facebook

29 listopada 2013

Symphony X – Symphony X [1994]

Symphony X - Symphony X recenzja okładka review cover
Najbardziej malmsteenowski ze wszystkich gitarzystów, ba, bardziej malmsteenowski niż sam Malmsteen, tak pod względem umiejętności, aparycji, jak i zamiłowania do barokowych koszul. Nawet serdelkowate palce zgapił od Szweda, zgapił, ale i przebił. Jak już wspomniałem – lepsza, bardziej okrągła wersja Yngwiego. A tym panem jest oczywiście Michael Romeo. I ten pan w 1994 roku powołał do życia kapelę nazwaną Symphony X, której debiutancki album "Symphony X" mam dziś przyjemność zrecenzować. O samym Michaelu nie ma potrzeby rozpisywać się za wiele, bo jest ikoną neoklasycznego shreddingu i gitarowym geniuszem. Shreduje przy tym na takim luzie, z takim wyjebaniem (co widać na jakimkolwiek wideo z jego udziałem), że momentalnie odechciewa się jakiejkolwiek nauki gry na gitarze, bo i po co. Dla niego zagranie solówki to jak dla Krzysztofa Manca z "Alternatyw 4" wypicie szklanki spirytusu z bosmanem.

26 listopada 2013

Hate – Solarflesh: A Gospel Of Radiant Divinity [2013]

Hate - Solarflesh: A Gospel Of Radiant Divinity recenzja okładka review cover
Po odrzuceniu różnego rodzaju sentymentów i uprzedzeń wyszło mi, że "Solarflesh: A Gospel Of Radiant Divinity" może być najlepszym albumem w ponad dwudziestoletniej historii Hate. Na "Erebos" zespół chyba już ostatecznie określił swoją niszę i brzmienie, dlatego też nowa płyta nie przynosi pod tym względem żadnego przełomu – jest po prostu lepsza, mocniej dopracowana, bardziej zróżnicowana i dojrzalej zaaranżowana. Praktycznie na każdym kroku słychać, jak dobrze przemyślane i dopieszczone zostały struktury składających się na nią utworów – są bardziej rozbudowane, mają bogatsze tło, więcej w nich warstw i niuansów. To wszystko w połączeniu z dość dużą chwytliwością i dążeniami do wykonawczej perfekcji dało bardzo dobre rezultaty. I już nawet nie chodzi o to, że "Solarflesh" można słuchać bez znudzenia w kółko jako bardzo dobrego materiału.

23 listopada 2013

Blind Guardian – Follow The Blind [1989]

Blind Guardian - Follow The Blind recenzja okładka review cover
Wydany rok po debiutanckim "Battalions of Fear" tylko umocnił pozycję Niemców na metalowej scenie i udowodnił, że można grać speed/power bez żenującej otoczki i pedalskich melodyjek. I tak "Follow the Blind" podążył obraną wcześniej ścieżką zatrzymując to, co najlepsze i poprawiając niedociągnięcia. Stylistycznie albumy są bardzo do siebie podobne, utrzymane w nieco thrashującym klimacie, z tym wszakże, że "FtB" wydaje się bardziej bezpośredni niż debiut, który chyba, mimo całej swojej speedowej aparycji, aspirował do czegoś więcej, głównie za sprawą rozmaitych wtrętów i interludiów. "FtB" mknie do przodu bez pardonu przeplatając ze sobą motywy szybkie i nakurwy (oczywiście w ramach gatunku i w odniesieniu do swojej epoki). I w tym właśnie upatruję główną wadę krążka, a mianowicie: brak point.

20 listopada 2013

Cadaver – ...In Pains [1992]

Cadaver - ...In Pains recenzja okładka review cover
Muzycy Cadaver na swoim debiucie pokazali światu, że zupełnie nieźle opanowali tajniki grind core’a i potrafią hałasować jak najlepsi w gatunku. Na "...In Pains" udowodnili natomiast, że mają dobrze wyrobioną wyobraźnię, jaja ze stali oraz wyjebane na presję otoczenia i prymitywne trendy. Na krążku numer dwa całkowicie zerwali z patologicznym carcassowym napieprzaniem, jednak — co godne pochwały — w jego miejsce nie zaproponowali uwłaczającego blackowego bzyczenia i pomalowanych mordek. Nie, Cadaver poszedł pod prąd i porządnie tu wszystkich zaskoczył. Na "...In Pains" mamy bowiem do czynienia z dość ambitnym, urozmaiconym technicznie thrash’em (wpływy Voivod są co najmniej namacalne) z pewnymi, acz niewielkimi, death’owymi naleciałościami.

17 listopada 2013

Feto In Fetus – Condemned To The Torture [2013]

Feto In Fetus - Condemned To The Torture recenzja okładka review cover
"Condemned To The Torture", druga płyta Feto In Fetus, uzmysłowiła mi, jaka bieda panuje obecnie na grind core’owej scenie. W ciągu ostatnich miesięcy uwagę wymagającego słuchacza mogły zwrócić jedynie albumy polskiej śmietanki gatunku — Squash Bowels i Antigama — bo szumnie zapowiadane zagraniczne 'killery' — choćby Mumakil czy Inhumate — dupy nie urywały, a Exhumed już raczej zerwał z tym gatunkiem. Więcej nazw z pamięci nie jestem w stanie wydobyć, dlatego tak bardzo cieszy mnie to, jaki cios zaserwowali nieutytułowani przecież Feto In Fetus. Album powstał w oparciu o to, co we współczesnym grindzie najlepsze, a dla pikanterii został doprawiony brutalnym amerykańskim death metalem, dzięki czemu w swojej niszy jest bardzo nośny i urozmaicony. Na "Condemned To The Torture" dominują przede wszystkim krótkie wybuchy skumulowanej energii,

14 listopada 2013

Charred Walls Of The Damned – Charred Walls Of The Damned [2010]

Charred Walls Of The Damned - Charred Walls Of The Damned recenzja okładka review cover
Debiutancki krążek amerykańskiego all-star bandu pojawił się w sumie znikąd i lekko zamieszał w głowach miłośnikom twórczości poszczególnych gentlemanów. No bo wieść o tym, że Christy i DiGiorgio razem grają power/heavy metal to nie jest coś, co przyjmuje się bez rękojmi, bez większych emocji, z lekkim wzruszeniem ramion, jak, nie przymierzając, kolejną aferę na szczytach władzy w naszym ukochanym kraju. Takie rzeczy raczej się nie dzieją, a jeśli już dochodzą do skutku – budzi to oczywiste, powszechne zainteresowanie... a przynajmniej powinno. Patrząc jak sprawa rozwinęła się w przypadku Charred Walls Of The Damned, należy stwierdzić jednak, że jak zespół był mało znany, tak jest mało znany do dziś, z wyjątkiem oczywiście tych, którzy cokolwiek w temacie siedzą. Dla większości jednak, Charred Walls Of The Damned to kolejna, nic nie znacząca nazwa jakich wiele, kojarzona zapewne, niestety, z jakimś metalcore’owym badziewiem.

11 listopada 2013

Obituary – World Demise [1994]

Obituary - World Demise recenzja okładka review cover
Poprzedniej płycie Nekrologu zarzucałem przesadną 'równość' materiału i niespecjalną innowacyjność. Z "World Demise" sprawa wygląda już inaczej, bowiem panowie Amerykańcy wykonali odważny krok naprzód i nieco odmienili swoje granie, co wielu osobom zdecydowanie nie przypadło do gustu. O żadnej wielkiej rewolucji mowy oczywiście nie ma, ale jak na ten zespół przeobrażenia i tak są wyraźne. W muzyce pojawiło się trochę bezpośrednich hard core’owych elementów, gdzieniegdzie powplatano rozmaite sample (w tym także o zabarwieniu 'etnicznym'), większy nacisk położono na uwypuklenie rytmu (brawa dla Donalda i Franka!), zaś riffy stały się rwane i bardziej plastyczne. Nie zmienia to faktu, że rdzeń całości pozostał nienaruszony – prosty i dość mozolny death metal starej szkoły. Brzmienie jest dużo ciekawsze niż na poprzedniej produkcji – bardzo przestrzenne, organiczne, soczyste i jak zwykle niesamowicie ciężkie.

8 listopada 2013

Sigh – Hangman's Hymn: Musikalische Exequien [2007]

Sigh - Hangman's Hymn: Musikalische Exequien recenzja okładka review cover
Japończycy wciąż w wysokiej formie. Po odjechanym, ale także i genialnym przecież "Gallows Gallery", muzycy raz jeszcze postanowili zaskoczyć i pobawić się w ciuciubabkę ze swoimi fanami. Więc i mnie się znienacka oberwało. Awangardowe kompozycje, saksofon, rockowy feeling – tym i mnóstwem innych rzeczy stał przywołany "GG", "Hangman's Hymn" zaś jest od niego tak różny, iż wydaje się być nagrany przez kogoś innego. Symfoniczny, surowy black metal z mnogością sampli, klasycznych odwołań i iście King-Diamondowskim klimatem. A to wszystko, ten cały soniczny misz-masz i burdel na kółkach postanowili Japończycy przyozdobić kilkoma chochelkami ironii i wypaczonej, kabaretowej atmosfery rodem z horrorów klasy B. Jednak, o zgrozo, wchodzi to elegancko – wszystkie elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie, a kiedy potrzeba – wzmacniają.

5 listopada 2013

Insidious Disease – Shadowcast [2010]

Insidious Disease - Shadowcast recenzja okładka review cover
Insidious Disease – jeden z wielu death metalowych super projektów, o którym zapewne wielu słyszało... i równie wielu już zapomniało, choć pierwszą — i, nie ma się co oszukiwać, zapewne ostatnią — płytę wydali stosunkowo niedawno, bo w 2010 roku. Zespół/projekt to pod pewnymi względami szczególny, bo nie dość, że ojcowie założyciele (gitarzyści) wywodzą się z hord umiarkowanie blackowych (Dimmu Borgir i Old Man's Child), to gwiazdorskim statusem — przynajmniej w oczach miłośnika gatunku — przebijają ich ludzie, których dobrali sobie do pomocy. Paka to zaiste mocna, bo mamy tu Shane’a Embury na basie, perkusyjnego boga Tony’ego Laureano, no i oczywiście wciągniętego na powrót do brutalnego grania Marc’a Grewe, którego wokale robią za największy rodzynek. Insidious Disease powstał ponoć w celu przypomnieniu światu o tradycyjnym obliczu death metalu

2 listopada 2013

Extol – Burial [1998]

Extol - Burial recenzja okładka review cover
"Burial" — debiutancki album norweskiej formacji Extol — tu i ówdzie okrzyknięty został mianem deathu, w dodatku technicznego. Po okrzyknięciu zaś, i tu już raczej jednomyślnie, dokonano na nim tekstowego i werbalnego bukkake, czyli spuszczono się nań wielokrotnie, że cacany, świeży i nieszablonowy. A skoro tak, także i ja, bo na techniczne wydawnictwa jestem całkiem łasy, a w dodatku takowych (nie mówię nawet, że dobrych) załóg z Norwegii za wiele nie ma, postanowiłem więc owemu zjawisku przyjrzeć się osobiście. I niestety wyszło, jak wyszło. Doprawdy nie wiem, w jakim świecie żyją ci wszyscy decydenci, co to szufladkują kapele względem ich proweniencji, może, z drugiej strony, konkretnie mój egzemplarz jest zwykłym szwindlem i, miast wybornego tech deathu, katuję się podmienioną płytą z jakimś czelabińskim folkiem dla głuchoniemych (głuchych – wiadomo, a niemych, to żeby nie mogli wyrażać swojego niezadowolenia) – może.