Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą black metal. Pokaż wszystkie posty

1 września 2022

Mgła – Age Of Excuse [2019]

Mgła - Age Of Excuse recenzja reviewW black metalu do rzadkości należy sytuacja, gdy rozwój muzyczny ma przełożenie na wzrost popularności wśród niedzielnych słuchaczy przy jednoczesnym zachowaniu szacunku dotychczasowych fanów, a właśnie z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia w przypadku Mgły. Między „With Hearts Toward None” a „Exercises In Futility” zespół dokonał dużego przeskoku jakościowego, awansował na wyższy poziom i stał się jednym z lepiej rozpoznawalnych na świecie – i nawet nie został za to znienawidzony. Ale oczekiwania niebezpiecznie rosną…

Age Of Excuse jest logiczną kontynuacją poprzedniego krążka, przemyślaną i dopieszczoną, ale wciąż tylko kontynuacją, co naturalnie nie każdemu będzie pasować. Biorąc pod uwagę czteroletnią przerwę między tymi płytami, część fanów Mgły spodziewała się kolejnego przełomu, nie zaś jedynie rozwinięcia znanej formuły. Ja aż tak wymagający w stosunku do nich nie jestem, co więcej, według mnie zespół zasłużył na pochwały, bo wbrew pozorom nie osiadł na (zasłużonych) laurach, podjął natomiast ryzyko udoskonalenia czegoś, co już wcześniej było na wysokim poziomie, ale bez przedobrzenia, powielania się i uciekania do naciąganych/niezrozumiałych eksperymentów.

Podobnie jak na „Exercises In Futility”, na Age Of Excuse trafiło sześć dojrzale skomponowanych utworów – dynamicznych, urozmaiconych, a przy tym pozbawionych przypadkowych dźwięków i jałowej monotonii. Materiał Mgły odznacza się wyraźnie zarysowanymi liniami melodycznymi, w których dominuje melancholijny nastrój oraz umiarkowana dawka brutalności – agresywnych wybuchów jest tylko tyle, ile potrzebują kompozycje, bez forsowania tempa i blastowania na pokaz. Ucho cieszą bogatsze, rozbudowane aranżacje (przy zamknięciu ich w niemal identycznych ramach czasowych co poprzedni krążek) i duża spójność poszczególnych utworów. Kolejne części Age Of Excuse dość płynnie przechodzą jedna w drugą, ale nie na tyle żeby się ze sobą zlewać, bo różnice między nimi, indywidualne wyróżniki są mocno wyczuwalne. Z każdym kolejnym kawałkiem napięcie rośnie, a całość sprawnie zmierza do punktu kulminacyjnego, którym moim zdaniem wypada w połowie „VI”.

Ewolucja objęła również brzmienie zespołu. Age Of Excuse odznacza się najlepszą, najbardziej wymuskaną produkcją w historii Mgły – mocną, przejrzystą i dobrze dopasowaną do charakteru muzyki, choć na pewno nie sterylną. Dla mnie jest to jedyne logiczne rozwiązanie, bo nie po to się gra coraz bardziej urozmaicone i wymagające rzeczy (co dotyczy zwłaszcza aranżacji perkusyjnych), żeby później nie było tego słychać.

Czy to się komuś podoba czy nie, Mgła zapracowała sobie na niebywały sukces, a za sprawą Age Of Excuse być może nawet dotarła do ściany. Teraz jest dobry moment, żeby się zastanowić, czy w tym stylu da się jeszcze coś poprawić, czy może już warto odbić w innym kierunku.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mglaofficial
Udostępnij:

27 sierpnia 2022

Necrophobic – Dawn Of The Damned [2020]

Necrophobic - Dawn Of The Damned recenzja reviewNa następcę „Mark of the Necrogram” nie trzeba było długo czekać. Zespół poczuł wiatr w żaglach i poszedł za ciosem, efektem czego jest omawiany następca. Wydawać by się mogło, że grupa znalazła idealną formułę łączenia Black i Death Metalu, owijając oba gatunki melodią. Sama okładka zresztą nawiązuje do poprzednika pod każdym względem, jakby obiecywała kontynuację słusznie obranej drogi. Tak się jednak niestety nie stało, a finalny produkt niestety daleki jest od geniuszu, na jaki było stać zespół wcześniej…

W zespole zmienił się co prawda tylko basista, ale o ile „Mark of the Necrogram” był pracą zespołową, gdzie każdy członek, łącznie z wokalistą, pisał utwory, tak tutaj cały album został praktycznie skomponowany przez gitarzystę grupy, Sebastiana Ramstedta, który z kolei był odpowiedzialny za te dłuższe i bardziej epickie utwory na poprzednim albumie.

W tamtym przypadku się one sprawdzały, gdyż miały obok siebie zarówno szybsze, jak i bardziej nośne piosenki do zbalansowania klimatu. Tym razem niestety nie dało się uniknąć przerostu formy nad treścią. Gatunkowo jest dużo więcej nawiązań do klasyczniejszego Metalu z lat ’80, choć staje się to dopiero oczywiste, gdy gościnnie pojawia się Marcel Schmier w ostatnim utworze (lider Destruction, jakby ktoś nie wiedział). Nie ma również tak udanego balansu między stylami jak ostatnio. Death Metal zdecydowanie gra tutaj drugie skrzypce. Najlepszymi kompozycjami zdają się być „Mirror Black” i tytułowy numer, ale nie wybijają się one ponad przeciętność.

Doceniam ambicję stworzenia koncept albumu z rozbudowanymi utworami, ale naprawdę nic by się nie stało, gdyby było więcej urozmaiceń, zwłaszcza, że materiał z uporem maniaka nie chce zapadać w pamięci, nawet po setnym przesłuchaniu. Tak więc zamiast arcydzieła, dostajemy zaledwie poprawny album.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/necrophobic.official

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

6 sierpnia 2022

Raise Hell – Wicked Is My Game [2002]

Raise Hell - Wicked Is My Game recenzja reviewZespół, którego łatwo można by posądzić o koniunkturalizm, a który tak naprawdę po prostu chciał grać swój ukochany Thrash na różne sposoby, w zależności od humoru. Tak więc, z płyty na płyty ekipa ta flirtowała z różnymi odmianami. Czy to Black/Death, czy to Death 'n' Roll, jak nieco w tym przypadku. Choć można się spotkać z opiniami, że na tym albumie nie brakuje wpływów Power Metalu. Możliwe, nie znam się.

Bądź co bądź, podstawą gatunkową tej grupy jest Thrash, ale zdecydowanie lubujący się w nowoczesnej ostrości, opartej bardziej na Melo-Death, niż na klasycznych Thrashu z lat ‘80. Tym razem zespół poszedł zdecydowanie bardziej w kierunku piosenkowości i melodii, a trzeba im oddać, robią to doskonale, z głową i ze smakiem, więc nawet jeśli kogoś odstraszyłaby łatka stylu hybrydowego, tutaj może odetchnąć z ulgą – album jest stworzony przez ludzi kochających Metal, dla fanów Metalu.

Ciężko jest wyróżnić ulubiony kawałek, bo taki tytułowy numer albo piosenka otwierająca (i zaczynająca płytę od przerobienia motywu z Halloween), zdają się być tymi najlepszymi. Ale z drugiej strony, jakakolwiek inna kompozycja w niczym nie jest gorsza, gdyż album trzyma stały poziom i nie schodzi poniżej 100% miodności.

Może jestem nadmiernie bezkrytyczny, ale rzadko zdarza mi się słuchać muzyki tak pełnej entuzjazmu i zwyczajnej radości z grania. Bardzo imprezowa muzyka, może brakuje czegoś genialnego czy ambitnego, ponadczasowego, ale nie zawsze tego się oczekuje od zespołu. Czasami chce się dostać dawkę porządnej jazdy bez trzymanki, ale zrobionej z głową.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/raisehell666
Udostępnij:

10 lipca 2022

Unanimated – Ancient God Of Evil [1995]

Unanimated - Ancient God Of Evil recenzja okładka review coverChoć ich pierwszy album cieszył się sporym szacunkiem na scenie, to z przyczyn życiowych ekipa nie była w stanie skapitalizować dobrej famy i pójść od razu za ciosem, jak początkowo planowali. Niemniej jednak i tak stosunkowo szybko wyszło ich następne dzieło, niemalże równo po 2 latach.

Ancient God of Evil, bo o nim mowa, nie tylko kontynuował drogę obraną na pierwszej płycie, ale znacząco rozwinął swój styl, w kierunku jeszcze lepiej napisanych utworów. Już debiut mógł się pochwalić epicko genialnymi piosenkami, które przeszły do kanonu, a mimo to, słuchając sequela, nie ma żadnych wątpliwości, że grupa zaliczyła wyraźny progres jeśli chodzi o dobór melodii.

Co się zmieniło? Zespół postawił gdzieniegdzie na charakterne riffy, wokół których miała się obracać struktura utworu. Słychać to np. przy otwierającym album „Life Demise”, który olśniewa swoim klimatem i ciężarem. Granie na tej płycie również zdaje się być ostrzejsze i bardziej zadziorne. O ile poprzednik odważnie flirtował z Black Metalem, tak w tym wypadku dużo jaśniej śni strona Death Metalowa zespołu (poza wokalem).

Po wydaniu tego klasyka, powtórzyły się problemy z którymi grupa się zmagała – kompletny brak promocji oraz koncertów. Z tego też względu, choć można mówić o silnym kulcie, jakim się cieszyli, to zespół musiał trochę poczekać, zanim został należycie doceniony. A warto, bo rzadko kiedy człowiek spotyka się z tak wybitnie napisanym materiałem, który nie nudzi nawet po setnym przesłuchaniu. Polecam.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Unanimated-Official/156195984418900

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

25 czerwca 2022

Deathspell Omega – The Long Defeat [2022]

Deathspell Omega - The Long Defeat recenzja okładka review coverI oto stała się rzecz, której wielu ortodoksów nie przyjmie do wiadomości – Deathspell Omega po prawie dwudziestu latach czarowania swoimi nieraz rewolucyjnymi pomysłami radykalnie odmienili styl i stali się… mniej radykalni muzycznie. Na The Long Defeat zespół śmiało i bez oglądania się za siebie (i na innych) rozwija to, co na „The Furnaces Of Palingenesia” zostało zaledwie zasugerowane, niemal całkowicie zrywając przy tym z ekstremalnością poprzednich dokonań. Ktoś powie, że to szokujące, ktoś inny, że oburzające, natomiast ja wiem jedno – pomimo pewnych drobnych zgrzytów materiał wchodzi jak złoto, i to od pierwszego przesłuchania.

Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta – The Long Defeat to pod wieloma względami najprzystępniejszy album, jaki Deathspell Omega kiedykolwiek nagrali. Szybko daje się odczuć, że zespół skupił się tym razem na melancholijnym nastroju kosztem szaleństwa w muzyce – klimat rezygnacji, smutku i przygnębienia wypływa niemal z każdego taktu, a całość jest dość oszczędna, stonowana i zadziwiająco melodyjna. I mimo iż w trzech utworach (na pięć) pojawiają się przyspieszenia i blasty, to służą raczej wzbogaceniu ogólnej dynamiki aniżeli sponiewieraniu odbiorcy. Nawet w najbrutalniejszym w zestawie „Sie Sind Gerichtet!” ważniejsze wydają się subtelne melodie niż poziom pierdolnięcia – jest ostro, ale z wybuchowym „The Synarchy Of Molten Bones” ma to już niewiele wspólnego. Osobnym przypadkiem jest „Our Life Is Your Death”, w którym Francuzi zaserwowali granie z pogranicza lekkiego klimatycznego metalu i zadziornego rocka alternatywnego – coś takiego równie dobrze mogłoby się znaleźć na którejś z nowszych płyt Tribulation i nikt by się nie połapał.

Na wyjątkową łatwość w odbiorze The Long Defeat wpływa również uproszczenie muzyki – przynajmniej w stosunku do tego, co Deathspell Omega robili przez kilkanaście ostatnich lat. Z utworów praktycznie zniknęły dysonanse, rytmiczne odjazdy czy gwałtowne zwroty; ich struktury nie powinny stanowić wielkiego wyzwania – są przejrzyste, a kolejne części dość logicznie z siebie wynikają, można by rzec – są przewidywalne. Czy to źle? Niekoniecznie, bo choć nie robią mętliku w głowie, mają bardzo dużo do zaoferowania i są równie wciągające, co te z poprzednich płyt. Wspomniane już zgrzyty dotyczą jedynie końcówek „Enantiodromia” i „The Long Defeat”, które są trochę od czapy i wyglądają mi na doklejone na siłę.

Przy okazji prostowania muzyki Deathspell Omega wyczyścili sobie również brzmienie, dzięki czemu żaden riff ani perkusyjna zagrywka nie ma prawa umknąć słuchaczowi. Najbardziej zyskał na tym bas, który cały czas jest obecny na powierzchni i robi dobrą robotę szczególnie w wolnych fragmentach (a tych nie brakuje), a w takim „Our Life Is Your Death” chyba nawet przewodzi pozostałym instrumentom.

Kolejna duża i mocno rzucająca się w uszy zmiana dotyczy wokali. Na The Long Defeat Mikko Aspa nie jest jedynym, który odpowiada za odgłosy wydawane paszczą, bo towarzyszą mu Mortuus (Marduk i Funeral Mist), M. (Kriegsmaschine i Mgła) oraz niejaki Spica, który w tym towarzystwie ma najmniejsze osiągnięcia. Kto spisał się najlepiej – kwestia dyskusyjna, ja pewnie ze względu na przyzwyczajenie postawiłbym na Mikko. Ogólnie różnorodność głosów wyszła płycie na dobre, zwłaszcza w momentach, gdy barwa wokalu dobrze zgrywa się z muzyką (a taka spójność nie jest regułą) i podkreśla nastrój danej frazy. Ponadto ciekawie wypadają pojawiające się tu i ówdzie podniosłe chórki, mimo iż niekiedy brzmią jak Sulphur Aeon, innym razem jak Behemoth…

Po dziesiątkach przesłuchań The Long Defeat nie mam wątpliwości, że to dla Deathspell Omega początek nowej drogi i płyta przełomowa (zresztą nie pierwsza w ich karierze), po której już nic nie będzie takie samo. Po Francuzach spodziewano się awangardy i coraz większych szaleństw, tymczasem oni odważnie poszli pod prąd i stworzyli zupełnie nieoczywisty, normalniejszy materiał, który nikogo nie pozostawi obojętnym. No, teraz możecie wypatrywać Kardashianek w koszulkach Deathspell Omega


ocena: 8,5/10
demo
Udostępnij:

23 kwietnia 2022

Abbath – Dread Reaver [2022]

Abbath - Dread Reaver recenzja okładka review coverOkres poprzedzający proces przygotowania Dread Reaver to dla Abbatha głównie pasmo problemów, porażek i kompromitacji, czego najbardziej żenującym przykładem był ekspresowy „koncert” w Argentynie w ramach promocji „Outstrider” i późniejsze przepychanki w składzie na tle nie-wiadomo-jakim-ale-można-się-domyślać. Koniec końców Olve wylądował na odwyku, odstawił wódę i prochy i ponoć wyprostował swoje życie, jednak nie było pewności, czy pozbawiony procentowego wspomagania będzie w stanie stworzyć choćby przyzwoity materiał.

A tu proszę – nie jest tragicznie. Mnie w każdym razie Dread Reaver wszedł znacznie lepiej od poprzednika, choć do debiutu nie ma startu – to nie ten poziom kompozycji, a i wykonaniu brakuje trochę błysku. No i styl się zmienił, żeby nie napisać – ewoluował. Z góry uprzedzam wszystkich napalonych na blackmetalowy holokaust, że Dread Reaver to zdecydowanie zły adres i stuprocentowo pewna przyczyna srogiego rozczarowania. Materiał w głównej mierze sprowadza się do nieprzesadnie ekstremalnego black-thrash’u, w dodatku podanego z oldskulowym, a momentami nawet rockowym — bo lajtowe solówki łagodzą i tak już przystępna muzykę — feelingiem. Owszem, są tu dwie solidne petardy w postaci „Acid Haze” i „The Deep Unbound” — i to właśnie je bym wskazał jako najlepsze — ale reszta to już granie w równym stopniu czerpiące ze starego thrash’u, co ze środkowego/przejściowego okresu Bathory. Raz jest wolniej, raz szybciej, innym razem niby epicko i jakby nieporadnie (to o kawałku tytułowym, który jawi się jako najsłabszy w zestawie) – ogólnie nic przesadnie wymagającego.

Różnorodność na pewno jest jakimś atutem Dread Reaver, podobnie zresztą jak jego bezpośrednia przebojowość. Fajna dynamika, dość wyraziste riffy, ciekawe melodie – pod tymi względami album przewyższa „Outstrider”, brakuje mu natomiast szorstkości i choć odrobiny dzikiego charakteru. Doskonale słychać, że Abbath chciał tym razem stworzyć materiał czepliwy i bardzo nośny, wypakowany podniosłym refrenami (ewidentnie pod koncerty) i chwytliwymi riffami, a zadziorny tylko na tyle, żeby zanadto nie gryzł się ze skrzekliwym wokalem. Swoją drogą Abbath w paru miejscach (zwłaszcza w „Myrmidon” i „Dread Reaver”) brzmi nieco rozpaczliwie i nierówno, jak gdyby głos odmawiał mu już posłuszeństwa – czyli jak schyłkowy Quorthon.

Jak wynika z powyższych akapitów, Dread Reaver to najmniej „immortalowa” płyta w solowym dorobku Abbatha (nie licząc oczywiście I). Wprawdzie elementy typowe dla jego poprzedniego zespołu wciąż pojawiają się tu i ówdzie (najmocniej w „The Book Of Breath”), jednak tłumaczyłbym je raczej nawykami kompozytorskimi (i chęcią zatrzymania przy sobie starszych fanów), bo znacznie więcej tu patentów, które grubą krechą oddzielają obie kapele. Nawet wciśnięty w drugiej części krążka (nie zaś na końcu, jako bonus) cover „Trapped Under Ice” można traktować jako komunikat: zapraszamy matki z dziećmi, tu nie ma ani ekstremy, ani Szatana. Na ile ma to związek z potrzebą poszerzenia horyzontów, a na ile z deklaracjami Abbatha o jego dużej otwartości na reunion Immortal – ot zagadka?

Radykalne oblicze Abbatha, a przynajmniej to, z jakim mieliśmy do czynienia jeszcze na „Abbath”, to już przeszłość, z którą trzeba się pogodzić. Jeśli Norwegowi jeszcze starczy sił na kolejne albumy, to przypuszczalnie będą podobne do Dread Reaver – skoczne, przyjemne i z aspiracjami „stadionowymi”, ale nie rzucające na kolana.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.abbath.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 kwietnia 2022

Belphegor – Goatreich – Fleshcult [2005]

Belphegor - Goatreich – Fleshcult recenzja okładka review coverDo momentu wydania „Lucifer Incestus” Belphegor był dla mnie zespołem, który niebezpiecznie balansował na granicy żenady i aż do przesady przedkładał wizerunek i szokującą (w założeniach) otoczkę ponad wykonywaną muzykę, bo ta była niedookreślona i w najlepszym wypadku przeciętna – ekstremalna, owszem, ale w nieporadnym wydaniu. Czwarta płyta Austriaków okazała się przełomem i krokiem we właściwym kierunku, natomiast Goatreich – Fleshcul jest już konkretnym rozwinięciem tamtej formuły – dużo bardziej zróżnicowanym, dopracowanym, lepiej zagranym i przede wszystkim dojrzale skomponowanym.

Skok jakościowy, do jakiego doszło u Belphegor w ciągu dwóch lat dzielących te płyty, ma duży związek z rozwinięciem umiejętności przez poszczególnych muzyków oraz korektą w ramach stylu, a dokładnie z położeniem większego nacisku na elementy death metalu, w tym na baaardzo wyraźne inspiracje Morbid Angel i Deicide. Zespół odpuścił jawne „mardukowanie” i dość jednowymiarowe napierdalanie na rzecz ciekawiej zaaranżowanych i bogatszych struktur, zabaw z dynamiką i większym ciężarem. Austriacy stworzyli materiał pozbawiony przypadkowych pomysłów i jałowych zapychaczy. Oczywiście na krążku nie brakuje charakterystycznych dla zespołu petard, które sprowadzają się do dzikiego blastowania (choćby „Fornicationium et Immundus Diabolus”), ale i one są wyładowane wyrazistymi riffami i zagrane z lepszym feelingiem, przez co w ogóle nie nudzą.

Największą niespodzianką i jednocześnie nowością dla Belphegor jest kapitalny „Sepulture Of Hypocrisy”, który jest… niemal klasycznym death/doomowym walcem z porządnymi melodiami, gęstym klimatem i wpadającym w ucho tekstem – coś takiego od razu się wybija i zwraca uwagę. Niespiesznymi tempami i mocniej zaakcentowanym ciężarem odznacza się również bardzo morbidowy „Kings Shall Be Kings”. W ogóle wolne partie zostały (udanie) wprowadzone w niespotykanej wcześniej ilości i stanowią istotną część Goatreich – Fleshcul, który — wbrew pozorom — nie stał się przez nie mniej ekstremalny. Rozpisując się o najlepszych utworach, nie mogę pominąć mojego faworyta – diabelsko chwytliwego „Swarm Of Rats”, którego intensywność i specyficzna melodyjność powinny każdemu potargać jelita. To murowany hit koncertowy (gdyby tylko chętniej go grali), a także kolejny przykład na wybitnie czepliwy i odpowiednio bluźnierczy refren. Swoją drogą, mimo upływu lat przynajmniej jedna trzecia kawałków z Goatreich – Fleshcul wciąż należy do moich ulubionych w katalogu Belphegor, a to tylko świadczy o ich jakości.

Duże wrażenie robi w pełni profesjonalna produkcja Goatreich – Fleshcul, bo również pod tym względem album przewyższa „Lucifer Incestus”. Z jednej strony jest bardzo czytelna, można wyłapać niemal każdy dźwięk, a z drugiej jest daleka od sterylnej i brudu w niej co nie miara. Zespół ponownie nagrywał z Alexem Krullem, więc doświadczenia zebrane podczas poprzedniej sesji na pewno tu zaprocentowały.

Jeśli miałbym wskazać płytę Belphegor, od której najlepiej zacząć, żeby łatwo i przyjemnie wkręcić się w styl i przekaz Austriaków, wybrałbym Goatreich – Fleshcul. Chociaż nie jest to największe osiągnięcie zespołu, przystępność oraz świetnie dobrane proporcje wszystkich charakterystycznych dla nich elementów sprawiają, że to materiał stworzony do katowania na okrągło.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: /www.facebook.com/belphegor

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

25 lutego 2022

Unanimated – In The Forest Of The Dreaming Dead [1993]

Unanimated - In The Forest Of The Dreaming Dead recenzja okładka review coverJest początek roku 1993. Wychodzi debiut Unanimated. Do ówczesnych fanów grupy zalicza się wtedy jeszcze nieznany frontman Opeth. W Szwecji wciąż króluje brzmienie gitar jak w Entombed. Dissection ma dopiero wydać swój pierwszy album pod koniec roku. At The Gates jeszcze nie gra w stylu, z którego miał być znany. A Black Metalowe hordy z Norwegii jeszcze się rozkręcały i miały dopiero wydać swoje klasyki.

W takiej też oto sytuacji, pojawienie się bardzo nietypowo zagranego Melodyjnego Death/Blacku namieszało na scenie i zwróciło uwagę ludzi. Wystarczy wspomnieć, że tego typu połączenie gatunkowe miało się stać normą w późniejszych latach.

Sama okładka zresztą budziła konsternację – zdjęcie zespołu, oraz estetyka starych winyli z lat ’60, jako że zespół celowo chciał iść pod prąd i nie powielać tego, co robili inni. Muzycznie natomiast mamy do czynienia z pięknie napisanymi utworami, które wchodzą gładko bez popity. Słuchanie tego albumu jest czystą przyjemnością dla ucha.

Nie jest też łatwo wyróżnić jeden najlepszy track. Z pewnością zarówno genialny „Blackness of the Fallen Star” czy niewiele gorszy „Storms from the Skies of Grief” znajdą swoich amatorów zarówno dobrych melodii, jak i konkretnego wygaru, którego bynajmniej na płycie nie brakuje.

To co sprawiło, że grupa nie odniosła sukcesu, mimo iż album cieszył się szacunkiem, to wg muzyków fakt, że nie byli w stanie zrobić trasy koncertowej poza Szwecją, ze względu na kontraktowe zobowiązania w innych grupach, w których grali, jak i kompletny brak promocji przez wytwórnię. Ale co się odwlecze to nie uciecze, gdyż w ostatecznym rozrachunku jak najbardziej można mówić tutaj o klasyku gatunku. Pozycja obowiązkowa do poznania.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Unanimated-Official/156195984418900

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

27 marca 2021

Stortregn – Impermanence [2021]

Stortregn - Impermanence recenzja okładka review coverStortregn zaistnieli w mojej świadomości stosunkowo niedawno, bo za sprawą „Emptiness Fills The Void”, a że pozostawili po sobie naprawdę dobre wrażenie, z pewnym zainteresowaniem wypatrywałem następcy tamtego krążka. Po kilkudziesięciu sesjach z Impermanence mogę spokojnie stwierdzić, że Szwajcarzy nie zawiedli fanów. Wprawdzie ich styl to ciągle nie do końca moja bajka, aaale materiał jest na tyle zadziorny i sprawnie poskładany, że słuchało mi się go całkiem przyjemnie. Co nie znaczy, że zostanie ze mną na zawsze.

Jako że autorzy Impermanence nie mogli się dotąd poszczycić solidną promocją, wypada wspomnieć, z czym my tu w ogóle mamy do czynienia. Zespół dużo zawdzięcza blackującemu i bardzo melodyjnemu death metalowi ze Szwecji (Dissection, Sacramentum, Unanimated…), ale żeby nie było zbyt archaicznie i odtwórczo, doprawia muzykę znacznie większą dawką techniki i paroma progresywnymi rozwiązaniami podpatrzonymi u Obscura, Beyond Creation czy u połowy katalogu The Artisan Era. Również realizacja płyty to klasyczne idee (ostre gitary, skompresowane gary) dostosowane do współczesnych warunków i wzbogacone o więcej przestrzeni. Stortregn lubią rozbudowane (bywa, że ponad realną potrzebę) struktury z wieloma zmianami klimatu, długimi solówkami i akustycznymi wstawkami, jednak rdzeń ich grania to piłujące tremolem gitary i gęsto bite blasty. Proporcje między agresywnym napieprzaniem a nastrojową lajtowizną Szwajcarzy dobrali tak, żeby materiał nie był przesłodzony ani mdły, co się chwali, bo w tym gatunku łatwo o banały redukujące muzykę do wesołych przytupów.

Jedyny istotny problem, jaki mam z muzyką Stortregn, dotyczy wspomnianych już blackowych wpływów. Momentami jest tego trochę za dużo i wówczas tracę uwagę, zwłaszcza kiedy wokalista wrzeszczy i wrzeeeszczy, a melodie robią się zbyt melancholijne. Gdyby to podać w surowszej wersji, to może całość byłaby bardziej posępna i lekkostrawna zarazem. Osobną kwestią jest to, że niekoniecznie jestem w grupie docelowej Impermanence. Co innego Steffen Kummerer z Thulcandra, który od dawna chce nagrać coś takiego, ale mu nie wychodzi…


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.stortregn.com

Udostępnij:

4 kwietnia 2020

Immanifest – Macrobial [2019]

Immanifest - Macrobial recenzja okładka review coverNa pierwszy rzut oka Immanifest wygląda naprawdę zachęcająco – kapela z Tampy na Florydzie, za którą stoją ludzie z wieloletnim doświadczeniem, a ich target to fani m.in. Hypocrisy i Septicflesh, w dodatku Macrobial wśród krytyków spotyka się niemal z samymi zachwytami. Pal licho, że swoją muzykę określają dawno zapomnianą etykietką „symphonic black-death”. Muszą być fajni, czyż nie? Ano, nie! Już pierwsze minuty z płytą uświadamiają nam, czemu wydanie debiutu zajęło im ponad dekadę.

Macrobial to po prostu granie z minionej epoki — i to takiej, za którą nikt nie tęskni — tyle, że we współczesnej oprawie. Okładka, brzmienie, zaplecze techniczne grajków, agresywne wokale – każdy z tych elementów z osobna jak najbardziej się broni, jednak styl zespołu i jego, a bo ja wiem, poczucie estetyki – już nie. Immanifest proponują nam przypadkowy zlepek oklepanych motywów, które nie dość, że w większości są nieciekawe, to niekoniecznie z sobą współgrają. Na domiar złego w muzyce Amerykanów dominuje to, co już 25 lat temu było w symfonicznym black-death najgorsze: gatunkowe klisze, mnóstwo banałów, plumkanie klawiszy, naiwne melodyjki, chybione czyste wokale (w tym damskie), patetyczne chórki… I nie chodzi nawet o to, że w międzyczasie świat poszedł do przodu i tamte patenty się zestarzały. Nie, one od początku były zupełnie nieatrakcyjne, a Immanifest z niewiadomych powodów postanowili je przypomnieć.

Dla mnie godne odnotowania momenty (chodzi dosłownie o kilkusekundowe sekwencje) pojawiają się jedynie w „Emissaries Of Ikhenaton”, kiedy zespół pocina coś jednoznacznie nawiązującego do włoskiego Ade. Cała reszta – przelatuje obok i w ogóle nie skupia na sobie uwagi, co nawet jest OK, bo w ten sposób Macrobial ani nie nudzi, ani nie męczy. Tylko czy to przypadkiem nie za mało?


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Immanifest/270388841633
Udostępnij:

17 lutego 2020

Vltimas – Something Wicked Marches In [2019]

Vltimas - Something Wicked Marches In recenzja okładka review coverSuperprojekt. Trzy duże nazwiska, w dodatku każde z innej bajki: Rune Eriksen (czego by aktualnie nie robił, najważniejsze są jego dokonania w Mayhem), Flo Mounier (kręgosłup Cryptopsy) oraz David Vincent (który mentalnie jest nie wiadomo gdzie, chyba na Dzikim Zachodzie albo w Las Vegas). Czy po takiej ekipie można oczekiwać czegoś sensownego? Ja byłem zdania, że nie, ale już pierwsza konfrontacja z Something Wicked Marches In pozostawiła mnie z rozdziawioną paszczą. Ta konfiguracja jak najbardziej ma sens!

Czy wobec tego Vltimas to wypadkowa Mayhem, Cryptopsy i Morbid Angel? Ano nie. Owszem, w muzyce pojawiają się elementy charakterystyczne dla każdego z tych zespołów (czy raczej osób z nimi związanych), jednak nie mamy do czynienia z polepionym na ślinę zlepkiem klisz i oczywistości. Vltimas wbrew pozorom nie poszli po linii najmniejszego oporu (ani po linii najprostszych skojarzeń) i zaoferowali coś, co w dość dużym stopniu jest oryginalne, podane z pomysłem, zajebiście wykonane i bardzo przyjemne w odbiorze. Niiiby całość można spiąć klamrą pod tytułem „blackujący death metal”, ale szybko okazuje się, że dla zespołu ten termin bywa przyciasny.

To, co najbardziej zwraca uwagę na Something Wicked Marches In to spójność tej muzyki – to, że każdy fragment od strony kompozytorskiej doskonale trzyma się kupy. Nie trzeba nawet zbyt intensywnie się wsłuchiwać, żeby wyłapać, że przez większość czasu poszczególne instrumenty pogrywają w odmiennych stylistykach — gitary blackowe, perkusja to niemal death/grind („Total Destroy!”), a bas plumka zupełnie bez napiny — a mimo to zadziwiająco dobrze się uzupełniają. To nic innego jak encyklopedyczny przykład efektu synergicznego, kiedy rezultat współdziałania przekracza sumę poszczególnych czynników.

Blasphemer serwuje riffy jak za czasów „Grand Declaration Of War” i „Chimera” — może nie jakoś superciężkie czy pokręcone, ale odpowiednio chwytliwe i przeszywające — oraz kilka oszczędnych solówek. Flo Mounier napierdala jak cyborg (mordercza praca centralek!), przy czym bliższy jest Sandovalowi w najwyższej formie albo Derekowi Roddy niż temu, co robi na co dzień. Co do Vincenta… chociaż wokalnie nie oddalił się zbytnio od „Illud Divinum Insanus” (trafiają się też echa „Covenant”), to w takiej konwencji sprawdził się naprawdę bardzo dobrze i nie mogę mu niczego zarzucić. Jakby tego było mało, Vltimas zadbali o kilka fragmentów, których chyba nikt by się po nich nie spodziewał, jak np. absolutnie świetne i klimatyczne „Monolilith” i „Last Ones Alive Win Nothing” (doskonałe riffy!). Ewentualnie takich, których nikt by NIE chciał się po nich spodziewać – choćby chórki i eksperymenty z czystymi zaśpiewami – o dziwo udane.

Nie ukrywam, że jestem pod sporym wrażeniem Something Wicked Marches In – w ogóle nie wypatrywałem tej płyty, jednak kiedy już trafiła w moje ręce, szybko ją zapętliłem. Ostatnimi czasy projekty wspierane znanymi nazwiskami to tylko marketing, więc Vltimas uznaję za krzepiący wyjątek od reguły.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/VLTIMAS/
Udostępnij:

15 września 2019

Moon – Daemon’s Heart [1997]

Moon - Daemon’s Heart recenzja okładka review coverPo wielkim sukcesie „Moonlight” Cezar zaczął się rozwijać w różnych dziwnych kierunkach, co skończyło się dla niego muzyczną schizofrenią, natomiast dla fanów – sporym bólem głowy. Z jednej strony dostaliśmy bowiem syntetyczny i zalatujący techniawą „Darkside”, z drugiej zaś black metalowy i w zamyśle symfoniczny (czytać: z klawiszami) Daemon’s Heart. Na obu płytach można wyczuć chęć załapania się na koniunkturę oraz niewielki wysiłek włożony w ich powstanie. Obie w równym stopniu rozczarowują, choć to debiut Moon jest z tej dwójki materiałem słabszym.

Wprawdzie nie potępiam Daemon’s Heart w czambuł, ale wszystkie zalety tej płyty jestem w stanie streścić w jednym krótkim akapicie, bo naprawdę jest tego bardzo mało. Plus numero uno: nie mogę się przyczepić do wokalu Cezara, jak zwykle jest znakomitego. Plus numero due: podoba mi się kilka sensownych riffów (średnia wynosi mniej niż jeden na kawałek!) i melodia na początku „The Curse”. Plus numero tre: logo jest fajne. I to by było na tyle, jeśli o atuty debiutu Moon.

Półgodzinny krążek rozpoczyna długie, nic nie wnoszące i całkowicie zbędne intro, po którym wchodzi „The Suffering” – numer niby to rozbudowany i urozmaicony, a po dokładniejszym wsłuchaniu się – nudny, naciągany i monotonny. Dalej wcale nie jest lepiej, bo praktycznie wszystkie utwory przygotowano na jedno kopyto, z klepiącym w jednym tempie automatem, przypadkowymi plamami klawiszy i doprowadzającymi do szału powtórzeniami riffów i tekstów. Kulminację wtórności mamy w „The Shining”, który jest przynajmniej o 4 minuty za długi (a trwa 5 i pół). W tym kawałku najbardziej rzuca się w uszy to, z czego uczyniłbym mój główny zarzut w stosunku do całego Daemon’s Heart – brak pomysłów. Wygląda mi na to, że zespół miał przygotowane może z 10 minut muzyki, ale uparł się zrobić z tego longpleja.

I zrobił – takiego, który nudzi, męczy, usypia i w dodatku brzmi sztucznie i dość mizernie (koszmarne trzaski-praski wszystkiego, co ma imitować talerze). Jednocześnie jest to krążek, który daje do myślenia – wszak na okładce mamy motyw znany z „The Ultimate Incantation” autorstwa Dana Seagrave’a, a we wkładce nie ma na ten temat nawet słowa… Jako zagorzały fan twórczości Cezara polecam nabyć ten album jedynie do kolekcji, do słuchania już niekoniecznie.


ocena: 4/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 marca 2019

Rotting Christ – The Heretics [2019]

Rotting Christ - The Heretics recenzja okładka review coverNie sądziłem, że Sakis będzie w stanie mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć… No i cóż, nie zaskoczył. Serio, po Rotting Christ nie należy się już raczej spodziewać — ani od nich wymagać — niczego ponad to, co z umiarkowanym powodzeniem klepią od prawie dekady. Nie ma w tym nic specjalnie odkrywczego, ale może to i nawet lepiej, wszak ostatnia duża niespodzianka w ich wykonaniu to „Aealo” – a mnie ciągle trzącha, gdy słucham tej płyty. The Heretics takich wstrząsów nie wywołuje, bo nie zawiera żadnych niepotrzebnych dodatków ani niezrozumiałych eksperymentów. Żeby była jasność – takich zrozumiałych także nie; w ogóle niczego do dorobku Greków nie wnosi, chyba że w kwestiach lirycznych, ale to akurat na odbiór płyty nie ma najmniejszego wpływu. W tych dziesięciu utworach mamy do czynienia jedynie ze sprawdzonymi (wielokrotnie) schematami, dość przewidywalnymi strukturami i znajomą atmosferą: dużo tu chórów, deklamacji, marszowego tempa i charakterystycznych melodyjnych riffów – taki Rotting Christ z czterech ostatnich albumów w pigułce. Szczęśliwie dla ewentualnych słuchaczy, owa piguła nie jest zbyt duża, więc łyknięcie jej za jednym zamachem nie powinno nikomu nastręczać problemów. Nade wszystko dlatego, że The Heretics wydaje mi się najbardziej strawnym i przekonywającym krążkiem Greków od czasu „Theogonia”, choć jeśli chodzi o ogólny poziom, to oczywiście nie ma do niego startu. Niemniej jednak jest tu przynajmniej kilka kawałków, które zasługują na uwagę i które, jak sądzę, powinny na dłużej zagościć w setliście zespołu. Ja polecam zwłaszcza „Vetryl Zlye” (takiego Rotting Christ mogę słuchać zawsze, nawet ten damski wokal mi podchodzi) oraz spory zestaw utworów z umiejętnie wplecionym mantrowaniem: „The New Messiah”, „The Voice Of The Universe”, „Dies Irae”, „Fire, God And Fear” i „Hallowed Be Thy Name” (wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z Iron Maiden), spośród których ten ostatni jest szczególnie posępny, jednowymiarowy i w ogóle się nie rozkręca. Właśnie dzięki takim numerom można ostrożnie założyć, że w przyszłości The Heretics będzie trafiać do odtwarzacza znacznie częściej niż trzy poprzedzające go płyty.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

4 listopada 2018

Behemoth – I Loved You At Your Darkest [2018]

Behemoth - I Loved You At Your Darkest recenzja okładka review coverCztery lata temu Behemoth odfajkował płytę numer dziesięć, następnie odtrąbił (zasłużony) komercyjny sukces, a dzięki temu… mógł wrzucić na luz. To słychać na I Loved You At Your Darkest, który jest najbardziej stonowanym krążkiem w historii zespołu. Wprawdzie Nergal próbuje nadrobić ubytki w ekstremalności muzyki jakąś wyjątkowo bluźnierczą otoczką, ale powiedzmy sobie szczerze – więcej w tym elementów humorystycznych (choćby stylizacja zdjęć – kulturoznawcy będą mieli radochę) aniżeli szokujących – przynajmniej trzeźwo myślącego człowieka. Do oprawy jeszcze wrócę, a na razie pochylę się nad zawartością stricte muzyczną. Pod tym względem płyta prezentuje się naprawdę nieźle, jednak na pewno nie robi tak dużego wrażenia jak „The Satanist”, choć kontynuuje większość zapoczątkowanych wówczas wątków. Oznacza to jeszcze mocniejszą synergię oszczędnego w techniczne ozdobniki blackowego nawalania z klimatami sakralnymi w estetyce wschodniego obrządku. Oprócz tego, także w ramach lajtowizny, mamy tu więcej wpływów klasycznego rocka – czy to w spokojnych riffach czy solówkach zagranych z charakterystycznym feelingiem. Wszystko to zebrane do kupy sprawia, że I Loved You At Your Darkest jest materiałem łatwym i dość przyjemnym w odbiorze, mimo iż niekiedy nieco się rozjeżdża w skrajnych elementach. Stąd też obok bardzo udanych „God = Dog”, „Rom 5:8” czy „Bartzabel” (ten bym nawet wskazał jako najlepszy w zestawie) trafia się „Sabbath Mater”, w którym mamy kumulację nietrafionych pomysłów z tragicznymi chóralnymi zaśpiewami w refrenie na czele. Na szczęście dla Behemoth większa część albumu to utwory bardzo rzetelnie skomponowane – może i bez wodotrysków i wielu szczególnie zapadających w pamięć fragmentów, ale w sam raz na kilka(naście) uważniejszych przesłuchań. Trochę to mało? Ano tak, bo odnoszę wrażenie, że nowe kawałki tak „na sucho” nie są w stanie w pełni przekazać wszystkiego, co Nergalowi chodziło po głowie, że zaplanowano je na coś więcej. I tu wracam do oprawy – w muzyce pojawiają się miejsca, które bez obrazu wydają się niekompletne, które aż proszą się o uzupełnienie odpowiednio sugestywną wizualizacją. Przeciętny zjadacz chleba, znający zespół głównie z jutjuba, pewnie nie zwróci na to uwagi, bo wszystko ma podane na tacy, ale dla bardziej wymagających odbiorców, którzy lubią pobyć z płytą sam na sam, może to być pewien problem. Behemoth na własne życzenie stał się tworem wielowymiarowym; oddziałuje różnymi kanałami na różne zmysły i to jest nawet w porządku, tylko czy przypadkiem muzyka nie zaczyna na tym tracić? I Loved You At Your Darkest zdradza takie symptomy…


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:












Udostępnij:

12 października 2018

Samael – Ceremony Of Opposites [1994]

Samael - Ceremony Of Opposites recenzja okładka review coverSamael skończył się na „Blood Ritual”. To prawda, ale na Ceremony Of Opposites narodził się na nowo – bardziej zadziorny i charakterystyczny, a tak po prawdzie to lepszy pod każdym względem. Samael dojrzał i rozwinął się, a tym samym dał pretekst co bardziej krewkim fanom, by oskarżyć go o skomercjalizowanie się. Owszem, Ceremony Of Opposites był jednym z bestsellerów swoich czasów, ale cała otoczka płyty — prowokacyjna okładka i bezpośrednie teksty (najjaskrawszy przykład mamy w genialnym „To Our Martyrs”: „I spit at your god’s face / I piss on the cross / I vomit on the holy bible / I shit on the blessed whore and her bastard son”) — są bardziej diabelskie aniżeli kiedykolwiek wcześniej i zdecydowanie mocniej walą w twarz. Zaś co do muzyki – już od pierwszych taktów „Black Trip” słychać postęp kompozytorsko-wykonawczo-brzmieniowy. Szwajcarzy zrobili pewny i logiczny krok naprzód, za punkt wyjścia biorąc chyba „With The Gleam Of The Torches” z „Blood Ritual”, bo właśnie tamten kawałek odznaczał się sporą dynamiką i zdradzał pewne progresywne zapędy zespołu. Na Ceremony Of Opposites Samael rozwija twórczo (i w dodatku w szybszych tempach) najlepsze pomysły z poprzednika oraz wprowadza mnóstwo innowacji – jak choćby bardzo rozbudowane partie klawiszy czy donioślejszy udział basu. W przeciwieństwie do wcześniejszych materiałów tu każdy numer ma swoje indywidualne wyróżniki i nie sposób pomylić go z innymi, a przy okazji odznacza się nieprzeciętną chwytliwością. Oczywiście największa w tym zasługa riffów, które (wreszcie) nabrały należytej wyrazistości dzięki bardzo zgrabnemu połączeniu prymitywnej agresji z zapadającą w pamięć linią melodyczną. Nie bez znaczenia jest także zajebista motoryka nowych kompozycji (zwłaszcza „Flagellation”), która sprawia, że trząchanie banią w rytm muzyki włącza się u słuchacza automatycznie, bez udziału świadomości. W rezultacie powstał zestaw murowanych koncertowych hitów, spośród których prawie każdy (a nie tylko „Baphomet’s Throne”) można wskazać jako ten najlepszy. Prawie, bo numer tytułowy nieco odstaje pod względem chwytliwości, ale nadrabia to gęstszym klimatem. Pozostała dziewiątka zamiata aż miło, nie dając najmniejszych powodów do narzekań. Kolejny wielki plus Ceremony Of Opposites wpływający na przystępność płyty to wokale – bardziej jadowite, a jednocześnie czytelne i pełne majestatu. Właśnie od tego momentu można mówić o Vorphalacku jako wokaliście prawdziwie rozpoznawalnym. Jak wynika z powyższego tekstu, Ceremony Of Opposites to dla mnie album praktycznie bez wad. Nawet brzmienie by Waldemar Sorychta mile zaskakuje ostrością i ciężarem. Przy okazji „Passage” deaf jebnął krótki konkret „Samael at its best”, o Ceremony Of Opposites mogę napisać to samo.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

10 stycznia 2018

Abbath – Abbath [2016]

Abbath - Abbath recenzja okładka review coverNie ma bata na Abbath’a – takie oto krótkie hasło reklamowe wpadło mi do łba przy okazji odsłuchu jego debiutanckiej płyty wydanej pod własną ksywą. Jeśli któryś ze speców od marketingu Season Of Mist byłby zainteresowany jego odkupieniem, to żadna poważna oferta w euronymusach nie zostanie przeze mnie zlekceważona. A tak serio (A dupa, tamto też było serio!), to Abbath po raz kolejny udowodnił, że potrafi stworzyć kawał porządnej muzyki charakterystycznej tylko dla niego. Jak mi się wydaje, takie potwierdzenie było mu szczególnie potrzebne po tym, jak został wywalony z Immortal, którego nota bene „powrotny” krążek zupełnie nie zachwycał.

Z Abbath sytuacja wygląda inaczej, bo powiew świeżości czuć już w pierwszych taktach „To War!”. Później z tą świeżością bywa różnie, ale zarówno jej jak i chęci do grania jest na płycie znacznie więcej niż na wtórnym i nudnym „All Shall Fall”. Abbath skupił się na tym, co mu najlepiej wychodziło — i co przy okazji miało niezłe branie u fanów — więc krążek jest utrzymany w stylu, który najłatwiej można określić jako wypadkową „Sons Of Northern Darkness” i „At The Heart Of Winter”. Dodatkowo mamy tu trochę nowych rozwiązań, które czynią muzykę Norwega ciekawszą, mniej przewidywalną, a nawet dość współcześnie brzmiącą.

Jestem przekonany, że duża w tym zasługa Kevina Foley’a, który technicznie przerasta Horgh’a przynajmniej o głowę i potrafi zagrać gęsto nawet w wolniejszych partiach, wypełniając kolejne takty mnóstwem rozmaitych przejść. Zajebiście to wpływa na ogólną dynamikę Abbath, zatem pozostaje mi tylko pogratulować inwencji i wyczucia. Nie zmienia to jednak faktu, że pełnię swoich możliwości mr. Creature pokazuje mieszając przy intensywnych blastach, których akurat na płycie nie brakuje. Dobrze spisuje się także King ov Hell. Wprawdzie aż takich cudów nie dokonuje, ale na szczęście nie ogranicza się jedynie do plumkania pod gitarę, więc relatywnie często daje o sobie znać.

U spiritus movens tego przedsięwzięcia słychać natomiast niemal młodzieńczy zapał i dużą pewność siebie, dlatego Abbath opiera się wyłącznie na solidnie poskładanych kompozycjach; nie ma tu żadnych wypełniaczy. Każdy z utworów mógłby zostać wybrany na singla, bo generalnie trzymają bardzo zbliżony wysoki poziom, jednak inną kwestią jest to, które najszybciej trafiają do kategorii ulubionych. Ja stawiam przede wszystkim na ekstremalny „Ashes Of The Damned” (z oczywistych względów kojarzy się z „One By One”), fajnie klimatyczny „Ocean Of Wounds” (z oczywistych względów kojarzy się z „Tyrants”), chwytliwy „Count The Dead”, zaskakujący nietypowym rytmem i riffami „To War!” oraz kończący z hukiem całość „Endless”.

Jak zatem widać – jest na czym ucho zawiesić, brzmienie wydaje się być w pełni naturalne, a oprawa albumu skutecznie przyciąga wzrok. Demonaz i Horgh będą musieli naprawdę się postarać, żeby przebić ten materiał, bo Abbath wysoko zawiesił poprzeczkę.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.abbath.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

12 października 2017

Immortal – Pure Holocaust [1993]

Immortal - Pure Holocaust recenzja okładka review coverPure Holocaust i „Opus Nocturne” – jeśli chodzi o klasyczny black metal, nic mi w zasadzie więcej nie potrzeba, bo te dwie pozycje w znacznym stopniu wyczerpują temat. Spośród nich dwójka Immortal jest albumem czystszym gatunkowo, bardziej bezpośrednim, pierwotnym i pozbawionym zbędnych urozmaiceń. Nie jest to absolutnie zarzut z mojej strony, bo akurat m.in. te cechy przesądzają o potędze materiału, który stał się dla Norwegów przełomem – tak pod względem muzyki, jak i szeroko rozumianej popularności. Ta druga kwestia ma naturalnie związek z wywiadem dla norweskiej telewizji, w trakcie którego któryś z Immortali chlapnął z dumą, że grają „holocaust metal” – ani fani ani media większego magnesu już nie potrzebowali. W stosunku do dość topornego debiutu Pure Holocaust stanowi odczuwalny i co ważniejsze pewny krok naprzód; z łatwością przerasta go — w zależności od opcji — w każdym lub niemal każdym elemencie. Niemal, bo niektórych mocno rozczarował fakt porzucenia zatęchłego piwnicznego i przede wszystkim diabelskiego klimatu na rzecz nieco bardziej subtelnego i mistycznego, choć ciągle wyraźnie w muzyce Norwegów obecnego. Wspomniana zmiana ma również związek z przetasowaniami personalnymi. Armagedda odszedł w cholerę, więc z braku laku (i lenistwa Grima) obowiązki perkusisty wziął na siebie Abbath Doom Occulta, który miał zupełnie inną wizję zespołu niż były kolega – bardziej radykalną i ekstremalną. I taki też jest Pure Holocaust – to zagrany z polotem black metalowy pocisk, który z dużą swobodą sieje spustoszenie w głowie słuchacza, by zostawić w niej dość miejsca na zimowe pejzaże Demonaza Doom Occulta. Tempa większości utworów są zabójcze, super szybkie blasty lecą prawie przez cały czas, a towarzyszą im wyjątkowo chwytliwe (i czytelne!) riffy, które jeszcze rok wcześniej byłyby u Immortal nie do pomyślenia. Podobnie zresztą jak bardzo czyste i naturalne brzmienie albumu – miła odmiana po tłukącym się debiucie. Ewolucja na granicy ryzyka i oskarżeń o zdradę ideałów? Na pewno, ale właśnie dzięki takiemu podejściu ten 34-minutowy materiał składa się z samych łatwo przyswajalnych hitów, spośród których naprawdę trudno wybrać ten najlepszy. Dlatego też w moim rankingu płyt Immortal tylko „Blizzard Beasts” zajmuje wyższą pozycję od Pure Holocaust.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 stycznia 2017

Christ Agony – Legacy [2016]

Christ Agony - Legacy recenzja okładka review coverJeśli wydawca sam ładuje na front płyty naklejkę z tekstem „powrót do wysokiej formy”, to wiedz, że coś się dzieje! A dzieje się źle. Niestety, Legacy nie jest ani kolejnym bardzo dobrym krążkiem Christ Agony, ani — jak niektórzy sugerują — nawiązaniem do najlepszych tradycji Trylogii, ani też materiałem wnoszącym cokolwiek nowego do dorobku grupy. Muzyka z tej przydługiej (nie przydługiej, tylko nudnawej – jak sam siebie poprawiam) płyty w zasadzie w niczym nie odbiega od tej znanej z „Nocturn” (weźcie pod uwagę, iż dzieli je pięć długich lat), może z wyjątkiem tego, że więcej w niej jednoznacznych odniesień do

  • „Darkside”, bo tak ogólnie jest jeszcze bardziej schematyczna, przewidywalna i odtwórcza. Wałkowanie w kółko tych samych oklepanych motywów znudzi się w końcu każdemu, więc i ja powoli zaczynam wymiękać, słysząc po raz kolejny cięcia gitar a’la „Diaboli Necronasti” czy „Devilish Sad”. To było rajcowne jeszcze kilkanaście lat temu, ale od tamtego czasu te (zbyt) mocno eksploatowane patenty po prostu się zestarzały, straciły dawną magię i nieprzyjemnie drażnią ucho. Co z tego, że w każdym utworze trafiają udane i ciekawe riffy (czasem nawet więcej niż jeden), skoro reszta balansuje na granicy autoplagiatu i rodzi uzasadnione pytania o sens nagrywania czegoś takiego. Wszechobecna monotonia wynika także z tego, że Ceza ponownie źle dobrał perkusistę – Daray, podobnie jak Inferno, nie za bardzo odnajduje się w wolnym graniu i całą jego ideę sprowadza do klepania prostych i niezbyt urozmaiconych rytmów. A wystarczyło tylko uważnie posłuchać debiutu Union… Konfrontując Legacy z moją listą uwag i zażaleń zawartych w recce „Black Blood”, na plus jestem w stanie odnotować jedynie nieznaczną, naprawdę minimalną poprawę brzmienia, bo skład pozostał dwuosobowy (w dodatku studyjny), „Black Blood Ov The Universe” i „Coronation” powtórzono z tejże epki, a o nowalijkach i wartości artystycznej wspomniałem już wyżej. Jedynym zaskakującym elementem na Legacy jest tajemniczy utwór numer osiem (zalatuje „Darkside” na kilometr), i to tylko dlatego, że nie uwzględniono go nawet na okładce (a propos oprawy graficznej – Gustave Doré w grobie się przewraca, znowu…). Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek chciał jak najszybciej odfajkować płytę z muzyką Cezara, tym razem było niestety inaczej. Coś mi się wydaje, że czasy, kiedy w ciemno kupowałem każde wydawnictwo z logo Christ Agony, powoli się kończą.


    ocena: 6/10
    demo
    oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

    inne płyty tego wykonawcy:

  • Udostępnij:

    14 maja 2016

    Christ Agony – Black Blood [2015]

    Christ Agony - Black Blood recenzja okładka review coverPo cichu liczę, że Cezar, jako Christ Agony, ma zamiar kontynuować świecką tradycję zapoczątkowaną przy okazji „Demonology”/„Condemnation” i na kolejnym longpleju nie powtórzy żadnego utworu z opisywanej epki, która tenże longplej właśnie zapowiada. Natomiast już trochę głośniej oświadczam, że czekam na materiał nagrany w pełnym składzie (na epce brakuje Reyash’a), w lepszym studiu, trochę bardziej twórczo potraktowany i przede wszystkim wprowadzający jakieś zauważalne nowości do wizerunku kapeli. Ale po kolei. Zasadnicza część Black Blood to materiał będący w prostej linii wypadkową kultowego „Moonlight” i średniawego „Nocturn” – tak pod względem brzmienia, jak i muzyki. Mamy zatem do czynienia z kawałkiem dość rozbudowanego i dynamicznego black metalu (aczkolwiek z death’owymi zapędami Młodego), który oparto na znanych i lubianych rozwiązaniach z przeszłości oraz paru nowszych – mniej udanych i niestety nudnawych. Wobec powyższego mam pewne zastrzeżenia do nieco nierównego poziomu „Black Blood Ov The Universe” i „Coronation”, bo nie koszą one aż tak mocno jak powinny, choć na pewno rozbudzają apetyt na więcej. W obu przypadkach — i nie wiem, czy to dobrze czy źle — słuchaczowi nie raz będzie towarzyszyło wrażenie deja vu… Sam kilkukrotnie łapałem się na tym, że w paru co bardziej charakterystycznych partiach czekałem aż Młody zagra to samo, co mam zakodowane w głowie z „Moonlight” – do tego stopnia są podobne. Teraz zostawiam to bez komentarza, w przypadku longpleja będę jednak rzucał kurwami. To nie koniec reminiscencji, bo pod numerem trzy dostajemy jeszcze odgrzewanego kotleta, czyli doskonale wszystkim znany „Kingdom Of Abyss”. Oryginał jest fajny i kopie, a że nowa wersja zbytnio od niego nie odbiega, to też sprawia trochę radości – tym bardziej, że zawiera żywą perkusję. Jednakże to wszystko mało, żebym przed Black Blood padł na kolana — jak to innym się zdarzyło — wszakże tak po prawdzie płytka zapowiada to, co już było…


    ocena: -
    demo
    oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

    inne płyty tego wykonawcy:

    Udostępnij:

    18 kwietnia 2016

    Rotting Christ – Rituals [2016]

    Rotting Christ - Rituals recenzja okładka review coverRotting Christ nagrał dwunastą płytę. Dość fajną płytę. Taką nawet do posłuchania od czasu do czasu. Gości jest dużo. Melodie znajome. Wkładka wali oldskulem na kilometr. Kiedy przychodzi mi pomyśleć o Rituals, jestem w stanie wykrzesać z siebie aż tyle entuzjazmu, co w powyższych zdaniach… Weterani greckiego black metalu najzwyczajniej w świecie wymieszali na tym materiale dobrze wszystkim znane patenty z dwóch poprzednich krążków (niestety z naciskiem na „Aealo”) i doprawili je na chybił trafił reminiscencjami „Theogonia”, co w rezultacie dało album bezpieczny, swojski, typowy i w dużym stopniu przewidywalny – muzycznie całkiem fajny, ale paradoksalnie nie sprawiający wielkiej radości. Na potrzeby Rituals delikatnie zmodyfikowano część starych (czytać: sprzed sześciu lat) motywów, inne zaś żywcem przeniesiono ze wspomnianych płyt; prawdziwych nowości natomiast nie odnotowałem, stąd też w żadnym elemencie nie mogę Rottingów pochwalić za wizjonerstwo. Panowie Sakis i Themis (wraz z hordą znajomków) w większości utworów kręcą się głównie wokół tajemniczych etniczno-rytualnych pomysłów wypracowanych na „Aealo”, pogłębiając je gęstszym klimatem i coraz to liczniejszymi transowymi partiami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że krążek z 2010 roku jest dla mnie jednym ze słabszych w ich dorobku, więc było nie było powrót do takich wątków za bardzo mnie nie kręci. Rituals na szczęście nie powiela wszystkich błędów „protoplasty” (nie ma choćby tego wkurwiającego babskiego wycia!), toteż słucha się go spokojnie i bez zgrzytów, a przez kilka pierwszych kawałków nawet z zainteresowaniem. Niestety, zbyt częste mantrowanie (chociażby w „Apage Satana” czy „Devadevam”) i ogólna zamierzona monotonia skutkują opadaniem powiek i znudzeniem – muzyka zaczyna wypełniać tło, a do świadomości trafia z niej niewiele konkretów. Na nic dobre brzmienie, gościnny udział kilku znanych osobistości (m.in. Vorph, Nick Holmes, Magus) i diabelskie inkantacje z całego świata – ochota na kolejne odpalenie ulatuje zanim płyta się skończy. Mimo wszystko oceniam Rituals wysoko (Żeby była jasność: zbyt wysoko – max to 7,25 punktu, ale ćwiartek nie uznajemy.), bo to kawał solidnej roboty (albo tylko mój sentyment…) i nic nie poradzę, że w stylu, który do mnie w pełni nie trafia.


    ocena: 7,5/10
    demo
    oficjalna strona: www.rotting-christ.com

    inne płyty tego wykonawcy:


    Udostępnij: