facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty

6 października 2017

Phlebotomized – Immense Intense Suspense [1994]

Phlebotomized - Immense Intense Suspense recenzja okładka review cover
Phlebotomized to zespół wyjątkowy, nietuzinkowy i oryginalny. I jak to z takimi bywa – niedoceniony. Holendrzy wystartowali bardzo udaną demówką "Devoted To God", później przyszła pora na dwie jeszcze lepsze epki, zaś apogeum zajebistości swojego stylu osiągnęli w na debiucie "Immense Intense Suspense", po którym zdołali nagrać już tylko jeden, w dodatku zupełnie inny album. Opisywany krążek z jednej strony jest logicznym rozwinięciem tego, co zespół robił na poprzednich wydawnictwach — co zrozumiałe, bo kilka starszych utworów nagrano na nowo — z drugiej zaś zadziwiającym konglomeratem mnóstwa odważnych/nietypowych rozwiązań i inspiracji, których wcześniej próżno było szukać w twórczości zespołu. Całość można w wielkim uproszczeniu określić jako progresywny death-doom, ale ta etykieta w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu.

15 czerwca 2017

My Dying Bride – Meisterwerk III [2016]

My Dying Bride - Meisterwerk III recenzja okładka review cover
Roman Rogowiecki – kojarzycie typa? Dziennikarz muzyczny, wielki autorytet i coś tam coś tam. Jakieś dwadzieścia lat temu brylował w teleszopach, zagadując gospodynie domowe hasłem: jakie płyty są najlepsze?, na co miał niezawodną odpowiedź: oczywiście składanki! Z podobnego założenia wychodzą wytwórnie. A gdy jeszcze nadarzy się okazja połączenia składanki z reedycją albo jakimś jubileuszem, to już w ogóle szał pały. "Meisterwerk III" to zebrane do kupy dwa debestofy My Dying Bride sprzed piętnastu lat oraz uzupełniająca zestaw płyta z — jak nazwa mylnie sugeruje — przebojami spłodzonymi przez Anglików w tak zwanym międzyczasie. W tym miejscu co bardziej dociekliwi zapytają, czemu tej nowej nie wydano osobno? Ha!

16 listopada 2016

Asphyx – Incoming Death [2016]

Asphyx - Incoming Death recenzja okładka review cover
Od momentu reaktywacji w 2007 Asphyx utrzymuje równy i wysoki poziom. Nie najwyższy, jak na pamiętnym debiucie, ale dość wysoki, żeby w ciemno kupować kolejne płyty z charakterystycznym logotypem. Szczerze przyznaję, że mnie dużo lepiej słucha się tego zespołu, odkąd luźniej podchodzę jego działalności i pogodziłem się z faktem, że do majestatu "The Rack" już nie nawiążą. Od braku podniet ważniejsza jest w tym przypadku świadomość, że na Holendrach można polegać, że nie rozmieniają się na drobne i wciąż potrafią dostarczyć fanom porcję solidnej miazgi w (prawie) niezmiennym death-doomowym stylu. Drobne różnice między "Incoming Death" a dwoma poprzednimi albumami wynikają tylko i wyłącznie ze zmian składu. W zespole nie ostał się już nikt ze starych kompozytorów, w związku z czym ciężar przygotowania materiału spadł przede wszystkim na barki Paula Baayensa, któremu nie można odmówić talentu, ale także pewnych przyzwyczajeń wyniesionych z jego pozostałych kapel, zwłaszcza z tej najpopularniejszej.

9 września 2016

Torchure – Beyond The Veil [1992]

Torchure - Beyond The Veil recenzja okładka review cover
Morgoth – to hasło wbrew pozorom nie wyczerpuje tematu klasycznego niemieckiego death metalu, choć nie da się ukryć, że to ten kultowy akt zrobił najwięcej dobrego dla tamtejszej sceny. Natomiast zespołem numer dwa, jeśli chodzi o ważność/zajebistość, jest dla mnie niesłusznie zapomniany Torchure . Wiadomo, tyle estymy co Morgoth nie miał w Niemczech nikt, ale Torchure — i to jest smutne — nie zdobyli nawet połowy tego uznania co kilka znacznie gorszych kapel, które w dodatku wystartowały później. Wydany w 1992 roku, a poprzedzony trzema demówkami debiut "Beyond The Veil" to kawał interesującego, przemyślanego i pewnie odegranego death metalu, który z jednej strony idealnie wpisuje się w kanony europejskiej odnogi gatunku (ot choćby Bolt Thrower, Grave, Gorefest), a z drugiej ma do zaoferowania kilka niezbyt popularnych wówczas rozwiązań, które zapewniły mu wyjątkowość i rozpoznawalność.

21 stycznia 2016

My Dying Bride – Feel The Misery [2015]

My Dying Bride - Feel The Misery recenzja okładka review cover
"Poczuj nędzę" – nie wiem jak was, ale mnie ten tytuł nie nastrajał zbyt optymistycznie do dwunastego longa My Dying Bride. Tym bardziej, że niedawno przeżyłem coś na kształt kryzysu wiary w potencjał kapeli, na który nałożyło się kompletne znudzenie krążkami z paru ostatnich lat. Mimo wielu moich — uzasadnionych! — obaw okazało się jednak, że "Feel The Misery" jest albumem trochę lepszym i bardziej wyrazistym od "A Map Of All Our Failures", choć nadal nie tak dobrym, jakiego od tego zespołu oczekuję. Początek płyty to trzy naprawdę solidne ponad dziewięciominutowe (!) walce – ciężkie, ponure i rozbudowane, ale na tyle dynamiczne i sprawnie zaaranżowane, że nikomu nie powinno się przy nich zbierać na ziewanie.

14 listopada 2014

My Dying Bride – Sinamorata [2005]

My Dying Bride - Sinamorata recenzja okładka review cover
Drugie oficjalne dvd My Dying Bride to bardzo solidny materiał, choć oczywiście pozostawia pewien niedosyt. Ale o tym za chwilę. Trzon wydawnictwa to dość długi (jakieś 86 minut) występ z listopada 2003 roku z Antwerpii. Pewnym zaskoczeniem/ciekawostką może być to, że większość stanowią numery stosunkowo nowe, przede wszystkim z "The Dreadful Hours" i nadchodzącego "Songs Of Darkness, Words Of Light". Największy staroć to zagrany pod koniec 'Sear Me', ale są też trochę nowsze – 'The Cry Of Mankind' (było nie było, największy hit zespołu) oraz 'A Kiss To Remember'. Całość została perfekcyjnie odegrana, a klimat sączący się z każdą minutą jest nie do podrobienia. Jeśli chodzi o muzyków, to zachowują się — jakby to kogoś zdziwiło — raczej statycznie, choć miejscami Ade i Hamish pozwolili sobie na nieco więcej życia. Osobna sprawa to Aaron (kapitalne białe wdzianko stylizowane na kaftan bezpieczeństwa!), któremu — mimo że porusza się (snuje) po scenie z werwą osiemdziesięciolatka po trzech zawałach — nie sposób odmówić ekspresji. Są oczywiście pozy ukrzyżowania, klęczenie pod statywem i — co osobliwe — śpiewanie z pozycji leżącej.

8 września 2014

My Dying Bride – Songs Of Darkness, Words Of Light [2004]

My Dying Bride - Songs Of Darkness, Words Of Light recenzja okładka review cover
Pierwszy kontakt z ósmym długograjem Brytyjczyków mógł zaskoczyć niejednego fana. Dwoma wcześniejszymi albumami My Dying Bride wprowadzili na powrót do swego brzmienia sporo brutalności, więc można było oczekiwać po nich dalszego radykalizowania muzyki. A tu niespodzianka – zero blastów, zero growli, a tempa najwyżej (prawie) średnie. Słowem: doom. Ciężki, ponury, dołujący, bardzo nastrojowy, utrzymany w klimacie smutku i zadumy. Materiał jest zwarty, trzyma cholernie równy poziom, a jego niewesoła atmosfera utrzymuje się całą godzinę – przez to może się wydawać bardziej monotonny niż jest w rzeczywistości. Otwierający płytę 'The Wreckage Of My Flesh' to całkiem spokojny walec, gdzieniegdzie tylko porozdzierany blackowym wokalem Aarona (właśnie takie wokale to jedyny naprawdę agresywny element krążka).

20 czerwca 2013

My Dying Bride – The Manuscript [2013]

My Dying Bride - The Manuscript recenzja okładka review cover
W ostatnim czasie niemal równolegle ukazały się dwa wydawnictwa sygnowane nazwą My Dying Bride. Pierwszym z nich był niemożliwie głupi debestof "Introducing My Dying Bride" (czy naprawdę są tacy, którym trzeba przedstawiać ten zespół?! – niech to posłuży za całą recenzję), drugim zaś, już sensowniejszym, opisywana właśnie czteroutworowa epka. Anglicy zawsze cechowali się dużym wyczuciem i mieli dobre pomysły jeśli chodzi o takie małe płytki (zwłaszcza na początku działalności), a przy tym, wbrew panującym na scenie zwyczajom, nie dopychali ich bootlegowej jakości wersjami największych szlagierów. "The Manuscript" nie jest tu wyjątkiem i każdy, kto się zdecyduje na zakup — a takich, zważywszy na absurdalną cenę, pewnikiem będzie niewielu — otrzyma niemal pół godziny świeżej muzyki w typowym dla My Dying Bride stylu.

23 listopada 2012

My Dying Bride – A Map Of All Our Failures [2012]

My Dying Bride - A Map Of All Our Failures recenzja okładka review cover
Gdy pisarza dopadnie niemoc twórcza, to zawsze może skrobnąć stronę lub trzysta o pisarzu, którego... dopadła niemoc twórcza, licząc przy tym, że jakoś z czasem takie zaparcie mu przejdzie i wena powróci. Też bym tak chciał, bo oto stoi przede mną "A Map Of All Our Failures", o którym po paru tygodniach słuchania wciąż za bardzo nie wiem, co sensownego napisać. No i tak naiwnie czekam na oświecenie. Staram się jak mogę, by z jedenastej ("Evinta" do głównego 'nurtu' nie zaliczam) płyty My Dying Bride wyciągnąć jak najwięcej, poukładać to sobie jakoś i przekazać wam, jaki to wypasiony krążek. I tu mam ostro pod górkę, bo podstawowy kłopot tej produkcji nie polega nawet na tym, że Anglicy mają w swoim dorobku lepsze albumy, tylko na tym, że jest ich dość dużo, zbyt dużo... Strach to przed sobą przyznać, ale "A Map Of All Our Failures" jawi mi się jako najmniej przekonujący krążek tej wspaniałej kapeli.

14 września 2012

My Dying Bride – For Darkest Eyes [2002]

My Dying Bride - For Darkest Eyes recenzja okładka review cover
Sprawa jest prosta jak metalówka-inteligentka – odświeżona wersja "For Darkest Eyes" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów My Dying Bride! Może i koncert z Krakowa jest wszystkim doskonale znany (swego czasu nawet kilka razy wyemitowała go telewizja publiczna!), ale zapewniam, że zawsze ogląda się go z prawdziwą przyjemnością. Faktem jest, że realizacja odbiega nieco od dzisiejszych standardów, ale jakichś większych zgrzytów nie ma i da się spokojnie dotrwać do końca, szczególnie że warto. Dobór kawałków jest doskonały, mamy tu największe hity zespołu z trzech płyt i epki: 'A Sea to Suffer In', 'The Cry of Mankind', 'Your River', 'Your Shameful Heaven', a na zakończenie solidny wyziew w postaci 'The Forever People'. Już dla samego koncertu warto to dvd nabyć. A są jeszcze dodatki! I tu chyba przesadzili, bo jest ich ponad dwie godziny!! Ale mawiają, że od przybytku głowa nie boli, co najwyżej żołądek. Na początek wszystkie (jest ich sześć) teledyski z lat 90-tych, od epkowego 'Symphonaire Infernus Et Spera Empyrium' po 'For You' z "Like Gods Of The Sun". Kapitalnie prezentuje się sekcja z archiwaliami.

29 maja 2012

My Dying Bride – A Line Of Deathless Kings [2006]

My Dying Bride - A Line Of Deathless Kings recenzja okładka review cover
Jakiś czas po premierze "Songs Of Darkness, Words Of Light" jeden z gitarzystów, bodaj był to Andrew, zapewniał o swej fascynacji nu-metalem i tego typu 'rzeczami' oraz o chęci wprowadzenia takich wesołych nowinek do muzyki My Dying Bride. Oczywiście momentalnie wywołało to popłoch wśród fanów Brytyjczyków. Rzecz miała jednak miejsce pierwszego kwietnia i zgodnie z tradycją tego dnia, była po prostu dość głupawym żartem ze strony pana Craighana. Tak czy inaczej ziarno niepewności, czy — w bardziej skrajnych przypadkach — przerażenia zostało zasiane, więc niektóre ludziska musiały czekać do premiery i w recenzowanym właśnie albumie szukać potwierdzenia swych obaw. Już na początku można powiedzieć, że "A Line Of Deathless Kings" to po prostu płyta My Dying Bride i kropka. Lepszej rekomendacji raczej nie trzeba? Krążek jest utrzymany w klimatach "The Light At The End Of The World" i "Like Gods Of The Sun", jednak znacznie mniej tu growli i szybkich/brutalnych napierduch

29 marca 2012

Asphyx – Deathhammer [2012]

Asphyx - Deathhammer recenzja okładka review cover
Swoim najnowszym albumem Asphyx ostatecznie potwierdzili, że mają jeszcze co nieco do powiedzenia w brutalnej muzyce, a ich powrót nie był tylko jednorazowym wybrykiem, czy skokiem na kasę. Co więcej, wydaje się, iż Holendrzy czują się dziś na tyle pewnie, że w utworze tytułowym pozwolili sobie na komentarz — pod którym zresztą podpisuję się obiema rencyma — na temat obecnej kondycji death metalu. Komu jak komu, ale im wolno, bo raz, że to prawdziwi weterani, a dwa, że nagrali płytę jeszcze lepszą niż "Death... The Brutal Way". Lepszą, choć niepozbawioną wad i w sumie ciągle daleką od tego, jak wyobrażam sobie perfekcyjny — czyli taki, jak "The Rack" — krążek Asphyx. O przewadze nad poprzednikiem przesądza i na uwagę zasługuje w mojej opinii zwłaszcza przemyślana konstrukcja "Deathhammer" – te najdłuższe (ale bez przesady – maksymalnie ośmiominutowe) i najbardziej ociężałe utwory są porozdzielane krótkimi i szybkimi strzałami (jak 'Reign Of The Brute') oraz standardowymi średniotempowcami.

23 lutego 2012

Rorcal – Rorcal & Solar Flare [2011]

Rorcal - Rorcal & Solar Flare recenzja okładka review cover
Na skali ocen 0 mamy opisane tylko jako "nie-muzyka", a powinno być jeszcze "najprawdopodobniej ambient". Wspominam o tym ze względu na pierwszą część tego chyba-splitu. O Solar Flare nie wiem absolutnie nic, poza tym, że określają to jako zespół – a czy to ma jakiś skład, historię, wcześniejsze dokonania i czy w ogóle stoją za tym ludzie – to już zagadka dla Rutkowskiego i jego speców. Działalność tego czegoś (Solar Flare, nie Rutkowskiego, hehe) uwieczniona na tym nieskładnym materiale polega na wydawaniu co jakiś czas... hmm, odgłosów za pomocą gitary albo basu oraz okazjonalnym mamrotaniu czegoś pod nosem (jeśli dobrze zrozumiałem koncept, są to mroczniaste wiersze tak wybitnie diabelskiego poety, że strach się bać). Takich, wybaczcie nadużycie, kawałków jest aż pięć, co więcej – ktoś, zapewne dla jaj, ponadawał im tytuły.

17 stycznia 2011

My Dying Bride – Turn Loose The Swans [1993]

My Dying Bride - Turn Loose The Swans recenzja okładka review cover
My Dying Bride mają na koncie kilka krążków, które spokojnie można uznać za genialne, a mimo to "Turn Loose The Swans" i tak wyróżnia się w tym gronie i należy do tych naj-naj-naj. No i jest najprawdopodobniej największym osiągnięciem w ramach całego nurtu doom-death. Od debiutu dzieli go zaledwie rok, skład pozostał ten sam (wliczam Martina, który awansował na pełnoprawnego, za przeproszeniem, członka, i którego wkład w ten album jest niemały), ale podejście do komponowania uległo wyraźnej ewolucji. Angole w dalszym ciągu hołdowali rozsądnie pojmowanej oryginalności i twórczej odwadze, jednak obrali inny kierunek niż przy okazji "As The Flower Withers". W wyniku tych działań powstał longplej baaardzo ciekawy, niezwykle zróżnicowany, trudny (choć z technicznymi wygibasami nie mający nic wspólnego) i — jak na swoje czasy — nawet awangardowy.

18 czerwca 2010

My Dying Bride – As The Flower Withers [1992]

My Dying Bride - As The Flower Withers recenzja okładka review cover
Debiut brytyjskiego My Dying Bride doskonale pokazuje, na czym polega porządny, odważny death metal z dodatkiem solidnych doomowych zwolnień i dobijającego klimatu. Ponura atmosfera tego krążka udziela się od razu podczas słuchania instrumentalnego 'Silent Dance' i trwa już do końca albumu, tj. prawie przez 50 minut. Słychać, że muzycy nie chcieli powielać pomysłów swoich idoli (m.in. Slayer, Celtic Frost, Dead Can Dance – aż strach pomyśleć, co by wyszło z ich połączenia), tylko wyskoczyli ze świeżymi patentami na granie brutalnej muzyki, dając chociażby miejsce do popisu młodemu skrzypkowi Martinowi Powellowi. Efekt musiał powalić i tak też jest w istocie! Bardzo się to chwali, bo ambitnej muzy nigdy za wiele. W 'Sear Me', 'The Bitterness And The Bereavement' i 'The Return Of The Beautiful' odrobinkę (no, może odrobinkę większą odrobinkę, hehe) death’owej napierduchy wymieszano z przygnębiającym i nieco 'romantycznym' klimatem, co dało nam w efekcie całkiem długie i epickie numery.

24 marca 2010

Carnal – Undefinable [2007]

Carnal - Undefinable recenzja okładka review cover
"Undefinable" jest drugim pełnym albumem i już czwartym materiałem w dorobku warszawskiej grupy Carnal. Zespół zadebiutował 9 lat temu bardzo fajnym MCD zatytułowanym "A Time Has Come". Przez ten czas ich talenty oraz podejście do pisania muzyki niewątpliwie uległy małej ewolucji, co wyraźnie słychać na "Undefinable". A co słychać? Odpowiedź w cale nie jest taka prosta. W wielu różnych portalach pojawia się mniej lub więcej informacji na temat muzyki Carnal i co ciekawe informacje te są często skrajnie różne. Jedne przedstawiają Carnal jako doom metal, inne jako melodyjny death metal a spotkałem nawet takie, które mówiły o technicznych death metalowcach z Warszawy! Jak widać naprawdę duża rozbieżność opinii, jednak żadna z nich nie jest do końca prawdziwa. I to chyba dobre dla zespołu, ponieważ nie jest łatwo wrzucić ich muzykę do szuflady z naklejką death metal, doom metal czy "inny metal".

23 marca 2010

Asphyx – Death... The Brutal Way [2009]

Asphyx - Death... The Brutal Way recenzja okładka review cover
Drugi powrót Asphyx w ciągu dekady – nieźle, nieźle, tylko ciekawe, czy długo ze sobą wytrzymają... Choć tyle, że tym razem za płytą (a nawet i przed!) idzie wyraźny sukces komercyjny, czego o poprzedniej raczej nie można było powiedzieć. "Death... The Brutal Way" – ta sentencja towarzyszy Holendrom od czasów demówkowych i doskonale oddaje ich muzyczną filozofię. Tylko brudne i ociężałe granie, które od początku z nowoczesnością, eklektyzmem i poszukiwaniami nie ma nic wspólnego. Od razu zaznaczam, że nie jest to materiał aż tak wyborny, jak "The Rack" czy "On The Wings Of Inferno", ale potężnej siły niszczącej odmówić mu nie można. Bez zbędnego kombinowania czy udziwnień – prosto, równo i do przodu.

Asphyx – The Rack [1991]

Asphyx - The Rack recenzja okładka review cover
Od czasu, gdy poznałem ten holenderski pomiot, Asphyx jest dla mnie wyznacznikiem ciężaru – maksymalnego, miażdżącego kości ciężaru. Mam wrażenie, że jeszcze chyba długo takim pozostanie, bowiem niewiele innych — i nieważne czy to starych czy nowych — zespołów stać na uzyskanie tak makabrycznych efektów. Wracając jednak do "The Rack", w sposób bardzo uproszczony można by określić to wydawnictwo jako "mniej techniczne (czy nawet proste), wolniejsze i cięższe Pestilence". Te porównania (a może raczej skojarzenie) nie są przecież przypadkowe, wszak sam Martin van Drunen zajmuje się tutaj rzyganiem do mikrofonu i szarpaniem basowych strun. Pal licho gitarę, tu chodzi o głos, a jak wiadomo jego maniera wokalna jest bardzo charakterystyczna.

22 marca 2010

My Dying Bride – For Lies I Sire [2009]

My Dying Bride - For Lies I Sire recenzja okładka review cover
No proszę, My Dying Bride dobili do dziesiątej płyty – całkiem niezły to wynik jak na dwadzieścia lat grania. No a jaka ona jest, zapytacie? Ano niczego sobie, o czym świadczy chociażby fakt, że dostałem ją w swe łapska w tym samym czasie, co nowy Pestilence, a słuchałem dużo częściej i chętniej niż twór Holendrów. Cóż, znów trafili w moje gusta, potwierdzając swoją klasę. Nagrali przy tym materiał dostatecznie odmienny od poprzednich, żeby był dla słuchacza, tzn. dla mnie, ciekawy i wart tych kilkudziesięciu złotych. Uwagę zwraca bardzo duża różnorodność tempa i klimatu, bo zawarto tu właściwie wszystko – od nastrojowych i wolnych partii zaśpiewanych czystym głosem po brutalne deathowe blastowanie (doczekałem się riffu z 'The Blood, The Wine, The Roses' we właściwej oprawie, ugh!) i wściekłe growle. Wspomniane zróżnicowanie i dobre aranże sprawiają, że płyta — jak na doom — jest dość dynamiczna