Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black metal. Pokaż wszystkie posty

10 stycznia 2018

Abbath – Abbath [2016]

Abbath - Abbath recenzja okładka review coverNie ma bata na Abbath’a – takie oto krótkie hasło reklamowe wpadło mi do łba przy okazji odsłuchu jego debiutanckiej płyty wydanej pod własną ksywą. Jeśli któryś ze speców od marketingu Season Of Mist byłby zainteresowany jego odkupieniem, to żadna poważna oferta w euronymusach nie zostanie przeze mnie zlekceważona. A tak serio (A dupa, tamto też było serio!), to Abbath po raz kolejny udowodnił, że potrafi stworzyć kawał porządnej muzyki charakterystycznej tylko dla niego. Jak mi się wydaje, takie potwierdzenie było mu szczególnie potrzebne po tym, jak został wywalony z Immortal, którego nota bene "powrotny" krążek zupełnie nie zachwycał. Z "Abbath" sytuacja wygląda inaczej, bo powiew świeżości czuć już w pierwszych taktach 'To War!'. Później z tą świeżością bywa różnie, ale zarówno jej jak i chęci do grania jest na płycie znacznie więcej niż na wtórnym i nudnym "All Shall Fall". Abbath skupił się na tym, co mu najlepiej wychodziło — i co przy okazji miało niezłe branie u fanów — więc krążek jest utrzymany w stylu, który najłatwiej można określić jako wypadkową "Sons Of Northern Darkness" i "At The Heart Of Winter". Dodatkowo mamy tu trochę nowych rozwiązań, które czynią muzykę Norwega ciekawszą, mniej przewidywalną, a nawet dość współcześnie brzmiącą. Jestem przekonany, że duża w tym zasługa Kevina Foley’a, który technicznie przerasta Horgh’a przynajmniej o głowę i potrafi zagrać gęsto nawet w wolniejszych partiach, wypełniając kolejne takty mnóstwem rozmaitych przejść. Zajebiście to wpływa na ogólną dynamikę "Abbath", zatem pozostaje mi tylko pogratulować inwencji i wyczucia. Nie zmienia to jednak faktu, że pełnię swoich możliwości mr. Creature pokazuje mieszając przy intensywnych blastach, których akurat na płycie nie brakuje. Dobrze spisuje się także King ov Hell. Wprawdzie aż takich cudów nie dokonuje, ale na szczęście nie ogranicza się jedynie do plumkania pod gitarę, więc relatywnie często daje o sobie znać. U spiritus movens tego przedsięwzięcia słychać natomiast niemal młodzieńczy zapał i dużą pewność siebie, dlatego "Abbath" opiera się wyłącznie na solidnie poskładanych kompozycjach; nie ma tu żadnych wypełniaczy. Każdy z utworów mógłby zostać wybrany na singla, bo generalnie trzymają bardzo zbliżony wysoki poziom, jednak inną kwestią jest to, które najszybciej trafiają do kategorii ulubionych. Ja stawiam przede wszystkim na ekstremalny 'Ashes Of The Damned' (z oczywistych względów kojarzy się z 'One By One'), fajnie klimatyczny 'Ocean Of Wounds' (z oczywistych względów kojarzy się z 'Tyrants'), chwytliwy 'Count The Dead', zaskakujący nietypowym rytmem i riffami 'To War!' oraz kończący z hukiem całość 'Endless'. Jak zatem widać – jest na czym ucho zawiesić, brzmienie wydaje się być w pełni naturalne, a oprawa albumu skutecznie przyciąga wzrok. Demonaz i Horgh będą musieli naprawdę się postarać, żeby przebić ten materiał, bo Abbath wysoko zawiesił poprzeczkę.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.abbath.net

podobne płyty:


Udostępnij:

12 października 2017

Immortal – Pure Holocaust [1993]

Immortal - Pure Holocaust recenzja okładka review cover"Pure Holocaust" i "Opus Nocturne" – jeśli chodzi o klasyczny black metal, nic mi w zasadzie więcej nie potrzeba, bo te dwie pozycje w znacznym stopniu wyczerpują temat. Spośród nich dwójka Immortal jest albumem czystszym gatunkowo, bardziej bezpośrednim, pierwotnym i pozbawionym zbędnych urozmaiceń. Nie jest to absolutnie zarzut z mojej strony, bo akurat m.in. te cechy przesądzają o potędze materiału, który stał się dla Norwegów przełomem – tak pod względem muzyki, jak i szeroko rozumianej popularności. Ta druga kwestia ma naturalnie związek z wywiadem dla norweskiej telewizji, w trakcie którego któryś z Immortali chlapnął z dumą, że grają "holocaust metal" – ani fani ani media większego magnesu już nie potrzebowali. W stosunku do dość topornego debiutu "Pure Holocaust" stanowi odczuwalny i co ważniejsze pewny krok naprzód; z łatwością przerasta go — w zależności od opcji — w każdym lub niemal każdym elemencie. Niemal, bo niektórych mocno rozczarował fakt porzucenia zatęchłego piwnicznego i przede wszystkim diabelskiego klimatu na rzecz nieco bardziej subtelnego i mistycznego, choć ciągle wyraźnie w muzyce Norwegów obecnego. Wspomniana zmiana ma również związek z przetasowaniami personalnymi. Armagedda odszedł w cholerę, więc z braku laku (i lenistwa Grima) obowiązki perkusisty wziął na siebie Abbath Doom Occulta, który miał zupełnie inną wizję zespołu niż były kolega – bardziej radykalną i ekstremalną. I taki też jest "Pure Holocaust" – to zagrany z polotem black metalowy pocisk, który z dużą swobodą sieje spustoszenie w głowie słuchacza, by zostawić w niej dość miejsca na zimowe pejzaże Demonaza Doom Occulta. Tempa większości utworów są zabójcze, super szybkie blasty lecą prawie przez cały czas, a towarzyszą im wyjątkowo chwytliwe (i czytelne!) riffy, które jeszcze rok wcześniej byłyby u Immortal nie do pomyślenia. Podobnie zresztą jak bardzo czyste i naturalne brzmienie albumu – miła odmiana po tłukącym się debiucie. Ewolucja na granicy ryzyka i oskarżeń o zdradę ideałów? Na pewno, ale właśnie dzięki takiemu podejściu ten 34-minutowy materiał składa się z samych łatwo przyswajalnych hitów, spośród których naprawdę trudno wybrać ten najlepszy. Dlatego też w moim rankingu płyt Immortal tylko "Blizzard Beasts" zajmuje wyższą pozycję od "Pure Holocaust".


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 stycznia 2017

Christ Agony – Legacy [2016]

Christ Agony - Legacy recenzja okładka review coverJeśli wydawca sam ładuje na front płyty naklejkę z tekstem "powrót do wysokiej formy", to wiedz, że coś się dzieje! A dzieje się źle. Niestety, "Legacy" nie jest ani kolejnym bardzo dobrym krążkiem Christ Agony, ani — jak niektórzy sugerują — nawiązaniem do najlepszych tradycji Trylogii, ani też materiałem wnoszącym cokolwiek nowego do dorobku grupy. Muzyka z tej przydługiej (nie przydługiej, tylko nudnawej – jak sam siebie poprawiam) płyty w zasadzie w niczym nie odbiega od tej znanej z "Nocturn" (weźcie pod uwagę, iż dzieli je pięć długich lat), może z wyjątkiem tego, że więcej w niej jednoznacznych odniesień do "Darkside", bo tak ogólnie jest jeszcze bardziej schematyczna, przewidywalna i odtwórcza. Wałkowanie w kółko tych samych oklepanych motywów znudzi się w końcu każdemu, więc i ja powoli zaczynam wymiękać, słysząc po raz kolejny cięcia gitar a’la 'Diaboli Necronasti' czy 'Devilish Sad'. To było rajcowne jeszcze kilkanaście lat temu, ale od tamtego czasu te (zbyt) mocno eksploatowane patenty po prostu się zestarzały, straciły dawną magię i nieprzyjemnie drażnią ucho. Co z tego, że w każdym utworze trafiają udane i ciekawe riffy (czasem nawet więcej niż jeden), skoro reszta balansuje na granicy autoplagiatu i rodzi uzasadnione pytania o sens nagrywania czegoś takiego. Wszechobecna monotonia wynika także z tego, że Ceza ponownie źle dobrał perkusistę – Daray, podobnie jak Inferno, nie za bardzo odnajduje się w wolnym graniu i całą jego ideę sprowadza do klepania prostych i niezbyt urozmaiconych rytmów. A wystarczyło tylko uważnie posłuchać debiutu Union... Konfrontując "Legacy" z moją listą uwag i zażaleń zawartych w recce "Black Blood", na plus jestem w stanie odnotować jedynie nieznaczną, naprawdę minimalną poprawę brzmienia, bo skład pozostał dwuosobowy (w dodatku studyjny), 'Black Blood Ov The Universe' i 'Coronation' powtórzono z tejże epki, a o nowalijkach i wartości artystycznej wspomniałem już wyżej. Jedynym zaskakującym elementem na "Legacy" jest tajemniczy utwór numer osiem (zalatuje "Darkside" na kilometr), i to tylko dlatego, że nie uwzględniono go nawet na okładce (a propos oprawy graficznej – Gustave Doré w grobie się przewraca, znowu...). Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek chciał jak najszybciej odfajkować płytę z muzyką Cezara, tym razem było niestety inaczej. Coś mi się wydaje, że czasy, kiedy w ciemno kupowałem każde wydawnictwo z logo Christ Agony, powoli się kończą.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 maja 2016

Christ Agony – Black Blood [2015]

Christ Agony - Black Blood recenzja okładka review coverPo cichu liczę, że Cezar, jako Christ Agony, ma zamiar kontynuować świecką tradycję zapoczątkowaną przy okazji "Demonology"/"Condemnation" i na kolejnym longpleju nie powtórzy żadnego utworu z opisywanej epki, która tenże longplej właśnie zapowiada. Natomiast już trochę głośniej oświadczam, że czekam na materiał nagrany w pełnym składzie (na epce brakuje Reyash’a), w lepszym studiu, trochę bardziej twórczo potraktowany i przede wszystkim wprowadzający jakieś zauważalne nowości do wizerunku kapeli. Ale po kolei. Zasadnicza część "Black Blood" to materiał będący w prostej linii wypadkową kultowego "Moonlight" i średniawego "Nocturn" – tak pod względem brzmienia, jak i muzyki. Mamy zatem do czynienia z kawałkiem dość rozbudowanego i dynamicznego black metalu (aczkolwiek z death’owymi zapędami Młodego), który oparto na znanych i lubianych rozwiązaniach z przeszłości oraz paru nowszych – mniej udanych i niestety nudnawych. Wobec powyższego mam pewne zastrzeżenia do nieco nierównego poziomu 'Black Blood Ov The Universe' i 'Coronation', bo nie koszą one aż tak mocno jak powinny, choć na pewno rozbudzają apetyt na więcej. W obu przypadkach — i nie wiem, czy to dobrze czy źle — słuchaczowi nie raz będzie towarzyszyło wrażenie deja vu... Sam kilkukrotnie łapałem się na tym, że w paru co bardziej charakterystycznych partiach czekałem aż Młody zagra to samo, co mam zakodowane w głowie z "Moonlight" – do tego stopnia są podobne. Teraz zostawiam to bez komentarza, w przypadku longpleja będę jednak rzucał kurwami. To nie koniec reminiscencji, bo pod numerem trzy dostajemy jeszcze odgrzewanego kotleta, czyli doskonale wszystkim znany 'Kingdom Of Abyss'. Oryginał jest fajny i kopie, a że nowa wersja zbytnio od niego nie odbiega, to też sprawia trochę radości – tym bardziej, że zawiera żywą perkusję. Jednakże to wszystko mało, żebym przed "Black Blood" padł na kolana — jak to innym się zdarzyło — wszakże tak po prawdzie płytka zapowiada to, co już było...


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 kwietnia 2016

Rotting Christ – Rituals [2016]

Rotting Christ - Rituals recenzja okładka review coverRotting Christ nagrał dwunastą płytę. Dość fajną płytę. Taką nawet do posłuchania od czasu do czasu. Gości jest dużo. Melodie znajome. Wkładka wali oldskulem na kilometr. Kiedy przychodzi mi pomyśleć o "Rituals", jestem w stanie wykrzesać z siebie aż tyle entuzjazmu, co w powyższych zdaniach... Weterani greckiego black metalu najzwyczajniej w świecie wymieszali na tym materiale dobrze wszystkim znane patenty z dwóch poprzednich krążków (niestety z naciskiem na "Aealo") i doprawili je na chybił trafił reminiscencjami "Theogonia", co w rezultacie dało album bezpieczny, swojski, typowy i w dużym stopniu przewidywalny – muzycznie całkiem fajny, ale paradoksalnie nie sprawiający wielkiej radości. Na potrzeby "Rituals" delikatnie zmodyfikowano część starych (czytać: sprzed sześciu lat) motywów, inne zaś żywcem przeniesiono ze wspomnianych płyt; prawdziwych nowości natomiast nie odnotowałem, stąd też w żadnym elemencie nie mogę Rottingów pochwalić za wizjonerstwo. Panowie Sakis i Themis (wraz z hordą znajomków) w większości utworów kręcą się głównie wokół tajemniczych etniczno-rytualnych pomysłów wypracowanych na "Aealo", pogłębiając je gęstszym klimatem i coraz to liczniejszymi transowymi partiami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że krążek z 2010 roku jest dla mnie jednym ze słabszych w ich dorobku, więc było nie było powrót do takich wątków za bardzo mnie nie kręci. "Rituals" na szczęście nie powiela wszystkich błędów 'protoplasty' (nie ma choćby tego wkurwiającego babskiego wycia!), toteż słucha się go spokojnie i bez zgrzytów, a przez kilka pierwszych kawałków nawet z zainteresowaniem. Niestety, zbyt częste mantrowanie (chociażby w 'Apage Satana' czy 'Devadevam') i ogólna zamierzona monotonia skutkują opadaniem powiek i znudzeniem – muzyka zaczyna wypełniać tło, a do świadomości trafia z niej niewiele konkretów. Na nic dobre brzmienie, gościnny udział kilku znanych osobistości (m.in. Vorph, Nick Holmes, Magus) i diabelskie inkantacje z całego świata – ochota na kolejne odpalenie ulatuje zanim płyta się skończy. Mimo wszystko oceniam "Rituals" wysoko (Żeby była jasność: zbyt wysoko – max to 7,25 punktu, ale ćwiartek nie uznajemy.), bo to kawał solidnej roboty (albo tylko mój sentyment...) i nic nie poradzę, że w stylu, który do mnie w pełni nie trafia.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

27 grudnia 2015

Rotting Christ – Lucifer Over Athens [2015]

Rotting Christ - Lucifer Over Athens recenzja okładka review coverDwaaadzieścia lat miiinęło od wydania debiutanckiego "Thy Mighty Contract", toteż z tej albo innej okazji (albo zgoła bez okazji, a ja się męczę z dorabianiem ideologii) na początku grudnia 2013 Rotting Christ zagrał w Atenach dwa koncerty, których zapis pod tytułem "Lucifer Over Athens" dostajemy z przynajmniej półtorarocznym opóźnieniem. Jak wyglądają występy Greków, chyba wszyscy zainteresowani wiedzą, bo okazji do przekonania się o tym w ostatnich latach nie brakowało. Rotting Christ na scenie nie jest jakoś wyjątkowo zabójczą machiną (co piszę z pełną odpowiedzialnością), bo panowie stawiają bardziej na klimat niż brzmienie i precyzję wykonania. Ten klimat plus cały wór hiciorów to jednak ich główne atuty, które sprawiają, że fanom ciarki chodzą po plecach jeszcze tydzień po takim misterium. Grecy, będąc u siebie i mając do dyspozycji aż dwa wieczory, przelecieli po swoich dokonaniach w sposób niemal wybitnie przekrojowy, nie faworyzując żadnej płyty, ale niestety jedną zupełnie pomijając. Nie wiem, z czego to wynika, ale na "Lucifer Over Athens" nie usłyszymy ani jednego kawałka z genialnego "Kronos"! Jest to o tyle dziwne, że sam tytuł koncertówki jednoznacznie nawiązuje do covera znajdującego się właśnie na "Kronos". Poza tym strasznym niedopatrzeniem (?) jest tu chyba wszystko (no, ja dorzuciłbym jeszcze 'The Old Coffin Spirit' i 'The World Made End'), czego mógłby oczekiwać fan Rotting Christ – od największych staroci (w tym kilku zaskakujących – choćby 'Forest Of N'Gai' czy 'Exiled Archangels'), przez reprezentację wstydliwego "A Dead Poem", po kawałki z ostatniego longa i cover Thou Art Lord 'Societas Satanas' – w sumie 31 utworów, które dają ponad dwie godziny porządniej muzyki. Brzmienie całości jest bliskie "Sleep Of The Angels", więc o wodotryskach nie ma mowy, choć do czytelności przyczepić się nie mogę – wszak słychać każdy riff w 'The Sign Of Evil Existence'. Konferansjerka nie poraża, ale nie mogło być inaczej, bo małomówny Sakis nawijał do publiki po grecku. Mimo pewnych niedostatków "Lucifer Over Athens" należy uznać za bardzo wartościowe wydawnictwo, lepiej podsumowujące dokonania zespołu niż jakiś naciągany debestof. Fani Greków powinni się pospieszyć z zakupem, bo limit (w który Season Of Mist nie wierzę) digipaka to zaledwie 3000 sztuk.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 listopada 2014

Sarcófago – The Laws Of Scourge [1991]

Sarcófago - The Laws of Scourge recenzja okładka review coverŻaden ze słuchanych przeze mnie ostatnio albumów nie sprawił mi tyle frajdy, co drugi longplej brazylijskiego Sarcófago. Prawdziwa perełka w całej dyskografii muzyków, tak różna od topornego debiutu oraz przekombinowanego ostatniego długograja o wiele mówiącej nazwie "The Worst". Fantastyczne aranżacje, bezbłędne wykonanie, kilka, ale za to naprawdę cacanych, technicznych wrzutek i tony, jebane tony, zadziornej przebojowości i świeżości. Nie przypominam sobie zbyt wielu kapel, które w latach dziewięćdziesiątych, na ich początku – żeby być dokładnym, grałyby równie eklektyczną mieszankę thrashu, blacku, deathu i chuj wie czego jeszcze, a wszystko to brzmiało naturalnie, bez spiny i po prostu zajebiście fajnie. Słucha się tego wręcz wyśmienicie, bo z jednej strony mamy do czynienia z bardzo solidnym rzemiosłem, wykonaniem, które nie może nie budzić podziwu swoją dokładnością i precyzją, oddającą najdrobniejsze szczegóły kompozycji, a z drugiej doskonałym songwritingiem, co znaczy tyle, że na 40 minut wydawnictwa (licząc łącznie z bonusami) nie ma ani jednego męczywora, ani żadnego ciągnięcia na siłę. Dodatkowo wprowadzenie kilku fraz z klawiszami nieodmiennie przywodzi na myśl kosmiczne klimaty debiutanckiego "The Key" z repertuaru Nocturnus, co samo w sobie dodaje jedno oczko i sto punktów szacunku na dzielni. Swoją drogą, różnorodność klimatów jest tak duża, że w zależności od własnego obycia w metalowym półświatku, odniesienia, ale i inspiracje dla potomnych, można wymieniać w nieskończoność. A przynajmniej bardzo długo, długo na tyle, że kiedy zacząłem spamiętywać, co chciałem napisać, musiałem iść do roboty i całe spamiętywanie szlag trafił. W razie pytań, jestem pewien, demo z największą przyjemnością wyłuska wam wszystkie sekrety albumu; walcie więc śmiało prośby w komentarzach: kawałek i minuta in question, z dopiskiem "ucho od śledzia". Jest jeszcze jedna rzecz, która mi robi album, a mianowicie solówki. Mając w pamięci debiut Brazylijczyków, próżno było oczekiwać takich cudeniek, a tu taka niespodzianka. Jak na mój gust, są jednak nieco za krótkie i kapkę ich mało, ale z drugiej strony czysty "The Laws of Scourge" to ledwie 30 minut. Trochę więc się czepiam, tym bardziej, że kapela to żadne tam Rhapsody, żeby solówki trwały po pół godziny. Nie zamierzam specjalnie zgłębiać zakamarków poszczególnych utworów i rozbijać ich na czynniki pierwsze, bo już i tak tekstu spłodziłem sporo, ograniczę się więc do wymienienia hiciorów. Tytułowy kawałek, bo zajebisty i robi takie otwarcie, że wyrywa z kapci, "Piercings" za solówkę i gitary, "Midnight Queen", skądinąd nieco zabawny, za klawisze, "Screeches..." za gitarowo-klawiszowe interludium a'la Nocturnus, "Prelude..." za wspomnianą na początku odrobinę techniczności, "Black Vomit", bo jebie po nerach, "Secrets of a Widow" ze względu na początkowe bębny i klimat, "Little Julie" za manifest z końcówki kawałka oraz "Crush, Kill, Destroy" ponownie za gitary i thrashowy feeling. Tym sposobem doszedłem do końca albumu i do końca recenzji. Album w chuj zajebisty, więc polecam, choć pewnie nikomu o tym truć nie trzeba.


ocena: 9/10
deaf
Udostępnij:

11 października 2014

Susperia – Vindication [2002]

Susperia - Vindication recenzja okładka review coverDrugi album norweskiej supergrupy rozczarowuje. Po niespecjalnie oryginalnym, ale przyjemnym w odbiorze, debiucie, "Vindication" to krok wstecz. O ile bowiem pierwszy longplej wchodził lekko i można go było słuchać z autentyczną i nieudawaną radością wsiowego głupka, o tyle płytka numer 2 nieco męczy. Muzyka cały czas oscyluje w klimatach melodyjnego blacku z zapożyczeniami, pojawiły się jednak niepokojące elementy będące bliższe fińskiej szkole power/deathu aniżeli rasowego, norweskiego szatanowania. Z największym tylko trudem da się przegryźć przez nowe wokale, gdyż przywodzą one na myśl osławione popisy frontmana Vadera, co — jak sami doskonale wiecie — bram do nieba nie otwiera. W związku z tym cały album, miejscami bardzo przyzwoity i sensowny, mija pod znakiem walki z odruchem wyłączenia płyty. Tym sposobem potencjalnie dobry krążek idzie w odstawkę i wraca się do niego tylko w drodze wyjątku, tudzież by raz jeszcze przekonać się, dlaczego w pierwszej kolejności na owej półce skończył. A szkoda, bo gitary po raz kolejny zrobiono naprawdę przednio. Nie zawsze, bo wspomniany fiński power/death daje często o sobie znać z lekka odpustowymi zagrywkami, ale z drugiej strony wszystkie, nie tak rzadkie przecież, elektroniczne przeszkadzajki wyprodukowano właśnie na gitarach. (tu należy się czytelnikom małe sprostowanie łamane przez wyjaśnienie: w recenzji debiutanckiego "Predominance" pozwoliłem sobie użyć sformułowania "bombastyczne klawisze", co należy rozumieć jako "gitary brzmiące jak bombastyczne klawisze") Coś jak niegdyś chłopaki z Pestilence przy okazji legendarnego "Spheres", tyle że w całkowicie innych klimatach oczywiście. Ale kunszt pozostaje kunsztem, bez cienia wątpliwości. "Vindication" ma jeszcze jedną kardynalną wadę – wspomniane już zawczasu męczenie wora. Brzmi to tak jakby chłopakom zabrakło nieco polotu, ale w związku z terminami, alimentami, czy czymkolwiek tam jeszcze i tak postanowili wejść do studia i nagrać jakiś materiał. "Vindication" bardzo brakuje polotu i przebojowości swojego poprzednika, ale w tych nielicznych momentach, kiedy udaje się muzykom sprzedać jakiś kapitalny patent – sprzedają go naprawdę dobrze. Ogólnie rzecz ujmując – drugi album Susperii to kilka niezłych riffów, parę naprawdę zajebistych momentów (vide fantastycznie rzucone "bitch" na początku "Anguished Scream (For Vengeance)"), poza tym sporo zmarnowanego potencjału i raczej przeciętnej muzyki. Muzyki, która odrobinę bardziej dopieszczona, byłaby solidną porcją niezłej, może nie nadzwyczaj ambitnej, ale i nie prostackiej, muzyki w sam raz na leniwy wieczór. Niestety, wyszło tak, jak wyszło i "Vindication" bez większego żalu zalegnie na półce czekając na dzień, kiedy pamięć o nim zdąży na tyle zaginąć, że z powrotem zagości na słuchawkach. Czyli za dobrych naście miesięcy.


ocena: 6/10
deaf
oficjalna strona: www.susperia.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 września 2014

Transcending Bizarre? – The Misanthrope’s Fable [2010]

Transcending Bizarre? - The Misanthrope's Fable recenzja okładka review coverNaprawdę imponujący kawał roboty odwalili Grecy w ciągu owych dwóch lat pomiędzy krążkami. Postarali się o prawdziwego pałkera, poprawili brzmienie i realizację, zbrutalizowali i zmienili nieco klimat w kierunku groteski, Kinga Diamonda, tudzież opery. Nietrudno się domyślić zatem, że większość zmian wyszła muzykom na dobre. Ale po kolei. "The Misanthrope’s Fable" to wciąż stary, dobry Transcending Bizarre?, tym razem jednak jakby mniej w blacku, a bardziej w death metalu, co powinno ucieszyć kilka osób. Oczywiście nadal ogromną rolę odgrywają klawisze i rozmaita elektronika, wokale wciąż raczej są skrzekliwe, ale sporo temp poszło w death i to raczej intensywny i brutalny. Niemałą zasługę ma w tym temacie perkusista z krwi i kości, bo napierdala w zestaw naprawdę zacnie. W końcu brzmi to prawdziwie, organicznie i autentycznie. Dalej – produkcja. Poszli Grecy po rozum do głowy i postarali się by żywy w stu procentach skład był totalnie słyszalny, bez żadnych niedomówień. Brzmienie jest więc czyste, klarowne i dobrze wydobywa wszelkie niuanse muzyki. Gdyby tak nagrano "The Four Scissors", zostawałaby tylko miazga. Na koniec zostawiłem klimat, bo to ten element, który jest najmniej jednoznaczny w ocenie. Z jednej strony jest to logiczne rozwinięcie klimatu poprzednich albumów i nie ma w tym nic dziwnego i zaskakującego, z drugiej strony jednak, zmiana odbyła się kosztem mniejszej dawki dusznej industrialności i zimnego, nihilistycznego futuryzmu. A są to właśnie te elementy, które tworzyły styl Transcending Bizarre? oraz wyróżniały zespół spomiędzy innych. Niemniej jednak, nowa odsłona Greków w żaden sposób nie odstaje poziomem od poprzednich i wciąż podtrzymuje tworzącą się legendę niecodziennego, awangardowego grania. Jeżeli więc nie boicie się eksperymentów i macie otwarte głowy – "The Misanthrope’s Fable" powinno przypaść wam do gustu i zapewnić sporo ciekawych doznań natury akustyczno-estetycznej.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/transcendingbizarre

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 sierpnia 2014

Ihsahn – Eremita [2012]

Ihsahn - Eremita recenzja okładka review coverIhsahn – posiadacz jednego z najcharakterystyczniejszych wokali na metalowej scenie – żyje i ma się całkiem dobrze. Jego pozycja w półświatku wydaje się niezachwiana i utrwala się z każdym kolejnym wydanym krążkiem. Przy okazji recenzji jednego z wcześniejszych albumów muzyka, napisałem, że "Eremita" – bohater dnia dzisiejszego – nie należy do tych, w których można się zakochać od pierwszego usłyszenia. Dzieje się tak nawet (a może zwłaszcza wtedy), kiedy podchodzi się do niego z pewnymi założeniami i oczekiwaniami. I jest to ciekawe, bowiem "Eremita" żadną rewolucją nie jest. Co więcej, brzmi jakby został nagrany wraz z "After", i tylko dla jaj wydany kilka lat później. Zachowały się niemal wszystkie elementy, nad którymi tak bardzo rozpływałem się wówczas, a zmiany, i to bardzo kosmetyczne, dotyczą zaprzęgnięcia większej ilości krewnych i znajomych. I tak np. żeńskiego wokalu użyczyła partnerka Vegarda – Heidi, zaś w ramach barteru gościnnie wystąpili Jeff Loomis oraz Devin Townsend. Niestety, zupełnie jak w przypadku "AngL" i gościnnego udziału frontmena Opeth, obecność szczególnie ostatniego z wymienionych jest niemal całkowicie niesłyszalna, a więc, na dobrą sprawę, pomijalna. O ile Loomis coś tam jeszcze pobrzdąkał, o tyle Townsend nie wniósł prawie nic charakterystycznie swojego i gdyby jego nazwisko nie pojawiło się we wkładce – nikt by się nawet nie domyślił, że był na nagraniu obecny. Jest zresztą pewne podobieństwo między "Eremitą" oraz "AngL", w tym sensie, że są one swojego rodzaju ciut słabszą wersją swoich bezpośrednich poprzedników. Głównie w sferze kompozycji. Wspomniałem na wstępie, że opisywany dziś album raczej nie wnosi nic nowego do stylu Ihsahna, utrwalając raczej zmiany, które dokonały się dwa lata wcześniej, jakościowo jednak – trochę słabuje. Znów trzeba porządnie wgryźć się w płytę, przesłuchać po wielokroć, by pierwsze, dość mdłe wrażenie, zatarło się. Znów sporo jest jęczenia i zawodzenia i znowu trzeba je odnieść do całokształtu, by zrozumieć ich sens. Może to na dłuższą metę męczyć i nieco zniechęcać. A szkoda, bo jest kilka naprawdę wyśmienitych numerów: "Arrival", "The Paranoid", "The Eagle and the Snake", czy choćby późno-Emperorowy "Something Out There". Nie jest więc tak, że płyta nie ma kopnięcia, niemniej jednak "After" oferował większy rozkurw. I teraz to pokutuje. Zbliżając się ku końcowi, pozwólcie raz jeszcze wyrazić olbrzymi zachwyt dla saksofonisty i ogólnie idei wplecenia tego instrumentu do muzyki ekstremalnej. Pomysł jest to naprawdę genialny, a robota odwalona przez Jørgena Munkeby nie do przecenienia. Jest on odpowiedzialny za grubo ponad połowę ogólnego odjechania, rozjebania twarzo-czaszkowego i wywleczenia na drugą stronę. Całość dopełnia skrzek Ihashna. Płyta trochę słabsza, ale wciąż najwyższa półka.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.ihsahn.com/a

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 maja 2014

Susperia – Predominance [2001]

Susperia - Predominance recenzja okładka review coverNorwedzy mają jakąś intrygującą łatwość w tworzeniu supergrup, które nie dość, że nie rozpadają się po jednym albumie, to niejednokrotnie grają muzykę znacznie ciekawszą niż macierzyste kapele poszczególnych muzyków. Nie inaczej jest w przypadku Susperii, której ostatni album miałem przyjemność zrecenzować parę miesięcy temu. Dziś pora na debiut, bo pokazuje jaką drogę, jaką ewolucję, przeszli muzycy w czasie swojej kariery. "Predominance", bo taki tytuł nosi pierwszy longplej Norwegów, w zasadzie brzmi jak uthrashowiony Dimmu Borgir, Old Man's Child bądź Satyricon, czyli doprawiony z lekka punkiem i gitarami melodyjny black metal. Opis nie brzmi zbyt sensownie, ale z muzyką tego problemu nie ma – wchodzi gładko i bez grymaszenia. Nie jest to oczywiście najbardziej wymagająca muzyka pod Słońcem, bo bezwstydnie leci po linii najmniejszego oporu, ale frajdy daje sporo. Może dzieje się tak za sprawą gitar, które ustawiają klimat na wydawnictwie i sprawiają mnóstwo przyjemności, a może dzięki swobodniejszemu operowaniu instrumentarium i wychodzeniu poza ramy gatunku. Jakkolwiek by nie było, połączenie black metalowej melodyjności oraz skrzekliwych wokali z ekspresją thrashu i niemal heavy metalowymi solówkami oraz riffami nie męczy, a także daje wytchnienie od co bardziej pojebanej muzyki. W pewnym sensie można więc traktować Susperię, szczególnie tą wcześniejszą, jako odskocznię od słuchanych na co dzień Watchtowerów, Spiral Architectów bądź Blotted Science. Brzmi to trochę jak wyrzut, ale nim nie jest, bo naprawdę katuję "Predominance" po wielokroć za jednym posiedzeniem i wcale nie uważam tego czasu za stracony. Czasami chyba bardziej norweska strona mojej natury bierze górę i w skrzeku i bombastycznych klawiszach odnajduje nieskończone pokłady miodności, bezrefleksyjnej przyjemności i radości. Tym bardziej, co musze podkreślić, muzyce nie zbywa na niczym i wcale nie jest tak, że się podniecam warsztatowym i kompozytorskim byle gównem. Nie jest to dla mnie muzyka na każdą okazję (aczkolwiek wiem, że wielu właśnie tak ją traktuje), ale w odpowiednich okolicznościach sprawdza się lepiej niż cokolwiek innego. Pomaga w tym ogólna lekkość i prostolinijność przekazu, wyczuwalna frajda muzyków z granej muzyki oraz duża melodyjność i zapamiętywalność kawałków. Chciałem napisać, że taki metalowy odpowiednik muzyki na Eurowizję, ale po ostatnich wydarzeniach uważam, że to jednak obelga zbyt wielkiego kalibru i po prostu nie wypada. Ogólnie rzecz ujmując, Susperia nagrała lekki i bardzo przyjemny debiut, który — w pierwszej kolejności — powinien podejść i powinni go skosztować fani melo-blacku, ale nawet nie mając ciągot w tym kierunku, można miło spędzić czas w towarzystwie "Predominance".


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: www.susperia.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 maja 2014

Borknagar – Epic [2004]

Borknagar - Epic recenzja okładka review coverWiem, że od poprzedniej recki płyty z repertuaru Norwegów minęło zaledwie dwa miesiące, ale, po prostu, nie mogę się ich pozbyć z playera. Trzy lata po doskonałym "Empiricism", Borknagar powrócił z kolejnym krążkiem zatytułowanym "Epic". Dość pompatyczny i górnolotny tytuł, trzeba przyznać, wydaje się jednak, że pasuje do wydawnictwa dość dobrze. Po odejściu wirtuoza basu — Tiwaza — zespół, siłą rzeczy, musiał nieco zejść z progresywnego tonu, przez co, mimo iż wciąż bardzo wielopoziomowy i wielowątkowy, nieco skręcił ku symfonicznemu black/viking metalowi, za to jest jak najbardziej zgodny z drugą zasadą termodynamiki. Mam jednak wrażenie, że taki obrót sprawił, że Nedland złapał na nowo wiatr w żagle i nagrał jedne z najlepszych i najbardziej wpadających w ucho partii klawiszy oraz orkiestracji w swojej karierze. Bez wahania można stwierdzić, że "Epic" klawiszami stoi i to stoi pełen dumy. Klawisze są dosłownie wszędzie, jednak są tak dopracowane i zagrane z taką pasją i energią, że na głupka wyszedłby ten, który chociaż jednym słowem zaczął marudzić na ich obecność i rolę. Można nie być fanem tego instrumentu, ale nie można odmówić "Epic" doskonałych partii keyboarda. Borknagar zawsze stał elektroniką i ozdobnikami, jednak to, co się dzieje na "Epic" jest po prostu epickie, prawdziwe mistrzostwo. Klasy pozostałych muzyków nie trzeba, mam nadzieję, nikomu przypominać, bo to wyjadacze i mistrzowie w swoim fachu, cienko przędą mimo to w porównaniu ze wspaniałym występem Nedlanda. Wszyscy, z wyjątkiem Vintersorga. Raz jeszcze udowodnił bowiem, że równie wszechstronnych wokalistów jak on ze świecą szukać. Muzyka na "Epic" w zasadzie jest kontynuacją koncepcji zaprezentowanych na wcześniejszych wydawnictwach, z uwzględnieniem, oczywiście, wspomnianego uproszczenia, choć to chyba nie jest najlepsze słowo. Jest jeszcze jedna rzecz, której nie było wcześniej, a mianowicie swoista radość i jakaś taka pogodność niektórych melodii, coś niespotykanego w historii zespołu, a chyba nawet gatunku. Posłuchajcie "Quintessence", a na pewno złapiecie, co mam na myśli. Jeśli chodzi zaś o moich faworytów, to wskazałbym bardzo majestatyczny "Traveller", kapitalny popis umiejętności wokalnych Vintersorga w "Relate (Dialogue)", wspomniany "Quintessence" oraz "Circled". Podsumowując, mimo pewnych zmian w składzie i obsadzie instrumentów, Borknagar nagrał naprawdę bardzo dobry album, nie tak genialny jak "Empiricism", ale tak samo przemyślany, porządnie nagrany i wciągający.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.borknagar.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 lutego 2014

Borknagar – Universal [2010]

Borknagar – Universal recenzja okładka review cover"Universal" wyszedł Norwegom raczej przeciętny. Trudno się przyczepić do jednej, konkretnej i namacalnej rzeczy, która psuje album — bo to problem raczej nie tej natury — ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że coś z albumem jest nie tak. Problemem krążka AD 2010 jest, ogólnie rzecz ujmując, brak point i specyficzna jednoliniowość. Album zaczyna się, trwa i kończy i pozostaje po nim poczucie niedomknięcia i wrażenie niedoboru pasji i weny twórczej owocującej brakiem werwy. Brakuje momentów kulminacji, zarówno na poziomie poszczególnych utworów, jak i całego albumu. Przez większość czasu napięcie powoli, nawet bardzo powoli, wzbiera, ale niemal nigdy nie uchodzi, przez co muzyka sprawia wrażenie płaskiej i bez większych emocji. Wydaje się, że przy projekcie tak ambitnym, jakim Borknagar niewątpliwie jest, brak tak ważnego pierwiastka po prostu boli. Co więcej, muzyka Norwegów, coraz bardziej dryfuje w progresywne rejony, co jeszcze bardzie rozwadnia i tak już niezbyt dynamiczną motorykę. Jeszcze na początku coś się dzieje, ale mniej więcej od połowy płyty coraz bardziej daje się we znaki ów brak pierdolnięcia. Nie twierdzę, że nie ma tu momentów konkretnego wygrzewu, ale że są one mdłe i nie tak mocne, jakby tego chcieć i jakby wskazywała logika muzyki. Przejścia, zamiast całkowicie odmienić charakter danego momentu, po prostu zmieniają muzykę wolną w szybką, zachowując przy tym atmosferę tej wolnej. Jest to problem dość subtelnej natury, bo z technicznego punktu widzenia wszystko wygląda jak należy. Przyczyn tego stanu nie upatruję natomiast w produkcji, bowiem ta jest niezmiennie wyborna, z tym wszakże niemiłym zaskoczeniem, że bas gdzieś się zapodział i nie podbija tak fajnie muzyki, jak miało to miejsce na "Emipricism". Po jednoalbumowym rozstaniu z kapelą Tiwaza (nie wliczam w to akustycznego "Origin", bo tam muzyka była zupełnie inna, inne były jej emocje i inne klimaty), chciałoby się ponownie móc usłyszeć jego wyczyny i miłe, głębokie linie melodyczne w tle. Na "Universal" basu nie słychać. Kolejnym problemem jest, wspomniana już wcześniej, obniżająca, w miarę upływu krążka, loty jakość kompozycji. Znów jest to sprawa bardziej subiektywnej niż obiektywnej natury, ale daje się to odczuć, szczególnie po kilku przesłuchaniach pod rząd. I właśnie suma takich małych niedopieszczeń, bo tak by je chyba należało nazwać, sprawia, że płyta z potencjalnie dobrej, stała się realnie przeciętna i bez pożądanych kopnięć i zachwytów. Wydaje się, że problem ten nie dotyczył wcześniejszych, bardziej wyrazistych przedsięwzięć, które może mniej wielowymiarowe, pełniejsze były życia i akcji. Z tego też powodu wracam do tego albumu rzadziej niż do wcześniejszych.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.borknagar.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 lutego 2014

Behemoth – The Satanist [2014]

Behemoth - The Satanist recenzja okładka review coverStrzeżcie się posłowie, poślinki i inni poślinieni spece od przeciwdziałania ateizacji Polski, albowiem oto pojawił się "Szatanista" sprokurowany przez niecną bandę rogatych diabolistów, których przywódcę za samo istnienie powinno się ciągać po sądach jak mokrą szmatę. Jak na demokratyczny kraj przystało, do kurwy nędzy! Żarty na bok, zjebusów pozostawmy z ich schorzeniami i zajmijmy się najmłodszym dzieckiem Nergala i spółki, bo od czasu bestsellerowego "Evangelion" Behemoth zmienił się bardzo (choć nic nie stracił ze swojej tożsamości), więc trzeba się do tego jakoś ustosunkować. Żeby uniknąć niedomówień już na początku wam oznajmiam – zmienił się na lepsze! Tym mnie cholernie zaskoczyli, bo byłem przekonany, że po wielkim sukcesie poprzednika już na dobre oddadzą się graniu muzyki wypieszczonej technicznie i nudnej zarazem, dla niepoznaki zmieniając jedynie fatałaszki. I jak nie przekonuje mnie nowy image, nie rusza premierowy teledysk, a gadki o uduchowieniu chowam głęboko między pośladami, tak samej płyty słucham bardzo chętnie, nawet mimo tego, iż stylistycznie dryfuje w niespodziewanym, a nielubianym przeze mnie kierunku. "The Satanist" zawiera bowiem najwięcej blackowych pierwiastków od czasu kapitalnej "Satanica", a niektóre partie feelingiem i klimatem nawiązują nawet do hiciorskiego 'Pure Evil And Hate' sprzed... dwudziestu lat. Albo weźmy taki, nota bene chyba najlepszy na krążku, 'O Father O Satan O Sun!' – kilka dźwięków dodać, kilka wyrzucić, kilka pozamieniać miejscami i co otrzymujemy – 'Twilight Of The Gods', hehe. Do tego co trzecie słowo to "Szatan"... Nie chcę przez to powiedzieć, że płyta muzycznie ugrzęzła w prymitywnym oldskulu, bo tak oczywiście nie jest, ale kolejne utwory uwalniają spore pokłady takiej fajnej pierwotnej melodyki i nieco lunatycznej agresji, którymi przecież charakteryzowały się klasyczne płyty z pogranicza black, death i thrash metalu. Żywioł, oczywiście nie taki młodzieńczy i beztroski, ale jednak żywioł – to coś, co udanie odświeżyło oblicze Behemotha i co w połączeniu z oszczędniejszą, mniej efekciarską produkcją przełożyło się na dynamicznie, dość naturalnie i prawie ordynarnie (bas...) brzmiący materiał. No i w końcu mamy tu niezły zestaw naprawdę udanych utworów, spośród których obok podniosłego 'O Father O Satan O Sun!' należy zwrócić uwagę na mega chwytliwy 'Ora Pro Nobis Lucifer', wybuchowy 'In The Absence Ov Light', dość nastrojowy 'tytułowiec' czy — jak to celnie sugeruje tytuł — szaleńczy 'Furor Divinus'. Zapychaczy i jakichś irytujących mielizn brak, więc krążka słucha się bez znudzenia, a tego o poprzednim akurat nie mogłem powiedzieć. "The Satanist" jest albumem znacznie ciekawszy od "Evangelion", bardziej niż to sugeruje ocena, ale to już moja wina – poprzednią płytę potraktowałem zbyt łagodnie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:










Udostępnij:

29 stycznia 2014

Transcending Bizarre? – The Four Scissors [2003]

Transcending Bizarre? – The Four Scissors recenzja okładka review cover"The Four Scissors" to, jak każdy inny album Transcending Bizarre?, cholerny hipokryta i przewrotnik. Głaszcze cię po główce z jednej strony, a z drugiej – kradnie cukiery z kieszeni. Odwraca uwagę damskimi wokalami, orkiestracjami i całym tym melodyjnym badziewiem po to tylko, by zafundować siarczystego kopa agresywnej sieczki miedzy poślady. Taki już styl Greków i ich wizytówka, aby wprowadzić możliwie największe zamieszanie i skonfundowanie wśród słuchaczy. "The Four Scissors" to album pełen sprzeczności: łagodne, delikatne jak tembr głosu Krystyny Czubówny pasaże i równie aksamitne wokalizy Marii Preka, a po drugiej stronie barykady – nagłe eksplozje czysto metalowych temp i blackowych wrzasków, poparte kanonadą nad wyraz sprawnie zaprogramowanej perkusji. Skoro już jestem przy garach, to wypada wspomnieć, że album może się poszczycić jednymi z najbardziej naturalnie i prawdziwie brzmiących sekcji perkusyjnych puszczonych z kompa. Mocno trzeba się wsłuchiwać, mocno i długo, bo nie ma tego zbyt wiele, by wychwycić zbyt idealną powtarzalność dźwięków, źródłem której może być tylko program, bo same riffy i ogólnie cała strona kompozycyjna może uchodzić za wzór. Dalej. Interpretacja blacku w wydaniu TB? aż kipi od elektroniki i sampli, więc nie jest to album dla każdego – co trzeba sobie jasno powiedzieć. Porównując zaawansowanie i rozległość tychże struktur, śmiało mogą Grecy iść w konkury z Arjenem Anthonym Lucassenem, który wprawdzie plumka w powerowych klimatach, ale geniuszu klawiszowo-programistycznego nie można mu odmówić, daleko w tyle pozostawiając zaś co bardziej elektroniczne, a przecież wyborne niejednokrotnie, Samaele i inne Haggardy. Nie zbywa także na gitarach, ani na basie. Mnogość i pełnia stylów wydobywająca się spod palców Liratzakisa oraz Makrantonatisa budują obraz dzieła totalnego, miksującego i wplatającego dosłownie dowolne elementy, które zdaniem muzyków uczynią album lepszym i bardziej nietuzinkowym. Co mnie urzekło, a co może być pewną niespodzianką, to czytelny i selektywnie brzmiący bas, element, który nie jest codziennością w tak przesyconej elektroniką muzyce. Tak jak nie mają Grecy najmniejszych nawet powodów do wstydu za stronę techniczną, gdzie postarali się, by każda dźwięk był odpowiednio nagłośniony i wyeksponowany, a każda sekwencja, riff i motyw dopieszczony do doskonałości, tak nie mają problemów z pomysłami na muzykę. Chłodna, nieco surrealistyczna baśniowość krążka urzeka i trzyma w objęciach przez długie godziny. Do tego te damskie wokale – syreni śpiew wabiący i nęcący na zgubę słuchania tylko tego, jednego albumu, aż do zerzygu. Poezja, dosłownie i w przenośni. Mimo iż stwierdziłem, że album jest raczej dość hermetyczny i budzący mieszane uczucia, uważam jednocześnie, że każdy powinien dać mu szansę. Po to chociażby, by wyrobić własną opinię, bo jestem niemal pewien, że tak jak gusta bywają różne, tak nie sposób nie docenić geniuszu muzyki Transcending Bizarre?. Dla mnie jest bowiem debiut Greków albumem doskonałym.


ocena: 10/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/transcendingbizarre

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 grudnia 2013

Skeletonwitch – Forever Abomination [2011]

Skeletonwitch - Forever Abomination recenzja okładka review coverBlack/thrash znów ma się dobrze. Co więcej, już jakiś czas temu przestał być synonimem muzycznych ignorantów i nieudaczników, co przy pomocy telefonu komórkowego z mikrofonem, gitary po tacie i zestawu garnków wygrywają hymny na chwałę Szatana. Teraz i zaplecze jest naprawdę porządne i muzycznie w kulki nie lecą. Jedną z takich kapel właśnie, kapelą, której lektura nie przyprawia o torsje, jest amerykański kwintet Skeletonwitch. Co prawda wydali krążek w 2013 roku, dziś jednak przyjrzymy się ich wcześniejszemu longplejowi pt. "Forever Abomination", bo ostatniego nie zdążyłem jeszcze odpowiednio przemaglować. Album to 11 kawałków upchniętych w nieco ponad 30 minutach muzyki. Ujmując to krótko – uwijają się chłopaki jak w ukropie. Rozwiązanie to dobre, bo utwory nie dłużą się, od początku do końca płyty w muzyce coś się dzieje, a intensywność przeżyć jest dzięki zwartości kompozycji zwielokrotniona. Muszę jednak oddać sprawiedliwość muzykom, bo nawet gdyby utwory trwały średnio po cztery, a nie jak teraz – dwie i pół, minuty, nudzić by się nie było jak. Kompozycje są naprawdę dobrze przemyślane i mimo, bardzo bezpośredniej i grubo ciosanej przecież, stylistyki, na monotonię nie można narzekać. Płyta zmianami stoi: zwrotki, interludia, solówki, spowolnienia i nagłe galopady i kolejne solówki – wszystko to czyni muzykę Skeletonwitch naprawdę różnorodną i barwną. Akcenty rozkładane są mniej więcej równo pomiędzy wokale, gitary (choć te może bardziej) i sekcję, uwypuklając raz melodie i talenty kompozytorskie, innym razem rytmy i umiejętności manualne, a jeszcze innym warstwę wokalno-tekstową. Każdy z muzyków ma możliwość zaprezentować się z jak najlepszej strony i, wierzcie – szansę tę wykorzystuje. Przejdźmy do kompozycji. Na płycie nie ma kawałków słabych i choć wszystkie są do siebie w istocie podobne, każdy jest inny i od nowa rozbudza zainteresowanie muzyką. Niekwestionowanym liderem jest jednak "This Horrifying Force (The Desire to Kill)", bo to, co w muzyce Skeletonwitch najlepsze, utwór ten rafinuje i podaje w najczystszej postaci. Prawdziwy killer. Pozostałe, i nie skłamię tu specjalnie, wchodzą mi równie dobrze, bo każdy ma moment chwały, którego nie posiadają inne. "This Horrifying Force (The Desire to Kill)" jest zaś sumą owych momentów chwały zebranych w jeden, czterominutowy, utwór. I po raz kolejny w niedługim czasie pragnę zwrócić uwagę na okładkę, bo jest niesamowicie klimatyczna, świetnie oddaje zawartość albumu i dopełnia naprawdę zajebistą muzykę odrobiną komiksowego surrealizmu.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/skeletonwitch
Udostępnij:

8 listopada 2013

Sigh – Hangman's Hymn: Musikalische Exequien [2007]

Sigh - Hangman's Hymn: Musikalische Exequien recenzja okładka review coverJapończycy wciąż w wysokiej formie. Po odjechanym, ale także i genialnym przecież "Gallows Gallery", muzycy raz jeszcze postanowili zaskoczyć i pobawić się w ciuciubabkę ze swoimi fanami. Więc i mnie się znienacka oberwało. Awangardowe kompozycje, saksofon, rockowy feeling – tym i mnóstwem innych rzeczy stał przywołany "GG", "Hangman's Hymn" zaś jest od niego tak różny, iż wydaje się być nagrany przez kogoś innego. Symfoniczny, surowy black metal z mnogością sampli, klasycznych odwołań i iście King-Diamondowskim klimatem. A to wszystko, ten cały soniczny misz-masz i burdel na kółkach postanowili Japończycy przyozdobić kilkoma chochelkami ironii i wypaczonej, kabaretowej atmosfery rodem z horrorów klasy B. Jednak, o zgrozo, wchodzi to elegancko – wszystkie elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie, a kiedy potrzeba – wzmacniają. Słucham tego albumu i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sprawdziłby się doskonale w roli musicalu o jakiejś groteskowej, grobowo-prześmiewczej tematyce typu Halloween w przycmentarnym psychiatryku. Kolejne utwory aż ociekają chorym patosem i pompatycznością i widok całego chóru ucharakteryzowanych aktorów śpiewających kolejne utwory, wcale nie wydaje się przesadzony. Nie zabrakło również kilku mistrzowsko wykonanych gitarowych solówek, zwykle neoklasycznych, ale w nieco offowej tonacji. Nie mógłbym nie wspomnieć także o garowym, bo jest on cichym (no, nie takim cichym) bohaterem tego albumu: napierdala jak szatan jeden motyw z zaangażowaniem godnym twórców brazylijskich telenowel. Sami zresztą przyznajcie – jechać przez trzy kwadranse albumu dwa riffy na krzyż i robić to cały czas równo i z mocą, to trzeba umieć. I mieć odpowiednio zryty beret. Wokalnie, poza oczywistym powrotem do źródeł: kilka ładnych, czystych linii, kilka — także wspomnianych — falsetów a'la King Diamond, oraz trochę, a jakże, bezpardonowych wyrzygów – w skrócie: wszystko i jeszcze więcej. Pochwalić również trzeba realizację i brzmienie, które uległo znacznej poprawie i w końcu płyta nie brzmi jak puszczana z gramofonu. Podsumowując – album może zaskakiwać i zaskakuje. Kto oczekiwał prostej kontynuacji "Gallows Gallery", będzie musiał nieco zmienić optykę, bo jednak albumy dość znacznie się od siebie różnią. Nie na tyle jednak, by nie móc znaleźć wspólnego mianownika, tych cech wspólnych, które nadają muzyce Sigh posmaku wyjątkowości i niepowtarzalności. Za to, miedzy innymi, mają mój szacunek i pewność, że ich płyty będą się długo i wartko kręciły w moim playerze.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sighjapan

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 listopada 2013

Extol – Burial [1998]

Extol - Burial recenzja okładka review cover"Burial" — debiutancki album norweskiej formacji Extol — tu i ówdzie okrzyknięty został mianem deathu, w dodatku technicznego. Po okrzyknięciu zaś, i tu już raczej jednomyślnie, dokonano na nim tekstowego i werbalnego bukkake, czyli spuszczono się nań wielokrotnie, że cacany, świeży i nieszablonowy. A skoro tak, także i ja, bo na techniczne wydawnictwa jestem całkiem łasy, a w dodatku takowych (nie mówię nawet, że dobrych) załóg z Norwegii za wiele nie ma, postanowiłem więc owemu zjawisku przyjrzeć się osobiście. I niestety wyszło, jak wyszło. Doprawdy nie wiem, w jakim świecie żyją ci wszyscy decydenci, co to szufladkują kapele względem ich proweniencji, może, z drugiej strony, konkretnie mój egzemplarz jest zwykłym szwindlem i, miast wybornego tech deathu, katuję się podmienioną płytą z jakimś czelabińskim folkiem dla głuchoniemych (głuchych – wiadomo, a niemych, to żeby nie mogli wyrażać swojego niezadowolenia) – może. Wygląda jednak na to, że wszystko, co się o płycie mówi i pisze, to gówno prawda. Rasowego deathu na albumie to z pięć minut pewnie się uzbiera, technicznego grania jest jeszcze mniej, a to, co zostaje, to dość ciężkostrawna mieszanka blacku, jakichś podejrzanych eksperymentów, szwedzkich melodii, czystych wokali i w zasadzie wszystkiego, tylko nie tego, co potrzeba. I nawet jeśli zmienić optykę i oceniać owego wróbelka, co to lepszy niż gołąb, bo w garści, a nie na dachu, to i tak radości wielkiej nie ma – ot godzina, raczej przeciętnego w formie i treści, metalowego grania. Przesłuchałem krążek dobrych kilka razy i wystarczy mi na jakiś czas. Dość długi czas – dla jasności. Po prostu nie mam ani czasu, ani ochoty marnować go na średniaki. A tym właśnie jest "Burial" – średniakiem. W sumie nic na krążku nie podnosi ciśnienia, nic z niego nie zapada w pamięć, muzycznie nie powala, techniki — co już nadmieniłem — tyle, co kot napłakał, z ciekawostek pozostaje jedynie fakt, że muzycy to dość gorliwi chrześcijanie. Jakieś znamiona ponadprzeciętności, może nawet fajności, nosi "Celestial Completion" i fragmenty drugiej części "Reflections of a Broken Soul", ale to o wiele za mało, by komukolwiek zaimponować. No chyba, że teraz daje się medale i oklaski na zachętę (co tak właściwie chyba się robi). Chlubię się jednak tym, że na cdb mamy jeszcze możliwość swobodnego wypowiadania się i na poprawność polityczną — mówiąc oględnie — się wypróżniamy, toteż mogę sobie pozwolić na stwierdzenie, że mnie "Burial" nie robi. Zapewne znajdą się tacy, co dołączą do grona groupies zespołu, ja na pewno tego nie zrobię, a co więcej – płytę będę traktował jako obiekt czystko kolekcjonerski. Będzie ładnie wyglądał i nic innego nie będę od niego oczekiwał.


ocena: 6/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/extol
Udostępnij:

20 października 2013

Ihsahn – AngL [2008]

Ihsahn - AngL recenzja okładka review coverDo premiery najnowszego — piątego już — solowego albumu Ihsahna pozostało niewiele – kwestia godzin, o ile dobrze kojarzę. Nim jednak album ów wejdzie w moje posiadanie, nim przesłucham go odpowiednią ilość razy i będę mógł zrecenzować, trochę czasu zdąży jeszcze upłynąć. W oczekiwaniu na premierę i dorwanie się do niej katowałem więc ostatnio inny album Norwega – co by wejść w klimat i przypomnieć sobie, z czym tak właściwie będę się mierzył. Trafiło na dwójkę, czyli "AngL". I zaczęły się schody, bo wcale mnie krążek nie zachwycił, ba, nawet mi brewka nie tykła. A po kopach jakie serwował "The Adversary" i — uciekając w chronologii wydawniczej wprzód — zlasowanym mózgu po "After", spodziewałem się czegoś, co najmniej dobrego w chuj. "Eremity" do dziś nie obczaiłem zbyt dobrze, ale już zapowiada się na to, że będzie podobnie jak w przypadku "AngL" właśnie, czyli "harsh love". Ale o tym inną razą. Wracając zaś do tematu – z perspektywy czasu zastanawiam się, jakim cudem mogłem uznać początek albumu za niestrawny i niewciągający. Tłumaczę to sobie pełnią, brakiem opadów (do których, nawiasem mówiąc, tak się przyzwyczaiłem, że gdy nie pada dłużej niż 3 dni, boję się, że coś złego się stało i może to apokalipsa) i generalnie wszystkim dookoła, bo gdybym tylko uznał, że wina była po mojej stronie, że byłem głuchy jak pień (nawet taki prastary, słowiański), musiałbym uznać również, że mnie serdecznie i z kretesem pojebało. A chciałbym mieć tę konstatację jeszcze przed sobą. No doprawdy – "Misanthrope" to wszak jeden z najlepszych kawałków w całej karierze Ihsahn, łączący wszystko, co było z tym, co miało się dopiero pojawić. Co więcej, w składzie na "AngL" pojawił się rasowy basista i rozjebał tak zawodowo, że nawet dr House z Hansem Klossem mogliby mieć problem z udzieleniem pomocy. Słuchając "The Adversary" i "AngL" jednego po drugim, dochodzi człowiek do przekonania, że to właśnie basista dodał albumowi ostatecznego szlifu i sprawił, że z czystym sumieniem można powiedzieć, iż technicznie, studyjnie, realizacyjnie — jak kto woli — album jest idealny. Perfekcja aż do najdrobniejszych szczegółów. Jak się jednak okazało, moje pierwsze romanse z płytą nie były tak całkiem nieświadome, jak mi się mogło wydawać. Otóż kilka, kilkanaście minut po mocarnym openerze, album zwyczajnie siada. Wrażenie to tak utkwiło w mojej głowie, że całkowicie zapomniałem o "Misanthrope", "Malediction" i paru innych, naprawdę zacnych momentach. W głowie pozostały mi smęcenia i wycia, które za chuja nie mogły się podobać, nawet gdyby słuchacz był głucha i bez rak. Dopiero wielokrotne przewałkowanie albumu pozwoliło zmyć ten nieprzyjemny posmak i delektować się cacuszkami. Kompozycyjnie, ogólnie ujmując, płytą jest naturalnym rozwinięciem debiutu – coraz większą rolę odgrywają progresywne zagrywki, zaś emperorowego blacku coraz mniej. Na szczęście nie za dużo mniej. Pewną ciekawostką, która szczególnie przypadła mi do gustu, są melodyjne wstawki w klimatach, zwykle, bardzo odległych od blacku czy nawet metalu, a które nadają płycie dalszych odcieni i emocji. Za to gościnny udział frontmana Opeth uważam za czysto kurtuazyjny i z muzycznego punktu widzenia całkowicie nic niewnoszący i zbędny. Ale tam jest i nic na to poradzić się nie da. Podsumowując, bo rozpisałem się i tak cholernie, album uważam za fantastyczny. Mimo względnie słabszej kondycji Ihsahna w sferze kompozycyjnej, wszystko inne jest po prostu peachy. Szczególnie bas. 9 się należy jak chłopu pole.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.ihsahn.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 września 2013

Hellcannon – Infected With Violence [2010]

Hellcannon - Infected With Violence recenzja okładka review coverWystarczy jeden, krótki rzut oka na okładkę i w zasadzie wszystko staje się jasne. Podobieństwa do weteranów z Sarcofago nie kończą się bowiem na logo, które nawet bez złej woli można uznać za plagiat. Zresztą nie tylko w Sarcofago wsłuchiwali się młodzi Amerykanie kombinując nad swoim bandem – wesoły świat black/thrashu napierdala po uszach od najsamuśniejszego początku. I to napierdala z rozmachem, jakby debiutancki "Infected with Violence" był którymś z kolei krążkiem muzyków, a nie właśnie debiutem. Chłopaki wiedzą, czego chcą i realizują swój plan w 100%. Wyrazy szacunku za — tak rzadką w dzisiejszym świecie — dojrzałość muzyczną i świadomość własnego stylu. Warto przy tym zaznaczyć, że Amerykanom bliżej do późniejszych wydawnictw Sarcofago niż dosyć nieopierzonych początków. I tak, Hellcannon kieruje się raczej ku brutalizmowi i niemałej dozie technicznych fajerwerków, podanych jednak na tacy czystego i współczesnego brzmienia. Wszystkie triki przewidziane przez muzyków docierają do uszu klarowne (choć brzmienie gitar jest dobrze przybrudzone i undergroundowe) i z mocą 16-tonowego ciężaru spadającego w pythonowskim skeczu o samoobronie. Dopiero taki mariaż pozwala naprawdę odczuć rozpętujące się z kawałka na kawałek muzyczne inferno. Nie zapomniano jednak o, klasycznych dla stylu, melodyjnych interludiach, które dają chwilę na złapanie oddechu przed kolejnym ciosem na wątrobę. Nie ma tego wiele, bo krążka dla popierdułek wszak nie nagrywano. Sprawia to jednak, że album jest totalny i jeszcze przyjemniejszy w odbiorze. Na uścisk ręki prezesa zasługują gitarzyści, którzy wypluwają spod palców coraz to szybsze, bardzie skomplikowane i brutalne riffy. Trochę brakuje za to przeciwwagi w postaci basu, który zepchnięto nieco na drugi plan. Miłośnicy starej szkoły nie powinni być jednak zawiedzeni, bo albumowi bliżej dzięki temu do thrashowych korzeni i blackowego klimatu. W mojej opinii, kilka bardziej klarownych linii basu nie zaszkodziłoby i dociążyło, w sumie i tak już ciężki, charakter płyty. Ci sami wyjadacze powinni za to dać na tacę za gardło Ryana Fiority, który wyrzyguje mięsiste wersy z piekielną mocą nie oszczędzając ani siebie, ani słuchaczy. Zresztą taki wokal powinien zostać doceniony przez każdego, szanującego się metala. Poezja – że tak pojadę epitetem. Grzechem byłoby także nie wspomnieć o kapitalnej robocie odwalonej przez garowego, bo słychać, że nie próżnuje i napierdala w zestaw jakby stał nad nim Indiana Jones z batem i smagał za najdrobniejsze spowolnienie. Do moich faworytów zaliczyłbym "Leviathan", "Harbinger of War" oraz "Act of Violence", chociaż nie obrażę się, jeśli innym bardziej do gustu przypadną inne. Każdy utwór może być tym najlepszym, każdy miażdży kości z podobną mocą i każdy pozostawia po sobie takie samo spustoszenie. Podsumowując należy stwierdzić, że Amerykanie nagrali album wybitny, łączący w sobie dzikość i autentyzm lat minionych z umiejętnościami i produkcją teraźniejszości. Takich wydawnictw więcej proszę. A teraz wracam do cudownej okładki "Infected with Violence" i kolejnej porcji piekielnego nakurwu. Ave!


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hellcannon
Udostępnij: