem efektowne solówki (Krzysiek Śniadecki brzmi jak nieślubne dziecko Vogga i Jacka Hiro) zdradzają całkiem niezły potencjał koncertowy – no, są po prostu ciekawsze. Niestety, poziomem oryginalności nie odbiegają od tych z debiutu – mnóstwo w nich jawnych zapożyczeń z późnego Decapitated oraz środkowego Banisher (długimi momentami Godslut grają bardziej banisherowo niż Banisher obecnie…), co wprawdzie dobrze świadczy o umiejętnościach chłopaków, ale na dłuższą metę może okazać się nużące/odstraszające dla osób szukających w muzyce czegoś nowego.

Żeby nie było, mimo wieeelu podobieństw do wspomnianych wyżej zespołów Godslut nie są w nie ślepo zapatrzeni i w paru miejscach The Art Of Deconstruction proponują coś niecoś od siebie, co w różnym stopniu wykracza poza formułę wypracowaną przez starszych kolegów. Większość tych, nazwijmy to, eksperymentów dotyczy elementu, który był główną bolączką „Procreation Of God” – wokali. Te „podstawowe”, choć wciąż nie idealne, są zdecydowanie lepiej-pewniej wykonane i już nie wkurwiają, natomiast te „kombinowane”, najczęściej czyst(aw)e, trudno uznać za udane i pasujące do całości. Do całości nie pasuje również kawałek tytułowy, który jest… taką dość ckliwą balladką z gościnnym udziałem wokalistki. Może i nie zaskakuje tak, jak kiedyś „Painful Silence”, ale sensu ma tyle samo co numer Sceptic. Obstawiam, że powstała tylko po to, żeby Krzysiek Śniadecki mógł się wytrzepać także na akustyku.

Godslut nie zmarnowali szansy danej im przez Selfmadegod (kawałkiem „Self-made Gods” zapewnili sobie chyba dożywotni kontrakt) i na The Art Of Deconstruction zrobili wyraźny krok naprzód względem poprzednika. Potencjał mają niemały, niemniej jeszcze dużo pracy przed nimi, żeby można było mówić o zespole bez automatycznego przywoływania i tych, z których twórczości obficie czerpią.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/godslut

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 sierpnia 2026

Incantation – Unholy Deification [2023]

Incantation - Unholy Deification recenzja reviewCzy zespół grający od ponad trzydziestu lat w bardzo hermetycznym stylu (to taki eufemizm na „ciągle to samo”) może jeszcze czymś zaskoczyć na którejśnastej z kolei płycie? Przy okazji „Sect Of Vile Divinities” okazało się, że tak, jednak na pewno nie było to zaskoczenie, jakiego moglibyśmy sobie życzyć. Świeżo wyprasowane koszulki, starannie rozczesane fryzury i brzmienie wypolerowane do granic możliwości jakoś tak gryzły się z utrwalanym przez dekady wizerunkiem kapeli oddanej podziemiu i prawdziwie obskurnemu death metalowi. Ten dysonans rzucał się w oczy i uszy do tego stopnia, że nawet muzycy Incantation musieli go sobie uzmysłowić i pewnie dlatego Unholy Deification o wiele bardziej trzyma się kupy.

Unholy Deification brzmi naturalniej (tym razem Dan Swanö się przyłożył), jest w miarę spójny i trochę krótszy od poprzednika, więc co do zasady i bez zagłębiania się w szczegóły jest od niego lepszy, choć zaczyna się tak typowo, jak tylko typowo płyta Incantation zacząć się może, co skutecznie rozwiewa wszelkie nadzieje na usłyszenie czegoś nowego czy odczuwalny powiew (no, zefirek) świeżości. Opisywany album nie wyróżnia niczym na tle pozostałych pozycji w dyskografii zespołu, toteż po wysłuchaniu go — a uczciwie trzeba przyznać, że słucha się go naprawdę przyzwoicie — zlewa się w jedną papkę z całą resztą muzyki, jaką Amerykanie stworzyli w ciągu ostatnich lat. W związku z tym odbieram Unholy Deification jako materiał dla najbardziej zatwardziałych fanów Incantation, którzy wszystkie kawałki swoich idoli znają na pamięć i, co ważne, potrafią je od siebie odróżnić – tacy z pewnością docenią go bardziej niż ja.

Unholy Deification jest typowy do bólu i nie ma w sobie nic charakterystycznego tylko dla siebie, co jednak nie oznacza, że jest wewnętrznie jednorodny, pozbawiony urozmaiceń i zagrany na jedno kopyto. Nic podobnego! Występuje tu wyraźny podział na lepsze i gorsze numery, przy czym głównym wyznacznikiem ich fajności jest tempo, w jakim są utrzymane. Mnie najlepiej wchodzą te żwawe i dynamiczne, jak „Concordat (The Pact) I”, „Chalice (Vessel Consanguineous) VIII”, „Invocation (Chthonic Merge) X”, „Exile (Defy The False) II” i „Megaron (Sunken Chamber) VI”, spośród których ten ostatni wydaje mi się najciekawiej, niemal ambitnie zaaranżowany. Na przeciwnym biegunie umieściłbym „Homunculus (Spirit Made Flesh) IX” (część riffów brzmi jak spod ręki Grega Mackintosh’a), „Altar (Unify In Carnage) V” i zwłaszcza „Circle (Eye Of Ascension) VII”, które, a owszem, są wolne i ciężkie, ale przede wszystkim nudnawe i mulące. Cóż, jeśli chodzi o Incantation, najwyraźniej jestem tempistą.

Jak już napomknąłem wyżej, tak ogólnie Unholy Deification jest materiałem lepszym od „Sect Of Vile Divinities”, ale jestem zmuszony ocenić go niżej, bo szybko się o nim zapomina i co gorsza – nie za bardzo chce się do niego wracać. Mnie dwa pierwsze przesłuchania zajęły rok z okładem…


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

15 sierpnia 2026

Anasarca – Achlys [2026]

Anasarca - Achlys recenzja reviewPowrót Anasarca przeszedł niemalże bez echa, więc naprawdę dobry materiał, jakim był „Survival Mode”, został niejako zmarnowany, zaś z odbudowy pozycji zespołu z początku lat dwutysięcznych zupełnie nic nie wyszło. Jako że sukces napędza kolejny sukces, a porażka kolejną porażkę, Niemcy znów przepadli na dłuuugie lata. Teraz wracają, mocno promowani pod skrzydłami Selfmadegod z albumem numer pięć (ponownie koncepcyjnym), który mógłby świetnie ugruntować status kapeli, gdyby nie to, że dla większości słuchaczy będzie to pierwszy z nią kontakt. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni.

Bez owijania w bawełnę – Achlys to najlepsza płyta w dorobku Anasarca, choć nie przynosi nic specjalnie zaskakującego czy też nowego, z czym w twórczości zespołu jeszcze byśmy się nie spotkali. Ta lepszość wynika raczej ze stopnia dopracowania materiału, wykonawczej perfekcji, ogólnego poziomu chwytliwości i dobrze dopasowanej do muzyki produkcji. Formuła, której trzymają się Niemcy, jest szalenie prosta: jeden-dwa wyraziste riffy, czepliwa melodia i ogień, zaś dla urozmaicenia – zwolnienie albo średnie tempo co kilka kawałków. Tyle wystarcza, żeby nie było ani nudno, ani jednowymiarowo, a przebrnięcie przez 40 minut deathmetalowej sieczki nie nastręczało najmniejszych problemów.

We wszystkich utworach na Achlys słychać wysokie umiejętności zespołu (acz bez szpanowania – ozdobników jest dosłownie garstka), duże doświadczenie i uzasadnioną pewność siebie. Jest tu też coś jeszcze – wyczuwalna radość z grania, która może trochę zaskakiwać w kontekście tego, jak bardzo Anasarca mieli w ostatnich latach pod górkę, a która pozytywnie wpływa na odbiór materiału i sprawia, że chce się do niego wracać. Całość jest utrzymana na wyjątkowo równym poziomie, co jednak nie oznacza, że nie można sobie wyłapać czegoś do kategorii „ulubione”. U mnie padło na „Basket Of Burdens”, „In Memoriam”, „My Reality” i „Wish You Were Here” – mimo iż jakoś drastycznie nie różnią się od siebie, każdy ma to „coś”.

Trochę to dobijające, że tak solidny i konsekwentny zespół po raz kolejny musi budować swoją reputację praktycznie od zera. Czy tym razem im się uda? Ot, zagadka; tym ciekawsza, że Anasarca coraz bliżej do końca „kariery”. Ja w każdym razie jestem przekonany, że fanów klasycznie pojętego wybuchowego death metalu zawartość Achlys nie zawiedzie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.anasarca.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 sierpnia 2026

Hysteria – Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… [2024]

Hysteria - Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… recenzja reviewCzekałem, wypatrywałem, upewniałem się, czy aby na pewno Hysteria jeszcze istnieje, czekałem, wypatrywałem… I tak przez kilka ostatnich lat. W końcu z deka leniwi Francuzi wzięli się za siebie i uraczyli fanów krążkiem numer trzy cztery. Wiadomo, że przy okazji długo (zbyt długo!) wyczekiwanych albumów w 99 przypadkach na 100 materiał nie jest w stanie sprostać wymaganiom słuchacza, a co bardziej optymistyczna reakcja po premierze sprowadza się jedynie do beznamiętnego „mogło być lepiej”. Ehhh… Nie, nie skopiuję tu recki poprzedniego albumu, choć pokusa jest naprawdę duża, bo powtórzony opis nie wpłynąłby w istotny sposób na rzetelność tekstu. Znaczy to tylko tyle, że Francuzi znaleźli się na równi pochyłej, a przy okazji potrzebują coraz więcej czasu, żeby zmajstrować coraz słabszy krążek.

Spokojnie, spokojnie, zaraz się rozkręci – wmawiałem sobie podczas pierwszego odsłuchu Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…; jednak mijały kolejne minuty i nic takiego nie nastąpiło, a oprócz paru fragmentów (liczonych w sekundach!) z przyzwoitym blastowaniem w „My Carnal Desire” i „Armageddon Must Come”, do końca czwartej płyty Hysteria nie zadziało się nic, co by mogło zostawić jakikolwiek trwały ślad w pamięci. Francuzi nagrali album w umiarkowanych tempach, umiarkowanie brutalny i umiarkowanie chwytliwy. Tylko wtórność i przewidywalność tego materiału stoją na ponadprzeciętnym poziomie. Objętościowo Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… nie odbiega od „Flesh, Humiliation And Irreligious Deviance”, jednak ze względu na rozlazłe i zagrane bez inwencji i przekonania kompozycje dłuży się i zamula. Aż trudno uwierzyć, że prawie ten sam skład (z wyjątkiem basisty) podpisał się pod zabójczym „When Believers Preach Their Hangman’s Dogma”.

Styl zespołu został mocno zanieczyszczony wpływami klimatycznego black metalu (zwłaszcza wokalnie), gdzieś uleciał znany z poprzednich produkcji ciężar, a w miejsce masywnych kataklysmowych riffów pojawiły się łagodne patenty a’la Gojira („Thelema”, tytułowy). Oczywiście, niektóre z tych dodatków same w sobie wcale nie byłyby złe, gdyby je lepiej wkomponowano w całość i zachowano lepszy balans między nimi a stanowiącym podstawę (przynajmniej w teorii) brutalnym death metalem, z którym Hysteria byli przecież kiedyś kojarzeni. A tak – każdy, nawet najspokojniejszy kawałek z poprzedniej płyty ma więcej pierdolnięcia niż cały Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy…. Brzmi to, jakby Francuzi koniecznie musieli coś nagrać, ale nie chcieli się przy tym zbytnio wysilać, więc dla dobra sprawy postawili na oklepane schematy i wszechobecne kompromisy.

Do pewnego momentu bardzo sobie ceniłem twórczość Hysteria i zawsze będę szczególnie chętnie wracał do drugiego krążka, ale wypatrywanie następców Heretic, Sadistic And Sexual Ecstasy… już sobie odpuszczę. Francuzi na własne życzenie rozmieniają się na drobne i trwonią niemały przecież potencjał.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hysteria.deathmetal.lugdunum

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

4 sierpnia 2026

Banisher – Metamorphosis [2026]

Banisher - Metamorphosis recenzja reviewNie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.

Przez kilkanaście lat Hubert Więcek wraz z często zmieniającymi się kolegami stopniowo rozwijał swoją wizję (technicznego) death metalu – od zatopionej w chaosie radosnej napierdalanki po stosunkowo dojrzałe granie, acz z nieusuwalnym kompleksem Decapitated. I chociaż nigdy nie nagrał czegoś, bo by mogło łby pourywać, coraz wyższym poziomem kolejnych płyt zagwarantował sobie miejsce gdzieś w czołówce krajowej drugiej ligi. Dlaczego więc teraz postanowił się wypiąć na cały dotychczasowy dorobek Banisher, nagrywając Metamorphosis – album, który rozłazi się w szwach już od pierwszego kawałka?

Piąta płyta Banisher to materiał tak bardzo zróżnicowany, wielobarwny i nietrzymający jakichś konkretnych ram, że już zwyczajnie niespójny i niespecjalnie komunikatywny. Znaną z „Degrees Of Isolation” formułę zespół „urozmaicił” czy raczej przykrył licznymi naleciałościami deathcore’a, groove metalu, jakimiś popłuczynami po Slipknot czy Fear Factory, elektroniką oraz… hammondami. Nic dobrego z tego nie wyszło, bo dosłownie każdy kawałek zawiera któryś z tych cudnych upiększaczy, a w związku z tym żaden nie przekonuje od początku do końca. I na nic okazjonalne dobre riffy, porządne partie perkusji (gościnnie nagrali je Michał Łysejko i Eugene Ryabchenko) czy fajne solówki, skoro uwagę od nich odwracają niepasujące do niczego pomysły z dupy.

No i te wokale… Czy w Polsce naprawdę już nie ma kiepskich wokalistów, że trzeba było takiego importować aż z Belgii? Sposób darcia się Jorgiego jest wybitnie wkurwiający, barwa jego głosu drażni, a czyste zaśpiewy doprowadzają do szału. Gdzie muzyka jeszcze była w stanie sama się obronić, tam Vanhees musiał napaskudzić głosem. Anetka z HRu powinna dostać srogi opierdol za ten angaż.

Może przemawia przeze mnie naiwność, ale wydawało mi się, że na wysokości piątej płyty już wypada mieć jasno sprecyzowaną wizję tego, co i jak chce się grać. Właśnie tej sprecyzowanej wizji, a co za tym idzie konsekwencji oczekiwałem po Hubercie, nie zaś przypadkowych głupot. Produkcja, wykonanie – to wszystko daje radę, natomiast w kompozycjach na Metamorphosis zbyt wiele rzeczy nie pykło.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.banisher.pl

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

30 lipca 2026

Biesy – Noc Lekkich Obyczajów [2017]

Biesy - Noc Lekkich Obyczajów recenzja reviewCzy macie może tak, że jakiś zespół lub jakiś utwór są żywcem wycięte z waszego życiorysu? Szczególnie gdy skupicie się na warstwie lirycznej. U mnie to właśnie krakowskie Biesy (a w sumie bies [Osoba biesowa? – przyp. demo] zwany PR) i debiut Noc Lekkich Obyczajów sprawił, że powróciłem pamięcią 20 lat do tyłu, do czasów studiów akurat w Krakowie. Kiedy to człowiek zostawał „Rzucony w przestrzeń”, gdzie w Noc Lekkich Obyczajów „Czerń nas prosi”, a takie hulanki wchodzą nam „W krew” i tak „Każdego dnia” powtarzały się ciężkie „Powroty”.

Ot, 6 utworów zmieszczonych w 42 minutach tworzy całą nostalgiczną eskapadę w przeszłość. Styl krążka to mieszanka black/death i wolno-średnie tempa, które pozwalają nam wczuć się w duszne klimaty podziemnych knajp (ach ten Popularny), kiedy to piwo nie kosztowało majątku, obiad jadło się raz w tygodniu, a bułka z chlebem i keczupem (no i czasem udało się pasztet dorwać) to była podstawa żywieniowa, bo przecież pić coś trzeba, a człowiek nie koń co miałby tylko wodę pić. A spożywało się zarówno w knajpach, jak i w miejskich bramach, wejściach do kamienic, nad Wisłą itp. Stare, dobre czasy (a dziś nie ma już czasów). Aczkolwiek czy takie dobre? No właśnie… Biesy operują mocno w sferze lirycznej. Warto się w nią słuchać, bo pewnie niejeden odnajdzie tutaj cząstkę siebie. Powspominać, co było dobre, a co niekoniecznie. Trzeba pamiętać, cokolwiek zrobiliśmy dobrego czy złego, to nas duchowo kształtowało. Mając zaledwie 20 lat tworzyliśmy nasz charakter. Studia to przecież nie tylko zakuwanie na sesję. To wyjścia w noc, poznawanie ludzi, różnych osobowości, formowanie więzi, przyjaźni, jak i dostawanie kosy w plecy czy też bójki. Czysty proces kreacji naszego jestestwa i po części tego kim staliśmy się dziś. To nie będzie długa recenzja, jeśli chodzi bezpośrednio o płytkę, bo nie bardzo jest co opisywać. Trzeba posłuchać. Muzyka i wokale są na wysokim poziomie. Kompozycje, choć wolniejsze, nie są nudne. Różnorodne, ale zarazem solidne, dobrze zwarte. Trzymają się tego etosu nocnego życia. Każdy utwór idealnie odzwierciedla swoją nazwę.

Pozostaje mi jedynie polecić debiut, nie tylko jako dobrą płytę z dobrą muzyką, ale też nostalgiczny powrót do lat młodzieńczej głupoty.

P.S. Biesy na tej płycie dla mnie się kończą. „Transsatanizm” i „Golem” to już nie muzyka dla mnie. Trudno to nawet muzyką nazwać.


ocena: 7/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/biesyIHS
Udostępnij:

26 lipca 2026

Worm – Necropalace [2026]

Worm - Necropalace recenzja reviewWorm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.

Patrzyło się na ten kiczowaty image z dużym rozbawieniem, ale i pewnym niepokojem, bo istniał cień ryzyka — spotęgowany podejrzanym awansem do Century Media — że zespół przeniesie część tych inspiracji także na muzykę. No i rzeczywiście, na Necropalace jest znacznie więcej black metalu niż na poprzednich płytach, jednak w przeważającej części to black metal bliższy Emperor, Dissection czy dwójce Immortal. Ta nieprzeważająca część to naleciałości wspomnianych wyżej przebierańców, które również występują, aczkolwiek są podane, no, z klasą. Jak się bowiem okazuje, nawet z tak gównianej estetyki można wyciągnąć coś wartościowego, o ile oczywiście potrafi się grać. Worm płynnie połączyli agresywną i dość intensywną blackową jazdę z bardziej typowym dla siebie ponurym doomowym graniem, rozbudowanymi partiami klawiszy oraz całą masą finezyjnych solówek i w rezultacie stworzyli jedną z ciekawszych płyt tego roku.

Worm postawili na rozmach, bogactwo formy, odważne rozwiązania i wielowymiarowe aranżacje, dzięki czemu każdy z sześciu dość długich (albo i bardzo długich) utworów jest dopracowany do najmniejszego detalu, każdy ma do zaoferowania coś przykuwającego uwagę i każdy zaskakuje czymś nieoczywistym, a zebrane razem – wciągają jak diabli. Na Necropalace ani o monotonii, ani o nudzie nie może być mowy – i to pomimo tego, że album trwa ponad godzinę. Duże wrażenie robi zwłaszcza swoboda, z jaką zespół przeskakuje między skrajnościami/stylami i jak wiarygodnie wypada w każdym z nich; czy to wrzask wrony i szaleńcze blasty (bębni Charlie Koryn), czy głęboki growl i mielonka w typie Winter – brzmi to spójnie i bez zarzutu. Progresja? Neoklasyka? Żaden problem – w „The Night Has Fangs” pojawiają się klawiszowo-gitarowe pasaże, których nie powstydziłby się Tony MacAlpine. No i te fenomenalne popisy Tougasa, toż to jest mistrzostwo świata!

Przez cały czas trwania Necropalace doskonale słychać, że zespół włożył w ten materiał mnóstwo pracy, dokładnie go przemyślał i niczego nie pozostawił przypadkowi. To się tyczy również produkcji, która straciła piwniczny vibe i jest odczuwalnie lepsza, a już na pewno bardziej profesjonalna od tej z „Foreverglade”. Brzmienie jest czyste, przestrzenne i selektywne, a przy tym należycie ciężkie i na tyle dobrze zbalansowane, że pasuje zarówno do doomowych walców, jak i do blackowej sieczki. No i jak pięknie uwypuklono tu solówki, toż to jest mistrzostwo świata…

Chwalę i chwalę Necropalace, a początkowo wcale nie byłem przekonany do tego albumu. Jako żart z konwencji – super, ale żeby od razu tego słuchać – no bądźmy poważni… Wszelkie opory wyparowały po 5 minutach kontaktu z płytą, a po kolejnych 10 byłem już kupiony. Czego by ten Worm nie grał, idą za tym niebanalne pomysły i wysoka jakość, których tak po prostu nie można zignorować.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/wormgloom






Udostępnij:

15 lipca 2026

Oremus – Popioły [2011]

Oremus - Popioły recenzja reviewDla każdego, kto kolekcjonuje płyty i kupuje je w tradycyjny sposób, wiadomym jest, iż wiążą się z tym różne historie. Nieważne czy to CD, winyle, a nawet kasety. Niespodziewany zakup, cudowne objawienie na koncercie czy też udana licytacja po zaniżonej cenie. Mianownik jest jeden: dorwanie w łapska upragnionego krążka. Zaczynając w ten sposób można prosto pomyśleć, że recenzowany Oremus ma jakieś „backstory”. Nic bardziej mylnego. Nie mam pojęcia gdzie i kiedy zakupiłem tę płytę. Mogę jedynie przypuszczać, że musiało być to podczas koncertu Blaze of Perdition, których nie znosiłem, ale był czas, kiedy grali wszędzie gdzie widniał napis „black metal”, poczynając od Wrocławia i kończąc na Rzeszowie. Chcąc-nie-chcąc widziałem ich często. Do zakupu mogła przekonać mnie okładka i pewnie cena, która prawdopodobnie była podobna do kosztu browara.

Oremus to poboczny projekt zespołu złośliwie nazywanego „Błazny of Pierdoliszon”. Co ciekawe, ów twór to zupełnie inny rodzaj black metalu. I chwała Rogatemu za ten ślepy, ale szczęśliwy nabytek.

Technicznie są to zaledwie cztery utwory mieszczące się w 35 minut. Jak dla mnie idealny czas na taki rodzaj muzyki.

Mam tutaj do czynienia z tzw. apokaliptycznym black metalem. Co to znaczy? Ano znaczy tyle, że chłopaki bardzo polubili Apokalipsę wg św. Jana jak i również stary film o tytule „Siódma Pieczęć” w reżyserii Szweda Ingmara Bergmana. W porównaniu z Blaze of Perdition tempa są wolniejsze. Spokojnie możemy nazwać Popioły klimatycznym black metalem. Jeżeli w tym momencie jawi ci się przed oczyma (a bardziej uszami) Mgła to nic bardziej mylnego. Oremus to twór wyjątkowy i zasadniczo nikt w ten sposób nie gra. Popioły to album jedyny w swoim rodzaju. Recenzja będzie tutaj krótka, bo niewiele mogę o tym tworze napisać, poza tym, że słuchanie tego o drugiej w nocy na słuchawkach robi robotę. Produkcja jest bardzo dobra, wokale mroczne i ponure. Wsłuchując się w Popioły i lirykę trudno nie szukać za oknem końca świata.

„Biada, biada mieszkańcom Ziemi!” tak jedynie mogę podsumować Popioły. Jednorazowy (niestety… a może „stety”?) wybryk z Lublina.


ocena: 7,5/10
Lukas
Udostępnij:

12 lipca 2026

Martyr – Warp Zone [2000]

Martyr - Warp Zone recenzja reviewWyjątkowo entuzjastyczne przyjęcie debiutu sprawiło, że czterej młodzieńcy z Martyr jeszcze mocniej przyłożyli się do prac nad kolejnym materiałem; tak mocno, że w rezultacie stworzyli jeden z absolutnie najlepszych deathmetalowych krążków, jakie kiedykolwiek powstały w Kanadzie. Krążek, który pomimo upływu ponad 25 lat od premiery nie stracił niczego ze swojej świeżości, i który wciąż zachwyca rozmachem i wizjonerstwem rozwiązań aranżacyjnych. To nie lada wyczyn zważywszy na to, że zespół miał ostro pod górkę – raz, że już na „Hopeless Hopes” zawiesił poprzeczkę na nieosiągalnym dla wielu poziomie, a dwa, że lokalna konkurencja — Cryptopsy, Gorguts, Quo Vadis, Disembarkation czy Kataklysm — również się nie opieprzała i wydawała nie mniej znaczące dzieła.

Pisząc o Warp Zone, można pójść na skróty i cały opis tego albumu sprowadzić do lakonicznego stwierdzenia, że muzycy Martyr dosłownie w każdym aspekcie przebili to, co znalazło się na „Hopeless Hopes”. Już takie krótkie zdanie powinno dać obraz tego, z jak znakomitym materiałem mamy do czynienia. Jednakże takie podejście do tematu byłoby dla zespołu zwyczajnie krzywdzące, bo Warp Zone jak mało która płyta zasługuje na laurki, peany, elaboraty i rozprawy naukowe. To album kapitalny w każdym calu: niesamowicie złożony, szalenie dynamiczny, urozmaicony i nieprzewidywalny. To 38-minutowy konglomerat zakręconych riffów, finezyjnych solówek i połamanych rytmów podanych w takim natężeniu, że mózg się lasuje, a ręce opadają z niemocy. Tu nie ma przestojów (a nawet wyraźnych przerw między utworami), dłużyzn czy jałowych fragmentów – każdy dźwięk jest po coś i doskonale służy budowaniu spójnej i jakże fascynującej całości.

Wszelkie bezpośrednie inspiracje, które jeszcze dało się dostrzec na „Hopeless Hopes”, na Warp Zone uległy rozmyciu; zespół wzniósł się na wyżyny i wypracował swój oryginalny i jak najbardziej rozpoznawalny styl. Właśnie od tego momentu Martyr grają już we własnej-ciasnej lidze, w której rządzą niepodzielnie. Ja natomiast do dziś się zastanawiam, co też trzeba mieć w głowie albo pod wpływem jakich być substancji, żeby pisać taką muzykę, bo ona naprawdę nie ma odpowiedników w świecie technicznego death metalu. Co warte odnotowania, Kanadyjczycy tworząc tak skomplikowane i wielowymiarowe dzieło, nie zatracili pierwotnej fajności, dzięki czemu Warp Zone jest w równie chwytliwy co debiut, nawet mimo tego, że jest od niego wyraźnie brutalniejszy. Utwory takie jak „Endless Vortex Towards Erasing Destiny”, „Carpe Diem”, „Virtual Emotions”, tytułowy czy nieco eksperymentalny „Realms Of Reverie” zapadają w pamięć już od pierwszego przesłuchania, choć ogarnięcie ich struktury nie jest wcale sprawą prostą.

Warp Zone został nagrany w mekce kanadyjskich kapel, czyli studiu Victor w Montrealu, a za jego produkcję odpowiada znany z Obliveon Pierre Rémillard. Niebywale utalentowani instrumentaliści + porządne studio + znający się na swojej robocie i „czający klimat” fachowiec = kapitalne, zajebiście czytelne brzmienie. Mnie szczególnie imponuje, jak wspaniale uwydatniono te wszystkie zmiany nastroju i skoki dynamiki, którymi muzyka Martyr jest wyładowana po brzegi.

Wspomniałem już, że Warp Zone pod każdym względem przewyższa debiut, że Kanadyjczycy poprawili wszystko, co tylko można było poprawić… Taaak, to się tyczy także najsłabszego elementu – wokali. Są lepsze, wyraźnie lepsze, ale jednak ciągle są tym najsłabszym elementem, za który dla zasady ucinam z oceny pół punktu. Cała reszta jest idealna, dlatego tym większa szkoda, że za sukcesem artystycznym nie przyszedł sukces komercyjny. Martyr w pełni na niego zasłużyli.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MartyrCanada/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

8 lipca 2026

Strandhogg – Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) [2009]

Strandhogg - Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) recenzja review„It's just one of those days when you don't wanna wake up, / Everything is fucked, everybody sucks.” – Cytat z jednego z utworów Freda Dursta (tak, trauma dziewiczych czasów) tutaj akurat trafia w sedno dzisiejszego albumu. Czy każdy z nas nie ma takiego dnia, że z żony zrobiłby worek treningowy, dzieci połamał jak zapałki, a zwierzaka kopem wysłał na orbitę? Wkurw przyniesiony z pracy, z urzędów czy szpitali, czyli po prostu z życia wzięte. I tutaj w sukurs przybywa nam muzyka (cholera czuję się jakiś przedstawiciel Mango…). U nas metalowców minus + minus daje plus. Na wkurw pomaga nam muzyka emanująca agresją, która u „normalsa” spowodowałaby opętanie przez cały legion demonów. Tak to już z nami, „poyebami”, bywa. A na 666% w moim przypadku. I właśnie tutaj, jako remedium na wkurw pojawia się poznańska black metalowa formacja Strandhogg i ich jedyne dzieło Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis).

Otwierający album „Prophecy of World Funeral” zawsze powoduje u mnie gęsią skórkę. Uwielbiam te pierwsze miażdżące i wolne riffy, które wprowadzą nas w konkretną rzeźnię. Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) nie będzie się z nami bawić w tańcu. Jest to prosty (ale nie prostacki!) album kipiący czystą nienawiścią, totalnym wkurwieniem do całego świata. Poznaniacy przelewają swój gniew w nuty, niczym Sauron swoją moc w jedyny pierścień. I podobnie jak on był mistrzem swojego fachu, Strandhogg w 8 utworach trwających lekko ponad 37 minut sprawia, że Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis) się nie nudzi. A to chyba najważniejsze. Każdy maniak death czy black metalu zna zespoły, które może i napierdalają jak z karabinu, ale po 3-4 trackach mamy chęć przewijać dalej, a tu jeszcze z kilka utworów przed nami. U Strandhogg tego nie doświadczymy. Kompozycje są przemyślane i różnorodne w swojej strukturze i z tego powodu te niecałe 40 minut (w tym jeden utwór trwający 10 minut!) mija jak z bata strzelił. Oczywiście nie jest to dzieło, które rewolucjonizuje gatunek, ale z pewnością ugruntowuje polską ekstremalną scenę, jako jedną z tych najlepszych. Wszakże siła sceny to nie tylko tych kilka perełek, ale cała nisza. Niestety w 2014 zespół zakończył działalność i dlatego też zależy mi na zaprezentowaniu Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis). Dla fanów ostrego, ale stylowego napierdalania, jak w mordę strzelił.


ocena: 7,5/10
Lukas
Udostępnij:

4 lipca 2026

Barren Path – Grieving [2025]

Barren Path - Grieving recenzja reviewWraz z wydaniem „Perfect Amber” historia Gridlink ponoć dobiegła końca: pozamiatane, zrobili swoje i już więcej ich nie usłyszymy. Taaa… Na taką ściemę to ja się nie dam nabrać — wszak za pierwszym razem w 2014 też kończyli definitywnie — i będę wypatrywał kolejnego reunionu, choćby miał nastąpić i za kilkanaście lat. Póki co jakąś jego namiastką jest Barren Path – zespół powołany do życia przez Takafumiego Matsubara i Bryana Fajardo (filary Gridlink), którzy dobrali sobie do współpracy dwóch kolegów z… Gridlink, zaś do wydawania odgłosów paszczą zatrudnili znanego z Maruta i Noisear Mitchella Luna. Po takim składzie można było się spodziewać wszystkiego, choć z góry było wiadomo, że to „wszystko” sprowadzi się do ekstremy.

I jeśli chodzi o ekstremę, to Grieving z pewnością nie zawodzi. To wzorowo wyprodukowany nowoczesny grind: szaleńczo szybki, nienaganny technicznie, diablo zróżnicowany i nieprzewidywalny – muzyka, za którą w pierwszej chwili trudno nadążyć i która do pewnego stopnia przytłacza swoją intensywnością, ale absolutnie nie zniechęca do kolejnych przesłuchań i prób rozszyfrowania jej. Członkowie Barren Path zadbali o to, żeby każdy z jedenastu kawałków miał do zaoferowania coś innego, coś wyróżniającego się, zaś całość była czymś znacznie większym niż tylko sumą poszczególnych elementów.

Z oczywistych względów Grieving ma duuużo wspólnego z tym, co już znamy z płyt Gridlink — czego w żadnym wypadku nie należy poczytywać jako zarzutu — ale na pewno nie sprowadza się tylko do powielania wykorzystanych już patentów. Weźmy chociażby wokale – są bardziej urozmaicone — od niskich growli po dzikie wrzaski — czym mocno podbijają dynamikę utworów i sprawiają, że muzyka brzmi ciężej i brutalniej. Poza tym materiał Barren Path wydaje się być (jest!) ponadnormatywnie chwytliwy – sporo riffów można sobie nucić pod nosem pomimo ich pokręconej formy, a praktycznie każdy numer (a już zwłaszcza „No Geneva”, „The Insufferable Weight”, „Subversion Record” i „Lunar Tear”) to potencjalny przebój Lata z Radiem.

Jedyny istotny minus, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Grieving, to mówiono-ambientowy „Celestial Bleeding”, z którego nic wielkiego dla świata nie wynika, poza tym, że marnuje cenne sekundy. Że niby umknęło mi to, że płyta jest pierońsko krótka? Nieee, po prostu mam świadomość, że mogłaby być jeszcze krótsza, więc cieszę się nawet z tych 13 minut.

Takafumi Matsubara z kolegami ponownie udowodnili, że mają doskonały patent na tworzenie grindowych albumów, które już w momencie premiery trafiają do kanonu, by za chwilę stać się klasyką gatunku. I to niezależnie od tego, pod jakim szyldem panowie się zbierają. Tu nie ma przypadku, jest za to ogromny talent.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/share/1GEhSdin1P/

podobne płyty:


Udostępnij:

29 czerwca 2026

Antiversum – De Nemesis Omnes Et Omnia [2025]

Antiversum - De Nemesis Omnes Et Omnia recenzja reviewLos bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.

Daleki jestem od stwierdzenia, że drugi album Antiversum powalił mnie na kolana i będę do niego regularnie wracał, ale potrafię uczciwie docenić rozwój zespołu, jaki dokonał się na przestrzeni tych paru lat dzielących oba krążki. Szwajcarzy dalej obracają się w stylu, który łączy black-deathmetalowy trzon z okazjonalnymi naleciałościami doomu i ambientu, jednak muzyka zawarta na De Nemesis Omnes Et Omnia na pewno jest dojrzalsza, lepiej zaaranżowana, bardziej złożona i wymagająca od tej z debiutu. Jest też o wiele ciekawsza, bo w baaardzo rozbudowanych utworach (nawet kilkunastominutowych) nie brakuje przeszywających riffów, ambitnie poprowadzonych melodii czy przyjemnie drażniących udo dysonansów. Niestety, przy takiej objętości materiału (56 minut) trafiają się także momenty dość monotonne, kiedy zespół wpada w pułapkę powtórzeń powtórzeń i stanowczo zbyt długo mieli średnio udane motywy.

Bardzo istotnym elementem De Nemesis Omnes Et Omnia jest, czy raczej miała być atmosfera. Antiversum w tekstach zajęli się koncepcją, według której czas jest wrogiem wszystkiego i wszystkich, a jego brak prowadzi do całkowitego zastoju wszelkiego istnienia. Taka tematyka daje sporo miejsca dla uzasadnionych eksperymentów z dynamiką i rozmaitych dziwacznych zagrywek, jednak zespół nie wykorzystał w pełni tego potencjału i album jest pod tym względem nierówny. O ile w niektórych fragmentach (zwłaszcza w „Pulsar Feralis” i „Scudo-Nero”) Szwajcarzy zagrali niemal monumentalnie, z rozmachem i zaskakująco, tak już w innych („QBism”, „Vuoto”) poszli po linii najmniejszego oporu i ograniczyli się do ambientów czy wspomnianych nużących powtórzeń. I jeszcze jedno – trudno stworzyć nastrój czegoś wielkiego i podniosłego przy pomocy „packającego” cosia, który w domyśle ma być perkusją. Brzmienie garów/automatu (wkładka milczy na ten temat) jest po prostu koszmarne, fatalnie wpływa na odbiór krążka, zaś od słuchacza wymaga nie lada wyrozumiałości.

Nie podejrzewałem Antiversum o jakiś faktyczny rozwój, zwracam więc honor. Jednocześnie zaznaczam, że postęp u Szwajcarów dokonuje się w niezbyt imponującym tempie. W tym miejscu pewnie ważniejsze jest to, że jest on naprawdę dostrzegalny. De Nemesis Omnes Et Omnia to całkiem nieźle pomyślany, acz niepozbawiony wad materiał, który jednak traktuję bardziej jako fundament i punkt wyjścia do zmajstrowania czegoś lepszego w przyszłości.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/antiversum
Udostępnij:

23 czerwca 2026

Epitome – Goodbye My ROT [2025]

Epitome - Goodbye My ROT recenzja reviewŹle się dzieje w grindzie polskim, a mam tu na myśli jego najstarszych przedstawicieli, bo z bogatego katalogu ekip znanych na całym świecie ostała nam się ich tylko garstka: Squash Bowels, Neuropathia i Epitome, spośród których tylko ci ostatni są jako tako aktywni wydawniczo. Jest źle, a mogło być jeszcze gorzej, bo po wydaniu profetycznie-złowróżbnie zatytułowanego „ROTend” rzeźnicy spod Wielkiej Cipy stanęli nad przepaścią i bliscy byli wykonania kroku naprzód. Na szczęście do tego nie doszło i po chwilowej zadyszce zespół powrócił – w odmienionym składzie, z nową energią i pomysłami, a przy tym nabuzowany jak nigdy wcześniej.

Jak wiadomo, napierdalać na oślep może każdy, ale napierdalać i umieć z tym dotrzeć do słuchacza, poruszyć go – to już sztuka dostępna nielicznym, w tym właśnie Epitome. Odnoszę nawet wrażenie, że im bardziej z biegiem lat muzyka zespołu i jego przekaz stają się hmm… przyziemne, tym mocniej trafiają do świadomości i na dużej się w niej osadzają. Bez znaczenia, czy kapela serwuje półminutowe strzały w typie „Fuck You!”, czy proponuje epickie dwuminutówki jak „Post-Traumatic Dementia” i „Connective Tissue Disorder” – w każdej formule sprawdza się równie dobrze, zaś same kawałki łatwo zapadają w pamięć. To naturalnie zasługa zgrabnych aranżacji z wieloma sprytnie upchniętymi niuansami, dzięki którym utwory mają swój charakter, mimo iż tworzą bardzo spójną całość.

Goodbye My ROT nie jest kalką poprzednich płyt, bo Epitome zawsze mieli tendencję do pewnych kombinacji, ale oczywiście też przesadnie od nich nie odbiega – to klasyczny przykład rozwoju w ramach dawno określonego-wypracowanego stylu. Usprawnienia dotyczą kilku kwestii; można wskazać m.in. na większą chwytliwość kawałków, bardziej urozmaicone motywy gitarowe, fajne nawiązania do klasyki („Way Out”, „Gore”) i naprawdę dobre zarządzanie dynamiką. Poza tym w paru utworach pojawił się dodatek w postaci dość chaotycznych partii saksofonu, które może i nie czynią z Epitome awangardy, ale potrafią fajnie zamieszać. No i brzmienie – zajebiście ciężkie, masywne i nasycone, a zarazem nie tracące nic z selektywności nawet przy największym napierdolu – to się chwali.

Jedno przesłuchanie Goodbye My ROT powinno każdemu w zupełności wystarczyć, żeby przekonać się o formie Epitome – jest wysoka, nawet bardzo wysoka, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeszcze niedawno zespół był w kryzysie egzystencjalnym. Po tych problemach nie ma śladu, a w każdym razie nie słychać ich ani na krążku, ani podczas żywiołowych koncertów. Szacunek!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SupeROTic/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 czerwca 2026

Immolation – Descent [2026]

Immolation - Descent recenzja reviewOd pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat „Acts Of God”, aniżeli faktyczną recenzją nowej płyty. Podsumowanie miało być mniej więcej takie: przesadnie nasłodziłem Immolation przy okazji tamtego albumu, dałem też zbyt wysoką ocenę, bo dopiero jego następca zasłużył na szczere pochwały. Plan był prosty, wykonanie również miało takie być, ale jeszcze z głupia postanowiłem odświeżyć sobie jedenasty long zespołu… I to był błąd, okazało się bowiem, że w bezpośredniej konfrontacji Descent wcale nie wypada tak dobrze, jak to sobie uroiłem.

Descent ma sporo atutów, które powinny wystarczyć, żeby przebić poprzedni krążek (a właściwie trzy): ciekawa okładka, optymalna objętość, masywne brzmienie, charakterystyczne solówki Vigny, zabójczy wokal Dolana, pełnowartościowy instrumental, więcej wrzasków Lilkera, sporo nawiązań do „Close To A World Below”, gęsty klimat zbliżony do „Shadows In The Light” – czyli te wszystkie elementy, za które uwielbiamy Immolation. Problem w tym, że nie ekscytują one już tak, jak przed laty, nie niosą z sobą niczego świeżego, a w paru miejscach zwyczajnie nudzą/denerwują. Cały materiał, abstrahując od jego poziomu, jest po prostu wtórny, a w dodatku tu i ówdzie mocno ponaciągany. To płyta Immolation z muzyką w esencjonalnym stylu Immolation dla najbardziej bezkrytycznych fanów Immolation. I nic ponad to.

Przy odpowiednim podejściu, a najlepiej w całkowitym oderwaniu od reszty dyskografii i tego, co się obecnie dzieje w death metalu, Descent może sprawić dużo radości, momentami nawet i zaimponować, bo to szalenie równy i znakomicie zagrany album. Doświadczenie i klasę zespołu słychać w każdej sekundzie tego materiału, podobnie zresztą jak wypracowane w ciągu 35 lat schematy i przyzwyczajenia kompozytorskie, stąd też przez 42 minuty trudno pozbyć się wrażenia, że to już było. To wszystko już było. Nie raz i nie dwa razy. I może już wystarczy? Immolation grają swoje, nie podejmując przy tym żadnego ryzyka, czego do końca nie rozumiem – przy szacunku, jakim są darzeni, oskarżenia o zdradę stylu raczej im nie grożą, a na paru eksperymentach mogliby tylko zyskać.

Muzycy Immolation utrzymują, że zabawa w zespół, nagrywanie płyt i koncertowanie po całym świecie dalej ich bawi. Cóż, fajnie, naprawdę fajnie, dobrze wiedzieć, że nie robią tego na siłę czy dla wątpliwych pieniędzy, jeeednak nie miałbym nic przeciwko, gdyby ten entuzjazm, który towarzyszy im przy kolejnych wydawnictwach, w jakimś stopniu udzielił się i mnie. Jeszcze piętnaście lat temu dałbym się za nich pokroić, a dziś…


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/immolation

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

9 czerwca 2026

Testament – Para Bellum [2025]

Testament - Para Bellum recenzja reviewZdążyłem się już pogodzić z tym, że kolejne płyty Testament powstają po dość długich przerwach, jednak z pogodzeniem się z tym, że od dawna żadna nowa nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ciągle mam problem. Ciągle też patrzę na ten zespół przez pryzmat „Low” czy „The Gathering”, a nie tak, jak powinienem – „The Formation Of Damnation” łamane przez „Brotherhood Of The Snake”, co na pewno pomogłoby obniżyć oczekiwania do rozsądnego poziomu. Raz będzie lepiej, raz gorzej, ale ponad wszelką wątpliwość arcydzieła są już poza ich zasięgiem, więc po prostu powinienem się cieszyć, że Amerykanie jeszcze grają i przy tym nie robią z siebie idiotów.

Para Bellum, trzynasty pełny album w dorobku Testament, całkiem nieźle wpisuje się w to „raz lepiej”, a chcąc być precyzyjnym – stylem i poziomem praktycznie nie odbiega od poprzedzającego go „Titans Of Creation”, co oznacza, że oprócz pewnych zalet powtarza również większość jego błędów. Materiał jest bardzo zróżnicowany wewnętrznie, tak bardzo, że podpada to już pod niespójność — momentami dość drastyczną/kuriozalną — stąd też trudno się połapać, co Peterson miał w głowie, komponując te numery. Więcej tu niż ostatnio wpływów black metalu (to chyba jedyna opcja dla Erica, żeby zagospodarować niewykorzystane w Dragonlord pomysły), które w jakimś stopniu są równoważone nawiązaniami do thrash’owej łupanki z końca lat 80. (jaskrawym przykładem jest „Nature Of The Beast”). Dalej jest jeszcze ciekawiej: „Room 117” to miks motywów zaciągniętych z repertuaru King Diamond i Iced Earth (co czyni go oryginalnym w swej nieoryginalności), „Witch Hunt” to powrót do brutalizmów a’la „Demonic”, w „For The Love Of Pain” trafiają się nawet jakieś slamy (?), zaś „Meant To Be” to rozwlekła bezjajeczna balladka z ckliwym tekstem w najgorszych tradycjach gatunku. I weź to, człowieku, ogarnij.

Mnogość mniej lub bardziej (nie)przemyślanych skrajności sprawia, że pozbawione ich kawałki — czyli te utrzymane w typowym dla stylu Testament, a zatem już wtórne i przewidywalne — przelatują właściwe niezauważone, o ile nie zirytują jakimś banałem zawartym w tekstach (bo tych i tym razem nie brakuje). Te mniej wyraziste utwory na pewno nieco by zyskały, gdyby gęsto ozdobić je efektownymi solówkami, tymczasem tylko w jedynym („Havana Syndrome”) pojawia się naprawdę godna uwagi trzepanka; pozostałe popisy Skolnicka (a nie ma ich wcale tak wiele) są fajne, choć nie na tyle, żeby zrobić różnicę, jak to było w przypadku „Brotherhood Of The Snake. Zamiast finezji na Para Bellum zespół postawił na blasty — korzystając z tego, że dorobił się młodego i pełnego wigoru perkmana — ale chyba nieco z nimi przeszarżował, bo upchnięto je nawet we fragmentach, w których zupełnie nie były potrzebne. Ot, takie prężenie muskułów przed Exodus, Overkill, Anthrax i innymi dziadkami.

Jak na materiał, na którego zaplanowanie i dopracowanie Testament miał teoretycznie masę czasu, Para Bellum wygląda na przygotowany w pośpiechu i z trochę przypadkowych elementów. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa (z tą tylko uwagą, że Hoglan potrafił lepiej zdynamizować muzykę), brzmienie również trzyma fason (wreszcie słychać wysiłki DiGiorgio w stopniu, w jakim na to zasługują), jedynie kompozycje dupy nie urywają. Nie przeczę, że przy tak dużym rozstrzale stylistycznym każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, jak i ja znajduję, choć niewielu zaakceptuje całość, jak i ja nie akceptuję.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

3 czerwca 2026

Mylingar – Út [2026]

Mylingar - Út recenzja reviewU zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.

Każdy, kto choć raz miał styczność z tym szwedzkim projektem, powinien doskonale wiedzieć, czego można było oczekiwać po Út, bo Mylingar od początku grają w zasadzie to samo, z każdym kolejnym materiałem przesuwają tylko granice intensywności. Ta płyta to 42 minut (odliczam 3 minuty ambientów na końcu „Neðan”) bezkompromisowej death/blackowej jazdy na granicy selektywności, w której próżno szukać jakichkolwiek zmiękczaczy czy subtelności, albo w ogóle punktu zaczepienia. Pomimo upływu prawie siedmiu lat od wydania „Döda Själar” Szwedzi ani nie złagodzili brzmienia, ani nie wyprostowali muzyki, żeby wyjść z nią do ludzi – konfrontacja z Út może, a nawet powinna fizycznie męczyć, jeśli nie odrzucać. Jakże miła to odmiana po ostatnich krążkach Portal, Altarage czy Impetuous Ritual, które tego… no, wpadają w ucho…

Co oczywiste, Út wcale nie sprowadza się do kopiuj-wklej z poprzednich płyt, choć dla postronnych słuchaczy właśnie tak może brzmieć. Jak dla mnie Mylingar tym razem mocniej uwypuklili w swojej twórczości kontrasty: szybkie partie są naprawdę zajebiście szybkie, zaś wolne — których jest zaskakująco sporo — wgniatają jak nigdy przedtem. Te gwałtowne zmiany w najmniej oczywistych momentach – nagłe zrywy i przejścia do mielonki sprawiają, że materiał cały czas mutuje, a niczym nieskrępowana brutalność rozsadza go od środka. Także wokale wydają mi się na Út dziksze i bardziej odpychające, choć może nie do końca skoordynowane z muzyką; cóż – miała być ekstrema, to jest ekstrema. Ponadto w obraną przez Mylingar konwencję wpisuje się bardzo szorstkie i kaleczące brzmienie, w którym czuć jakiś posmak industrii, noise’u czy innego odhumanizowanego cholerstwa.

Mylingar może i (jeszcze) nie są bezkonkurencyjni w swojej niszy, ale na pewno stanowią wartościową i godną sprawdzenia alternatywę dla wielu większych i bardziej rozpoznawalnych nazw, które w pewnym momencie odpuściły z radykalizowaniem swojego przekazu albo dotarły z nim do ściany.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mylingar
Udostępnij:

30 maja 2026

Aversio Humanitatis – To Become The Endless Static [2026]

Aversio Humanitatis – To Become The Endless Static recenzja reviewJak wiadomo, obserwacja zmienia obiekt obserwowany, toteż od jakiegoś czasu z bezpiecznej odległości śledzę sobie poczynania Aversio Humanitatis i z zadowoleniem stwierdzam, że zespół konsekwentnie rozwija się w pożądanym przeze mnie kierunku, co z kolei sprawia, że z każdym ich kolejnym wydawnictwem gęba coraz bardziej mi się cieszy. Nie inaczej jest w przypadku To Become The Endless Static, który na obecną chwilę jestem skłonny uznać nie tylko za największe osiągnięcie Hiszpanów, ale i jedną z ciekawszych płyt z blackiem, jakie ostatnio dotarły do nas z Półwyspu Iberyjskiego.

Jest rzeczą oczywistą, że w (przydługich) przerwach między albumami członkowie Aversio Humanitatis rozwijają się jako muzycy oraz kompozytorzy, jednak istotniejsze wydaje się to, że przy okazji ich podejście do grania mocno się radykalizuje. Stąd też stylistyczny kontekst, w jakim próbowano ich (chyba nieco na siłę) początkowo osadzić, już dawno przestał być aktualny, a już na pewno stał się zbyt ciasny. Obecnie, przynajmniej na pierwszy rzut ucha, muzyka zespołu robi wrażenie totalnie intensywnej sieczki w typie Altarage, Portal czy Abyssal – dusznej, chaotycznej i nieprzeniknionej. To jednak tylko złudzenie, bo pomimo utrzymującego się przez większość czasu zabójczego tempa i porządnej, niemal death’owej dawki brutalności Hiszpanie proponują dźwięki nad wyraz uporządkowane.

Na To Become The Endless Static nie ma miejsca na przypadek czy półśrodki – każdy z sześciu dość złożonych utworów jest znakomicie przemyślany i tak też wykonany (techniczne wyrobienie muzyków Aversio Humanitatis, zwłaszcza perkusisty, nie budzi najmniejszych wątpliwości), każdy jest inny i każdy potrafi czymś zaskoczyć. Wraz z kolejnymi przesłuchaniami do naszych uszu przebijają się coraz to nowe elementy i w rezultacie jednolita z pozoru całość nabiera wielu dodatkowych odcieni, a poszczególne kawałki – ciekawych wyróżników. Co istotne, Hiszpanie brnąc w ekstremę, nie zaniedbali klimatu. W utworach roi się od dysonansów, dziwacznych riffów i majaczących w oddali melodii, od których ciarki chodzą po plecach. Dzięki takim zabiegom na To Become The Endless Static dominuje chłodny, niepokojący nastrój, który gęstnieje szczególnie w „Strange Angles” i „Collapsing Into The Resonance”.

W przeciwieństwie do wymienionych wyżej zespołów Aversio Humanitatis brzmią bardzo czytelnie, acz przy zachowaniu odpowiedniego stopnia brudu i szorstkości. Album został wyprodukowany na tyle przejrzyście, żeby można było bez przeszkód delektować się pracą wszystkich instrumentów i wyłapywać aranżacyjne niuanse, ale nie upiększono go do tego stopnia, żeby całość zalatywała plastikiem z chińskiej wtryskarki. Nasuwają mi się w tym miejscu mocne skojarzenia z ostatnim krążkiem Akhlys, jednak nawet on w momentach największej zawieruchy nie oferował tak przestrzennego brzmienia co To Become The Endless Static.

Trzecia płyta może się okazać dla Aversio Humanitatis tą przełomową i wcale bym się nie zdziwił, gdyby zespół został wreszcie należycie doceniony i zauważony także poza blackową niszą. W pełni sobie na to zasłużyli. Wprawdzie nie chciałbym zapędzać się z górnolotnymi hasłami, że To Become The Endless Static to przyszły klasyk gatunku, ale jestem pewien, że niejedna młoda kapela znajdzie tu wzorce do naśladowania.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aversiohumanitatis



Udostępnij:

16 maja 2026

Qrixkuor – The Womb Of The World [2025]

Qrixkuor - The Womb Of The World recenzja reviewPrzez pierwsze kilka (dziesięć?) lat działalności muzykom Qrixkuor nie udało się zainteresować zespołem przesadnie szerokiego audytorium, więc można było dojść do wniosku, że żaden przełom w „karierze” nie jest im pisany i podzielą los typowej obskurnej kapeli z fanklubem liczącym siedemnaście osób rozsianych po całym świecie. Tymczasem wraz z wydaniem debiutanckiego „Poison Palinopsia” w 2021 ich akcje gwałtownie wystrzeliły, bo było to coś świeżego, zaskakującego, niezwykle ambitnego, no i wciągało jak diabli. Nietypowe podejście Brytyjczyków do death metalu sprawiło, że zaczęto się im przyglądać z dużym zainteresowaniem, ale i z pewną obawą, czy przypadkiem nie staną się kapelą jednej, powtarzanej do wyrzygania sztuczki. Otóż nie stali się!

Na wybornej epce „Zoetrope” Qrixkuor jednoznacznie dowiedli, że mają pomysł na siebie i nie boją się pójść do przodu, w dodatku w niekoniecznie oczywistym kierunku, zaś na The Womb Of The World, że oryginalność jest ich mocną stroną i w ogóle nie muszą się niczym ograniczać, bo wokół jest zbyt wiele ciekawych inspiracji, żeby tak po prostu z nich zrezygnować. Stąd też druga płyta zespołu nie tylko w atrakcyjny sposób poszerza dotychczasową formułę, ale też przenosi muzykę na zupełnie nowy poziom pod względem gęstości, chwytliwości i klimatu. Styl Brytyjczyków stał się bardziej pojemny i trudniejszy do zdefiniowania, acz paradoksalnie łatwiejszy w odbiorze. W dużym uproszczeniu i naginając fakty można go sprowadzić do symfonicznego death metalu albo — i to chyba lepsza opcja — wypadkowej ponurego death metalu i soundtracku do filmu grozy z lat odległych – czegoś, o czym fani Necrophagia mogli dotąd tylko śnić.

The Womb Of The World odznacza się wyjątkowo złożonymi i bogatymi aranżacjami, w których jak rzadko kiedy wszystkie elementy poszczególnych utworów, jak i same utwory doskonale się ze sobą łączą i przenikają, zaś całość po prostu płynie bez najmniejszych zgrzytów i przestojów. Tu nie ma miejsca na sztywne, banalne czy oklepane schematy, bo dramaturgia muzyki, mnogość poukrywanych smaczków oraz częste zmiany tempa i klimatu sprawiają, że album utrzymuje uwagę i czujność słuchacza od pierwszej do ostatniej minuty – ciągle dzieje się coś nowego i nieprzewidywalnego, a mimo to materiał wcale nie sprawia wrażenie przekombinowanego. Szczególny podziw budzi to, jak gładko Qrixkuor wkomponowali wszelkie orkiestracje i chóry, które nie są jakimś tam dodatkiem w tle, a stanowią integralną część muzyki, dynamizują ją i znacząco wpływają na jej niepowtarzalny klimat.

Qrixkuor odpuścili sobie, przynajmniej na razie, komponowanie 24-minutowych kawałków, co jednak nie znaczy, że te zawarte na The Womb Of The World są krótkie – oj, nie są, ale… równie dobrze zespół mógł ich w ogóle nie wyodrębniać, bo granice między nimi są raczej umowne. To dlatego traktuję ten 50-minutowy album jako niepodzielny monolit, który najlepiej sprawdza się słuchany w całości, w trakcie jednego posiedzenia i w oderwaniu od innych czynności – właśnie wtedy można się weń należycie zatopić, by zadziałał na wyobraźnię z pełną mocną i sprowadził wizje rodem z koszmarów.

The Womb Of The World zachwyca muzyką i konceptem, jednak wrodzona czepliwość nakazuje mi zwrócić uwagę na pewne niedostatki produkcji, a konkretnie – umiarkowaną czytelność, zwłaszcza w momentach największego młynu, gdy instrumenty zaczynają się ze sobą zlewać. Gdyby nie ten szczegół, ocena byłaby jeszcze wyższa, bo Qrixkuor stworzyli materiał, który na długo zostaje w pamięci. I w odtwarzaczu.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/qrixkuor
Udostępnij:

30 kwietnia 2026

Exhumed – Red Asphalt [2026]

Exhumed - Red Asphalt recenzja reviewQuentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.

Dziewiąty album Exhumed to, tak jak „To The Dead”, fachowo podana death-grindowa sieczka, z jakiej ten zespół się doktoryzował i do jakiej fani najbardziej wzdychają – szybka, brutalna, zgrabnie zaaranżowana i nad wyraz chwytliwa. Produkcji, wykonaniu i kompozycjom z Red Asphalt nie można w zasadzie niczego zarzucić, bo odpowiadają za nie ludzie, którzy doskonale wiedzą, jak szarpnąć strunę, przywalić pałą czy pokręcić gałą, żeby było dobrze, a rezultat podskórnie kojarzył się z Carcass. No i jest dobrze, no i są skojarzenia z Carcass, ale — i tu pojawia się główny, a właściwie jedyny problem — całość jest baaardzo podobna do poprzedniego krążka, różnią je dosłownie detale, zaś zaskakujące elementy czy jakiekolwiek nowości jak na moje ucho w ogóle tu nie występują.

W związku z powyższym jestem niejako zmuszony czepiać się na siłę, bo chociaż Red Asphalt sam w sobie jest naprawdę fajny i sprawia dużo radochy, nie wnosi niczego do dorobku zespołu, trudno też podciągnąć go pod „powrót do formy”. Jeśli komuś zechce się głębiej analizować ten materiał i rozbierać go na czynniki pierwsze, może dojść do wniosku, że sprawia on wrażenie odrobinę mniej ekstremalnego od „To The Dead”, za to nieznacznie bardziej melodyjnego, treściwego i urozmaiconego rytmicznie. Czy to coś zmienia? Ano niespecjalnie. Dlatego już lepiej nie grzebać, tylko skupić się na energetycznych i odpowiednio kopiących kawałkach o sporym potencjale koncertowym.

Doceniam konsekwencję Exhumed i wysoki poziom Red Asphalt, niemniej jednak daję pół punktu mniej od „To The Dead”. I to wyłącznie dlatego, że te płyty ukazały się w takiej, a nie innej kolejności. Słuchać można ich bowiem wymiennie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ExhumedOfficial

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

25 kwietnia 2026

Cryptic Shift – Overspace & Supertime [2026]

Cryptic Shift - Overspace & Supertime recenzja reviewPierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…

W ciągu sześciu lat, jakie upłynęły od wydania debiutu, zespół na pewno okrzepł, dojrzał, rozwinął się pod względem technicznym (co się tyczy szczególnie perkusisty – nadgonił dystans, który dzielił go od kolegów) i poczynił wyraźne postępy w sferze zarządzania klimatem i budowy kompozycji. Ponadto Cryptic Shift nabrali jeszcze większych ambicji, by stworzyć coś epickiego, spektakularnego, coś, o czym się będzie mówić i co zostanie zapamiętane na długo. W rezultacie Overspace & Supertime to pięć szalenie rozbudowanych utworów o ogromnej rozpiętości stylistycznej zamkniętych w niespełna… 80 minutach. Przyswojenie tak kolosalnej dawki dość skomplikowanej, acz niepozbawionej chwytliwości muzyki wymaga od słuchacza niezwykłego skupienia, samozaparcia, a w pewnych fragmentach także cierpliwości. Bez tego można łatwo stracić wątek i szybko się zniechęcić, a to już byłby błąd, bo Overspace & Supertime ma naprawdę dużo do zaoferowania.

Rozwijając styl, Cryptic Shift uczynili go bardziej elastycznym, co z kolei pozwoliło im na w miarę swobodne przeskoki między skrajnościami – od efektownego technicznego death metalu (takiego bez udziwnień i przesadnej nowoczesności – w typie Revocation), przez agresywny progresywny thrash (dobrym punktem odniesienia będzie późny Vektor), po finezyjne zagrywki kojarzone z jazzem i fusion. Warto przy tym dodać, że nieco surowa estetyka debiutu ustąpiła miejsca wysublimowanym, choć niekoniecznie przystępniejszym formom. Z jednej strony muzyka została wygładzona i więcej w niej przestrzeni, z drugiej zaś odznacza się mocniejszym pierdolnięciem niż ta z „Visitations From Enceladus”.

Jeśli chodzi o największy wyróżnik Cryptic Shift, absurdalnie długie (10, 20 i 30 minut) kompozycje, to na tym polu zespół również dokonał pewnych postępów, choć nie na tyle dużych, żeby mnie w pełni do tego pomysłu przekonać. Na pewno Brytyjczycy na Overspace & Supertime sprawniej poradzili sobie z dopasowaniem poszczególnych części, dopilnowali wewnętrznej spójności i ograniczyli jałowe wypełniacze, ale to wciąż sztuka dla sztuki, bo takie kolosy niczemu — poza imersją nic innego nie przychodzi mi do głowy — nie służą. Bez problemu można było wyodrębnić z nich zamknięte sekcje, zwykle około 5-minutowe, które jako samodzielne utwory sprawdziłyby się lepiej i miały więcej sensu, o komunikatywności nie wspominając. Tylko kto by wtedy zwrócił na nie uwagę…

Overspace & Supertime z całą pewnością nie jest tak genialnym albumem, jak to się próbuje tu i ówdzie sugerować, ale bez wątpienia zawiera sporo atrakcyjnej i zajmującej muzyki, która nie nadaje się do słuchania na co dzień, jednak w odpowiednich warunkach potrafi sprawić dużo snobistycznej przyjemności.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/crypticshift

Udostępnij:

19 kwietnia 2026

Kreator – Krushers Of The World [2026]

Kreator - Krushers Of The World recenzja reviewTrochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.

Mille i spółka nie zmienili niczego w formule grania, więc o wtórność i schematyczność Krushers Of The World z grzeczności lepiej nie pytać (choćby „Blood Of Our Blood” zalatuje moim ulubionym „System Decay”), ale chyba zaczęli potajemnie przyjmować testosteron albo inne utwardzacze, bo materiał jest cięższy i ma znacznie większego kopa niż dwa (co najmniej) poprzednie, a po jego wysłuchaniu nie trzeba przyjmować insuliny wiadrami. Nie chcę przez to sugerować, że szesnasty album Kreator nie jest chwytliwy czy super melodyjny — bo jest! — ale zarówno melodyjność jak i chwytliwość przez większość czasu są utrzymane w granicach rozsądku, zaś na pierwszym planie jest jednak dość agresywny i dynamiczny thrash z — i to jakaś nowość — okazjonalnymi naleciałościami szwedzkiego melodeath’u w typie Arch Enemy (jak w „Satanic Anarchy”, „Tränenpalast”, „Deathscream”).

Ogólne podostrzenie muzyki nie wpłynęło w najmniejszym stopniu na to, co od dłuższego czasu definiuje styl Kreator – łatwe do podłapania refreny. Dosłownie każdy numer zawiera jakieś niewyszukane hasło (czasem tylko bzdurny tytuł – vide „Barbarian”), które przynajmniej w teorii powinno porwać stadiony. I to nawet działa – można dać się ponieść chwili i pokrzyczeć, byle tylko nie wnikać w treść. Wiecie – zanim dotrze do nas, że to bez sensu, bo Mille nie raz i nie dwa wyskakuje z takimi pierdołami, że ręce opadają z niedowierzania. To właśnie dlatego tak mocno doceniam na Krushers Of The World naprawdę udanie wkomponowane partie chórów (m.in. „Seven Serpents”, „Psychotic Imperator”, „Loyal To The Grave”) – nadają kawałkom większej powagi i stanowią niezłą kontrę dla banałów zawartych w tekstach.

Krushers Of The World brzmi pełniej, bardziej szorstko, mięsiście i „koncertowo” od „Hate Über Alles”, co ma związek ze zmianą studia i producenta – Kreator ponownie wybrał się do Fascination Street w Szwecji. Doświadczenia zdobyte przy pracy nad „Phantom Antichrist” i „Gods Of Violence” zaprocentowały dość naturalnym, czytelnym i głębokim dźwiękiem, który nie razi plastikiem ani obsesyjnymi poprawkami, choć oczywiście słychać ogrom pracy włożonej w uzyskanie takiego efektu. W każdym razie brzmienie jest tym elementem albumu, którego najmniej można się czepiać.

Niemcy nagrali materiał, który nie poraża przesadnie ambitnym podejściem do własnej twórczości, mało tego, powiela wiele błędów z poprzednich płyt, ale jako niewymagająca thrash’owa łupanka sprawdza się całkiem nieźle – w sam raz, żeby się przy niej wyszaleć na koncercie. A przy okazji opalić facjatę od pizgającej pirotechniki.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: kreator-terrorzone.de

inne płyty tego wykonawcy:










Udostępnij:

10 kwietnia 2026

Monstrosity – Screams From Beneath The Surface [2026]

Monstrosity - Screams From Beneath The Surface recenzja reviewPrzez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

Następca wydanego daaawno temu „The Passage Of Existence” powstał po paru istotnych zmianach w składzie, a to dość mocno — i w moim odczuciu niekoniecznie pozytywnie — odbiło się na kształcie tego materiału. Mój główny problem z Screams From Beneath The Surface polega na tym, że cuś tu mało the true Monstrosity w Monstrosity, zwłaszcza takiego, jakie lubię najbardziej. Mimo iż na album trafiło sporo elementów charakterystycznych dla zespołu, a całość jest zaaranżowana z klasą i zagrana po profesorsku, to wyczuwam pewne niedostatki tożsamości. Przejawia się to m.in. w małej ilości naprawdę wyrazistych i zapadających w pamięć riffów, paru podejrzanie zamulających fragmentach czy przesadnych nawiązaniach do Cannibal Corpse, na co ogromny wpływ mają zadziwiająco corpsegrinderowskie wokale Eda Webba (taki „The Colossal Rage” to już Kanibale w wersji premium, ale chyba nie o to chodzi).

Siódma płyta Monstrosity przy pierwszym kontakcie sprawia wrażenie takiej, no… stonowanej jak na to, do czego Amerykanie zdążyli nas przyzwyczaić. Ma to związek z tym, że zespół z sobie tylko wiadomych względów na początek i koniec wrzucił kawałki ociupinkę rozwlekłe, rozkręcające się dość wolno i pozbawione fajerwerków, spinając w ten sposób całość klamrą… nieruchawości. Pomiędzy „Banished To The Skies” a „The Dark Aura” jest już zdecydowanie lepiej, żwawiej i ciekawiej — polecam zwrócić uwagę na „Fortunes Engraved In Blood” i „Blood Works” — jednak wciąż nie na tyle, żeby gdzieś pojawił się efekt WOW, nawet jeśli gęsto poupychane solówki powodują opad kopary. Kto wie, może te utwory w wersjach koncertowych nabiorą surowej siły i większego pierdolnięcia? Chętnie to zweryfikuję.

Na muzykę zawartą na Screams From Beneath The Surface trochę kręcę nosem, ale już do produkcji nie mogę się absolutnie przyczepić, bo właśnie czegoś takiego oczekuję od fachowców, którzy biorą za swoją robotę niemałe pieniądze. Szczególnie cieszy mnie ponowne włączenie w konfigurację ludzko-studyjną Jima Morrisa, Marka Pratora i Morrisound – dzięki ich staraniom krążek brzmi tak, jak powinien brzmieć współcześnie nagrany klasyczny w formie death metal z Florydy. Grubiutki i super czytelny bas jest tylko bonusem, o który nie śmiałem prosić.

Za sprawą Screams From Beneath The Surface Monstrosity dowiedli, że jeszcze do końca nie skapcanieli i ciągle stać ich na udane albumy, jednakowoż nie jestem przekonany, że starczy im sił i czasu na zmajstrowanie kolejnego longa. Nic się nie stanie, gdy padną w międzyczasie – lukę po nich już dzielnie wypełniają Skeletal Remains. 7 i pół to może i mało dla takich weteranów, ale i tak czuję, że ocena jest naciągana.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.monstrosity.us

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij: