Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty

7 lipca 2018

Amorphis – The Karelian Isthmus [1992]

Amorphis - The Karelian Isthmus recenzja okładka review coverAmorphis to poniekąd zespół-fenomen. Według oficjalnych statystyk nagrali kilkanaście płyt – wynik to zaiste imponujący, ale cóż z tego, skoro spośród nich do słuchania nadaje się aż... jedna. No, w każdym razie przynajmniej mnie mdli i trzącha na samą myśl o kontakcie z czymś innym niż "The Karelian Isthmus". Przy tej całej niechęci do twórczości Finów muszę im uczciwie oddać, że zadebiutowali w naprawdę wielkim stylu; w stylu, który dawał nadzieje na jeszcze więcej klasowego death metalu. Niestety, panowie mieli inny pomysł na siebie — albo po prostu doszli do wniosku, że nic lepszego w takim graniu już nie wymyślą — więc pozostaje mi traktować ich w kategoriach zespołu jednej (znakomitej) płyty. Największy atut "The Karelian Isthmus", ogromna przystępność, to przede wszystkim zasługa kompozytorskiego wyczucia kwartetu z Helsinek. Finowie stworzyli materiał wręcz nieprzyzwoicie melodyjny jak na standardy panujące naonczas w ich kraju (Purtenance, Convulse, Funebre, Demigod, Disgrace...), jednak nie można im zarzucić, że w którymś miejscu przekroczyli granicę dobrego smaku i oddali się słodkiemu pitoleniu. Co to to nie! Krążek jest mocno zakorzeniony w szwedzkim death metalu i w zasadzie brzmi jak Entombed czy Dismember, tylko w takim bardziej cywilizowanym i wypieszczonym wydaniu. Żeby nie było wątpliwości, chodzi mi o dźwięk, jaki uzyskano w murach Sunlight – jest w nim charakterystyczny dla Skogsberga ciężar, ale bez równie charakterystycznej dla niego toporności. Dobra produkcja sprawiła, że wszelkie kontrasty, od których aż się roi w muzyce Amorphis, zostały na "The Karelian Isthmus" należycie uwypuklone, toteż są łatwiejsze do wychwycenia, a przez to mocniej skupiają uwagę słuchacza. Najlepszym tego przykładem jest chyba 'The Pilgrimage ', w którym zaraz po gęstych blastach wchodzą lajtowe klawisze, a kawałek mimo to zaskakująco mocno trzyma się kupy. Ta spójność jest mocną stroną krążka, bo żaden ze skrajnych elementów muzyki nie kaleczy uszu, a całość ani przez chwilę nie zalatuje wysilonym kompromisem między brutalnością a chwytliwością. Jedyne zgrzyty pojawiają się na linii dźwięk-treść, czego najjaskrawszy przykład mamy w 'Sign From The North Side' – Tomi śpiewa o celtyckiej potędze, a towarzyszą mu melodie zalatujące Egiptem... Nie zmienia to faktu, że numer należy do najlepszych na płycie i chętnie się do niego wraca. Możecie mi wierzyć, "The Karelian Isthmus" coś w sobie ma – i pisze to człowiek, który Amorphis nie trawi.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.amorphis.net
Udostępnij:

2 sierpnia 2013

Wintersun – Time I [2012]

Wintersun - Time I recenzja okładka review coverFinowie są dziwni - niby, jak to gdzieś słyszałem, metal leci u nich w każdym pubie, szkole, kościele i na przystanku, na okrągło, ale jeśli się temu całemu metalowaniu lepiej przyjrzeć, to okazuje się, że nie ma na co patrzyć. W dodatku są Finowie tak śmiertelnie poważni w tym, co robią, popadają w taka egzaltację, że człowiek zaczyna się zastanawiać "czy z nimi wszystko w porządku?". No bo spójrzcie na książeczkę najnowszego longpleja Wintersun i powiedzcie, że to normalne, że dorośli na całym świecie tak robią, że wiatr we włosy jest spoczko, no spróbujcie się nie roześmiać. Wydawało mi się, że tego typu kreacje wyszły z mody w poprzednim milenium, ale okazuje się, że nie do końca (temat blacku pozostawiam, tym razem, poza nawiasem dyskusji). Najgorsze jest jednak to, że nie tylko kreacje trącą myszką. Najnowsze dzieło Mr Jari Mäenpää’y to niespełna trzy kwadranse bardzo melodyjnego, niekiedy orientalnego, niekiedy folkowego metalu symfonicznego, bo o death czy progu raczej nie ma mowy, zagranego na pół gwizdka. W zasadzie można pokusić się o stwierdzenie, że "Time I" to symfoniczny power z dodatkami i pies z kulawą nogą nie powie, że nie. Płyta broni się częściowo tylko tym, że nie jest przesadnie długa, wchodzi lekko i słucha się jej całkiem przyjemnie, tyle tylko, że ze świadomością obcowania z pop metalem. Przyznam się, że spodziewałem się czegoś więcej, czegoś, co może i będzie melodyjne, patetyczne i nieco przerysowane, ale będzie urywało jaja razem z wątrobą. A tak, do moich rąk trafił krążek przyjemny, ale w gruncie rzeczy nijaki, i fakt, że miło plumka wcale wiele nie poprawia. Wisienką rozczarowania jest zaś fakt, że skład, mimo ciotowatego imidżu, do najgorszych nie należy i przy różnych okazjach poszczególni muzycy mieli okazje wykazać się talentem i umiejętnościami, a na "Time I" momentów chwały muzycy mają niewiele, na palcach jednej ręki można wymienić ciekawe aranżacje, solówki (a w zasadzie solówkę, jedną, w tytułowym "Time I", która też z tych raczej lekkich), bądź riffy. Większość "Time I" jest przeplumkana na klawiszach, co trochę boli i wkurza, bo po czasie okazuje się, że krążek to marnotrawstwo ludzi, pomysłów i trochę słuchaczy. Wystarczy trzy-cztery okrążenia by nabrać podejrzeń, a kolejne dwa – pewności, że krążek jest zapchajdziurą, bez myśli przewodniej i koncepcji. Osiem lat, by nagrać pół instrumentala to lekka przesada. Bida kompozytorska panie Jari, bida aż piszczy. I tak nadszedł czas na podsumowanie, które nie może być inne niż: rozczarowanie polane lukrem. Miło, kolorowo, słodko i całkowicie bez jaj. Wychodzi jeszcze łatwiej niż wchodzi. Wolę debiut.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.wintersun.fi

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 sierpnia 2012

Slash Dementia – Race Against The Machine [2011]

Slash Dementia - Race Against The Machine recenzja okładka review coverZacny i niespodziewany to cios! Porządna grindowa sieczka, która — wbrew temu, na co wskazuje szyld kapeli — raczej daleka jest od 'dwójki' Carcass. Z racji pochodzenia chłopaków można by tu wskazać na pewne konotacje z Rotten Sound, ale akurat bohaterowie tej recenzji są od nich znacznie ciekawsi, toteż nie warto porównywać w dół. Tym bardziej, że usta ciśnie mi się zupełnie inna nazwa. Slash Dementia napieprzają w stylu i na poziomie Nasum z ery 'przeddebiutowej' (mam tu na myśli szczególnie "World In Turmoil" i kompilację "Regresive Hostility"), tylko w nieco nowocześniejszej formie (znaczy to tyle, że brzmią jak najbardziej współcześnie). Jeśli taki szaleńczy, pozbawiony dłużyzn i przestojów grind core jest bliski waszym sercom, to wściekle agresywna zawartość "Race Against The Machine" przyjmiecie z dużą radością. Finowie stanęli na wysokości zadania i należycie przyłożyli się do muzyki oraz jej oprawy, skutkiem czego mnie w zasadzie wszystko się tu podoba: ostre brzmienie, klasyczna wybuchowość kawałków, sporawe pokłady naturalnej furii, optymalna długość (kawałków i całej płyty), no i przede wszystkim znakomite, mocno podbijające poziom brutalności wrzeszczane wokale. Uchybień nie odnotowałem, oryginalności również, ale ona jest tu najmniej ważna. I choć w żadnym wypadku nie jest to rewelacja, to czas spędzony z płytką uznaję za mądrze spożytkowany.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/slashdementia

podobne płyty:

Udostępnij:

14 grudnia 2011

Fleshkraft – First Harvest [2008]

Fleshkraft - First Harvest recenzja okładka review coverJeśli wśród naszych czytaczy są i tacy, którzy wciąż tęsknią za Cannibal Corpse z Barnesem na wokalu, to mam dla nich dobrą wiadomość – powiew starych, dobrych czasów znajdziecie na debiucie Fleshkraft. Fińska załoga proponuje death metal czerpiący pełnymi garściami z klasycznego dorobku Amerykanów, szczególnie z okresu "Tomb Of The Mutilated" i "The Bleeding" – rytmiczny, brutalny, klawo brzmiący, perfekcyjnie odegrany i ozdobiony niskimi charczącymi wokalami. Przewidywalny także, ale w tym punkcie problemu akurat nie widzę. Kapel grających pod Cannibali była już cała masa, ale nie spotkałem się jeszcze z taką, której by to wychodziło tak przekonująco jak Fleshkraft. Pozytywny odbiór "First Harvest" wynika jak dla mnie z dwóch rzeczy. Po pierwsze, chłopaki obiektywnie grają bardzo sprawnie i z dużą łatwością, a po drugie, nie przeginają w odwzorowywaniu swych kudłatych idoli. Oznacza to mniej więcej tyle, że zrzynają/inspirują się raczej świadomie, a nie jak popadnie; ot chociażby w kwestii dynamiki – nie powielają (na szczęście!) rytmów charakterystycznych dla Mazurkiewicza (co wielu — o których nikt już nie pamięta — zgubiło), zaś dla urozmaicenia w szybszych partiach sięgają po zagrywki kojarzące się bardziej z Malevolent Creation czy Brutality. Już to starcza, żeby płytka nie była nuda ani jednowymiarowa. Na plus wypada też optymalna długość utworów (kręcą się wokół trzech minut), jak i płyty w ogólności (rozsądne 35 minut) – koniec następuje długo zanim komuś zbierze się na pierwsze ziewnięcie. Ludziska żądni dodatkowych atrakcji znajdą na płycie nieźle zrobiony tradycyjny w formie teledysk do 'Bred Undead' (bodaj najbardziej chwytliwy w zestawie, no może na spółkę z 'Deathcold' i 'Insane Bloodlust'), w którym kwintet z północy kontynentu prezentuje się niemal identycznie jak pewien amerykański zespół z dwoma "C" w nazwie. Dalsze opisy są w tym miejscu zbędne, bo chociaż Fleshkraft mają jasno sprecyzowany target — przy czym jest on węższy niż by się mogło wydawać — to siła przyciągania ich muzyki znacznie wykracza ponad poziom typowego klona. Do objawienia im daleko, ale mnie sprawili miłą niespodziankę.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.fleshkraft.com

podobne płyty:


Udostępnij:

29 maja 2011

Crystalic – Persistence [2010]

Crystalic - Persistence recenzja okładka review coverTakie mamy czasy, że nie można ufać nikomu. Ot choćby pięciu fińskim koleżkom, którzy wyglądają jak nieco mroczniejsza wersja Stratovarius, a twierdzą, że grają death metal. A takiego! Śladowe ilości gęstszej pracy werbla (takie niby blasty) i ewidentnie wymuszone agresywne (raczej stylizowane na agresywne) wokale niosą ze sobą tylko złudzenie brutalności. Ten pięćdziesięciominutowy materiał to zlepek super miętkiego death’u (umownie) jak z najgorszych produkcji In Flames, miętkiego, pozbawionego pazura thrash’u oraz rozlazłego power metalu, który z swej natury jest miętki. Stylistyczny rozstrzał może świadczyć zarówno o dużej otwartości i odwadze, jak i — co jest bardziej prawdopodobne — chęci zdobycia jak najszerszego, a przy tym jak najmniej wymagającego audytorium. Tak czy siak, miało być różnorodnie i metalowo, a wyszło niezbyt składnie i flakowato. Niby coś tam mają w paluchach, basman nawet dorwał się do bezprogowca, ale zupełnie nie przekłada się to na choćby szczątkowo ciekawą muzykę. Sytuację, w moich uszach, pogarszają wyjątkowo bezbarwne melodyjki, tragiczne rycerskie zaśpiewy (capią trzecioligowym niemieckim powerem, zgrrroza) i plumkające bez sensu klawisze. Jakby tego było mało, Finowie starają się wykorzystać każdą okazję, żeby popitolić do kotleta sojowego. Przypominam – oni chcą być rozpatrywani w kategorii death metalu! Gładziutko wygolony Alexi Laiho i jego cukierkowa kompania z Children Of Bodom wypadają przy Crystalic na mega rzeźników, a to o czymś świadczy. "Persistence" nie da się słuchać nawet przy ogromie dobrych chęci, bo już przy drugim kawałku jakiś różowy glut wypływa z głośników i skutecznie je zakleja.


ocena: 3/10
demo
oficjalna strona: www.crystalic.net
Udostępnij:

11 maja 2011

Farmakon – A Warm Glimpse [2003]

Farmakon - A Warm Glimpse recenzja okładka review coverLubicie miksy gatunkowe? Jeśli tak — a nie mam w tym momencie na myśli alkoholu — to niewykluczone, iż debiut Finów was zainteresuje. No bo co my tu mamy – europejską odmianę death metylu... eee... metalu charakterystycznego dla szwedzkiej sceny (ale nie tej 'ponadmelodyjnej'), obficie polaną progresywnym sosem wpływów jazzu i funky. Całkiem dużo tu technicznego grania, mieszania akcentów, wybiegów w klimatyczne rejony, ponadto często i gęsto pojawiają się czyste wokale. Upraszczając (bardzo, naprawdę baaardzo, i na siłę) sprawę, można by porównać chłopaków do panienek z Opeth. Tylko w przypadku Farmakon ten eklektyzm (o przecież znacznie szerszych podstawach) wypada spójnie i bardzo naturalnie, podczas gdy Szwedzi — w moim mniemaniu (i na szczęście nie tylko moim) — katują nużącym schematem pitoląco-groźnego przekładańca, w sam raz dla smutnych/mrocznych dziewczynek i chłopców, którzy postanowili poszukać łomotu poza bluźnierczym Linkin Park (i tym samym zwiększyć swoje szanse u smutnych/mrocznych dziewczynek). Żeby nie zamotać – Farmakon prezentują niekiedy zbliżone rejony, tylko znacznie lepiej im to wychodzi. Udowadniają przy tym, że można stworzyć zróżnicowaną pod względem nastroju, tempa i użytych środków muzykę, która będzie daleka od kiczu i sztucznego/rozdmuchanego patosu. Jedyna większa wada albumu i główny element do poprawienia to barwa czystego głosu wykorzystywana w tych najbardziej 'męskich' zaśpiewach – bywa, że może krew w żyłach zmrozić, i to w ten niefajny sposób. Przy okazji wokali warto wspomnieć jeszcze jedną rzecz – ich zróżnicowanie przywodzi na myśl martwy już Edge Of Sanity (czyli znowu Szwecja...). Niektóre spokojne fragmenty (chociażby z 'Stretching Into Me', 'Flowgrasp') — oprócz tego, że miejscami podchodzą pod Atheist — potrafią swą delikatnością (tak!) powalić na kolana już na przestrzeni dwóch taktów. Żeby nie było za cienko, chłopaki potrafią też mocniej uderzyć, o czym najlepiej może świadczyć 'Same'. Jak więc sami widzicie – na nudę narzekać nie można. Płyta oryginalna, niebanalna, bardzo ciekawa i zdecydowanie mająca to 'coś'.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/farmakon
Udostępnij:

18 kwietnia 2010

Demilich – Nespithe [1993]

Demilich - Nespithe recenzja okładka review coverZ czym się kojarzy Finlandia? Muzyczna Finlandia, dodajmy dla ułatwienia, bo o wódzie wiadomo. Ano kojarzy się z: wesołymi melodyjkami, pedalstwem, bzdurnymi folkowymi przytupami, pedalstwem i Eurowizją – o zgrozo to wszystko ma u Finów związek z metalem. I pomyśleć, że kiedyś tak nie było, a ludzi elektryzowały takie akty jak Convulse, Xysma, Funebre czy bohaterowie tej recenzji. Demilich w swych chorobliwych poczynaniach zdecydowanie bliżsi byli amerykańskiej niż szwedzkiej szkole brutalności, a przy tym właściwie w niczym nie ustępowali mistrzom zza wielkiej wody. Dotyczy to również — i to dość zaskakujące jak na ten rejon globu naście lat temu — umiejętności, bo krajanie Muminków przez te 40 minut tłuką techniczny death metal z wieloma zmianami tempa, pokręconymi wiosłami i popieprzonymi, grindującymi zagrywkami. Koszulka Human Remains jednego z gitarniaków może być tu pewną wskazówką, choć na pewno nie mówi wszystkiego, bo feeling tej muzy jest nieco inny, a i kilka zabarwionych rockiem nutek (głównie w solówkach) robi różnicę. Demilich stronią od totalnych szybkości, ale i tak potrafią ładnie sponiewierać, bo perkman nie pozwala sobie na chwilę wytchnienia – napieprza gęsto i wyjątkowo ciekawie, komplikując muzykę chyba nawet bardziej niż solidnie uwijający się gitarzyści. Co więcej, zespół nie tylko zagrał z głową, ale także zadbał o profesjonalnie, odpowiednio mocne i czytelne (nawet bas się dobrze uchował) brzmienie – tu również wyraźne są wpływy amerykańskie (sound a’la Skogsberg najpewniej pogrążyłby "Nespithe"). Jakiejkolwiek czytelności nie należy jednak oczekiwać po zajebiście niskich, bulgoczących wokalach, które były jednym z głównych 'trademarków' zespołu. Chłopaki upierali się, że nie użyto na nich żadnych efektów, ale jeśli nawet to nieprawda, to i tak efekt naprawdę robi wrażenie. Dbałość o dźwięki nie przełożyła się na wymuskaną otoczkę, bo tą potraktowano z dużym poczuciem humoru – urocza okładka, głupawe tytuły plus teksty o czymś tam, prawie tak głębokie jak u Obituary. Jeśli komuś spasowała "The Erosion Of Sanity", to i na "Nespithe" znajdzie dla siebie sporo powodów do radochy – przekonać się o tym niezwykle łatwo.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.anentity.com/demilich

podobne płyty:

Udostępnij:

22 marca 2010

Wintersun – Wintersun [2004]

Wintersun - Wintersun recenzja okładka review coverTakiego grania u nas jeszcze nie było. Wkraczamy bowiem, w naszych muzycznych wojażach, na terytorium Finlandii. W 2004 roku, znany choćby z Ensiferum, wokalista i gitarzysta Jari Mäenpää postanowił zrobić coś po swojemu. Robił i robił, ciął i piłował, szarpał i parchał, a nawet na klawiszach grał i ukręcił z tego wszystkiego prawie godzinę niezłej muzyczki. Bębnić tylko nie bębnił... Warto wspomnieć, że niektóre kawałki to latami dopieszczał. Jednak z tym "po swojemu" to tak trochę ściema, bo muzyka na debiucie Wintersun, dla zmyły nazwanym "Wintersun", jest podobna do tej, którą można odnaleźć na pierwszych albumach macierzystego Ensiferum. Ale to wcale nie wychodzi temu wydawnictwu na złe. Muzyka zawarta na "Wintersun" to melodyjnie zagrany epicki, techniczny metal z szorstkimi wokalami. W niezłych, generalnie, tempach. W przeciwieństwie do wcześniej opisywanych u nas technicznie grających kapel tu owa technika objawia się, przede wszystkim, kapitalnie skonstruowaną linią wiodącej, ładnie wyeksponowanej, gitary. W każdym, dosłownie, kawałku. Nie ma tu karkołomnych riffów granych na podwójnym spidzie. Widać tu raczej inspirację pałerowymi zagrywkami. No i te solówki. Po prostu arcydzieło. Jest w nich wszystko, czego miłośnik wiosłowania potrzebuje do szczęścia. To przez coś takiego, po raz kolejny, mam ochotę być najlepszym gitarzystą na świecie. A dzięki tak powerowemu graniu utwory mają — niespotykaną w klasycznym technicznym graniu — wesołość. No i spory ładunek energii. Aż się gęba cieszy. Sporo tu też klawiszy – to one, w dużej mierze, nadają albumowi melodyjności i epickości. Za ich pomocą muzyka nabiera rozmachu. I znów bliżej temu do klawiszy pałerowych. Choć czasami ma się wrażenie, że pobrzmiewa tu nuta Bal-Sagoth’a. Wokale, w znakomitej większości growlowe, dość często uzupełniane są czystymi partiami. Zdarzają się także deklamacje i bardzo wysoko zawieszone darcia. Brzmi to naprawdę dobrze. Wszystkie te wspomniane elementy ładnie wymieszano, uzupełniono garami, doprawiono — jak to przystało na mieszkańców kraju reniferów i Mikołajów — śnieżno-zimowo-kosmiczną tematyką, dodano kilka balladek i powstał ten oto album. Zresztą posłuchajcie sobie sami. Warto szczególnie się wsłuchać w "Battle Against Time" z mocarnym refrenem, "Starchild" z kapitalną melodią, genialnie skomponowany "Beautiful Death" czy "Winter Madness" z fantastyczną solóweczką i ogólnie gitarką. Po prostu lodzio-miodzio. I jak tu nie lubić finek :P?


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.wintersun.fi

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: