facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty

5 listopada 2017

Samael – Hegemony [2017]

Samael - Hegemony recenzja okładka review cover
Dwa przypadki to dość skromny materiał, by na jego podstawie tworzyć jakąś prawidłowość, ale skoro oba bez naciągania faktów pasują mi do teorii, to niech i tak będzie. W przypadku Samael owa prawidłowość wygląda następująco: po dłuższych przerwach Szwajcarzy nagrywają albumy nie urywające dupy. Tak było z "Reign Of Light", tak jest również z "Hegemony". Wstyd to przyznać, ale od lat podchodzę do nowych płyt tego zespołu jak do produkcji pop – mianowicie interesuje mnie, czy są na nich jakieś fajne piosenki i czy jest ich dużo. Przy okazji tego krążka odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi – owszem, zaś na drugie – niespecjalnie. Tak na dobrą sprawę z pięćdziesięciominutowego — swoją drogą to już odrobinę za długo — materiału w pamięć najbardziej zapada 'Helter Skelter', co jest zresztą zrozumiałe – wszak McCartney i Lennon w pisaniu hitów nie mieli sobie równych, a akurat w tym kawałku ponoć dali podwaliny dla metalu.

3 maja 2015

Defaced – Forging The Sanctuary [2015]

Defaced - Forging The Sanctuary recenzja okładka review cover
Jak już pewnie zdążyliście (nie)zauważyć, Szwajcarzy nie narobili wielkiego szumu za sprawą debiutanckiego "On The Frontline". Takie życie. Powiedzmy sobie jednak szczerze – niczego nadzwyczajnego tam nie było, ot w miarę solidna, choć nieco nieskładna, płyta bez specjalnych przebłysków. Z wydanym niedawno "Forging The Sanctuary" Defaced również nie zawojują podziemnego świata, ale akurat tego krążka żaden maniak tradycyjnie potraktowanego, bezlitosnego death metalu nie powinien przegapić. Z jednej strony jest to granie boleśnie wtórne, fanatycznie nieoryginalne i pozbawione jakichkolwiek innowacyjnych elementów, a z drugiej trudno odmówić mu autentyczności, a zespołowi sprawności w lepieniu cudzych patentów, odczuwalnego zaangażowania i radochy płynącej z dokonywania takiej masakry.

26 października 2013

Coroner – Punishment For Decadence [1988]

Coroner - Punishment For Decadence recenzja okładka review cover
Aż strach zabierać się za klasyków, żeby się nie okazało, że się zreaktywowali i mają ochotę nagrać nowy krążek. Po, dajmy na to, dwudziestu latach poza obiegiem. Nie inaczej jest w przypadku szwajcarskiego trio Coroner, które ostatniego długograja wydało dokładnie dwie dekady temu, a które od jakichś trzech lat ostro koncertuje i nie mówi "nie" ewentualnym nowym wydawnictwom. Jak to jednak mawiali starożytni rzymianie "pecunia non olet", więc tłumaczyć więcej chyba nie trzeba. Nim jednak będę miał powód, by powkurwiać się sprawiedliwie na kolejny obrócony wniwecz wizerunek i kolejną rozmienioną na drobne legendą, pozwolę sobie ukraść nieco waszego czasu na coś, co przyczynkiem do tej legendy było. A mianowicie drugi album muzyków, zatytułowany "Punishment for Decadence". Trzeba od razu przyznać, że — jak na zaledwie rok różnicy między wydawnictwami — album jest dość wyraźnie różny od debiutu.

17 lutego 2013

Vuyvr – Eiskalt [2013]

Vuyvr - Eiskalt recenzja okładka review cover
Vuyvr to głupio nazwany blackowy zespół lub projekt paru kolesi z kilku zupełnie mi nieznanych szwajcarskich kapel (Knut, Elizabeth, Impure Wilhelmina – same sławy, czyż nie?) oraz kogoś z niestety już znanego mi Rorcal. Ta ostatnia nazwa wystarczyła, żebym nie chciał tknąć "Eiskalt" patykiem nawet w hutniczych rękawicach. Mimo wszystko odpaliłem ten album, wiedziony jakąś samobójczą ciekawością, jak koszmarnie gówniane to może być. Dzięki takiemu irracjonalnemu zachowaniu mam pierwsze w tym roku pozytywne zaskoczenie, bo "Eiskalt" skutecznie przykuwa do głośników przynajmniej na kilkadziesiąt przesłuchań i przez cały ten czas utrzymuje uwagę odbiorcy. Vuyvr grają ten swój black na nowoczesną modłę (ktoś to pewnie zaraz nazwie post-blackiem), co oznacza brak klawiszowych zmiękczeń, piszczących wokalistek i bombastycznej produkcji,

2 października 2012

Samael – Lux Mundi [2011]

Samael - Lux Mundi recenzja okładka review cover
Czy nie można było tak od razu?! Czy naprawdę potrzebowali kilku lat, żeby dotarło do nich, w czym są najlepsi? Niepojęte! Otwierający płytę 'Luxferre' to fenomenalne uderzenie na miarę kapitalnych 'Rain' i 'Year Zero', z tym że jest jeszcze bardziej dynamiczny i przebojowy. Porywa od pierwszych taktów, miażdży super chwytliwym refrenem i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Rewelacja! Gdyby cały album był utrzymany na takim poziomie, to bez wahania okrzyknąłbym go najlepszym w historii zespołu, a poniżej wklepał mocne 10 i kategoryczny nakaz kupienia go za wszelką cenę. Tak dobrze jednak nie ma — choć i tak jest bardzo dobrze — i w większości pozostałych utworów Szwajcarzy korzystają z patentów, które sprawdziły się m.in. na "Reign Of Light" i "Solar Soul". Sprawdziły się i tutaj, bo podniosłe, wolne i bardzo klimatyczne utwory w typie 'For A Thousand Years', 'Mother Night', 'Pagan Trance' to przecież esencja ich stylu (a pisząc to mam na myśli oczywiście czwartą i piątą płytę) i znudzić się nimi nie sposób.

23 lutego 2012

Rorcal – Rorcal & Solar Flare [2011]

Rorcal - Rorcal & Solar Flare recenzja okładka review cover
Na skali ocen 0 mamy opisane tylko jako "nie-muzyka", a powinno być jeszcze "najprawdopodobniej ambient". Wspominam o tym ze względu na pierwszą część tego chyba-splitu. O Solar Flare nie wiem absolutnie nic, poza tym, że określają to jako zespół – a czy to ma jakiś skład, historię, wcześniejsze dokonania i czy w ogóle stoją za tym ludzie – to już zagadka dla Rutkowskiego i jego speców. Działalność tego czegoś (Solar Flare, nie Rutkowskiego, hehe) uwieczniona na tym nieskładnym materiale polega na wydawaniu co jakiś czas... hmm, odgłosów za pomocą gitary albo basu oraz okazjonalnym mamrotaniu czegoś pod nosem (jeśli dobrze zrozumiałem koncept, są to mroczniaste wiersze tak wybitnie diabelskiego poety, że strach się bać). Takich, wybaczcie nadużycie, kawałków jest aż pięć, co więcej – ktoś, zapewne dla jaj, ponadawał im tytuły.

17 lutego 2012

Yog – Half The Sky [2011]

Yog - Half The Sky recenzja okładka review cover
Jak na ponad dekadę grania, szwajcarski Yog nie może się poszczycić wieloma sukcesami. Eee... jakimikolwiek sukcesami. Opisywany krążek to dopiero ich drugi pełny album, o poprzednim — "Years Of Nowhere" z 2007 — w Polsce słyszały może ze trzy osoby, a i to pewnie przypadkiem, lewym uchem i przez ścianę. "Half The Sky", o czym jestem przekonany, dużo większej popularności im nie przysporzy, choć akurat mogłoby być inaczej, bo to kawałek dobrze brzmiącego (ostro i ciężko) i z wyczuciem zagranego hałasu a’la rozmaite świry z Relapse. To skrajnie działająca na układ nerwowy mieszanka histerycznego hard core z nowoczesnym grindem i paroma technicznymi pojebaństwami, w której ciągle coś się dzieje. Notoryczne zmiany tempa, łamanie rytmów, męcząca schizofrenicznymi riffami gitara, dysonansowe rozjazdy, totalne wahania nastroju i wściekle drący mordę wokalista – tak to się mniej więcej prezentuje.

11 grudnia 2011

Make Me A Donut – Make Me A Donut [2011]

Make Me A Donut - Make Me A Donut recenzja okładka review cover
Deaf jakiś czas temu chwalił się rozmiarem swoich cojones, to i ja błysnę heroizmem w trosce o dobro ludzkości. Otóż przesłuchałem "Make Me A Donut" pełne dwa razy, bezpowrotnie marnując w ten przykry sposób nieco ponad pół godziny życia. Ja zmarnowałem, ale wy już nie musicie, albowiem spieszę z ważną informacją: Make Me A Donut to syf. Wydawca określa coś takiego mianem 'party-core'. Jedno jest pewne – na imprezę z takim czymś w roli muzyki nigdy bym nie poszedł. Rzeczone 'takie coś', to po mojemu niestrawny miks techno (a w każdym razie gównianej elektroniki) z odrobinkę 'podcore’owanym' nowoczesnym, melodyjnym szwedzkim death metalem i hip-hopem. Skoczne rytmy, plumkające klawisze, toporne (a przy tym niezbyt czytelne) riffy i irytujące gimnazjalną pretensjonalnością wokale – oto obraz niespójnej i nieatrakcyjnej muzyki Szwajcarów.

8 listopada 2011

Eskeype – Legacy Of Truth [2010]

Eskeype - Legacy Of Truth recenzja okładka review cover
Kolejny to już raz okazuje się, że mam większe niż demo cojones, albo — jak pewnie powie sam wywołany — mam więcej czasu. Jak by nie było, kolejną perełkę orientalnego grania recenzuję ja. Z tym wszakże, że — podobnie jak w tym starym dowcipie radzieckim — nie perełkę a 'piątaka', nie orientalnego a do bólu szwajcarskiego (powoli zaczyna być to synonim bezpłciowości) i nie grania, tylko w miarę strawnego hałasowania. Czy nie można wziąć przykładu z Coronera, Samaela (choć może Uciekający muzycy mogą być na nich za młodzi) bądź Punisha? Nie da się nagrać czegoś naprawdę dobrego, czegoś co pozostanie w głowie dłużej niż do wybrzmienia ostatniego dźwięku? Odnoszę bowiem wrażenie, że takiego Eskeype’a to teraz jest wszędzie pod dostatkiem, wystarczy na dwie Afryki i cztery Haiti. Nie orientuję się przesadnie w tym nowoczesnym bagienku, ale coś mi się zdaje, że nagrywa się teraz takiego "nowoczesnego" metalu w chuj i jeszcze odrobinę,

31 sierpnia 2011

HR Giger – ARH+ [2005]

HR Giger - ARH+ recenzja
Wprawdzie ta książka nie ma nic wspólnego z muzyką, ale już widzę te niezdrowo zainteresowane gęby zwabione nazwiskiem i bezeceństwami na okładce. Przed wami bogato ilustrowana (nie mogło być inaczej!) autobiografia mistrza pogiętych piekielnych wizji, zdobywcy Oscara i miłośnika szelek – Hansa Rudolfa Gigera. Z tej dość krótkiej publikacji zadowoleni będą zarówno ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego o tym wybitnym artyście, bo Giger (albo po polskiemu: Gajger – jak ten od licznika promieniowania, hehe) nie szczędzi wspomnień i anegdot, jak i ci, którym zależy tylko na 'obrazkach', bo reprodukcji jego dzieł — obrazów (także w różnych stadiach powstawania), rzeźb, szkiców, itd. — jest tu od groma. Rozczarowanie natomiast spotka każdego, kto nastawia na jakieś sensacyjne studium przypadku, odkrywające przed światem dramatyczne początki zwichrowanej wyobraźni autora.

11 sierpnia 2011

Coroner – R.I.P. [1987]

Coroner - R.I.P. recenzja okładka review cover
Jeszcze do niedawna Szwajcarzy mogli się pochwalić, poza potwornie drogimi zegarkami dla snobów (Patek... fap, fap, fap), serem z dziurami od krów wypasających się na alpejskich stokach oraz turystyką eutanazyjną, zaledwie czterema poważnymi — tak pod względem muzyki, jak i rozpoznawalności — kapelami, a Coroner był oczywiście jedną z nich. Od niedawna kapel jest pięć, mam na myśli Punish, ale nie o nim dzisiaj będzie. A będzie o wspomnianych już Koronerach. Trochę przyszło wam na nich poczekać, ale kapela jest tego warta. Ujmę to tak: przekonanych przekonywać nie trzeba, bo muzykę Szwajcarów zdążyli już poznać i wiedzą, że z byle Vaderem nie mają do czynienia; tych zaś, którym po prawie ćwierćwieczu od pierwszego wydawnictwa nie dzwoni w żadnym kościele, serdecznie zapraszam, by się — dla dobra swojego i innych — publicznie wychłostali.

2 sierpnia 2011

Voice Of Ruin – Voice Of Ruin [2011]

Voice Of Ruin - Voice Of Ruin recenzja okładka review cover
Przeczytałem niedawno na jakimś forum ciekawą myśl. Otóż jeden z dyskutantów stwierdził, że groove metal — a taką muzę ma niby pogrywać bohater dnia – Voice of Ruin — to najgorszy gatunek metalu jaki wymyślono. Na pytanie czemu od razu najgorszy, ze spokojem skonstatował, że przez groove powstały takie gatunki jak: metalcore, deathcore oraz nu metal. Nie wiem, ile koleżka ma lat, ale na browara zasłużył. I o co tyle hałasu, zapytacie. I właśnie o ten hałas się rozbija, bo jak dla mnie Voice of Ruin to nic innego jak "trzy akordy, darcie mordy". Walczę z tym ustrojstwem od jakiegoś czasu i z przykrością muszę stwierdzić, że mnie takie cusik nie przekonuje. Ja wiem, że to nie zawsze o fikuśne kompozycje chodzi, że jest coś więcej niż techniczne połamańce, ale na litość – tak zaserwowana muzyka nie ma w sobie niczego wartościowego.

23 lipca 2011

Lost Sphere Project – Third Level To Internal Failure [2011]

Lost Sphere Project - Third Level To Internal Failure recenzja okładka review cover
O Lost Sphere Project posiadam całe zatrzęsienie informacji. Jest ich pięciu, pochodzą ze Szwajcarii, wymiatają wściekle agresywny hard core’owy grind, a "Third Level To Internal Failure" to ich druga pełna płyta. No i niewykluczone, że w wolnym czasie spekulują kursem franka, albo obsługują lewe konta członków SLD średnio-starszego pokolenia. Tyle faktów i domysłów. Podkurwieni Szwajcarzy stworzyli, jak na taką muzykę, materiał dość nowoczesny, bo z klasycznym podejściem do gatunku łączy ich jedynie idea napierdalania na całego bez oglądania się na boki. Za to poziom intensywności i użyte środki są już zdecydowanie współczesne. Nie, nie jest to żadna hybryda ani bezmyślna 'radykalna' techniawa. Lost Sphere Project, by nawywijać ile tylko można, korzystają przede wszystkim z własnych kończyn i wpompowanej w żyły adrenaliny.

11 czerwca 2011

Punish – Raptus [2009]

Punish - Raptus recenzja okładka review cover
Odnoszę wrażenie, że młode kapele ze Szwajcarii nie chcą albo nie robią nic, żeby wyjść z cienia garstki tamtejszych klasyków w postaci Hellhammer/Celtic Frost, Coroner, Samael czy Messiah. A może nie mają nic do zaoferowania i dlatego pokornie siedzą cicho? Bo tak na dobrą sprawę, z iloma szwajcarskimi odkryciami mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich, powiedzmy, 10 lat? Były choć dwa wyrastające ponad średnią europejską? Mnie przychodzi do głowy jedynie Requiem, ale ich też nie rozpatrywałbym w kategoriach sensacji. Parający się technicznym death metalem Punish jak dotąd niczym nie zabłysnął. Ba!, nic nie wskazuje, żeby to się miało kiedyś zmienić, choć akurat napierają bardzo dobrze, w porywach nawet zajebiście i mogą pochwalić się  wyjątkowo lekkostrawną płytą. "Raptus" to dość długi (45 minut) materiał czerpiący z całej masy grających 'po nowemu' brutalistów — od Necrophagist, przez Prostitute Disfigurement po Dying Fetus — a więc okazji do wyłożenia się na pysk i pogrążenia w schematach tu nie brakowało.

29 grudnia 2010

Samael – Eternal [1999]

Samael - Eternal recenzja okładka review cover
Jak już zdążyliście poznać po ocenie, "Eternal" to dla mnie znakomity krążek. Przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem 'luzem' kilka kawałków z tej płyty, byłem nimi ogromnie rozczarowany (z wyjątkiem genialnego 'The Cross', bo ten akurat chyba podoba się każdemu). Ale... no właśnie – gdy zapoznałem się z całością, to zwyczajnie nie mogłem wyjść z zachwytu. Ta płyta rajcuje mnie nadal i pewnie będzie tak długo, bo wiem, że "Eternal" na pewno będzie wieczny, gdyż przemawia do słuchacza (a przynajmniej do mnie) bogatą warstwą muzyczną oraz potężnym ładunkiem przeróżnych emocji zawartych w tekstach. Muzyka Szwajcarów na przestrzeni lat stopniowo ewoluowała, przeobrażała się, lecz za każdym razem była czymś wyjątkowym, nowym, nie do podrobienia (nawet dla Alastis he, he...). Tylko ostatnimi laty ta wyjątkowość wyraźnie im siadła, przekształcając się w... hmm, jakieś nieskoordynowane cuś.

23 marca 2010

Samael – Above [2009]

Samael - Above recenzja okładka review cover
Więc jaki w końcu jest ten Samael '09? W sumie jedyne, co można z pełnym przekonaniem powiedzieć, to to, że jest inny; inny niż dwa (trzy) ostatnie, elektroniczne albumy, ale też inny niż dzieła powstałe w pierwszej połowie lat 90tych. Niestety cholernie trudno stwierdzić, czy jest albumem dobrym. Oczywiście wszystkie zapowiedzi prasowe i zwiastuny dotyczące najnowszej płyty można głęboko w dupę wsadzić (i się cieszyć, że nie swoją), choć sam muszę przyznać, że pierwszy słyszany przeze mnie kawałek z "Above" zatytułowany "Under One Flag" rokował bardzo dobrze. Niestety, z biegiem czasu pierwsza postawiona diagnoza okazała się, delikatnie mówiąc, chybiona. Nie mogę powiedzieć, bym się kompletnie rozczarował, ale wszystko wskazywało na coś innego. Wiele się mówiło o powrocie do korzeni, o zejściu z dyskotekowatego kursu obranego gdzieś po "Eternal", o zbrutalizowaniu muzyki. I jak to zwykle bywa – na mówieniu (w dużej mierze) się skończyło. Faktem jest, że dyskoteki jakby mniej (choć słów kilka jeszcze dodam w tej kwestii), faktem jest także, że jest agresywniej, ale jakoś tego głoszonego powrotu do źródeł nie zanotowałem.

Samael – Passage [1996]

Samael - Passage recenzja okładka review cover
Samael at its best. W pół drogi pomiędzy surowym początkiem, a elektronicznym końcem. Choć z tego, co słyszałem, to najnowszym albumem wracają do korzeni, a przynajmniej do czegoś bardziej black niż industrial. Czwarty longplej w wykonaniu Szwajcarów po prostu powala monumentalnością. Jest tu wszystko, czego miłośnicy niesztampowego blacku mogą chcieć. Muzyka, dużo dojrzalsza niż na poprzednich wydawnictwach, wciąż niesie ze sobą sporo emocji i wyrafinowanej agresji. Wygląda też na to, że po okresie Sturm und Drang chłopaki trochę się uspokoili i już nie chcą zawzywać papci szatana w każdym kawałku. Przekłada się to na teksty, których tematyka oscyluje teraz wokół odkrywania samego siebie, mistycznych podróży i poszukiwań. Co więcej, teksty są bardziej liryczne, przez co słucha się ich z prawdziwą przyjemnością. Posłuchajcie sobie "My Saviour" albo "Moonskin", który jest, tak swoją drogą, naprawdę ujmującą balladą. Niosą także ze sobą jakieś treści – opisują przeżycia i doświadczenia targanego niepewnościami człowieka, który poszukuje prawdy.