facebook

29 czerwca 2011

Autopsy – Macabre Eternal [2011]

Autopsy - Macabre Eternal recenzja okładka review cover
Powrót Autopsy nabrał kształtów wraz z ciepło przyjętą zeszłoroczną epką. Teraz przyszła kolej na przywalenie pełnym albumem – albumem z monstrualnym materiałem, potwierdzającym, że poprzednie wydawnictwo nie było dziełem przypadku ani krasnali ogrodowych. Wprawdzie ten nagły szał na punkcie zespołu u wielu osobników mocno mi zalatuje chęcią podpięcia się pod jakiś wyimaginowany sentyment do czegoś, z czym się wcześniej nie miało kontaktu, ale trudno – pewnie w ciągu roku-dwóch te zachwyty zostaną zweryfikowane i przy zespole pozostanie garstka wiernych fanów. Póki co, Amerykanie mogą się przez chwilę pławić w dawno zasłużonej chwale. Sam album jest pięknym przykładem na to, jak odświeżyć nadgniłego trupa za pomocą nowoczesnej techniki studyjnej. Nad nagraniami z "Macabre Eternal" unosi się wyraźny smrodek przedpotopowych albumów Possessed, Venom oraz — już bardziej aktualnego — ostatniego Entombed

26 czerwca 2011

My Dying Bride – Evinta [2011]

My Dying Bride - Evinta recenzja okładka review cover
Jubileuszowe wydawnictwa My Dying Bride zawsze się wyróżniają i zawierają coś zaskakującego, więc nie zaskakuje (sic!) fakt, że tak też jest w przypadku "Evinta". Dwupłytowy (gdyby nie opieszałość dystrybutora, pisałbym teraz o wersji składającej się z trzech krążków) cd-book to prawie 90 minut muzyki odwołującej się w poszczególnych utworach do różnych etapów z bogatej historii zespołu. Nie jest to jednak żadna kompilacja (tego nawet najwierniejsi fani mogliby im nie wybaczyć), ani też hiciorski medley, którego spodziewałem się po pierwszych wzmiankach na temat koncepcji tego albumu. Na "Evinta" składa się dosłownie kilka motywów zaczerpniętych choćby z "Turn Loose The Swans", "The Angel And The Dark River", "Like Gods Of The Sun", "The Light At The End Of The World" czy "Songs Of Darkness, Words Of Light". I są to wyłącznie najspokojniejsze fragmenty z tych płyt.

23 czerwca 2011

Morbid Angel – Illud Divinum Insanus [2011]

Morbid Angel - Illud Divinum Insanus recenzja okładka review cover
Jak na, rzekomo, największy zespół gatunku, Chorobliwe Aniołki przez ostatnie... hmm... 15 lat jakoś nie dawały dowodów na potwierdzenie tego górnolotnego hasła. Ba! Tak się składa, że ostatni naprawdę dobry materiał Morbidów to "Behind The Shadows Lie Madness". Problem polega jednak na tym, że nie oni się pod nim podpisali oraz — co bardziej dobijające, choć z pewnością nie zaskakujące — że sytuacja po wydaniu "Illud Divinum Insanus" wcale się nie zmieniła. Amerykanie i osamotniony Norweg, po zdecydowanie zbyt wielu latach, znaleźli gdzieś pomiędzy wspominkowymi trasami trochę wolnego czasu i wymędzili nowy materiał – rozczarowujący materiał, mówiąc baaardzo oględnie. Gdyby wybrać z tego poronionego krążka cztery najlepsze utwory (czyli jakieś 80% normalnych), mielibyśmy do czynienia z zupełnie niezłą dwudziestominutową (sic! kurwa! sic!) epką – zwartą, nieoryginalną i niewprowadzającą niczego nowego do dorobku kapeli, ale mimo to fajną, bo zawierającą to, co od dawna doskonale znamy.

20 czerwca 2011

Burial – Relinquished Souls [1993]

Burial - Relinquished Souls recenzja okładka review cover
W muzyce niezwykle istotne jest, żeby odważnie iść do przodu, poszukiwać nowych rozwiązań i zrywać z wcześniejszymi schematami. W końcu oryginalność to wysoko ceniona cnota. Przed państwem zespół, którego zajebistość wynika z jej absolutnego braku! Holendrzy zawarli na swym mocarnym debiucie kwintesencję wspaniałego, czystego, klasycznego death metalu prosto z Florydy. Wzorce, jakie Burial obrali przy komponowaniu i nagrywaniu materiału, są zaiste piękne, ale też bardziej niż oczywiste: Massacre, Death (tylko "Leprosy" i "Spiritual Healing") i Obituary (ze "Slowly We Rot"). Bardziej upraszczając tą wyliczankę, można skonstatować, że nagrali po prostu wyborną kontynuację "From Beyond". I to kontynuację, która jest lepsza od "Inhuman Condition" oraz bije na głowę niesławną "Promise". Kontynuację, za którą panowie Amerykańcy powinni dać się poćwiartować.

17 czerwca 2011

Carcass – Symphonies Of Sickness [1989]

Carcass - Symphonies Of Sickness recenzja okładka review cover
Grindowej biblii część druga. To dzieło Carcass wchodzi mi znacznie lepiej, bowiem band pod każdym względem (może oprócz okładki) wyraźnie poszedł do przodu. Brzmienie nadal wpisuje się w podziemną konwencję: jest niskie, brudne, chropowate, ale tym razem bez problemu można wyodrębnić wszystkie instrumenty. Taki dość przejrzysty dźwięk uzyskano dzięki współpracy z Colinem Richardsonem, który umiejętnie ociosał muzyczną materię, choć mógłby nagrać wszystko ciut głośniej. Taki produkcyjny awans bardzo się przydał, bo i kompozycje (sama ich liczba spadła z 22 do 10) stały się dużo ciekawsze, bardziej przemyślane, inteligentne; więcej zmian tempa, więcej różnorodnych, czytelnych riffów (niektóre są naprawdę zajebiste – 'Embryonic Necropsy And Devourment', 'Slash Dementia', 'Exhume To Consume'...), więcej solówek, które nareszcie przypominają prawdziwe solówki, a nie zlepek przypadkowych sprzęgnięć.

14 czerwca 2011

Symphony X – The Divine Wings Of Tragedy [1997]

Symphony X - The Divine Wings Of Tragedy recenzja okładka review cover
Aż sam się dziwię, czemu tak długo zajęło mi napisanie tekstu poświęconego jednej z najważniejszych kapel w nurcie progresywnego power metalu, czyli Symphony X. Zwalę to więc na karb zarażenia się bakterią E.Coli (a nie E.Pepsi? - przyp. demo), a w konsekwencji trwającej przeszło dwa tygodnie biegunki. A przecież cacane wydanie albumu "The Divine Wings of Tragedy" pyszni się w mojej kolekcji, niczym Donald chwalący się swoimi "osiągnięciami" (piszę w cudzysłowie, bo mnie na dalsze sranie zbiera, kiedy słyszę o takich sukcesach). Albumu będącego trzecim w dorobku Amerykanów, albumu tak gęsto poupychanego hiciorami, że aż dziw bierze, że RMF wraz Zet-ką nie puszczają przebojów pokroju "Sea of Lies" bądź "The Accolade" na okrągły zegar. A, do kurwy nędzy, powinni! W ramach wstępniaka winienem jeszcze wspomnieć i ostrzec co bardziej chorych na power, że to jednak power, progresywny, ale power.

11 czerwca 2011

Punish – Raptus [2009]

Punish - Raptus recenzja okładka review cover
Odnoszę wrażenie, że młode kapele ze Szwajcarii nie chcą albo nie robią nic, żeby wyjść z cienia garstki tamtejszych klasyków w postaci Hellhammer/Celtic Frost, Coroner, Samael czy Messiah. A może nie mają nic do zaoferowania i dlatego pokornie siedzą cicho? Bo tak na dobrą sprawę, z iloma szwajcarskimi odkryciami mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich, powiedzmy, 10 lat? Były choć dwa wyrastające ponad średnią europejską? Mnie przychodzi do głowy jedynie Requiem, ale ich też nie rozpatrywałbym w kategoriach sensacji. Parający się technicznym death metalem Punish jak dotąd niczym nie zabłysnął. Ba!, nic nie wskazuje, żeby to się miało kiedyś zmienić, choć akurat napierają bardzo dobrze, w porywach nawet zajebiście i mogą pochwalić się  wyjątkowo lekkostrawną płytą. "Raptus" to dość długi (45 minut) materiał czerpiący z całej masy grających 'po nowemu' brutalistów — od Necrophagist, przez Prostitute Disfigurement po Dying Fetus — a więc okazji do wyłożenia się na pysk i pogrążenia w schematach tu nie brakowało.

8 czerwca 2011

Napalm Death – From Enslavement To Obliteration [1988]

Napalm Death - From Enslavement To Obliteration recenzja okładka review cover
Czym się różni "From Enslavement To Obliteration" od "Scum"? Eeee... Nooo... To znaczy... Okładką... Yyyy... Składem... Uuuu... Tytułami kawałków... I tego, no, nooo, wiecie, no... No! Ale nie, to by było na tyle. Jasne, że 'dwójka' brzmi nieco lepiej i jest nieco składniej zagrana (bo i ekipa miała czas się dotrzeć), ale to wciąż to samo postpunkowe napierdalanie w zawrotnie szybkich tempach i dzikie darcie ryja. Wszystkie spostrzeżenia odnośnie debiutu można powtórzyć w przypadku tego krążka i na pewno nie będzie to nadużycie ani tym bardziej przesada. Chłopaki po prostu rozpędzili się jak należy, nie licząc raczej na to, że przeciwnicy drogi obranej na "Scum" nagle się w nich zakochają. Ekstrema jest, społeczne zaangażowanie także, o więcej lepiej nie pytać.

5 czerwca 2011

Krisiun – Works Of Carnage [2003]

Krisiun - Works Of Carnage recenzja okładka review cover
Swego czasu wielu fanów miało w stosunku do tej płyty spore obawy, a wynikały one z bardzo niejednoznacznego poprzedniego krążka, jak i wywołanego przezeń braku wiary w twórczy potencjał i dalszy rozwój Krisiun. Brazylijczycy jednak z pełną mocą udowodnili, że te strachy z wielkimi ślepiami były irracjonalne i spadek formy to urojenie. Przede wszystkim panowie z pomocą Pierre’a Rémillarda poprawili brzmienie, które na "Ageless Venomous" pozostawiało wiele do życzenia i niejednokrotnie wywoływało zgrzyt zębów. Na "Works Of Carnage" dźwięk jest soczysty, ostry, wyraźny, bardziej intensywny i co chyba najważniejsze – naturalny. Od strony muzycznej jakichś kolosalnych zmian względem 2-3 poprzednich płyt nie ma, bo rzeź dokonuje się w ramach stylu wypracowanego przez Brazylijczyków kilka lat wcześniej, choć oczywiście udoskonalonego i nie pozbawionego pewnych nowości.

2 czerwca 2011

Gonoba – Chains Of Ignorance [2009]

Gonoba - Chains Of Ignorance recenzja okładka review cover
Pośród wszędobylskiego, darmowego shitu, słoweńska Gonoba jawi się jako prawdziwa perełka, ta sama, co się ją między wieprze rzuca, a one i tak nie są w stanie tego docenić. Bo czegóż człek spodziewa się po darmówkach, jeśli nie muzykowania na poziomie kapeli do kotleta, patentów bardziej wyświechtanych niż dowcipy Strasburgera, a na dokładkę chujowieńkiego brzmienia. W końcu jakieś przyczyny umieszczania pełnego materiału w sieci za free być muszą. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby przyjąć, że także po Gonobie wiele spodziewać się nie można. Niespodzianka nr jeden – można. Słucha się tego bardzo przyjemnie i to nie w 'słitaśnym' tego słowa znaczeniu. Od początku coś się dzieje, chłopaki nie siedzą po próżnicy, tylko śmigają kawałek po kawałku z entuzjazmem kolesia pierwszy raz idącego na striptiz.