facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty

11 października 2014

Susperia – Vindication [2002]

Susperia - Vindication recenzja okładka review cover
Drugi album norweskiej supergrupy rozczarowuje. Po niespecjalnie oryginalnym, ale przyjemnym w odbiorze, debiucie, "Vindication" to krok wstecz. O ile bowiem pierwszy longplej wchodził lekko i można go było słuchać z autentyczną i nieudawaną radością wsiowego głupka, o tyle płytka numer 2 nieco męczy. Muzyka cały czas oscyluje w klimatach melodyjnego blacku z zapożyczeniami, pojawiły się jednak niepokojące elementy będące bliższe fińskiej szkole power/deathu aniżeli rasowego, norweskiego szatanowania. Z największym tylko trudem da się przegryźć przez nowe wokale, gdyż przywodzą one na myśl osławione popisy frontmana Vadera, co — jak sami doskonale wiecie — bram do nieba nie otwiera. W związku z tym cały album, miejscami bardzo przyzwoity i sensowny, mija pod znakiem walki z odruchem wyłączenia płyty.

8 lipca 2014

Neuraxis – Truth Beyond... [2002]

Neuraxis - Truth Beyond... recenzja okładka review cover
Album, na którym ostatecznie wykrystalizował się styl Neuraxis — brutalny i techniczny death metal ze szczyptą (na razie) polotu — robi dobre wrażenie od pierwszych, gęstych taktów. To, że mają niewąskie pojęcie o takim graniu udowodnili już wcześniej, na "Truth Beyond..." są tylko sprawniejsi, więc mordują z większą swobodą i rozmachem. Największy progres dotyczy jednak brzmienia, które nabrało odpowiedniej mocy i klarowności, przez co świetnie pasuje do takich łamańców. No ale nie ma się czemu dziwić, skoro skorzystali z miejsca schadzek największych kanadyjskich czaszkojebców z Gorguts i Cryptopsy na czele. Od strony technicznej wszystko jest w należytym porządku, toteż nawałnica dźwięków tłoczona pod sporym ciśnieniem w słuchacza przez Neuraxis musi się podobać.

17 czerwca 2013

Psypheria – Embrace The Mutation [2002]

Psypheria - Embrace The Mutation recenzja okładka review cover
Życie w swojej przewrotności pozwala przeżyć wszelkim core’owym gniotom, unicestwia zaś kapele niesztampowe, wnoszące do muzyki jakąś wartość, a już na pewno sprawiające frajdę słuchaczowi. Na to niestety żadnej rady nie ma i takim serwisom jak nasz pozostaje jedynie piętnowanie pierwszych i promocja drugich. Ostatnio demo wysrał się na From Zero To Hero, ja dziś pochwalę Psypherię. Naszym czytelnikom nazwa ta nie powinna być obca, jako że swego czasu na naszych łamach gościliśmy debiut tejże grupy. Dziś natomiast przyjrzymy się drugiej, i niestety ostatniej, odsłonie przedsięwzięcia pod nazwą Psypheria, zatytułowanej "Embrace the Mutation". Kilka lat różnicy, przetasowania w składzie odbiły się oczywiście na muzyce; odbiły się jednak nie tyle czkawką, co innym smakiem. Najbardziej słychać to po gitarach, za które nie odpowiadał już John Oster, co nieco mnie zasmuciło.

29 grudnia 2012

Immolation – Unholy Cult [2002]

Immolation - Unholy Cult recenzja okładka review cover
Niemałym zaskoczeniem było to, że "Unholy Cult" pojawił się w sklepach w niecałe dwa lata po "Close To A World Below". Wszak rzecz dotyczy zespołu, który chcąc nie chcąc 'upodobał' sobie dłuższe przerwy między kolejnymi płytami. Zatem jaki jest piąty krążek Immolation? W moim mniemaniu tradycyjnie stylowy, znacznie bardziej melodyjny, całościowo odrobinkę szybszy i... death metalowy w klasycznym rozumieniu. Nadal mamy do czynienia z kurewsko technicznym napierdalaniem, nieprzebraną gęstwiną popieprzonych riffów, nagłych zmian tempa i mnogością innych typowych dla nich zagrywek, ale to wszystko podano w przystępniejszy sposób (co nie oznacza, że fani power/heavy czy gothiku się w tym zakochają) i opatrzono pełnym, soczystym brzmieniem. Standardowo za to dostajemy osiem numerów – raz szybszych, raz wolniejszych, w których proporcje te mniej więcej się równoważą.

14 września 2012

My Dying Bride – For Darkest Eyes [2002]

My Dying Bride - For Darkest Eyes recenzja okładka review cover
Sprawa jest prosta jak metalówka-inteligentka – odświeżona wersja "For Darkest Eyes" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów My Dying Bride! Może i koncert z Krakowa jest wszystkim doskonale znany (swego czasu nawet kilka razy wyemitowała go telewizja publiczna!), ale zapewniam, że zawsze ogląda się go z prawdziwą przyjemnością. Faktem jest, że realizacja odbiega nieco od dzisiejszych standardów, ale jakichś większych zgrzytów nie ma i da się spokojnie dotrwać do końca, szczególnie że warto. Dobór kawałków jest doskonały, mamy tu największe hity zespołu z trzech płyt i epki: 'A Sea to Suffer In', 'The Cry of Mankind', 'Your River', 'Your Shameful Heaven', a na zakończenie solidny wyziew w postaci 'The Forever People'. Już dla samego koncertu warto to dvd nabyć. A są jeszcze dodatki! I tu chyba przesadzili, bo jest ich ponad dwie godziny!! Ale mawiają, że od przybytku głowa nie boli, co najwyżej żołądek. Na początek wszystkie (jest ich sześć) teledyski z lat 90-tych, od epkowego 'Symphonaire Infernus Et Spera Empyrium' po 'For You' z "Like Gods Of The Sun". Kapitalnie prezentuje się sekcja z archiwaliami.

23 marca 2012

Enter Chaos – Dreamworker [2002]

Enter Chaos - Dreamworker recenzja okładka review cover
O ile mnie pamięć nie myli, to właśnie Enter Chaos zainicjował w Polsce wysyp "gwiazdorskich super projektów". Bez gwiazd w składzie – taka lokalna wariacja. No bo spójrzmy na listę dziesięciu (sic!) muzyków biorących udział w tym zagadkowym przedsięwzięciu – jest tu ktoś z dużym nazwiskiem? Ano nie. Są panowie z Demise, ale ich mogę zaliczyć tylko do zajebistych, do znanych już nie. W każdym razie całe to (przypadkowe?) towarzystwo zmajstrowało płytę z dziewięcioma autorskimi kawałkami utrzymanymi w konwencji melodyjnego szwedzkiego death metalu oraz z niezrozumiale udziwnionym coverem jednego z największych hitów At The Gates. Płytę, która — jak nietrudno się domyśleć — do najspójniejszych (bo w sumie każdy gitarniak próbował ugryźć temat od innej strony) ani najoryginalniejszych na świecie nie należy.

29 stycznia 2012

The Crown – Crowned In Terror [2002]

The Crown - Crowned In Terror recenzja okładka review cover
Ogień! Tak można w skrócie określić "Crowned In Terror". Chcąc powiedzieć coś więcej, trzeba zacząć od zwrócenia uwagi na dużą ilość szybkiej, energetycznej i dość technicznej napierduchy. Szwedzi nie zmienili zbytnio swego stylu, ale po prostu więcej tu death metalu niż thrash’u, choć sam feeling pozostał nienaruszony (za co im chwała), dzięki czemu płytki słucha się wybornie. Agresywność materiału podbija wokalami doskonale znany Tomas Lindberg, którego histeryczne wrzaski bardzo ładnie ozdobiły muzykę Korony. Brutalizacja dźwięków nie zniszczyła na szczęście innej cholernie atrakcyjnej ich cechy – melodyjności. I tak oto przez 43 minuty The Crown napieprza nie bezmyślną ścianą hałasu, a niemal samymi wyraźnymi hiciorami z odrobiną walcowania. Koniecznie trzeba wyróżnić 'The Speed Of Darkness', bo to jeden z największych wypasów w twórczości Szwedów

17 stycznia 2012

Lost Soul – Übermensch (Death Of God) [2002]

Lost Soul - Übermensch (Death Of God) recenzja okładka review cover
Lost Soul już na wspaniałym debiucie pokazali światu, że są ekipą konkretną i wyjątkowo ostro napierdalającą. Nic więc dziwnego, że przy drugiej płycie zdecydowali się na odświeżenie stylu poprzez bluesowe ballady z wpływami bengalskiego folkloru i najmhroczniejszegho gotyku w wamphirzej dupy... Jasne, takiego wała! Oczywistym jest, że "Übermensch (Death Of God)" to także rzeź – zwykle krótkie i bardzo intensywne utwory, pełne blastów, zmian tempa, blastów, ekstremalnych solówek, blastów, czepliwych riffów, a jak miejsca zostaje to jeszcze kilku balstów. To, co wyraźnie odróżnia ten krążek od poprzedniego to udział klawiszy – występują w znacznie większej ilości w 'normalnych' utworach (jest ich osiem), i choć nie wygrywają jakichś imponderabiliów to dają radę, jednakże bez nich płyta pewnie wiele by nie straciła. Oprócz tego mamy aż cztery intorsy/przerywniki tylko z udziałem elektroniki.

8 sierpnia 2011

Behemoth – Zos Kia Cultus [2002]

Behemoth - Zos Kia Cultus recenzja okładka review cover
Po tym, jak "Thelema.6" niespecjalnie mnie skopała, po "Zos Kia Cultus" wybierałem się z pewnym ociąganiem (to może też mieć jakiś związek z lenistwem, ale co tam) i bez wielkich nadziei. Szybko się okazało, że niepotrzebnie, a płyta do dziś jest jedną z najlepszych w bogatym dorobku Behemoth. Album ten to kawał solidnego, wymagającego (od słuchacza) i brutalnego death metalu w konwencji nieco odmiennej od średniej gatunkowej, acz baaardzo mocno osadzonego w twórczości takich jednych sławnych z Ameryki. Oczywiście chodzi o Morbid Angel (i głównie krążek "Domination"), którymi fascynacja sięgnęła zenitu właśnie na "Zośce". Ma to swoje plusy, minusy także, ale tych pierwszych jest zdecydowanie więcej – naturalnie jak ktoś lubi ekipę z Florydy.

8 lutego 2011

Nile – In Their Darkened Shrines [2002]

Nile - In Their Darkened Shrines recenzja
Nile, sensacja końca XX wieku (coś dla Wołoszańskiego?), w drodze na wierzchołek death metalowej hierarchii wykonali zaledwie trzy, ale za to znaczące kroki, z których oczywiście "In Their Darkened Shrines" jest tym najpewniejszym, najdoskonalszym, najlepiej przemyślanym i w końcu najbardziej dojebanym. Co prawda zbyt długo na tym szczycie panowie nie pobyli, ale zawsze to coś – wszak nie każdy zespół może sobie wpisać w CV "przewodnictwo w gatunku". No ale to temat na inne rozważania. Między recenzowanym krążkiem a "Black Seeds Of Vengeance" nie ma przepaści, pozornie nic się u Amerykanów nie zmieniło – "In Their Darkened Shrines" jest klasycznym rozwinięciem/dopieszczeniem stylu przy jednoczesnym zachowaniu wcześniejszego klimatu. Jednak raczej nikt zachwycający się w swoim czasie 'dwójką', nie przypuszczałby, że muzycy Nile znajdą u siebie aż tyle elementów do poprawy i przebudowania.

2 stycznia 2011

Disgorge – Consume The Forsaken [2002]

Disgorge - Consume The Forsaken recenzja okładka review cover
Pierwsze chwile z "Consume The Forsaken" dają jasno do zrozumienia, że progresja nie była tym, na czym amerykańskiemu kwartetowi szczególnie zależało przy okazji tej produkcji. Ba! Mniej wprawne ucho może uznać, że to po prostu reszta materiału nagranego podczas sesji "She Lay Gutted". Naturalnie styl zespołu pozostał niezachwiany – krwiście antychrześcijański brutal death metal, ale podskórnych różnic jest trochę, do tego wyraźnie wpływają one na odbiór płytki. Ot choćby brzmienie – jest brutalniejsze i dużo bardziej czytelne, a to ma spore znaczenie przy mocniej poszatkowanej muzyce. Amerykańce bowiem dołożyli do pieca i co mieli zagrać, zagrali szybciej, intensywniej, pamiętając jednak o drobnych (tak drobnych, że w zasadzie niezauważalnych) zmianach tempa i szczypcie ciężkiego walcowania.

8 lipca 2010

Misteria – Universe Funeral [2002]

Misteria - Universe Funeral recenzja okładka review cover
Debiut ekipy działającej w cieniu Wielkiej Cipy był co najmniej udany i rokował nadzieje na porządnego następcę. I właśnie takim bardzo porządnym krążkiem jest "Universe Funeral", czyli materiał nagrany i wydany jeszcze zanim Misteria rozlazła się w szwach jak malezyjskie obuwie przemysłowe. Przy drugiej płycie chłopaki nie poszli na kompromisy, nie wymiękli i nie powtórzyli się, za to skomponowali kawał (wyświetlacz mówi o 72 minutach, kłamczuszek...) dojrzałego, oryginalnego (jak na nasze warunki to nawet bardzo) i wymagającego grania, które mimo to szybko wpada w ucho i jest łatwe w odbiorze. Mamy tu mnóstwo ciekawych, niestandardowo z sobą połączonych pomysłów, które zapewne zostałyby zmarnowane, gdyby nie sprawni instrumentaliści – pod względem technicznym cała kapela wypada okazale, przy czym największy postęp dotyczy sekcji rytmicznej, zwłaszcza basu. Poszczególne kawałki są lepiej przemyślane i poskładane niż na "Masquerade Of Shadows" – drastyczne zmiany tempa i klimatu to standard,

20 czerwca 2010

Blind Guardian – A Night At The Opera [2002]

Blind Guardian - A Night At The Opera recenzja okładka review cover
Ostatni album Blindów w klasycznym składzie, z Thomenem na garach. Dzieło równie genialne i epickie co "Nightfall...", jednak chyba jeszcze bardziej spektakularne, bardziej operowe, oraz — co odczuwalne już od pierwszego przesłuchania — nastawione na stronę wokalną. Zresztą to nie jedyne zmiany, bo pokombinowali chłopaki za wszystkie czasy. Poprzedni krążek Bardów był absolutnie fantastyczny, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości – powalał rozmachem, kompozycjami, kunsztem muzyków. Dla kapeli takie cudo oznacza generalnie dwie rzeczy; po pierwsze: 'jesteśmy zajebiści i ludzie nas kochają' (czyt. jesteśmy bogaci), a po drugie: 'co dalej?'. Z marketingowego punktu widzenia, arcydzieło to trochę strzał do własnej bramki, bo jak tu być zajebistszym niż zajebisty. Niestety wiele kapel zderzyło się z tą brutalną prawdą, gdy na nowym wydawnictwie nie udało im się osiągnąć nawet połowy z zajebistości wcześniejszego cudeńka.

30 marca 2010

Exmortem – Pestilence Empire [2002]

Exmortem - Pestilence Empire recenzja okładka review cover
Będzie krótko, bo i ten lekko przekraczający pół godziny krążek elaboratów nie wymaga. To jest po prostu ściana dźwięku – sieczka, z którą mogą się zmierzyć tylko zagorzali miłośnicy rzeźników pokroju Krisiun, Angelcorpse, Rebaelliun, Azarath czy Hate Eternal. Pozostali wiele ciekawego tu dla siebie nie znajdą, bo i poza łomotem wiele tu nie ma. "Pestilence Empire" to bezkompromisowy, wypełniony czystym napierdolem i kipiący od agresji album stworzony przez niezłych muzyków, którzy stawiają przede wszystkim na pokaz siły, a nie szpanowanie umiejętnościami – stąd też brak tu jakichkolwiek ozdobników. Właściwie jedyne, na co sobie z umiarem pozwalają, to zmiany tempa, ale akurat one nie rzucają się zbytnio w uszy, bo przez większość czasu słychać tylko blaaast i ryyyk, co czyni album dość jednowymiarowym.

23 marca 2010

Immortal – Sons Of Northern Darkness [2002]

Immortal - Sons Of Northern Darkness recenzja okładka review cover
Liiitooościii! Co za łokładka... banda umalowanych popieprzeńców z toporami i czymś, co przypomina sprzęt RTV (anteny pokojowe, dachowe). Ja rozumiem, że black metal coś ze sobą niesie (oprócz mroźnych wiatrów i imidżu a’la zapuszczony czarodziej albo Święty Mikołaj spod mostu), ale to już jest chyba lekka przesada i — kolejny, mać! — krok ku śmieszności. Niech jednak ta cała kretyńska otoczka nie odstraszy potencjalnych nabywców, bowiem muzyka zawarta na "Sons Of Northern Darkness" jest znacznie ambitniejsza niż wizerunek wykonawców. Płytę rozpoczyna mój ulubieniec — 'One By One' — są w nim szybkie, melodyjne riffy, brutalne blasty, częste zmiany tempa i pewne zapędy w stronę kombinatorstwa, co czyni go najbardziej technicznym kawałkiem w historii Immortal. Wychodzi im to niegłupio (w wersji studyjnej!), więc tym większa szkoda, że nie zdecydowali się na większą ilość takich urozmaiconych patentów.

Miscreant – Oppressive [2002]

Miscreant - Oppressive recenzja okładka review cover
Czy może być coś lepszego niż death metalowa kapela z Rosji, która ma na swoim koncie takie kawałki jak "Brotherhood Of The Morning Star", "Occult Philosophy", czy — znajdujący się na opisywanym dziś albumie — "Lust of the Devil’s Night"?... Tak właściwie, to wiele rzeczy może być lepszych – np. Death (którego nigdy za wiele), Carcass oraz — znana być może nawet Panu Terlikowskiemu — ikona amerykańskiej sceny thrashowej – Slayer, który ma ochotę w tym roku zawitać na nadwiślańskie ziemie, a który ma zapewne z Nim na pieńku (nawet jeśli jednak nie jest przez Niego kojarzony). A wszystko przez cuchnące siarką teksty. Lepsze są także kanadyjskie blondaski, spanie do południa oraz chipsy, ale one są z innej bajki, więc liczą się tylko połowicznie. Jak więc już wiadomo, wiele rzeczy może być lepszych od Miscreant.

Red Tide – Type II [2002]

Red Tide - Type II recenzja okładka review cover
Kapela w sumie znikąd – znana zapewne na pobliskich podwórkach i dzielniach – która materiał nagrała w piwnicy i wydana została przez wydawnictwo, którego nawet google nie potrafi znaleźć. Niemniej jednak jakoś trafiła na allegro, a stamtąd w moje ręce. Wiele by opowiadać jak do tego doszło, ograniczę się jednak do kilku zdań – otóż napadło mnie kiedyś na poszukiwanie nowości, wynalazków i innych dziwadeł i tym sposobem udało mi się wpaść na tę płytkę. Zapowiadała się ciekawie, tym bardziej, że opis był nader intrygujący, bo — o ile mnie pamięć nie myli — obijał się o klasyków z Florydy. No, mi więcej nie trzeba i długo się przekonywać nie musiałem. Po kilku pierwszych (niewielu) przesłuchaniach okazało się jednak, że szału nie ma i płytka powędrowała na półkę.

Napalm Death – Order Of The Leech [2002]

Naplam Death - Order Of The Leech recenzja okładka review cover
Knockdown! Leżę na deskach z gębą mocniej obitą niż Michalczewski po walce z Tiozzo. Wydaje mi się, że podczas nagrywania "Order Of The Leech" Napalm Death przyjął tylko jedno założenie: NAPIERDALAĆ!!! Angole nakurwiają jak szaleni przez całe 12 tracków. Kontynuują druzgocące pomysły z "Enemy Of The Music Business", tyle że tu skupili się na pisaniu bardzo szybkich kawałków. Tym samym powstał najszybszy album Napalm Death. Zero wolnych utworów, jedynie krótkie zwolnienia do średniego tempa, a poza tym sieka! Sieka, rzeź, masakra! Wściekły growl Barneya, agresywne, gęste riffowanie, intensywny napieprz w perkusję, sprawiają, że czuję się jak w okopie podczas jakiejś wojny. Wokół napierdalają bomby, granaty, wszędzie pył i dym, a powietrze wypełnia krzyk rozpaczy!

Theory In Practice – Colonizing The Sun [2002]

Theory In Practice - Colonizing The Sun recenzja okładka review cover
Trzeci krążek w wątpliwej karierze Theory In Practice to na pewno ich najbardziej udane i kompletne dzieło. Jeszcze przed nagraniem tej płyty Henrik Ohlsson wspominał w wywiadach o chęci uproszczenia muzyki i uczynienia jej bardziej czytelną dla potencjalnych słuchaczy, jednak już te kilka minut składających się na utwór tytułowy nieco weryfikuje jego słowa. Owszem, "Colonizing The Sun" jest bardziej czytelne (bo brzmienie i produkcja znacznie się poprawiły), ale o upraszczaniu nie może być mowy! Co więcej, ten album jest chyba jeszcze bardziej techniczny i zakręcony niż "The Armageddon Theories"! Czasami naprawdę można kiwnąć się z podziwu przy tym, co wyczyniają poszczególni muzycy. Wyjątkowy podziw wywołują solówki Petera Lake – koleś wymiata, że "ja pierdolę",

Human Remains – Where Were You When [2002]

Human Remains - Where Were You When recenzja okładka review cover
Zastanawiam się, co można napisać o Human Remains, legendzie niesłusznie zapomnianej, której dorobek przykrywa już gruba warstwa kurzu... Trudno jest pisać o zespole, który nigdy nie nagrał pełnego albumu, a który muzycznie przekraczał wszystkie granice, dryfował po nieznanych, dziewiczych obszarach muzycznego świata. Dzisiaj, czytając wywiady z wieloma liderami pokręconego death metalu i grindu można przeczytać, że jedną z ich największych inspiracji były dokonania właśnie Human Remains. Niestety, nie udało im się nagrać przez 7 lat swojego istnienia nic innego prócz demówek i MCD. To co dzisiaj nam po nich pozostało, to dwupłytowa kompilacja zwierająca wszystkie dokonania geniuszy z New Jersey.