9 czerwca 2026

Testament – Para Bellum [2025]

Testament - Para Bellum recenzja reviewZdążyłem się już pogodzić z tym, że kolejne płyty Testament powstają po dość długich przerwach, jednak z pogodzeniem się z tym, że od dawna żadna nowa nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ciągle mam problem. Ciągle też patrzę na ten zespół przez pryzmat „Low” czy „The Gathering”, a nie tak, jak powinienem – „The Formation Of Damnation” łamane przez „Brotherhood Of The Snake”, co na pewno pomogłoby obniżyć oczekiwania do rozsądnego poziomu. Raz będzie lepiej, raz gorzej, ale ponad wszelką wątpliwość arcydzieła są już poza ich zasięgiem, więc po prostu powinienem się cieszyć, że Amerykanie jeszcze grają i przy tym nie robią z siebie idiotów.

Para Bellum, trzynasty pełny album w dorobku Testament, całkiem nieźle wpisuje się w to „raz lepiej”, a chcąc być precyzyjnym – stylem i poziomem praktycznie nie odbiega od poprzedzającego go „Titans Of Creation”, co oznacza, że oprócz pewnych zalet powtarza również większość jego błędów. Materiał jest bardzo zróżnicowany wewnętrznie, tak bardzo, że podpada to już pod niespójność — momentami dość drastyczną/kuriozalną — stąd też trudno się połapać, co Peterson miał w głowie, komponując te numery. Więcej tu niż ostatnio wpływów black metalu (to chyba jedyna opcja dla Erica, żeby zagospodarować niewykorzystane w Dragonlord pomysły), które w jakimś stopniu są równoważone nawiązaniami do thrash’owej łupanki z końca lat 80. (jaskrawym przykładem jest „Nature Of The Beast”). Dalej jest jeszcze ciekawiej: „Room 117” to miks motywów zaciągniętych z repertuaru King Diamond i Iced Earth (co czyni go oryginalnym w swej nieoryginalności), „Witch Hunt” to powrót do brutalizmów a’la „Demonic”, w „For The Love Of Pain” trafiają się nawet jakieś slamy (?), zaś „Meant To Be” to rozwlekła bezjajeczna balladka z ckliwym tekstem w najgorszych tradycjach gatunku. I weź to, człowieku, ogarnij.

Mnogość mniej lub bardziej (nie)przemyślanych skrajności sprawia, że pozbawione ich kawałki — czyli te utrzymane w typowym dla stylu Testament, a zatem już wtórne i przewidywalne — przelatują właściwe niezauważone, o ile nie zirytują jakimś banałem zawartym w tekstach (bo tych i tym razem nie brakuje). Te mniej wyraziste utwory na pewno nieco by zyskały, gdyby gęsto ozdobić je efektownymi solówkami, tymczasem tylko w jedynym („Havana Syndrome”) pojawia się naprawdę godna uwagi trzepanka; pozostałe popisy Skolnicka (a nie ma ich wcale tak wiele) są fajne, choć nie na tyle, żeby zrobić różnicę, jak to było w przypadku „Brotherhood Of The Snake. Zamiast finezji na Para Bellum zespół postawił na blasty — korzystając z tego, że dorobił się młodego i pełnego wigoru perkmana — ale chyba nieco z nimi przeszarżował, bo upchnięto je nawet we fragmentach, w których zupełnie nie były potrzebne. Ot, takie prężenie muskułów przed Exodus, Overkill, Anthrax i innymi dziadkami.

Jak na materiał, na którego zaplanowanie i dopracowanie Testament miał teoretycznie masę czasu, Para Bellum wygląda na przygotowany w pośpiechu i z trochę przypadkowych elementów. Wykonanie to oczywiście pierwsza klasa (z tą tylko uwagą, że Hoglan potrafił lepiej zdynamizować muzykę), brzmienie również trzyma fason (wreszcie słychać wysiłki DiGiorgio w stopniu, w jakim na to zasługują), jedynie kompozycje dupy nie urywają. Nie przeczę, że przy tak dużym rozstrzale stylistycznym każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, jak i ja znajduję, choć niewielu zaakceptuje całość, jak i ja nie akceptuję.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

0 comments:

Prześlij komentarz