29 grudnia 2010

Samael – Eternal [1999]

Samael - Eternal recenzja okładka review coverJak już zdążyliście poznać po ocenie, "Eternal" to dla mnie znakomity krążek. Przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem 'luzem' kilka kawałków z tej płyty, byłem nimi ogromnie rozczarowany (z wyjątkiem genialnego 'The Cross', bo ten akurat chyba podoba się każdemu). Ale... no właśnie – gdy zapoznałem się z całością, to zwyczajnie nie mogłem wyjść z zachwytu. Ta płyta rajcuje mnie nadal i pewnie będzie tak długo, bo wiem, że "Eternal" na pewno będzie wieczny, gdyż przemawia do słuchacza (a przynajmniej do mnie) bogatą warstwą muzyczną oraz potężnym ładunkiem przeróżnych emocji zawartych w tekstach. Muzyka Szwajcarów na przestrzeni lat stopniowo ewoluowała, przeobrażała się, lecz za każdym razem była czymś wyjątkowym, nowym, nie do podrobienia (nawet dla Alastis he, he...). Tylko ostatnimi laty ta wyjątkowość wyraźnie im siadła, przekształcając się w... hmm, jakieś nieskoordynowane cuś. Ale kij z tym, pozostaje wszak "Eternal" – wizja sztuki bardzo odważnej, progresywnej, nie uciekającej od nietypowych rozwiązań, powalająca różnorodnością brzmienia i niebanalnymi aranżacjami; sztuki, która nie zamyka się na jeden tylko gatunek i grupę odbiorców; sztuki, która wyrywa się próbom zaszufladkowania i jednoznacznego określenia. Dźwięki stworzone przez Xy’a przepełnione są niebanalną elektroniką, dla której gitary — chociaż świetne (jest nawet coś na kształt solówki w 'Supra Karma'!) — pełnią rolę uzupełniającą. Dla niektórych owa 'nowoczesność' może być nie do przyjęcia, ale zaręczam, że warto się przemóc i posłuchać. Człowiek w swoim intymnym wszechświecie i jako galaktyczny pył, dokonywanie istotnych wyborów w życiu, moc przyjaźni i prawdziwe partnerstwo, cenne zaufanie, przemijanie, religia prowadząca do niezrozumienia i cierpienia... to tylko część bogatej zawartości lirycznej albumu — dzieła Vorph’a — która została fantastyczne zaśpiewana. Zresztą, nietrudno dostrzec, że to właśnie bogactwo charakteryzuje tą płytę, stanowi słowo-klucz do jej zawartości. "Eternal" to obezwładniający krążek. Wieczność stoi przed wami otworem...


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 grudnia 2010

Neuraxis – Imagery [1997]

Neuraxis - Imagery recenzja okładka review coverPoczątki Neuraxis nie są może wielce imponujące, ale i tak trzeba chłopaków pochwalić za to, że chciało im się tłuc brutalny i w zamyśle techniczny death metal w momencie, gdy na świecie szalała jeszcze kretyńska blackowa moda, a główne rynki powoli szturmowały powerowe pedały. Od strony muzycznej "Imagery" prezentuje się dość solidnie, niezbyt odkrywczo — bo słyszalne są wpływy Cannibal Corpse, Cryptopsy i Kataklysm — ale na temat. Jednym słowem: napierducha. Ale to tylko jedna strona medalu, gdyż nie raz i nie dwa młodzieńcy dają znać, że nie tylko napierdalanie im w głowach. W paru miejscach Kanadyjczycy pozwolili sobie na ciekawe zmiany tempa, fajnie poprowadzone melodie, akustyczne gitary czy kawałki instrumentalne. Pomysłów im nie brakowało, ale słychać wyraźnie, że czasem ambicje przerastały umiejętności, przez co niektóre ich poczynania sprawiają wrażenie niedopracowanych, niekompletnych i niespójnych. Z przywołanym wcześniej Kataklysm "Imagery" może się kojarzyć w dwóch kwestiach. Po pierwsze, wokale są równie dzikie i chaotyczne co na takim "Temple Of Knowledge", choć podane w trochę innych barwach (czasami wpadają w grindowe rejestry), po drugie, brzmieniowo starano się podciągnąć krążek pod dokonania ich rodaków, za co odpowiada sam Jean-François Dagenais. I o ile z wokalami wszystko jest spoko, to już produkcja pozostawia wiele do życzenia i stanowi najsłabszy punkt albumu. Za dużo tu różnic w poziomach między gitarami i perkusją, a efekt tego jeden: brak spójności i wyraźnie zaznaczonego środka. Wspomniałem, że same kompozycje nie są tip top – taki niekiedy rozjechany dźwięk wcale im nie pomaga. Rewelacji tu nie ma (bo na to przyjdzie pora na późniejszych płytach), ale mnie się te pół godzinki hałasu podoba, nawet bardziej, niż to wynika z oceny.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/neuraxis

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 grudnia 2010

Suffocation – Breeding The Spawn [1993]

Suffocation - Breeding The Spawn recenzja okładka review coverJest to z pewnością najtrudniejszy do 'wyceny' album nowojorskiego Suffocation z całego ich bogatego dorobku. Nie dlatego, że jest jakiś ciężki do sklasyfikowania, eksperymentalny, wyprzedzający swoje czasy, czy coś w tym stylu. Naprawdę, nic z tych rzeczy. Ta płyta po prostu została brutalnie, doszczętnie i bezlitośnie zajebana przez brzmienie i produkcję. Dźwięk jest płaski, przytłumiony i momentami nieczytelny – płyta brzmi, jakby nagrywano ją w garażu na setkę, a potem zapomniano o masteringu. To dlatego krążek przez wielu jest ostentacyjnie olewany i traktowany jak swoista 'dziura' w dyskografii. Człowiek, który za ten stan odpowiada powinien być ścigany listami gończymi, a potem siedzieć w celi z 'napalonymi' pedałami. I tu mamy mały problem, bowiem to, że "Breeding The Spawn" został nagrany w sposób wybitnie gówniany (przez Paula Bagina w Noise Lab – nazwa doskonale pasuje do tego przybytku) to jedno, a to że puszczono go w tym stanie w świat, to drugie. Najwyraźniej Roadrunner poskąpił forsy na studio (poprzednio korzystano z usług Scotta Burnsa i Morrisound), a później na jakiekolwiek poprawki, chcąc jak najszybciej rzucić album na rynek i trzepać kasiorę przy minimalnych wkładach własnych na fali dobrze przyjętego debiutu. Zaś sam materiał robi niezwykle dobre wrażenie – muza jest bardziej techniczna, złożona, odrobinę melodyjna, a przy tym nadal brutalna. Pojawiają się zaskakująco charakterystyczne riffy, dzikie solówki i nowe pomysły na zaaranżowanie wolniejszych partii. Ciekawa ma się sprawa z basem (na tym stanowisku Chris Richards zastąpił Josha Baronh’a), bowiem, paradoksalnie, to właśnie ten instrument jako jedyny zyskał na brzmieniowej mizerii i jego obecność jest, umownie, dość dobrze słyszalna. Szczególnie godne polecenia są według mnie numery takie jak 'Prelude To Repulsion', 'Anomalistic Offerings' (bodaj najlepszy na płycie), 'Ornaments Of Decrepancy', czy 'Epitaph Of The Credulous', choć prawdę mówiąc – absolutnie wszystkie powinny zadowolić fanów klasycznego death metalu. Zresztą, jak ktoś powątpiewa w muzyczny potencjał "Breeding The Spawn", niech zapozna się z ponownie nagranym numerem tytułowym na "Pierced From Within" (od późniejszych rimejków dzieli go technologiczna przepaść, lecz nie poziom) – z takim brzmieniem ten album w zabijałby od pierwszej sekundy!


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

22 grudnia 2010

Obituary – Frozen Alive [2006]

Obituary - Frozen Alive recenzja okładka review coverKtóż by pomyślał, że Obitki na kraj realizacji swego pierwszego dvd wybiorą nasz polski, niezbyt przecież piękny kurwidołek? A jednak cuda się zdarzają! Przystojni inaczej Amerykanie nawiedzili Warszawę (tfu! hehe...) i co tu dużo mówić – pozamiatali! Efekty ich niecnych poczynań można obejrzeć na "Frozen Alive". Wśród dwudziestu zagranych tamtego wieczoru kawałków mamy takie wspaniałości jak 'Chopped In Half', 'Internal Bleeding', 'Find The Arise', 'Threatening Skies', 'Back To One'... ta wyliczanka jest naprawdę długa. Oprócz nich jest tu mocna, bo aż siedmioutworowa reprezentacja "Frozen In Time" – wbrew przewidywaniom różnych jojczymordów, materiał z tej płyty świetnie wypada na żywo. Samo zakończenie to, jakże mogło być inaczej, kultowe 'Til Death' i 'Slowly We Rot' – miazga i zwolnienia, od których karki nam się uginały! Setlista została cholernie dobrze ułożona, więc każdy fan znajdzie tu z pewnością swoje ulubione numery. Mnie osobiście brakuje tylko 'Don’t Care' (bo go nie zagrali) oraz solówki Donalda (bo ją, kurwa, wycięto w pizdu!). Tak czy srak, mamy ponad 75-minutowy koncert, który powinien zadowolić większość fanów klasycznego death metalu z Florydy. Zespół prezentuje się na scenie znakomicie i tylko wyglądem członków (siwe włosy, brzuszyska, mętny wzrok i takie tam) odbiega od tego, co widać na starych wideosach z początku ich kariery. Zachowanie praktycznie bez zmian, ot chociażby Trevor charakterystycznie napieprzający łbem, albo John miotający się ze statywem. No i ten wokal – mistrzostwo! Do realizacji większych zastrzeżeń nie mam, choć za często widać kamerzystów (to jest kompleks większości dvd kręconych w Polsce) i dokonano zbyt dużych cięć, przez co bisy następują nieco za szybko, bez wyraźnej przerwy. Teraz słowo o dodatkach, bo jest ich całkiem sporo, choć nie wyczerpują tematu. Na pierwszy ogień idą dwa teledyski do promowanej płyty (w tym jeden nowiutki – 'On The Floor'). I tu zajebista szkoda, że nie umieszczono także tych archiwalnych. Ponadto jest 'The Making Of Insane', urywki z bakstejdżu (Watkins w majtkach, bleee!), jak również nakręcone po amatorsku solo Donalda z koncertu w Rumunii. Jako bonus dorzucono dwa ciekawe wywiady: z Johnem i Donaldem oraz z Trevorem i Frankiem (osobnik przepytujący masakruje akcentem), galerię fotek, biografię, dyskografię i tapety na pulpit. Wszystko to składa się na obraz bardzo dobrego wydawnictwa, któremu żaden fan Obituary nie powinien się oprzeć, tym bardziej, że jak na jedną płytę jest dosyć okazałe. Jeszcze na koniec wspomnę o rozszerzonej wersji "Frozen Alive" – ta zawiera płytę audio z zapisem koncertu. Tym zabiegiem ekipa Metal Mindu niechcący zamknęła sobie (oby!) drogę do pchnięcia jej osobno, jak to ma teraz w zwyczaju postępować z innymi swoimi dvd. Gorąco zachęcam do zakupu, kurewsko warto.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 grudnia 2010

Vesania – God The Lux [2005]

Vesania - God The Lux recenzja okładka review coverW życiu nigdy nie ma tak, żeby wszystko było cacy od początku do końca. I tak na przykład chcąc jak najszybciej dorwać "Torture Garden", musiałem — już nie chcąc — zakupić też "God The Lux" nachalnie promowanej, a niewiele wartej Vesanii. Skoro moje zdanie o tym zespole już znacie, teraz słów kilka na temat samej płyty. Wygląda to tak — i nawet taki black metalowy ignorant jak ja jest w stanie to wychwycić — że kolesie próbują rżnąć z Emperor, głównie tego z okresu "Prometheus" (czasami w sposób wołający o rąbnięcie z liścia w umalowane facjaty), ale przez natłok miernego klawiszowego plumkania i zorientowanie na psucie własnych kompozycji zbliżają się do wojowników o mokre koronki (obojętnie jakiej płci) z Dimmu Borgir. Nie mam nic przeciwko klawiszom w metalu (co paru idiotów próbowało mi nieudolnie zarzucać), ale jak niemal w każdej sekundzie — i wcale nie przesadzam! — 'właściwego' albumu słyszę takie rozmemłane, banalne dźwięki, to mnie odrzuca jak od zwietrzałej wódki. Do tego wymyślili sobie, że to jest "symphonic black metal", a niektórym uroiła się tu nawet awangarda. Nieee, to w żadnym wypadku nie jest "symphonic", a zestawianie tego drugiego terminu z kapelami pokroju Vesanii to już absurd na miarę kariery Macierewicza, Ziobry, Kurskiego czy jeszcze innego buca. Vesaniowcy powinni na próbę (a nawet na próbie) odstrzelić klawiszowca albo poobcinać mu palce, a już przynajmniej odciąć go od prądu, żeby przekonać się, ile tracą z nim w składzie. Tak na dobrą sprawę uwagę mogą zwrócić najwyżej 'Rest In Pain' (tak do połowy, potem się rozjeżdża), 'Posthuman Kind' (ze względu na wyróżniające się wolniejsze tempo) i 'The Mystory' z niezłym riffem na początek. Jako, że nie ma specjalnie na czym ucha zawiesić, to i w głowie po wysłuchaniu "God The Lux" niewiele zostaje. A jeśli nawet, to przy 'Inlustra Nigror' wszystko skutecznie wywietrzeje, bo właśnie w tym 'kawałku' moi kochani piewcy awangardy władowali 25 minut ciszy (to jeden z bardziej wartościowych fragmentów płyty, hehehe) i jakieś bezsensowne bzyczenie na koniec. Jeśli ktoś przy tym nie uśnie, to przynajmniej zdąży o Vesanii zapomnieć. Na tyle w pełni zasługują.


ocena: 3,5/10
demo
oficjalna strona: vesania.pl

podobne płyty:

Udostępnij:

17 grudnia 2010

Moon – Lucifer’s Horns [2010]

Moon - Lucifer’s Horns recenzja okładka review coverCezara najwyraźniej rozsadza energia twórcza, bo nie dość, że nabrał rozpędu z odrodzonym Christ Agony, to jeszcze reaktywował nieco już zapomniany Moon. Nie przypuszczałem, że jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane usłyszeć nowy materiał tego projektu (teraz już chyba zespołu?), tym bardziej, że muzyka przezeń uprawiana z lekka się zdezaktualizowała, a tu proszę – "Lucifer’s Horns" kręci się w moim odtwarzaczu. Nowe oblicze Księżyca znacząco różni się od poprzednich krążków, ale — i to jak dla mnie największa wada albumu — brzmieniowo jest bardzo bliskie obecnej Chrystusowej Agonii. Poza tym gołym okiem dostrzegalna jest radykalizacja muzyki i pójście w black-death’owy konkret – znikły banalne klawisze (ugh!), w gitary wstąpił nowy ciężar (też ugh!), perkusja zyskała na normalności i jebnięciu (ponownie ugh!), zmienił się charakter solówek (już nie ugh!) i trochę zatarła wcześniejsza melodyjność (co do tego odczucia mam ambiwalentne). Oprócz tego mamy pewne nowości, jak choćby wplecione w sieczkę akustyki czy dwa teksty po polsku – czyli wbrew pozorom nic, co mogło by zmniejszyć brutalność. Płyta zaczyna się od zmyłki, bo początek 'Summoning Of Natan' błyskawicznie przywodzi na myśl "Satanicę" Behemotha, ale dalej już na każdym kroku czuć rękę (i wokal) Cezara. Szybkość i agresja wciąż są istotnymi elementami stylu Moon, ale to nie wszystko, co zespół ma w tej chwili do zaoferowania, bo nowy materiał jest bardziej pokombinowany i urozmaicony niż "Daemon’s Heart" i "Satan’s Wept" razem wzięte – po prostu ciekawszy. Mnie to pasuje, wszak muzyki Cezara (i ekipy – bo płyta jest efektem zespołowej pracy) nigdy za wiele, mimo to chciałbym usłyszeć te kawałki z bardziej indywidualnym i trochę lepszym brzmieniem. Drobnym problemem "Lucifer’s Horns" w tych czasach może być niebezpośrednia, zakamuflowana szorstkością chwytliwość – nie ma tu hiciora na miarę 'Lucifer’s Light', a żeby wyłonić hajlajty w postaci 'Night Of The Serpent', 'The Semen Of Ye Old One' i 'Czarnego Horyzontu' potrzebowałem aż trzech przesłuchań, a uważam się za wielce zainteresowanego fana. Na koniec bonus – rimejk (coś to modne ostatnio) kawałka z debiutu. Czy potrzebny? Nie, ale został tak obrobiony, żeby w niczym nie odstawał od normalnej zawartości albumu. Z drugiej strony może to być jakiś impuls do przypomnienia sobie starych, niedawno wznowionych, krążków. "Lucifer’s Horns" to dla mnie miłe zaskoczenie, więc tym bardziej jestem ciekaw, co Moon pokaże, gdy się w pełni rozkręci.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/moonsatanic
Udostępnij:

14 grudnia 2010

Hate – Erebos [2010]

Hate - Erebos recenzja okładka review coverCzyżby warszawiacy etap wielkich zmian mieli już za sobą? W deklaracjach na pewno nie, bo "Erebos" ma być ich najdłuższym, najbardziej eklektycznym (choć to za duże słowo w kontekście tej kapeli) i złożonym dziełem. Długość nie podlega dyskusji, bo to kwestia obiektywna, ze złożonością mogę się zgodzić, z resztą na szczęście – nie, bo płyta to mocny, dość techniczny i raczej klasyczny w strukturach death metal w rozpoznawalnym stylu Hate. Tak, właśnie death metal, a nie żadne naciągane hybrydy. Nawet te industrialne dodatki, teoretycznie obecne w większości kawałków, pełnią teraz w muzyce rolę krańcowo marginalną — cuś jak Rysiu Henry Czarnecki w PiS — i trzeba się specjalnie nastawiać, żeby je wychwycić. To cieszy, a przy okazji pokazuje, że — podświadomie czy też nie — ciągnie wilka do lasu. Na mnie szczególnie dobre wrażenie robią aranżacje – są rozbudowane i wymagające (acz nie ekstrawaganckie), a przez to zdecydowanie nie na raz, bo po jednym odsłuchaniu mogą się wydawać trochę jednowymiarowe, albo i nudnawe. Wystarczy jednak trochę nad nimi posiedzieć, a odsłonią swoje atuty: dużą ilość melodii (jak na Hate – do Pussycat Dolls jakoś nadal im daleko), odważniej stosowane zwolnienia (wskutek czego cały materiał porządnie zyskał na ciężarze) czy ciekawie pomyślane solówki (pojawiają się w mniej oczywistych miejscach). Nie bez znaczenia jest także spójny klimat albumu, który potrafi nieźle przytrzymać słuchacza przez tych prawie 50 minut. W tym czasie pojawia się kilka wyjątkowo trafionych utworów: 'Luminous Horizon', 'Erebos', 'Trinity Moons' i przede wszystkim mój ulubiony 'Hexagony'. Efektem zmiany sprzętu albo ogólnej koncepcji jest bardziej mięsiste, 'zbite', a przy tym naturalne brzmienie albumu. Dzięki odpowiedniemu wyważeniu "Erebos" wypada masywnie i czytelnie zarazem, jest to też (jak na moje ucho) optymalny sound dla Hate, w którym warto dalej rzeźbić. Pewnie będę w mniejszości, ale "Erebos" spokojnie mogę zaliczyć do wydawnictw bardzo udanych, które intrygują choćby tym, że nie dostarczają słuchaczowi wszystkiego na tacy pod sam nos. Bez indywidualnego wysiłku płyta po prostu wam przeleci jak typowy łomot, przy odrobinie skupienia – zostanie w głowie na dłużej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

11 grudnia 2010

Devin Townsend – Ziltoid The Omniscient [2007]

Devin Townsend - Ziltoid The Omniscient recenzja okładka review cover"Ziltoid the Omniscient" jest dokładnie taki, jaka jest jego okładka. Bardziej się tego pokazać nie da: cudaczny ufoludek trzymający w ręku kubek kawy – no proszę, tego nie można brać na serio. Jest więc prześmiewczo, głupkowato wręcz, nie można jednak nie zauważyć kompozycyjnej i koncepcyjnej doskonałości. Bowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku album rozwija się według doskonale skrojonego planu, planu, który wprowadza słuchacza w coraz gęstsze opary absurdu i graniczącego z idiotyzmem geniuszu. Absurdu, który rozpoczyna się niemal sakramentalnym (wiem, że możecie nie wiedzieć, co to znaczy) "Greetings humans. I... am Ziltoid... the Omniscient...". A takich perełek jest od zasrania, żeby przytoczyć tylko kilka. "I am so omniscient... if there were to be two omnisciences, I would be both!" – żeby wymyślić coś takiego potrzeba ze dwóch profesorów filozofii i tuzin magistrów (chyba, że mówimy o dzisiejszych magistrach, to wtedy cztery tuziny), równie komicznie brzmią słowa wypowiedziane przez 'Omnidimensional Creator': "long time no see, although I see everything...", natomiast wisienką na torcie jest bez wątpienia "phooey!!! and double phooey". Teksty są bezdenną studnią hasełek, bon motów oraz mądrości życiowych – sprawdźcie sami. Strona muzyczna to druga strona tego samego medalu. Zagrany i wyprodukowany niemal w całości przez Devina album jest dziecinnie żywiołowy, głupkowato śmieszny i tak przyjemny w odbiorze, że słucha się bez niczyjej pomocy. Płytkę można spokojnie wrzucić do playera i nie wyciągać przez tydzień, a frajdy i tak będzie po uszy. Jest to niespodzianką o tyle, że muzyka jest w sumie stosunkowo prosta – nie ma więc technicznych zawijasów do obczajania, ani mega skomplikowanych temp do przetrawiania. Żeby jednak było jasne – w muzyce dzieje się bardzo, ale to bardzo wiele – sporo w niej sampli, elektronicznych przeszkadzajek i wszelakiej dźwiękowej aktywności. Dlatego też najlepiej brzmi na słuchawkach. Trzeba też oddać Devinowi, że nawet w takiej konwencji jego gitary są niesamowite, nie wydaje mi się bowiem, by wielu było takich, którzy z podobną gracją zagraliby podobne partie. Wrócę jeszcze na moment do słuchawek – warto się zapoznawać z "Ziltoidem..." w ten właśnie sposób także ze względu na realizację materiału; klarowność, soczystość i — w skrócie — power są na niebotycznym poziomie. Zakończę z partyzanta myślą: takich albumów nam trzeba.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.hevydevy.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 grudnia 2010

Kronos – The Hellenic Terror [2007]

Kronos - The Hellenic Terror recenzja okładka review coverKronos coś nie mają nosa (oka, ręki, szczęścia...?) do oprawy graficznej swoich wydawnictw, bo po raz kolejny obrazki, w które zapakowano krążek nie zachwycają wykonaniem. Trochę to dziwi, zważywszy na fakt, że Francuzi są zafascynowani starożytną Grecją, a tam przecież poczucie estetyki było dość dobrze rozwinięte. No cóż, przynajmniej muzykę skubańce utrzymują na bardzo wysokim poziomie. "The Hellenic Terror" to pół na pół blastowanie i motoryczna jazda, odnoszę przy tym wrażenie, iż francuskie brzydale postawiły na bardziej dosadny, bezpośredni atak dźwiękiem. Nie znaczy to jednak, że olali swe umiejętności, tudzież korzystają z nich w gorszy sposób. To nadal techniczny death metal, tylko tym razem bardziej zwarty i zbity, a przez to bliższy chociażby 'dwójce' Hate Eternal niż Kataklysm, z którymi wcześniej mi się kojarzyli. Przy wzmocnieniu brutalnej nawałnicy Kronos nie zatracili na szczęście 'fajności' utworów, bo porypane riffy (szczególnie te z 'Bringers Of Disorder' – już sam tytuł do czegoś zobowiązuje) czy zakręcone solówki (jak dla mnie najlepsza jest w 'A Huge Cataclysm') niosą ze sobą przyzwoitą dawkę melodii, a to pozytywnienie wpływa na odbiór całości. Jest intensywnie ale nie jednowymiarowo. Jako wadę wymieniłbym... dobre brzmienie! Celem rejestracji albumu Kronos wybrali się aż do Hertza, a efekt tych wojaży jest taki, że brzmią właściwie tak samo, jak większość kapel, które przewinęły się przez to studio w podobnym czasie – z Traumą, Severe Torture, Dissenter i zafajdanym Decapitated na czele. Może i chłopaki są zadowoleni z takiego soundu (bo z Polskiej Wódki na pewno), jednak w moim odczuciu stracili dużo z tej świeżości obecnej na "Colossal Titan Strife". Mimo to w dalszym ciągu należą do czołówki takiego grania w Europie i warto mieć ich na uwadze.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: kronosbrutaldeath.free.fr

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

5 grudnia 2010

Malevolent Creation – Invidious Dominion [2010]

Malevolent Creation - Invidious Dominion recenzja okładka review coverPhil Fasciana to prawdziwy długodystansowiec – ponad 20 lat grania, je-de-na-ście płyt studyjnych wydanych za sprawą kilku wytwórni, dziesiątki zmian składu, setki koncertów, tysiące fanów... Trzeba mieć do tego końskie zdrowie i wytrwałość leminga! "Invidious Dominion" w dorobku jego zasłużonej grupy raczej niewiele (a zapewne nic – ku tej wersji się skłaniam) zmieni, bo to rozsądna (10 kawałków w 35 minut) dawka rzetelnego super klasycznego death metalu, który równie dobrze mógł nagrać 10, 15 czy nawet 20 lat temu. W żadnym wypadku nie jest to silenie się na oldskul – chłopaki grają szczerze i naturalnie, bez naciągania stylu do wymogów rynku. Płyta jest nieprawdopodobnie równa (odrobinę wyróżniają się tylko 'Corruptor' i — najlepszy w zestawie, choć nie olśniewający — 'Target Rich Environment'), zwarta, stosunkowo prosta i nader bezpośrednia, ale też dość zwyczajna i baaardzo typowa. Klasy ani umiejętności Malevolentom odmówić nie można, bo albumu słucha się sprawnie i bez przymuszania, ale trochę formalnych urozmaiceń tu i ówdzie by się przydało. Nie oczekuję od nich rzecz jasna, żeby ścigali się z jakimiś nowymi wynalazkami pokroju Beneath The Massacre (nic dobrego by z tego nie wynikło), jednak powiew świeżości nawet u takich weteranów jest mile widziany, tym bardziej, że jest to w ich zasięgu. "Invidious Dominion" to niemal rzemieślniczy majstersztyk, niestety artyzmu nie doszukacie się tu za cholerę – daje to średni średniak bez odchyłów w którąkolwiek stronę. Nie ma sensu pisać cokolwiek więcej, bo kto ich zna (a przy tym lubi), ten zawartość krążka przyjmie spokojnie i bez zaskoczenia, dla pozostałych — głównie młodszych — będzie to produkt z epoki, kiedy dinozaury popierdalały po Ziemi pod rękę ze starym Giertychem.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

2 grudnia 2010

Atheist – Jupiter [2010]

Atheist - Jupiter recenzja okładka review coverDrogi czytelniku Anonimowy – specjalnie dla ciebie;].
Jeśli chcesz posłuchać czegoś szczerego i autentycznego – zapodaj sobie "Piece of Time", jeśli szukasz czegoś żywiołowego, czegoś z ikrą – kopiącego po jajach – włącz "Unquestionable Presence", jeśli interesuje cię muzyka do bólu pokręcona, technicznie doskonała – strzel sobie "Elements", jeśli natomiast chcesz Atheista na miarę XXI wieku – kup sobie Gnostic. "Jupiter" nadaje się głównie na półkę, w celach kolekcjonerskich, ponieważ wartości muzycznych nie ma wiele. Wcale – prawdę mówiąc. "Jupiter" bowiem jest albumem równie dobrym jak "Traced In Air". Amen.


ocena: 5/10
deaf
oficjalna strona: www.officialatheist.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: