Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty

15 czerwca 2018

Omophagia – In The Name Of Chaos [2016]

Omophagia - In The Name Of Chaos recenzja okładka review coverPierwsza dekada działalności Omophagia to okres pozbawiony znaczących sukcesów. Wystarczy tylko wspomnieć o wydanym własnym sumptem debiucie, z którym mało kto miał faktycznie do czynienia. Szwajcarzy mogli co najwyżej uzbroić się w cierpliwość i nucić za Kazikiem, że "los się musi odmienić"... No i w końcu się odmienił – za sprawą Unique Leader, którzy postanowili dać zespołowi szansę i wypchnąć go na szersze wody. Czy ta inwestycja się zwróci, czas pokaże. Moim zdaniem warto się "In The Name Of Chaos" zainteresować – choćby dlatego, że płyta jest cholernie niewymagająca i słucha się jej nad wyraz lajtowo. Mamy tu bowiem do czynienia z przeglądem tego, co się aktualnie wyrabia w death metalu, a więc materiałem typu "wszystko w jednym". Znajdziemy tu zatem zabarwione klasyczną Florydą riffy (Malevolent Creation, Cannibal Corpse, ect.), brutalne zawijasy (Dying Fetus, Hate Eternal), trochę mechanicznego napierdalania (Soreption, Arkaik), aktywnie pracujący bas (skoro już skorzystali z 'ósemki', to postarali się, żeby było go słychać) oraz całą masę wyjątkowo rozbudowanych solówek (Vital Remains się kłania, kuuurwaaa!). Płyta została nagrana w prywatnym studiu zespołu, natomiast do obróbki oddano ją braciom Wiesławskim, dzięki którym nabrała nowoczesnego szlifu – nowocześniejszego, aniżeli wynikałoby to z samej muzyki. Jak szybko można się przekonać, Omophagia nie ograniczają się do zrzynania z jednej konkretnej kapeli; raczej korzystają ze wszystkiego, co w jakikolwiek sposób pasuje im do utworów. Niekiedy na takim podejściu do komponowania muzyka traci na spójności i zdarza się, że coś zgrzytnie w jej strukturach, ale Szwajcarzy i tak wychodzą z tego obronną ręką, bo "In The Name Of Chaos" jako całość sprawia lepsze wrażenie niż poszczególne kawałki w oderwaniu od siebie. Pod tym względem Omophagia mają sporo wspólnego z Abysmal Dawn, którzy na podobnych wzorcach i z podobnym rezultatem uprawiają kolażowy death metal. Ponadto obie grupy łączy również to, że z tak odtwórczą muzyką nigdy nie przebiją się do pierwszej ligi; będą raczej rozpatrywani w kategorii solidnego supportu. Taka jest brutalna prawda, Omophagia wyżej dupy nie podskoczy — w czym im na pewno nie pomoże oklepany image i przeciętny wokalista — ale jest na tyle sprawna, że potrafi zapewnić słuchaczowi kilkadziesiąt minut rzetelnego łomotu.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.omophagia.ch

podobne płyty:


Udostępnij:

19 maja 2018

Carnal Decay – You Owe You Pay [2017]

Carnal Decay - You Owe You Pay recenzja okładka review cover"You Owe You Pay" to mój pierwszy kontakt z muzyką Carnal Decay i coś czuję, że nie ostatni. Szwajcarzy nie należą do najbardziej finezyjnych kapel pod słońcem, ale z brutalnym death metalem radzą sobie na tyle dobrze, że od czasu do czasu warto zarzucić ich materiał na słuchawki. Oryginalności w tym graniu tyle co nic, jednak ogólny poziom wykonawczy, produkcja i w końcu całkiem przyzwoite pod względem chwytliwości numery sprawiają, że zespołu nie można od tak olać. Dotyczy to zwłaszcza miłośników wybuchowego death metalu uprawianego w krajach Beneluxu. Wpływy Severe Torture, Emeth, Prostitute Disfigurement i przede wszystkim Aborted przewijają się przez cały czas trwania "You Owe You Pay" i właściwie nie dają o sobie zapomnieć. Podobieństwa riffów, rozwiązań rytmicznych czy wokali są zbyt oczywiste, żeby dały się zignorować, choć to oczywiście jeszcze nie ten poziom techniczny, co wymienione kapele. Mimo tych skojarzeń coś mi się wydaje, że Carnal Decay baaardzo by chcieli, by stawiano ich w jednym rzędzie z Dying Fetus. No cóż, w sejmie mamy takich, którzy w podręcznikach historii widzą siebie obok Piłsudskiego... Uczciwie trzeba przyznać, że Szwajcarzy są w ciut lepszej sytuacji, bo przynajmniej mają minimalny cień minimalnej szansy na osiągnięcie swego celu. Wracając do "You Owe You Pay", płytki słucha się całkiem miło – jest brutalna, bezpośrednia i stosunkowo urozmaicona. Ponadto materiał sprawia wrażenie zmajstrowanego pod kątem koncertów – w paru miejscach pojawiają się chórki, riffy są bardzo czytelne (może to zasługa kobiecej ręki?), a zmiany tempa rozłożono tak, żeby każdy znalazł coś dla siebie. Najlepiej to słychać w 'Not Worth A Bullet', 'No Sequel', 'Decimating The Living' i 'Your Guts My Glory', przy czym ten ostatni wybija się najlepszymi wokalami, bo właśnie w nim Julien Truchan z Benighted dorzucił trochę swoich bulgotów. Jedynym poważniejszym zgrzytem na "You Owe You Pay" są dla mnie teksty, a dokładnie nagromadzenie w nich faków, co zalatuje mi rebelianctwem na siłę, wiochą i gangsta rapem. Jeśli przymknąć oko na tą nie najwyższych lotów poezję, to mamy do czynienia z naprawdę przyzwoitym łomotem.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/carnaldecayband/

podobne płyty:

Udostępnij:

5 listopada 2017

Samael – Hegemony [2017]

Samael - Hegemony recenzja okładka review coverDwa przypadki to dość skromny materiał, by na jego podstawie tworzyć jakąś prawidłowość, ale skoro oba bez naciągania faktów pasują mi do teorii, to niech i tak będzie. W przypadku Samael owa prawidłowość wygląda następująco: po dłuższych przerwach Szwajcarzy nagrywają albumy nie urywające dupy. Tak było z "Reign Of Light", tak jest również z "Hegemony". Wstyd to przyznać, ale od lat podchodzę do nowych płyt tego zespołu jak do produkcji pop – mianowicie interesuje mnie, czy są na nich jakieś fajne piosenki i czy jest ich dużo. Przy okazji tego krążka odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi – owszem, zaś na drugie – niespecjalnie. Tak na dobrą sprawę z pięćdziesięciominutowego — swoją drogą to już odrobinę za długo — materiału w pamięć najbardziej zapada 'Helter Skelter', co jest zresztą zrozumiałe – wszak McCartney i Lennon w pisaniu hitów nie mieli sobie równych, a akurat w tym kawałku ponoć dali podwaliny dla metalu. Natomiast spośród autorskich utworów Samael najciekawsze wydają mi się 'Rite Of Renewal' i 'Against All Enemies', które wyróżniają się dobrą dynamiką i ponadprzeciętną chwytliwością. W pozostałych numerach nie brakuje udanych partii (ba, jest ich całkiem sporo!), jednak zwykle nie rozwijają się w coś większego – pozostają tylko ciekawym fragmentem w otoczeniu patentów po prostu średnich i mocno oklepanych. Ta wtórność "Hegemony" bywa kłopotliwa zwłaszcza kiedy jakiś fragment baaardzo przypomina inny, znany już z "Passage", "Eternal" czy "Lux Mundi". Nie wymagam — a nawet nie chcę — od Samael eksperymentów ani wymyślania swojego stylu na nowo, jednak pewne modyfikacje w jego obrębie czy choćby odrobina innowacji na pewno by nie zaszkodziły. Tymczasem "Hegemony" jawi mi się bardziej jako zestaw odgrzewanych — ale za to jako tako bezpiecznych — pomysłów nagranych dla świętego spokoju, niż całkowicie świeży materiał stworzony by zadziwić i podbić świat, co zresztą może sugerować tytuł krążka. A propos prezentowanych na albumie treści; niektóre utwory — a już szczególnie tytułowy i 'Samael' — brzmią jak poważne manifesty, jakby zespół miał zamiar odegrać kluczową rolę w dziejach świata. Szkoda tylko, że teksty typu "Silniejsi niż kiedykolwiek wcześniej / Nasza moc jest coraz większa" czy "Jesteśmy przyszłością / Właśnie zaczynamy swe przedsięwzięcie" nijak się mają do muzyki, która ni cholery nie ma rewolucyjnego charakteru. Ponadto, jak mi się zdaje, nie ma nic specjalnie wzniosłego w "transferze" z fonograficznego giganta do wytwórni celującej w przeciętności przystępnej dla typowego Niemca. No chyba, że zrobili to w imię taktyki "jeden krok do tyłu, dwa do przodu". Boję się tylko, że na te kroki do przodu Samaelowi może już zwyczajnie zabraknąć czasu.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

3 maja 2015

Defaced – Forging The Sanctuary [2015]

Defaced - Forging The Sanctuary recenzja okładka review coverJak już pewnie zdążyliście (nie)zauważyć, Szwajcarzy nie narobili wielkiego szumu za sprawą debiutanckiego "On The Frontline". Takie życie. Powiedzmy sobie jednak szczerze – niczego nadzwyczajnego tam nie było, ot w miarę solidna, choć nieco nieskładna, płyta bez specjalnych przebłysków. Z wydanym niedawno "Forging The Sanctuary" Defaced również nie zawojują podziemnego świata, ale akurat tego krążka żaden maniak tradycyjnie potraktowanego, bezlitosnego death metalu nie powinien przegapić. Z jednej strony jest to granie boleśnie wtórne, fanatycznie nieoryginalne i pozbawione jakichkolwiek innowacyjnych elementów, a z drugiej trudno odmówić mu autentyczności, a zespołowi sprawności w lepieniu cudzych patentów, odczuwalnego zaangażowania i radochy płynącej z dokonywania takiej masakry. Za "Forging The Sanctuary" przemawia wiele czynników, a najbardziej istotnym może okazać się fakt, że takiego konserwatywnego, radykalnego wręcz death metalowego napieprzania w ostatnich latach dostajemy w swe łapska coraz mniej. Nie chodzi tutaj o jakieś sentymentalne wycieczki — bo do klasycznych "Leprosy" czy "From Beyond" im daleko — co po prostu o ekstremalny wygrzew bez najmniejszego ciśnienia na choćby pozorowaną nowoczesność. Z racji pochodzenia kapeli i pierwszego wrażenia, jakie robi "Forging The Sanctuary", Defaced najłatwiej porównać do Requiem, bo i brzmienie i podejście do notorycznego blastowania są u obu grup niemal identyczne. To główne skojarzenie można uzupełnić o nazwy takie jak Exmortem, Azarath, Purgatory czy nawet Vader – żaden fan tych zespołów nie powinien być rozczarowany zawartością opisywanego albumu. Ale to nie wszystko, z czym mamy tu do czynienia, bo koniecznie trzeba jeszcze zwrócić uwagę na pakiet najwyraźniejszych zapożyczeń: rozbudowane solówki w stylu Deicide (ze "The Stench Of Redemption"), blackowe wrzaski i pewne rytmiczne zagrywki żywcem zaciągnięte od Belphegora (w takim 'Rapture Through Bondage' przysiągłbym, że słyszę Helmutha) oraz ociężałą miazgę znaną z płyt Bloodbath. Ta wyliczanka wpływów naturalnie nie wyczerpuje tematu, ale pozwala się dość dobrze zorientować w tym, co muzykom Defaced chodzi po głowach. Ponadto trzeba nadmienić, że w porównaniu z debiutem "Forging The Sanctuary" jest materiałem nie tylko szybszym i brutalniejszym, ale przede wszystkim znacznie dojrzalszym, lepiej przemyślanym, bardziej spójnym i mocniej trzymającym się kupy. Zresztą, już za samą rezygnację z irytujących szwedzko brzmiących melodyjek chłopaki zasłużyli na pochwałę. Jedynym poważniejszym mankamentem materiału, przynajmniej dla części odbiorców, może być jego objętość – prawie 50 minut, a to już sporo jak na taką intensywność. No, ale to nie problem, w końcu płytka jest skierowana raczej do zaprawionych słuchaczy.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.defaced.ch
Udostępnij:

26 października 2013

Coroner – Punishment For Decadence [1988]

Coroner - Punishment For Decadence recenzja okładka review coverAż strach zabierać się za klasyków, żeby się nie okazało, że się zreaktywowali i mają ochotę nagrać nowy krążek. Po, dajmy na to, dwudziestu latach poza obiegiem. Nie inaczej jest w przypadku szwajcarskiego trio Coroner, które ostatniego długograja wydało dokładnie dwie dekady temu, a które od jakichś trzech lat ostro koncertuje i nie mówi "nie" ewentualnym nowym wydawnictwom. Jak to jednak mawiali starożytni rzymianie "pecunia non olet", więc tłumaczyć więcej chyba nie trzeba. Nim jednak będę miał powód, by powkurwiać się sprawiedliwie na kolejny obrócony wniwecz wizerunek i kolejną rozmienioną na drobne legendą, pozwolę sobie ukraść nieco waszego czasu na coś, co przyczynkiem do tej legendy było. A mianowicie drugi album muzyków, zatytułowany "Punishment for Decadence". Trzeba od razu przyznać, że — jak na zaledwie rok różnicy między wydawnictwami — album jest dość wyraźnie różny od debiutu. Nie całkowicie inny, ale pomylić się raczej nie można. Bardziej kompleksowe i wielowarstwowe kompozycje, odejście od speedowych temp, większy nacisk położony na wirtuozerię i czytelność nagrań – to główne, ale nie jedyne różnice w stosunku do "R.I.P." Nie ma za to najmniejszych zmian w miodności (pozdrowienia dla pamiętających stare magazyny o grach komputerowych) albumu i ociekającej go wręcz zajebistości. Wprawdzie już debiut zdradzał znamiona progresywnych zapędów, ale dopiero na "Punishment for Decadence" słychać to wyraźnie. Nie sposób również nie doszukać się wpływów hard rocka, czego koronnym dowodem jest cover "Purple Haze", przede wszystkim zaś mnóstwo, porozrzucanych po utworach, smaczków. Jak na klasyczną pozycję przystało, kilka utworów doczekało się statusu kultowych, w pełni zasłużenie oczywiście: "Masked Jackal", "Skeleton on Your Shoulder", "Absorbed". Ja dorzuciłbym jeszcze od siebie "Shadow of a Lost Dream", bo jakość riffu nieodmiennie wbija mi uszy w czaszkę. "Punishment for Decadence" jest dowodem na ponadczasowość dobrej muzyki, która po ćwierćwieczu od premiery nie zrobiła się ani odrobinkę mniej porywająca i wspaniała. I za takie albumy właśnie kocham lata 80te.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/coronermetal

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 lutego 2013

Vuyvr – Eiskalt [2013]

Vuyvr - Eiskalt recenzja okładka review coverVuyvr to głupio nazwany blackowy zespół lub projekt paru kolesi z kilku zupełnie mi nieznanych szwajcarskich kapel (Knut, Elizabeth, Impure Wilhelmina – same sławy, czyż nie?) oraz kogoś z niestety już znanego mi Rorcal. Ta ostatnia nazwa wystarczyła, żebym nie chciał tknąć "Eiskalt" patykiem nawet w hutniczych rękawicach. Mimo wszystko odpaliłem ten album, wiedziony jakąś samobójczą ciekawością, jak koszmarnie gówniane to może być. Dzięki takiemu irracjonalnemu zachowaniu mam pierwsze w tym roku pozytywne zaskoczenie, bo "Eiskalt" skutecznie przykuwa do głośników przynajmniej na kilkadziesiąt przesłuchań i przez cały ten czas utrzymuje uwagę odbiorcy. Vuyvr grają ten swój black na nowoczesną modłę (ktoś to pewnie zaraz nazwie post-blackiem), co oznacza brak klawiszowych zmiękczeń, piszczących wokalistek i bombastycznej produkcji, w których to miejsce Szwajcarzy proponują piwniczny chłód, rozpaczliwe wrzaski, niezłe melodie, odrobinę transu i niemetalowych (sludge...) zapożyczeń. Słychać, że szczególnie odpowiada im wizja gatunku uskuteczniana przez Deathspell Omega i bardzo by chcieli zrobić coś podobnego. No i powiem wam, że są na dobrej drodze, choć nie dorównują Francuzom techniką (precyzja wykonawcza się kłania nazbyt często) ani poziomem fanatyzmu (choć takie "betrayers of the north must die" jest nawet zabawne). Na pewno przyda im się też korekta brzmienia na bardziej suche i kaleczące, bo obecne nie oddaje pełnej mocy w szybszych, chaotycznych fragmentach. Większość tego, co jest do poprawienia wymaga od nich tylko rzetelnej pracy na próbach, już nawet nie kasy, więc awans na wyższy poziom nie jest wcale dla Vuyvr czymś niemożliwym. Jak tylko się przyłożą, to niedługo może ktoś się zacznie chlastać przy ich muzyce.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/vuyvr
Udostępnij:

2 października 2012

Samael – Lux Mundi [2011]

Samael - Lux Mundi recenzja okładka review coverCzy nie można było tak od razu?! Czy naprawdę potrzebowali kilku lat, żeby dotarło do nich, w czym są najlepsi? Niepojęte! Otwierający płytę 'Luxferre' to fenomenalne uderzenie na miarę kapitalnych 'Rain' i 'Year Zero', z tym że jest jeszcze bardziej dynamiczny i przebojowy. Porywa od pierwszych taktów, miażdży super chwytliwym refrenem i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Rewelacja! Gdyby cały album był utrzymany na takim poziomie, to bez wahania okrzyknąłbym go najlepszym w historii zespołu, a poniżej wklepał mocne 10 i kategoryczny nakaz kupienia go za wszelką cenę. Tak dobrze jednak nie ma — choć i tak jest bardzo dobrze — i w większości pozostałych utworów Szwajcarzy korzystają z patentów, które sprawdziły się m.in. na "Reign Of Light" i "Solar Soul". Sprawdziły się i tutaj, bo podniosłe, wolne i bardzo klimatyczne utwory w typie 'For A Thousand Years', 'Mother Night', 'Pagan Trance' to przecież esencja ich stylu (a pisząc to mam na myśli oczywiście czwartą i piątą płytę) i znudzić się nimi nie sposób. Niewiele w nich naprawdę nowego, ale już wolę, jak grają przewidywalnie to, co latami dopracowali sobie do perfekcji, niż udają bogów ekstremy, którymi przecież nigdy nie byli. Powrót na właściwe tory nie jest jednak totalny, bo więzi z niesławnym "Above" podtrzymuje 'The Truth Is Marching On' – blasty, ostre riffy i ogólna sieczka, ale w ciekawszym niż ostatnio wydaniu, bo z dobrymi partiami klawiszy, czytelnym dźwiękiem i sporą chwytliwością. Brutalizmy w takiej dawce są do zaakceptowania, choć mnie próby dopierdalania w wykonaniu tego zespołu zalatują jakimś kryzysem wieku średniego. Trochę z poprzednika ostało się także w formule brzmieniowej, bo chyba robiono je pod nieco szybszy materiał, stąd gitary nie są aż tak ciężkie jak na "Solar Soul", ratują się natomiast czystością. Zatem na "Lux Mundi" nie ma nic, czego fan Samaela mógłby się przesadnie obawiać, jest za to zestaw kilku bardzo dobrych numerów z prawdziwą perłą w postaci 'Luxferre'. Dla mnie w pełni się tym albumem zrehabilitowali i liczę, że już im więcej nie odbije.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 lutego 2012

Rorcal – Rorcal & Solar Flare [2011]

Rorcal - Rorcal & Solar Flare recenzja okładka review coverNa skali ocen 0 mamy opisane tylko jako "nie-muzyka", a powinno być jeszcze "najprawdopodobniej ambient". Wspominam o tym ze względu na pierwszą część tego chyba-splitu. O Solar Flare nie wiem absolutnie nic, poza tym, że określają to jako zespół – a czy to ma jakiś skład, historię, wcześniejsze dokonania i czy w ogóle stoją za tym ludzie – to już zagadka dla Rutkowskiego i jego speców. Działalność tego czegoś (Solar Flare, nie Rutkowskiego, hehe) uwieczniona na tym nieskładnym materiale polega na wydawaniu co jakiś czas... hmm, odgłosów za pomocą gitary albo basu oraz okazjonalnym mamrotaniu czegoś pod nosem (jeśli dobrze zrozumiałem koncept, są to mroczniaste wiersze tak wybitnie diabelskiego poety, że strach się bać). Takich, wybaczcie nadużycie, kawałków jest aż pięć, co więcej – ktoś, zapewne dla jaj, ponadawał im tytuły. Możecie mi wierzyć lub nie, ale więcej muzyki (i to bardziej różnorodnej!) stworzyłem klepiąc w klawiaturę podczas pisania tej recki. Kpina, ale ci, którym ZUS płaci grube renty za nieuleczalne zaburzenia gustu pewnie będą zachwyceni. Rorcal, w odróżnieniu od kolegów (?), zapodali tylko jeden wałek, ale za to aż 22-minutowy. Nic wielkiego, ba! nawet nic średniego, ale zawsze taki — w szczytowych momentach przeciętny — doom wypada dużo ciekawiej niż przypadkowe smyranie struny w wykonaniu poprzedników. Tylko co to za sztuka być lepszym od jakiegoś Solar Flare, skoro nawet mnie się niechcący udało, choć nie zrobiłem właściwie nic? No właśnie. Do tego mamy tu brzmienie prosto z piwnicy – i to nie są moje mroczne domysły, bo sami z dumą o tym wspominają. Można tą miernotę tłumaczyć sobie tajemniczym klimatem, czy ultra-podziemnością (nawet tą dosłowną), ale z tym nie do mnie ani innych ludzi, tylko do fanów Sunn O))).


ocena: 0/10, 3/10
demo
oficjalna strona: www.rorcal.com
Udostępnij:

17 lutego 2012

Yog – Half The Sky [2011]

Yog - Half The Sky recenzja okładka review coverJak na ponad dekadę grania, szwajcarski Yog nie może się poszczycić wieloma sukcesami. Eee... jakimikolwiek sukcesami. Opisywany krążek to dopiero ich drugi pełny album, o poprzednim — "Years Of Nowhere" z 2007 — w Polsce słyszały może ze trzy osoby, a i to pewnie przypadkiem, lewym uchem i przez ścianę. "Half The Sky", o czym jestem przekonany, dużo większej popularności im nie przysporzy, choć akurat mogłoby być inaczej, bo to kawałek dobrze brzmiącego (ostro i ciężko) i z wyczuciem zagranego hałasu a’la rozmaite świry z Relapse. To skrajnie działająca na układ nerwowy mieszanka histerycznego hard core z nowoczesnym grindem i paroma technicznymi pojebaństwami, w której ciągle coś się dzieje. Notoryczne zmiany tempa, łamanie rytmów, męcząca schizofrenicznymi riffami gitara, dysonansowe rozjazdy, totalne wahania nastroju i wściekle drący mordę wokalista – tak to się mniej więcej prezentuje. The Dillinger Escape Plan, Converge, Botch, The End, Burnt By The Sun – jeśli nie odstraszają was te nazwy, to spokojnie możecie sięgnąć po Yog. Chłopaki tłuką i krzyczą pod wyraźnym wpływem wymienionych kapel i chociaż to jeeeszcze nie ten poziom, to ich muzyka w dawce zawartej na krążku (niecałe pół godziny) może się naprawdę podobać. Należy przy tym zaznaczyć, że Yog prezentują raczej radykalne oblicze takiego grania i wszelkie zmiękczenia (zaśpiewy czystym głosem, melodyjki, ambientowe plumkania, smutne klimaciki...) są im zdecydowanie obce. Agresywność tego materiału w dużym stopniu nakręca wokalista, który wrzeszczy jakby mu właśnie odmówili kredytu, ale robi to niestety dość jednowymiarowo. Trochę urozmaiceń — choćby jakiś głęboki bulgot w wolniejszych partiach — by nie zaszkodziło, a kawałkom z pewnością nie ubyłoby brutalności. A jak już to poprawią, to powinni pogłówkować nad wypracowaniem czegoś, dzięki czemu staną się w jakiś sposób rozpoznawalni. Na razie jest spoko, ale muszą się pilnować.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.yogrind.com

podobne płyty:

Udostępnij:

11 grudnia 2011

Make Me A Donut – Make Me A Donut [2011]

Make Me A Donut - Make Me A Donut recenzja okładka review coverDeaf jakiś czas temu chwalił się rozmiarem swoich cojones, to i ja błysnę heroizmem w trosce o dobro ludzkości. Otóż przesłuchałem "Make Me A Donut" pełne dwa razy, bezpowrotnie marnując w ten przykry sposób nieco ponad pół godziny życia. Ja zmarnowałem, ale wy już nie musicie, albowiem spieszę z ważną informacją: Make Me A Donut to syf. Wydawca określa coś takiego mianem 'party-core'. Jedno jest pewne – na imprezę z takim czymś w roli muzyki nigdy bym nie poszedł. Rzeczone 'takie coś', to po mojemu niestrawny miks techno (a w każdym razie gównianej elektroniki) z odrobinkę 'podcore’owanym' nowoczesnym, melodyjnym szwedzkim death metalem i hip-hopem. Skoczne rytmy, plumkające klawisze, toporne (a przy tym niezbyt czytelne) riffy i irytujące gimnazjalną pretensjonalnością wokale – oto obraz niespójnej i nieatrakcyjnej muzyki Szwajcarów. Chyba im się tam za dobrze powodzi, skoro znajdują czas na nagrywanie takich niepotrzebnych nikomu bździn. Wydawać by się mogło, że przy takim poziomie syfiastości kolesie są niejako zmuszeni grać 'tylko dla siebie', ale... Jeśli znaleźli się tacy, którzy w "Illud Divinum Insanus" dostrzegli nowy wymiar ekstremy, to niewykluczone, że i na wątpliwej urody pitolenie Make Me A Donut ktoś się złapie. Kapelę przed jedynką w notce uratował jedynie fakt, że to nędzna epka.


ocena: -
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/makemeadonut
Udostępnij:

8 listopada 2011

Eskeype – Legacy Of Truth [2010]

Eskeype - Legacy Of Truth recenzja okładka review coverKolejny to już raz okazuje się, że mam większe niż demo cojones, albo — jak pewnie powie sam wywołany — mam więcej czasu. Jak by nie było, kolejną perełkę orientalnego grania recenzuję ja. Z tym wszakże, że — podobnie jak w tym starym dowcipie radzieckim — nie perełkę a 'piątaka', nie orientalnego a do bólu szwajcarskiego (powoli zaczyna być to synonim bezpłciowości) i nie grania, tylko w miarę strawnego hałasowania. Czy nie można wziąć przykładu z Coronera, Samaela (choć może Uciekający muzycy mogą być na nich za młodzi) bądź Punisha? Nie da się nagrać czegoś naprawdę dobrego, czegoś co pozostanie w głowie dłużej niż do wybrzmienia ostatniego dźwięku? Odnoszę bowiem wrażenie, że takiego Eskeype’a to teraz jest wszędzie pod dostatkiem, wystarczy na dwie Afryki i cztery Haiti. Nie orientuję się przesadnie w tym nowoczesnym bagienku, ale coś mi się zdaje, że nagrywa się teraz takiego "nowoczesnego" metalu w chuj i jeszcze odrobinę, a efekt jest taki, jak już wspomniałem – płyta się kończy, a człowiek nie jest w stanie przypomnieć sobie choćby jednego utworu. O "Legacy Of Truth" nie mogę powiedzieć dwóch rzeczy – że jest źle zagrane i wyprodukowane. Ale chyba nie chodzi o to, by jedynymi atutami płyty były nie najgorsze umiejętności grajków oraz dobra, solidna realizacja. Zacznę od końca i ujmę to tak – nie wyobrażam sobie, by w dobie dziecinnie łatwego dostępu do profesjonalnego studia nagraniowego, realizacja mogła być na innym, niż dobrym, poziomie. Co się zaś tyczy grania, to mam na myśli przede wszystkim wychwytywalną łatwość posługiwania się sprzętem. Nie przekłada się to niestety na większą niż przeciętną jakość samych kompozycji. Jak to się mówi – na nic babie cycki duże, kiedy habit ma na skórze. Dobrze grać to trzeba mieć co, przede wszystkim. A tak się jakoś składa, że grania jest tu umiarkowanie, ot, kilka solówek, parę ciekawszych riffów, trochę młócki i tyle. Mówiąc krótko jest melodyjnie, ze sporą dawką skandynawskiej szkoły gitarowej, czasami folkowo – taki nowoczesny galimatias, raczej lekko i łatwo. A szkoda, bo pewna część pomysłów jest naprawdę dobra, zaś umiejętności — co już wspomniałem — zachęcają do lepszego ich zagospodarowania. Oj, sorki, przypomniałem sobie o jeszcze jednym plusie – wokalista nauczył się grać na skrzypcach i wykorzystuje to kilkukrotnie, co nawet się sprawdza. Tym niemniej, wrażenia po lekturze tego dość długiego krążka mam mieszane. Niby poprawnie, niby można posłuchać, ale pytanie ciśnie się takie: dlaczego akurat właśnie Eskeype’a? Jest mnóstwo kapel, które potrafią nowoczesne granie zrobić lepiej. Tyle.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.eskeype.ch
Udostępnij:

31 sierpnia 2011

HR Giger – ARH+ [2005]

HR Giger - ARH+ recenzjaWprawdzie ta książka nie ma nic wspólnego z muzyką, ale już widzę te niezdrowo zainteresowane gęby zwabione nazwiskiem i bezeceństwami na okładce. Przed wami bogato ilustrowana (nie mogło być inaczej!) autobiografia mistrza pogiętych piekielnych wizji, zdobywcy Oscara i miłośnika szelek – Hansa Rudolfa Gigera. Z tej dość krótkiej publikacji zadowoleni będą zarówno ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego o tym wybitnym artyście, bo Giger (albo po polskiemu: Gajger – jak ten od licznika promieniowania, hehe) nie szczędzi wspomnień i anegdot, jak i ci, którym zależy tylko na 'obrazkach', bo reprodukcji jego dzieł — obrazów (także w różnych stadiach powstawania), rzeźb, szkiców, itd. — jest tu od groma. Rozczarowanie natomiast spotka każdego, kto nastawia na jakieś sensacyjne studium przypadku, odkrywające przed światem dramatyczne początki zwichrowanej wyobraźni autora. Mały, a później młody Giger miał zupełnie dobre (a jak na połowę XX wieku to nawet doskonałe) warunki, by się swobodnie rozwijać w dowolnie wybranym przez siebie kierunku. Żadnych skandali, traumatycznych wydarzeń – po prostu nic. Nawet nie był porządnie bity. Jednak już jeden rzut oka na jego zdjęcia z dzieciństwa (te oczka – Damien z "Omena" się kłania) wystarcza, by zgadywać, że od najmłodszych lat Hans miał coś z deklem, co musiało wykiełkować na etapie narodzin, albo jeszcze wcześniej. Później w jego życiu pojawiały się elementy wyłącznie wzmacniające to odchylenie: gołe baby, jazz, Lovecraft, Dali, gołe baby... Dowiecie się także, jak niewiele trzeba, by człowiek oskarżany o promowanie pornografii dorobił się własnych tematycznych barów. Nie ma sensu, żebym zdradzał więcej, bo choć "ARH+" to lektura na jeden letni wieczór, to wraca się do niej wyjątkowo często.


demo
wydawca: www.tmc.com.pl
Udostępnij:

11 sierpnia 2011

Coroner – R.I.P. [1987]

Coroner - R.I.P. recenzja okładka review coverJeszcze do niedawna Szwajcarzy mogli się pochwalić, poza potwornie drogimi zegarkami dla snobów (Patek... fap, fap, fap), serem z dziurami od krów wypasających się na alpejskich stokach oraz turystyką eutanazyjną, zaledwie czterema poważnymi — tak pod względem muzyki, jak i rozpoznawalności — kapelami, a Coroner był oczywiście jedną z nich. Od niedawna kapel jest pięć, mam na myśli Punish, ale nie o nim dzisiaj będzie. A będzie o wspomnianych już Koronerach. Trochę przyszło wam na nich poczekać, ale kapela jest tego warta. Ujmę to tak: przekonanych przekonywać nie trzeba, bo muzykę Szwajcarów zdążyli już poznać i wiedzą, że z byle Vaderem nie mają do czynienia; tych zaś, którym po prawie ćwierćwieczu od pierwszego wydawnictwa nie dzwoni w żadnym kościele, serdecznie zapraszam, by się — dla dobra swojego i innych — publicznie wychłostali. Po tej lekcji pokory, pochłoną oni nauki ze zdwojoną prędkością i być może zrozumieją, jak bardzo w życiu byli w głębokiej dupie. Bo Coroner to jest marka jakich mało, teraz nawet mniej niż wtedy. Jak wiele kapel w tamtym okresie: Celtic Frost, Bathory, Venom, Running Wild czy Sodom — powiedzmy kapel szkoły Europejskiej — Koronerzy grają szybko (podpadając niekiedy pod speed), wokale mają lekko szorstkawe i charczące, gitary pędzą na złamanie karku, a całość podana jest na ostro – w punkowo-trupiej polewce. W przeciwieństwie jednak do wyżej wymienionych, muzycy Coronera umieją wycisnąć ze sprzętu coś więcej niż tylko brzęczenie i dudnienie. Mówiąc krótko – umieją grać. Słychać to od samego początku i trwa to jeszcze długo po zakończeniu ostatniego kawałka. Gitarowe riffy, choć utrzymane w speedowych klimatach, mają w sobie sporą dozę wirtuozerii i niebanalności. Także perkman wybija się ponad utrwalone i oklepane schematy, co i rusz zaskakując słuchacza zmianą tempa, pojawiającą się z partyzanta galopadą, tudzież zgrabnym pasażem. Ale największym cacuszkiem, elementem, który stanowi o jakości płyty, są solówki. Jest ich w chuj, średnio jedna nowa w miejsce starej – kończącej się. Tak się wtedy nie grało, bo niewielu umiało pociągnąć wymagające wielkiej maestrii i wyczucia solowanie; zresztą także i dzisiaj wiele takich kapel nie ma, a te, co są, na palcach jednej ręki wieloletni pracownik tartaku byłby w stanie policzyć. Przejdę teraz błyskawicznie do podsumowania i powiem, co mam powiedzieć, prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, dokładnie między oczy – nie ma słabych utworów, są tylko bardzo dobre, fantastyczne i orgazmiczne. Ocena więc może być tylko jedna – album znakomity ocierający się o wybitny.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.coroner-reunion.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

2 sierpnia 2011

Voice Of Ruin – Voice Of Ruin [2011]

Voice Of Ruin - Voice Of Ruin recenzja okładka review coverPrzeczytałem niedawno na jakimś forum ciekawą myśl. Otóż jeden z dyskutantów stwierdził, że groove metal — a taką muzę ma niby pogrywać bohater dnia – Voice of Ruin — to najgorszy gatunek metalu jaki wymyślono. Na pytanie czemu od razu najgorszy, ze spokojem skonstatował, że przez groove powstały takie gatunki jak: metalcore, deathcore oraz nu metal. Nie wiem, ile koleżka ma lat, ale na browara zasłużył. I o co tyle hałasu, zapytacie. I właśnie o ten hałas się rozbija, bo jak dla mnie Voice of Ruin to nic innego jak "trzy akordy, darcie mordy". Walczę z tym ustrojstwem od jakiegoś czasu i z przykrością muszę stwierdzić, że mnie takie cusik nie przekonuje. Ja wiem, że to nie zawsze o fikuśne kompozycje chodzi, że jest coś więcej niż techniczne połamańce, ale na litość – tak zaserwowana muzyka nie ma w sobie niczego wartościowego. Ani w niej polotu, ani wizjonerstwa, ani frajdy ze słuchania. Bolesna prawda jest taka, że muzyka pokroju Voice of Ruin nie uszczęśliwi nikogo poza nimi samymi, ich wspierającymi rodzicami i naiwnemu producentowi, który utopiwszy w nich parę euro, musi się głupkowato uśmiechać i robić dobrą minę do złej gry. Dosłownie. Przez dokładnie 35 minut dzieję się niewiele, żeby nie powiedzieć mało. Średnie tempa, kawałki proste jak konstrukcja cepa, nowoczesne brzmienie – wspaniały przepis na nowoczesną kupę byle czego. Oczywiście żadnej solówki, a jedyne urozmaicenia, to — raczej kretyński — dialog z końca ósmego utworu oraz porządniejsze wokale, które pojawiają się dwukrotnie, w kawałku szóstym i dziewiątym. Czyli niezbyt nachalnie. Jak więc widać, na nadmiar atrakcji nie można narzekać. Jak już wspomniałem, wokalnie jest nowocześnie, ergo słabo. Podobnie dobrze jest z instrumentarium – gitary mocno przestrojone w dół, a gary równie wielopoziomowe jak intelekt mewy. Mówiąc bardziej obrazowo – bida aż piszczy. Choć nie, nie jest tak tragicznie – przypomniałem sobie o kilku a'la grindowych patentach: świńskie wokale i brutalna młócka. A propos brutalności, inne źródła podają, że Voice of Ruin to brutalny metal. Chyba dla przedszkolaka, ewentualnie..., nie tylko dla przedszkolaka. Jedyne, co podbija wartość albumu, to łatwość wejścia/wyjścia oraz, wspomniane już, średnie tempa. Aż boję się pomyśleć, co by było, gdyby zamiast tych kilku lepszych, bo klasycznie thrashowych kawałków wstawiono, zamieszkującą po sąsiedzku, nijaką papkę. Ok, produkcja jest ok – punkt w górę. W takim tempie niebawem dobijemy do 5, a tak 4.


ocena: 4/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/voiceofruin
Udostępnij:

23 lipca 2011

Lost Sphere Project – Third Level To Internal Failure [2011]

Lost Sphere Project - Third Level To Internal Failure recenzja okładka review coverO Lost Sphere Project posiadam całe zatrzęsienie informacji. Jest ich pięciu, pochodzą ze Szwajcarii, wymiatają wściekle agresywny hard core’owy grind, a "Third Level To Internal Failure" to ich druga pełna płyta. No i niewykluczone, że w wolnym czasie spekulują kursem franka, albo obsługują lewe konta członków SLD średnio-starszego pokolenia. Tyle faktów i domysłów. Podkurwieni Szwajcarzy stworzyli, jak na taką muzykę, materiał dość nowoczesny, bo z klasycznym podejściem do gatunku łączy ich jedynie idea napierdalania na całego bez oglądania się na boki. Za to poziom intensywności i użyte środki są już zdecydowanie współczesne. Nie, nie jest to żadna hybryda ani bezmyślna 'radykalna' techniawa. Lost Sphere Project, by nawywijać ile tylko można, korzystają przede wszystkim z własnych kończyn i wpompowanej w żyły adrenaliny. Piszę przede wszystkim, bo po epickim 'Vaginal Excavation' dostajemy zupełnie niepotrzebny remix zmajstrowany przez jakiegoś, pewnie wybitnie sławnego i uzdolnionego, didżeja. Wszystkie pozostałe kawałki są zagrane normalnie, co nie oznacza, że każdy będzie w stanie przy nich wytrzymać. "Third Level To Internal Failure" jest gęsta od skompresowanych, zakręconych gitar, wykrzyczanych wokali, hard core’owo pracującej sekcji (zmiany tempa i te sprawy, starym Mastodonem też zaleci) i wybuchów furiackiego blastowania, a przez to wydaje się nieco dłuższa niż w rzeczywistości (a trwa prawie 25 minut). Rozumiem, że kolesiom nie zależy na słodzeniu i produkowaniu hitów, tylko wywaleniu flaków na drugą stronę, ale nic by nie zaszkodziło, gdyby te flaki były przewalane za sprawą nieco bardziej zindywidualizowanych kawałków. Jeśli tylko szukacie w gatunku czegoś bardziej ambitnego niż np. Rotten Sound, ale wciąż utrzymanego na wysokim poziomie ekstremalności, to nic nie stoi na przeszkodzie, byście sprawdzili waśnie Lost Sphere Project. A nóż-widelec się spodoba, choć nie gwarantuję, że powali na kolana.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/lspchaos
Udostępnij:

11 czerwca 2011

Punish – Raptus [2009]

Punish - Raptus recenzja okładka review coverOdnoszę wrażenie, że młode kapele ze Szwajcarii nie chcą albo nie robią nic, żeby wyjść z cienia garstki tamtejszych klasyków w postaci Hellhammer/Celtic Frost, Coroner, Samael czy Messiah. A może nie mają nic do zaoferowania i dlatego pokornie siedzą cicho? Bo tak na dobrą sprawę, z iloma szwajcarskimi odkryciami mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich, powiedzmy, 10 lat? Były choć dwa wyrastające ponad średnią europejską? Mnie przychodzi do głowy jedynie Requiem, ale ich też nie rozpatrywałbym w kategoriach sensacji. Parający się technicznym death metalem Punish jak dotąd niczym nie zabłysnął. Ba!, nic nie wskazuje, żeby to się miało kiedyś zmienić, choć akurat napierają bardzo dobrze, w porywach nawet zajebiście i mogą pochwalić się  wyjątkowo lekkostrawną płytą. "Raptus" to dość długi (45 minut) materiał czerpiący z całej masy grających 'po nowemu' brutalistów — od Necrophagist, przez Prostitute Disfigurement po Dying Fetus — a więc okazji do wyłożenia się na pysk i pogrążenia w schematach tu nie brakowało. Jednak nie tym razem! Punish wprawdzie niczego nowego nie wymyślili, ale mają tę przewagę nad chmarami podobnych (z założenia) kapel, że obok technicznej biegłości zawarli w swych kawałkach multum wyrazistych patentów, od groma chwytliwości, a całość zagrali z młodzieńczą — choć najmłodsi z pewnością już nie są — werwą. Świeżość tego albumu naprawdę zaskakuje, bo przy tych zagęszczonych instrumentalnych wygibasach i dużej ilości melodii nic a nic nie zatraciła się pierwotna gwałtowność muzyki. "Raptus" to kipiący agresją napierdol – w jakiś dziwnie poukładany sposób dziki, jakby nie do końca kontrolowany, a mimo to wewnętrznie niezwykle spójny i zdyscyplinowany. Słucha mi się tego wybornie, bo krążek zaspokaja jednocześnie potrzeby estetyczne oraz żądzę brutalnej jatki, jak również niesie ze sobą mnóstwo ożywczej energii. Ta ostatnia cecha każe przypuszczać, że chłopaki grają na luzie i z przyjemnością. Każdy numer czymś się wyróżnia, posiada indywidualny rys, dzięki czemu nie sposób go pomylić z pozostałymi, a to w graniu o takim współczynniku intensywności niemałe osiągnięcie i powód do dumy. Jeśli jednak macie do mnie mniej zaufania niż do lokalnego biskupa i pani z warzywniaka, sprawdźcie koniecznie 'Bonefire', 'Herder Of The Misguided', 'Subnatural Coexistence' i instrumentalny 'Disruptor', a natychmiast zachce się wam zapoznać z pozostałymi sześcioma. Jak to mawiają w reklamach – satysfakcja gwarantowana!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.punish.ch

podobne płyty:

Udostępnij:

29 grudnia 2010

Samael – Eternal [1999]

Samael - Eternal recenzja okładka review coverJak już zdążyliście poznać po ocenie, "Eternal" to dla mnie znakomity krążek. Przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem 'luzem' kilka kawałków z tej płyty, byłem nimi ogromnie rozczarowany (z wyjątkiem genialnego 'The Cross', bo ten akurat chyba podoba się każdemu). Ale... no właśnie – gdy zapoznałem się z całością, to zwyczajnie nie mogłem wyjść z zachwytu. Ta płyta rajcuje mnie nadal i pewnie będzie tak długo, bo wiem, że "Eternal" na pewno będzie wieczny, gdyż przemawia do słuchacza (a przynajmniej do mnie) bogatą warstwą muzyczną oraz potężnym ładunkiem przeróżnych emocji zawartych w tekstach. Muzyka Szwajcarów na przestrzeni lat stopniowo ewoluowała, przeobrażała się, lecz za każdym razem była czymś wyjątkowym, nowym, nie do podrobienia (nawet dla Alastis he, he...). Tylko ostatnimi laty ta wyjątkowość wyraźnie im siadła, przekształcając się w... hmm, jakieś nieskoordynowane cuś. Ale kij z tym, pozostaje wszak "Eternal" – wizja sztuki bardzo odważnej, progresywnej, nie uciekającej od nietypowych rozwiązań, powalająca różnorodnością brzmienia i niebanalnymi aranżacjami; sztuki, która nie zamyka się na jeden tylko gatunek i grupę odbiorców; sztuki, która wyrywa się próbom zaszufladkowania i jednoznacznego określenia. Dźwięki stworzone przez Xy’a przepełnione są niebanalną elektroniką, dla której gitary — chociaż świetne (jest nawet coś na kształt solówki w 'Supra Karma'!) — pełnią rolę uzupełniającą. Dla niektórych owa 'nowoczesność' może być nie do przyjęcia, ale zaręczam, że warto się przemóc i posłuchać. Człowiek w swoim intymnym wszechświecie i jako galaktyczny pył, dokonywanie istotnych wyborów w życiu, moc przyjaźni i prawdziwe partnerstwo, cenne zaufanie, przemijanie, religia prowadząca do niezrozumienia i cierpienia... to tylko część bogatej zawartości lirycznej albumu — dzieła Vorph’a — która została fantastyczne zaśpiewana. Zresztą, nietrudno dostrzec, że to właśnie bogactwo charakteryzuje tą płytę, stanowi słowo-klucz do jej zawartości. "Eternal" to obezwładniający krążek. Wieczność stoi przed wami otworem...


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 marca 2010

Samael – Above [2009]

Samael - Above recenzja okładka review coverWięc jaki w końcu jest ten Samael '09? W sumie jedyne, co można z pełnym przekonaniem powiedzieć, to to, że jest inny; inny niż dwa (trzy) ostatnie, elektroniczne albumy, ale też inny niż dzieła powstałe w pierwszej połowie lat 90tych. Niestety cholernie trudno stwierdzić, czy jest albumem dobrym. Oczywiście wszystkie zapowiedzi prasowe i zwiastuny dotyczące najnowszej płyty można głęboko w dupę wsadzić (i się cieszyć, że nie swoją), choć sam muszę przyznać, że pierwszy słyszany przeze mnie kawałek z "Above" zatytułowany "Under One Flag" rokował bardzo dobrze. Niestety, z biegiem czasu pierwsza postawiona diagnoza okazała się, delikatnie mówiąc, chybiona. Nie mogę powiedzieć, bym się kompletnie rozczarował, ale wszystko wskazywało na coś innego. Wiele się mówiło o powrocie do korzeni, o zejściu z dyskotekowatego kursu obranego gdzieś po "Eternal", o zbrutalizowaniu muzyki. I jak to zwykle bywa – na mówieniu (w dużej mierze) się skończyło. Faktem jest, że dyskoteki jakby mniej (choć słów kilka jeszcze dodam w tej kwestii), faktem jest także, że jest agresywniej, ale jakoś tego głoszonego powrotu do źródeł nie zanotowałem. Jak tak sobie podsłuchuję kawałków z "Ceremony...", "Blood..." czy nawet "Passage" to z "Above" mają raczej niewiele wspólnego. Najnowszy Samael stoi agresją, ale taką, która przypomina nabuzowanego dresa spod remizy – nie jest to agresja naturalna, wynikająca z samej istoty rzeczy, z natury, jest ona raczej wynikiem dwóch speedów przepitych bronkiem. Jak słusznie zauważył demo – od kiedy Samael napierdala na dwie stopy jak album długi i szeroki? Chyba nie ma kawałka, który by miał inną konstrukcję, wszystko leci tak samo – podkręcony automat i hurrra. Niestety przypomina to wszystko techno, choć żeby nie było – hard techno, czyli muza dla prawdziwych twardzieli. Gdzie ta szorstkość, ta słyszalna w każdym dźwięku nienawiść i zło, gdzie tamten budzący grozę klimat? Tego na "Above" raczej nie znajdziecie. Z drugiej strony jednak, nie ma tego całego elektronicznego umcykowania, szczekania i pitolenia. I całe szczęście. Wydaje się jednak, że w całym tym uagresywnianiu i brutalizowaniu zapomnieli się i poszli za daleko, zapominając o takich elementach jak atmosfera czy nastrój. Koszt, który przyszło im zapłacić jest moim zdaniem bardzo wysoki, bo nie ma tu wiele z Samaela, którego znam. Nowa jakość w wydaniu Szwajcarów. Nadal jednak pytanie z początku tekstu pozostaje otwarte. Nie mogę jednak nie ocenić "Above" tylko dlatego, że wytycza zupełnie nowy kierunek w dorobku zespołu i jest dla niego czymś nietypowym. Postaram się więc go ocenić przez pryzmat samej muzyki, bez patrzenia na całą stronę okołomuzyczną. Album w dużym stopniu składa się z podwójnej stopy, o czym już wspomniałem, charakterystycznych wokali Vorpha, które na szczęście nie uległy (zbytniej) zmianie, pobrzmiewających w tle klawiszy Xy oraz całkiem niezłych, to znaczy szybkich, surowych a jednocześnie melodyjnych, gitar. To trzeba przyznać – brzmią cacanie i pasują do całości. I to chyba tyle – tych kilka słów całkiem wyczerpująco przedstawia "Above". Trochę to smutne, ale tak właśnie jest. Mimo wszystko jest kilka lepszych momentów, ot choćby "Illumination", wspomniany "Under One Flag" czy "Dark Side". Choć tak na prawdę wszystkie są do siebie podobne, z wyjątkiem wejść do poszczególnych numerów. Nawet znudzić się nie zdążymy, bo wszystkiego raptem 39 minut.


ocena: 6,5/10
deaf
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Samael – Passage [1996]

Samael - Passage recenzja okładka review coverSamael at its best. W pół drogi pomiędzy surowym początkiem, a elektronicznym końcem. Choć z tego, co słyszałem, to najnowszym albumem wracają do korzeni, a przynajmniej do czegoś bardziej black niż industrial. Czwarty longplej w wykonaniu Szwajcarów po prostu powala monumentalnością. Jest tu wszystko, czego miłośnicy niesztampowego blacku mogą chcieć. Muzyka, dużo dojrzalsza niż na poprzednich wydawnictwach, wciąż niesie ze sobą sporo emocji i wyrafinowanej agresji. Wygląda też na to, że po okresie Sturm und Drang chłopaki trochę się uspokoili i już nie chcą zawzywać papci szatana w każdym kawałku. Przekłada się to na teksty, których tematyka oscyluje teraz wokół odkrywania samego siebie, mistycznych podróży i poszukiwań. Co więcej, teksty są bardziej liryczne, przez co słucha się ich z prawdziwą przyjemnością. Posłuchajcie sobie "My Saviour" albo "Moonskin", który jest, tak swoją drogą, naprawdę ujmującą balladą. Niosą także ze sobą jakieś treści – opisują przeżycia i doświadczenia targanego niepewnościami człowieka, który poszukuje prawdy. Człowieka, który staje się centrum. Jest więc nieźle, choć do prawdziwego mistycyzmu jeszcze temu daleko. Powracając jednak do muzyki. Jak już wspomniałem, muzycznie album jest rozwinięciem poprzednich, z tą różnicą, że elektronika odgrywa tu większą rolę, a w takim na przykład "Jupiterian Vibe" pojawiają się nawet jakieś plemienne bębenki. Jednak nie o bębenki tu chodzi, tylko o majestatyczne klawisze i sample, które sprawiają, że muzyka nabiera niespotykanego rozmachu i kosmicznego wymiaru. Posłuchajcie choćby "Chosen Rece". Drugą poważną różnicą jest zrezygnowanie z pełnoetatowego perkusisty, którego obowiązki przejął zaprogramowany przez Xy automat. Nie wydaje się wszelako, by była to jakaś horrendalna strata, choć pewnie żywy by nie zaszkodził. Chyba jednak jakieś rodzinne biznesy wzięły górę. Bardzo rdzawo i nieczysto, dosłownie i w przenośni, brzmiące gitary dodają muzyce wspomnianej zadziorności i zajadłości. Riffy są jednocześnie szorstkie i melodyjne, szarpane i pełne gracji – oksymoron jak: mądra blondynka. I pomimo rzeczonego wyjścia z mroku, ich brzmienie nadal zdaje się płynąć prosto z otchłani. Ach, te tremolo! Na koniec nie można nie wspomnieć o wokalach. Absolutne mistrzostwo – tak najkrócej można nazwać poczynania Vorpha. Barwa i niepowtarzalna ekspresja po prostu powalają i zamiatają, a charakterystyczny akcent dopełnia obrazu zniszczenia. Magia, czarna magia. Tak naprawdę, chyba nie ma się do czego przyczepić, bo i po co? Trochę może tych żywych garów brak, a i bas niekiedy gdzieś umyka, ale przy takiej zjawiskowości tego albumu to doprawdy pikuś. Więc nie ma co czekać, tylko zapierdalać do sklepików i kupować; o ile jeszcze nie macie.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: