Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doom metal. Pokaż wszystkie posty

24 kwietnia 2018

Asphyx – Last One On Earth [1992]

Asphyx - Last One On Earth recenzja okładka review coverZdarzyło mi się już kiedyś wskazać paluchem najlepszy album w historii Asphyx, teraz słów kilka na temat płyty, którą wielu — jak zaraz udowodnię – niesłusznie — uważa za tą naj. Ale po kolei. Do nagrania "Last One On Earth" Holendrzy mieli przystąpić w skorygowanym składzie – nie udało się; później, już w trakcie sesji, kopa miał dostać van Drunen – nie dostał, bo spisał się na tyle dobrze, że postanowiono wykorzystać nagrane przez niego partie. To była słuszna decyzja, bo jego rozpaczliwe wokale są niewątpliwie ozdobą tego krążka. Wprawdzie wyziewnością ani dzikością nie dorównują tym z debiutu, jednak są na tyle mocne i patologiczne, że muszą się podobać. Równie dobrze prezentuje się brzmienie – stało potężniejsze, a także wyraźnie bliższe szwedzkiej szkole (choćby Grave), choć jak dla mnie brakuje mu wspaniałej syfiastości "The Rack", mimo iż zespół ponownie skorzystał ze studia Harrow. Co do muzyki – na pierwszy rzut ucha wydaje się, że doszło tu do wielu zmian, a tak naprawdę jej rdzeń pozostał nienaruszony. "Last One On Earth" jest z całą pewnością lepiej przemyślany od poprzednika, bardziej dopracowany w szczegółach (o czym świadczą chociażby dość ambitne niuanse w drugich riffach 'M.S. Bismarck' i 'The Incarnation Of Lust') i pewniej wykonany. Słychać, że zespół sprawniej opanował instrumenty, więc częściej pozwala sobie na szybkie partie, nie stroni także od komplikowania riffów ponad wcześniejsze standardy. Za chęć rozwoju należy Asphyx oczywiście gorąco pochwalić, problem w tym, że właściwie cały progres sprowadza się do kwestii technicznych, nie kompozycyjnych. Na "Last One On Earth" zespół nie proponuje niczego nowego i w głównej mierze skupia się na powielaniu wykorzystanych już wcześniej patentów i to w sposób ocierający się nieraz o autoplagiat. W konsekwencji tej zachowawczości Asphyx stworzyli materiał dość wtórny i niezaprzeczalnie schematyczny, choć całkiem przyjemny w odbiorze. Oprócz świeżości brakuje mi tu jeszcze przytłaczającego klimatu debiutu i jego nie do końca kontrolowanego szaleństwa w szybkich fragmentach, czyli rzeczy które już od 'Vermin' mocno chwytały za serce i jaja. "Last One On Earth", nie przeczę, może się podobać, ale ani przez moment nie zachwiał moim uwielbieniem dla "The Rack".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 marca 2018

Ataraxy – Where All Hope Fades [2018]

Ataraxy - Where All Hope Fades recenzja okładka review coverDebiut tej hiszpańskiej załogi spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony krytyków i słuchaczy — czemu nie ma się co dziwić, bo to fajna płyta — toteż naiwnie sądziłem, że muzycy zepną poślady i szybko uderzą z krążkiem numer dwa, żeby wykorzystać wzmożone zainteresowanie zespołem. Nic bardziej mylnego, bo z takich czy innych powodów kwartet nagrał "Where All Hope Fades" dopiero pod koniec 2016, a Dark Descent wypuściła go na początku tego roku. Tak długie przerwy/opóźnienia zdecydowanie nie służą kapelom, które nie są jeszcze odpowiednio znane – niektórzy fani o nich zapomną, inni natomiast napompują balon oczekiwań do jakichś pojebanych rozmiarów. Ataraxy stali się ofiarą tej drugiej grupy – lista życzeń i wymagań była spora, jednak nie jestem przekonany, że Hiszpanie w pełni im sprostali. Na pewno nie stworzyli słabizny, bo "Where All Hope Fades" słucha się więcej niż dobrze, aaale... nieco inaczej sobie ten album wyobrażałem. To, co mnie najbardziej rzuciło się w uszy, to znaczące stonowanie brzmienia i samych kompozycji w stosunku do agresywnego przecież debiutu. Ma to zapewne związek z mocniejszym zaakcentowaniem wpływów doom metalu – w wyniku tych zmian utwory Ataraxy stały się spokojniejsze, wolniejsze (wolniej, jeśli w ogóle, się też rozkręcają – 'A Matter Lost in Time' zdaje się wygasać już w połowie), no i momentami są dość rozwlekłe, a przez to nie ekscytują tak jak te z "Revelations Of The Ethereal". Ponadto zauważalnie więcej uwagi poświęcono tu melodiom, jednakże, co tu ściemniać, nie wszystkie są na tyle udane, żeby uczynić płytę wyjątkowo chwytliwą czy porywającą. Jak dla mnie na "Where All Hope Fades" trochę za rzadko do głosu dochodzi ekstremalne (a przynajmniej zadziorne) oblicze zespołu, więc materiał nie ma ani ciężaru ani siły uderzeniowej poprzednika, i to nawet mimo tego, iż wokal Javiego stał się jeszcze bardziej vandrunenowski. W rezultacie otrzymaliśmy album stosunkowo przyjemny i niezaprzeczalnie łatwy w odbiorze, a jednocześnie niekładący na łopatki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/ATARAXY/281047751876
Udostępnij:

9 lutego 2018

Spectral Voice – Eroded Corridors Of Unbeing [2017]

Spectral Voice - Eroded Corridors Of Unbeing recenzja okładka review coverSkoro już raz się udało, to czemu by nie spróbować ponownie – pomyśleli muzycy Blood Incantation, zasadzając się na kolejny tytuł "debiutu roku", tym razem pod szyldem Spectral Voice, w którym występuje aż trzech z nich. Moim skromnym zdaniem poradzili sobie nawet lepiej niż poprzednio, po części także dlatego, że konkurencję mieli mniejszą. Nie zmienia to faktu, że "Eroded Corridors Of Unbeing" jest albumem bardzo udanym i gładko wpisuje się w katalog Dark Descent Records. Oczywistym jest, że skoro składy tych dwóch zespołów pokrywają się w 3/4 (jedynie perkusistów mają innych), to ich muzyka będzie w mniejszym lub większym stopniu podobna. I jest, choć doskonale słychać, że panowie od przebierania palcami po strunach dołożyli wielu starań, aby nie powielać pomysłów już raz przez siebie wykorzystanych. Brawa za ambicje, ale pewnych kwestii nie przeskoczyli, bo "Starspawn" i "Eroded Corridors Of Unbeing" były nagrywane w tym samym studiu i przez tych samych ludzi, więc i brzmieniowo są do siebie zbliżone. Z tym akurat nie mam problemu, bo dźwięk uzyskany w World Famous Studio bardzo mi odpowiada – brzmienie jest proste, naturalne, dość przejrzyste, z fajnym klasycznym pogłosem, no i szorstkością doskonale pasuje do prezentowanego przez Spectral Voice stylu. Od strony muzycznej "Eroded Corridors Of Unbeing" to zaskakująco dynamiczny death-doom z mnóstwem wgniatających partii, jak również dzikich przyspieszeń i nieco kosmicznym klimatem. Na pewno nie jest to granie tak techniczne i brutalne jak w przypadku Blood Incantation, ale dla wyrobionego ucha powinno być równie przystępne i wciągające. Wbrew pozorom niewielka w tym zasługa paru bardziej melodyjnych riffów, na które można trafić choćby w 'Thresholds Beyond' czy 'Terminal Exhalation Of Being'. Większą rolę odgrywa w tym wspomniana już dynamika i łatwe do podchwycenia rytmy, których użycie muzycy opanowali już w Blood Incantation. Utwory na "Eroded Corridors Of Unbeing" są zbudowane z wielu różnych, nieraz naprawdę skrajnych elementów, jednak bardzo płynnie z sobą połączonych, dzięki czemu cały album nie jest ani smętny, ani nudny ani w końcu zamulający, co przy dużej objętości poszczególnych kawałków (najdłuższy trwa 14 minut) jest sporym osiągnięciem. Za zbędne (i denerwujące) uważam tylko ambientowe zapychacze, po które Spectral Voice sięgają w paru momentach (zwłaszcza w 'Visions Of Psychic Dismemberment'), ale ta uwaga wynika bardziej ze względu na to, że ja po prostu takiego gówna nie lubię, niż dlatego, że im jakoś strasznie nie wyszło. Grunt, że te pierdoły w żaden sposób nie odrzucają od "Eroded Corridors Of Unbeing", zaś sama płyta pozostaje w głowie na dłużej.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.necroticdoom.com
Udostępnij:

17 grudnia 2017

Incantation – Profane Nexus [2017]

Incantation - Profane Nexus recenzja okładka review coverOooch jakże się muzycy Incantation cieszą z ponownej współpracy z kochanym Relapse! Jak to fajnie, superancko i przytulnie – jak u babci na niedzielnym obiedzie. Problem w tym, że jeszcze piętnaście lat temu (przed wydaniem "Blasphemy") Amerykanie wyklinali swoich rodaków, zarzucając im komercyjne zapędy, brak wsparcia i niezrozumienie dla potrzeb zespołu. A mniej oficjalnie chodziło ponoć o to, że nie zdołali ich wypromować tak mocno, jak choćby Nile czy nawet Cephalic Carnage... To było tytułem wstępu i ogólnej złośliwości, teraz słów kilka o "Profane Nexus", dziesiątej płycie tej kultowej ekipy. Jak to już u Incantation często bywało, w samym stylu, w podejściu do grania nic specjalnie się nie zmieniło, natomiast po raz kolejny lekko zamieszano w proporcjach elementów składowych – jednak nie na tyle, żeby ktokolwiek mógł się poczuć zdezorientowany. Trzy lata temu, na "Dirges Of Elysium", w przewadze był brud, syf i doomowe walce, toteż dla zachowania równowagi w przyrodzie (i w dyskografii) na "Profane Nexus" mocniej zaakcentowano w miarę szybkie i agresywne death’owe napierduchy. Może to i niewiele, ale właśnie dzięki takim prostym zabiegom nowy krążek ma w ogóle sens (tak globalnie), a do mnie trafia dużo lepiej/łatwiej niż poprzedni. Plusem nie do przecenienia — przynajmniej z mojej perspektywy — jest także to, że materiał jest znacznie bardziej zwięzły od "Dirges Of Elysium" — głównie dlatego, że te najwolniejsze numery są zwyczajnie krótsze — choć można było osiągnąć jeszcze lepszy efekt, wywalając nic nie wnoszący dwuminutowy ambientowy 'instrumental' o przydługim tytule. Jeśli przymkniemy oko na tego dziwoląga, zostanie nam 40 minut esencji tego, z czego Incantation słynie od wieeelu lat – nieszczególnie złożony death metal z bluźnierczym przesłaniem, naturalnie zanieczyszczonym brzmieniem (ponownie odpowiada za nie Dan Swanö), wieloma chorobliwymi melodiami i bardziej niż zwykle rozwiniętymi partiami solowymi. Te dwie ostatnie kwestie mają związek z angażem — tym razem już oficjalnie — Sonny’ego Lombardozzi, który z nawiązką odwdzięczył się zespołowi za okazane zaufanie. Dobrze to słychać już w otwierającym album 'Muse'. Takie posrane motywy w różnych tempach powracają jeszcze parokrotnie — choćby w 'Omens To The Altar Of Onyx' czy 'Messiah Nostrum' — i zawsze w podobnie zgniłym klimacie. Fajna sprawa, jednak trudno to uznać za nowość. Nie da się ukryć, że Incantation serwują tu przede wszystkim sprawdzone patenty, ale skoro jest na czym ucho zawiesić, to cóż... chyba nie ma problemu. Tym bardziej, że "Profane Nexus" to muzyka z charakterem – czy to w obrzydliwie ociężałym 'Incorporeal Despair', ekspresowym 'Xipe Totec' czy też w końcu zachwycającym nośnym rytmem 'Ancients Arise'. Amerykanie odwalili kawał dobrej robotny, mimo to nie spodziewam się, że dzięki tej płycie grono ich wielbicieli gwałtownie się powiększy.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

6 października 2017

Phlebotomized – Immense Intense Suspense [1994]

Phlebotomized - Immense Intense Suspense recenzja okładka review coverPhlebotomized to zespół wyjątkowy, nietuzinkowy i oryginalny. I jak to z takimi bywa – niedoceniony. Holendrzy wystartowali bardzo udaną demówką "Devoted To God", później przyszła pora na dwie jeszcze lepsze epki, zaś apogeum zajebistości swojego stylu osiągnęli w na debiucie "Immense Intense Suspense", po którym zdołali nagrać już tylko jeden, w dodatku zupełnie inny album. Opisywany krążek z jednej strony jest logicznym rozwinięciem tego, co zespół robił na poprzednich wydawnictwach — co zrozumiałe, bo kilka starszych utworów nagrano na nowo — z drugiej zaś zadziwiającym konglomeratem mnóstwa odważnych/nietypowych rozwiązań i inspiracji, których wcześniej próżno było szukać w twórczości zespołu. Całość można w wielkim uproszczeniu określić jako progresywny death-doom, ale ta etykieta w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu. Przy pierwszym kontakcie płyta Phlebotomized sprawia wrażenie potwornie niespójnej, chaotycznej i poskładanej bez pomysłu z kompletnie niepasujących do siebie części, no bo jak tu sensownie pogodzić wpływy Napalm Death, Morbid Angel, Nocturnus, My Dying Bride, czegoś na kształt folku i jazzu. Awangarda dla wytrwałych, ot co. Nic więc dziwnego, że dla większości ówczesnych słuchaczy materiał był kompletnie niezrozumiały i niestrawny, a ze względu na osobliwą okładkę – odpychający. Tymczasem by w pełni docenić kunszt "Immense Intense Suspense", trzeba poświęcić temu albumowi naprawdę sporo czasu, uwagi i... cierpliwości. To jedna z tych płyt, które zyskują z każdym kolejnym odpaleniem, aż w końcu trafiają do kategorii "ulubione", dając sporo takiej snobistycznej satysfakcji, wynikającej z obcowania z czymś niepospolitym. Phlebotomized na debiucie stworzyli muzykę bez zamykania się w jakichś sztywnych ramach, czerpiąc zarówno z metalu, klasyki czy rocka, przez co nabrała ona zajebiście progresywnego charakteru, stała się wielowymiarowa, a spodziewać się po niej można dosłownie wszystkiego. Ekstremalne britcore’owe napierdalanie? Nie ma sprawy! Subtelne klawiszowe pasaże z czystymi wokalami? Czemu nie! Na "Immense Intense Suspense" skrajność goni skrajność, a przeciwieństwa — zgodnie ze starym powiedzeniem — się przyciągają, sprawiając, że cały materiał jest nieszablonowy, szalenie skomplikowany (nie mylić z techniczny) i po prostu epicki. Od bogactwa klimatów na przestrzeni nawet jednego utworu może zakręcić się w głowie, natomiast przebrnięcie przez wszystkie wywołuje u słuchacza już tylko chęć sięgnięcia po aviomarin. Czegóż chcieć więcej od prawdziwie eklektycznej muzyki? Następnego przesłuchania, a jak!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.phlebotomizedmetal.com
Udostępnij:

15 czerwca 2017

My Dying Bride – Meisterwerk III [2016]

My Dying Bride - Meisterwerk III recenzja okładka review coverRoman Rogowiecki – kojarzycie typa? Dziennikarz muzyczny, wielki autorytet i coś tam coś tam. Jakieś dwadzieścia lat temu brylował w teleszopach, zagadując gospodynie domowe hasłem: jakie płyty są najlepsze?, na co miał niezawodną odpowiedź: oczywiście składanki! Z podobnego założenia wychodzą wytwórnie. A gdy jeszcze nadarzy się okazja połączenia składanki z reedycją albo jakimś jubileuszem, to już w ogóle szał pały. "Meisterwerk III" to zebrane do kupy dwa debestofy My Dying Bride sprzed piętnastu lat oraz uzupełniająca zestaw płyta z — jak nazwa mylnie sugeruje — przebojami spłodzonymi przez Anglików w tak zwanym międzyczasie. W tym miejscu co bardziej dociekliwi zapytają, czemu tej nowej nie wydano osobno? Ha! Bo jako taka nie ma racji bytu – to produkt całkowicie chybiony, oderwany od realiów i przy okazji dość poważnie rozmijający się z ideą "best of". Nie znaczy to, że w pakiecie ze starymi "Meisterwerkami" nabiera jakichś cudownych właściwości. Wręcz przeciwnie, spora część upchniętych tu utworów wypada naprawdę blado w konfrontacji z klasykami. Ba, nawet w obrębie trzeciego krążka różnice poziomu poszczególnych utworów bywają drastyczne — zestawcie sobie choćby 'My Hope, The Destroyer' z 'Feel The Misery' albo 'Deeper Down' z 'I Almost Loved You' — stąd też odbieram go jedynie jako drenujący kieszeń składak obrazujący przykry spadek formy zespołu. Jakby tego było mało, dla zagorzałych fanów Anglików (bo niby kto inny skusi się na "Meisterwerk III"?) nie ma tu zupełnie nic ciekawego – żadnych niespodzianek, alternatywnych wersji, coverów, demówek, czy czegokolwiek godnego uwagi z perspektywy szperacza. Wszystkie te utwory były bez problemu osiągalne, więc kto był jako tako zainteresowany, ma je już na innych wydawnictwach. Dwie pierwsze płyty prezentują się pod tym względem znacznie atrakcyjniej. Plus części trzeciej widzę tylko w fakcie, że postarano się o maksymalną przekrojowość tej zbieraniny – zamieszczono tu bowiem zarówno numery z longplejów, epek jak i eksperymentu o tytule "Evinta". Niewielka to jednak pociecha, skoro przynajmniej połowa tych utworów w ogóle nie podnosi ciśnienia. Po stokroć odradzam nawet napaleńcom.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

16 listopada 2016

Asphyx – Incoming Death [2016]

Asphyx - Incoming Death recenzja okładka review coverOd momentu reaktywacji w 2007 Asphyx utrzymuje równy i wysoki poziom. Nie najwyższy, jak na pamiętnym debiucie, ale dość wysoki, żeby w ciemno kupować kolejne płyty z charakterystycznym logotypem. Szczerze przyznaję, że mnie dużo lepiej słucha się tego zespołu, odkąd luźniej podchodzę jego działalności i pogodziłem się z faktem, że do majestatu "The Rack" już nie nawiążą. Od braku podniet ważniejsza jest w tym przypadku świadomość, że na Holendrach można polegać, że nie rozmieniają się na drobne i wciąż potrafią dostarczyć fanom porcję solidnej miazgi w (prawie) niezmiennym death-doomowym stylu. Drobne różnice między "Incoming Death" a dwoma poprzednimi albumami wynikają tylko i wyłącznie ze zmian składu. W zespole nie ostał się już nikt ze starych kompozytorów, w związku z czym ciężar przygotowania materiału spadł przede wszystkim na barki Paula Baayensa, któremu nie można odmówić talentu, ale także pewnych przyzwyczajeń wyniesionych z jego pozostałych kapel, zwłaszcza z tej najpopularniejszej. To dlatego muzyka na "Incoming Death" nieraz bardzo wyraźnie dryfuje w stronę Hail Of Bullets. Czy to dobrze? Na to nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony dodało to płycie odrobinę różnorodności — którą zachwalał van Drunen — a z drugiej można tu mówić o lekkim rozmyciu w sferze tożsamości. Ponadto na krążku pojawiły się również inne zapożyczenia, w tym takie, które są dla Asphyx czymś kompletnie nowym i zaskakującym. I o ile melodie w stylu Bolt Thrower circa 1994 (choćby w 'The Grand Denial') przyjmuje się od razu, bo to ta sama parafia, to 'Death: The Only Immortal', którego fragmenty niemal żywcem przeniesiono z 'Unearthly Kingdom' Immortal, początkowo budzi konsternację. Tym większą, że te podobieństwa są zbyt duże, żeby były przypadkowe. Nie oznacza to jednak, że numer jest słaby, po prostu trochę bardziej chwytliwy. Mimo takiej różnorodności płyta trzyma się kupy, a słucha się jej naprawdę dobrze, lepiej (łatwiej) nawet niż "Deathhammer". Nikogo zatem nie powinno dziwić, że na "Incoming Death" zachowano sprawdzony podział na kawałki, w których zespół gniecie typowym wolnym tempem i krótkie, szybkie death’owe strzały (numer tytułowy to nawet petarda jak na Asphyx). O monotonii nie ma mowy, więc z przebrnięciem przez te 47 minut nikt nie powinien mieć problemów.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:




Udostępnij:

9 września 2016

Torchure – Beyond The Veil [1992]

Torchure - Beyond The Veil recenzja okładka review coverMorgoth – to hasło wbrew pozorom nie wyczerpuje tematu klasycznego niemieckiego death metalu, choć nie da się ukryć, że to ten kultowy akt zrobił najwięcej dobrego dla tamtejszej sceny. Natomiast zespołem numer dwa, jeśli chodzi o ważność/zajebistość, jest dla mnie niesłusznie zapomniany Torchure . Wiadomo, tyle estymy co Morgoth nie miał w Niemczech nikt, ale Torchure — i to jest smutne — nie zdobyli nawet połowy tego uznania co kilka znacznie gorszych kapel, które w dodatku wystartowały później. Wydany w 1992 roku, a poprzedzony trzema demówkami debiut "Beyond The Veil" to kawał interesującego, przemyślanego i pewnie odegranego death metalu, który z jednej strony idealnie wpisuje się w kanony europejskiej odnogi gatunku (ot choćby Bolt Thrower, Grave, Gorefest), a z drugiej ma do zaoferowania kilka niezbyt popularnych wówczas rozwiązań, które zapewniły mu wyjątkowość i rozpoznawalność. Wybuchom szybkiej i brutalnej młócki (powiedzmy, że najbardziej w szwedzkim stylu) towarzyszą tutaj porządnie zaaranżowane niemal doomowe zwolnienia, w trakcie których Niemcy miażdżą ciężarem i powalają złowieszczym klimatem zbliżonym trochę do tego, który znamy z "Cursed". Wprawdzie niektóre z tych bardziej odważnych/progresywnych patentów po tylu latach mogą wywoływać uśmiech na twarzy, ale wtedy były czymś nieoczywistym czy wręcz nowatorskim. Zresztą nie wszystko się tu zestarzało i taki 'Mortal At Last' wciąż wywołuje ciary na plecach, choć zbudowano go w oparciu o dość banalny pomysł. Przy okazji warto odnotować, że użycie klawiszy wcale nie wpłynęło u Torchure na złagodzenie brzmienia, a "Beyond The Veil" jako całość solidnie kopie po dupie, mimo iż obraca się głównie w średnich tempach, jak przywołane wyżej kapele. Takie podejście do grania opłaciło się chłopakom – muzyka chwyciła, zespół zdobył lokalną renomę, załapał się na trochę prestiżowych koncertów i wszystko zmierzało w jak najlepszym kierunku. Niestety, w październiku 1992 w wypadku samochodowym zginęli główni twórcy materiału, bracia Andreas i Torsten Reissdorf oraz operator (video) zespołu Sven Lubert. Torchure o dziwo podźwignęli się po tym ciosie i — w odbudowanym składzie — już po kilku miesiącach byli gotowi na premierę krążka numer dwa, ale to temat na inną okazję. Wracając do "Beyond The Veil", w pierwszej kolejności albumem powinni się zainteresować fani starego death metalu, w którym ważne są dobre struktury i odpowiedni nastrój, nie zaś melodyjki i tanie studyjne sztuczki.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Torchure/124843611008933

podobne płyty:

Udostępnij:

21 stycznia 2016

My Dying Bride – Feel The Misery [2015]

My Dying Bride - Feel The Misery recenzja okładka review cover"Poczuj nędzę" – nie wiem jak was, ale mnie ten tytuł nie nastrajał zbyt optymistycznie do dwunastego longa My Dying Bride. Tym bardziej, że niedawno przeżyłem coś na kształt kryzysu wiary w potencjał kapeli, na który nałożyło się kompletne znudzenie krążkami z paru ostatnich lat. Mimo wielu moich — uzasadnionych! — obaw okazało się jednak, że "Feel The Misery" jest albumem trochę lepszym i bardziej wyrazistym od "A Map Of All Our Failures", choć nadal nie tak dobrym, jakiego od tego zespołu oczekuję. Początek płyty to trzy naprawdę solidne ponad dziewięciominutowe (!) walce – ciężkie, ponure i rozbudowane, ale na tyle dynamiczne i sprawnie zaaranżowane, że nikomu nie powinno się przy nich zbierać na ziewanie. Najlepiej spośród tej trójki prezentuje się 'A Cold New Curse', bo to My Dying Bride jakiego mi brakowało najbardziej – świetnie przemyślane zmiany tempa, zaczepne riffy, zróżnicowane wokale, dodające głębi klawisze i przede wszystkim sączący się zewsząd klimat. W tym kawałku Brytole najbardziej zbliżyli się do tego, co robili — i to już dość dawno temu — na monumentalnym "The Dreadful Hours". W związku z powyższym pierwsze pół godziny "Feel The Misery" upływa pod znakiem klasycznego doom-death’owego grania z wieloma wybijającymi się fragmentami. Apetyt zostaje nielicho rozbudzony, a tu... napięcie opada dość drastycznie wraz z utworem tytułowym – o ile muzycznie jeszcze daje on radę, to płaczliwie wyjękiwana w kółko fraza "fiiiiiiiil de mizeri" niemiłosiernie irytuje i zmusza do przeklikania dalej. A tam wcale nie jest lepiej, bo dostajemy serię kawałków rozwlekłych (choć paradoksalnie krótszych) i nudnawych, w których My Dying Bride rozpaczliwie i na siłę próbują nawiązać do "Turn Loose The Swans". Nie wiem, czy jest to spowodowane powrotem do składu Calvina Robertshaw’a, tęsknotą za starymi czasami i mniejszymi brzuchami czy też może ingerencją sił pozaziemskich, ale momentami Anglicy ocierają się tutaj o budzącą niesmak autoparodię. Strasznie nieswojo się czuję, gdy tego słucham, jest w tych numerach jakiś fałsz. Tego wrażenia nie wymazuje nawet kolejny bardzo udany kolos — prawie jedenastominutowy 'Within A Sleeping Forest' — którym zespół kończy ten nieco nierówny album. Wrodzona zrzędliwość nie pozwala mi pominąć jeszcze paru kwestii, które budzą moje wątpliwości. Po pierwsze dobrze by było, żeby My Dying Bride postarali się o cięższe i bardziej mięsiste brzmienie, bo obecne jest zbyt stonowane i nie oddaje w pełni mocy muzyki. Po drugie przydałby się perkusista z lepszą techniką i wyczuciem stylu niż Dan Mullins. Ja po cichu liczyłem, że na stałe zostanie David Gray — człowiek z wielką wyobraźnią i świetnym warsztatem — który przez kilka lat wspomagał zespół na koncertach, a tu kiszka – gary znów nagrywał Mullins. Trzecia sprawa to skrzypce, których partie od "For Lies I Sire" brzmią tak samo (jakby odgrywały ciągle ten sam motyw), choć w międzyczasie zmieniła się osoba za nie odpowiedzialna. Skoro nie wnoszą już niczego ciekawego do twórczości kapeli, to warto by się zastanowić, czy ich jeszcze potrzebują. Mimo tylu uwag jednak oceniam "Feel The Misery" dość wysoko – ma sporo plusów i potrafi uradować wieloletniego fana, natomiast większość minusów można po prostu przewinąć.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 listopada 2014

My Dying Bride – Sinamorata [2005]

My Dying Bride - Sinamorata recenzja okładka review coverDrugie oficjalne dvd My Dying Bride to bardzo solidny materiał, choć oczywiście pozostawia pewien niedosyt. Ale o tym za chwilę. Trzon wydawnictwa to dość długi (jakieś 86 minut) występ z listopada 2003 roku z Antwerpii. Pewnym zaskoczeniem/ciekawostką może być to, że większość stanowią numery stosunkowo nowe, przede wszystkim z "The Dreadful Hours" i nadchodzącego "Songs Of Darkness, Words Of Light". Największy staroć to zagrany pod koniec 'Sear Me', ale są też trochę nowsze – 'The Cry Of Mankind' (było nie było, największy hit zespołu) oraz 'A Kiss To Remember'. Całość została perfekcyjnie odegrana, a klimat sączący się z każdą minutą jest nie do podrobienia. Jeśli chodzi o muzyków, to zachowują się — jakby to kogoś zdziwiło — raczej statycznie, choć miejscami Ade i Hamish pozwolili sobie na nieco więcej życia. Osobna sprawa to Aaron (kapitalne białe wdzianko stylizowane na kaftan bezpieczeństwa!), któremu — mimo że porusza się (snuje) po scenie z werwą osiemdziesięciolatka po trzech zawałach — nie sposób odmówić ekspresji. Są oczywiście pozy ukrzyżowania, klęczenie pod statywem i — co osobliwe — śpiewanie z pozycji leżącej. Przy okazji bisu nasz bohater rzucił nawet fajny acz niezbyt rozbudowany żarcik. Dobre światła i gęsty dym dopełniają pozytywnego wrażenia. Jedyna wada tej części to baba — Sarah — za klawiszami. Zupełnie zbędna w całym tym przedstawieniu, bo niczym nie przyciąga wzroku, a gra tyle co nic, do tego niespecjalnie. Co do niedosytu – show jest za krótki, dla mnie My Dying Bride mogliby grać nawet pięć godzin i wciąż by mi było mało, ale nie jestem przekonany, czy muzycy przeżyliby coś takiego. Jak już przebrniecie przez koncert, to zostaje pokaźna galeria oraz jeszcze ponad 40 minut materiału wideo. Są tam dwa oficjalne teledyski z "Songs Of Darkness, Words Of Light": 'The Prize Of Beauty' i premierowy 'The Blue Lotus' (świetny pomysł, świetnie wykonany). Do tego dwa wideosy — 'My Hope, The Destroyer' i 'My Wine In Silence' — zrobione przez fanów, które są takie... hmm... no... Cóż, podziwiam zespół, że wyświadczył autorom taką grzeczność i je upublicznił. Na sam koniec trzy kawałki live zarejestrowane amatorskimi kamerami. Nie pozostaje mi nic innego, jak zarekomendować wam "Sinamorata" jako bardzo wartościowe wydawnictwo w — o dziwo! — przystępnej cenie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 września 2014

My Dying Bride – Songs Of Darkness, Words Of Light [2004]

My Dying Bride - Songs Of Darkness, Words Of Light recenzja okładka review coverPierwszy kontakt z ósmym długograjem Brytyjczyków mógł zaskoczyć niejednego fana. Dwoma wcześniejszymi albumami My Dying Bride wprowadzili na powrót do swego brzmienia sporo brutalności, więc można było oczekiwać po nich dalszego radykalizowania muzyki. A tu niespodzianka – zero blastów, zero growli, a tempa najwyżej (prawie) średnie. Słowem: doom. Ciężki, ponury, dołujący, bardzo nastrojowy, utrzymany w klimacie smutku i zadumy. Materiał jest zwarty, trzyma cholernie równy poziom, a jego niewesoła atmosfera utrzymuje się całą godzinę – przez to może się wydawać bardziej monotonny niż jest w rzeczywistości. Otwierający płytę 'The Wreckage Of My Flesh' to całkiem spokojny walec, gdzieniegdzie tylko porozdzierany blackowym wokalem Aarona (właśnie takie wokale to jedyny naprawdę agresywny element krążka). Następujące po nim 'The Scarlet Garden' i 'Catherine Blake' — jedne z najlepszych na płycie — wprowadzają do melancholijnego grania trochę dynamiki i mocniejszego uderzenia – to co zawsze wychodziło Angolom na dobre, sprawdziło się i tym razem. Świetnie wypadają numery o bardziej dramatycznej budowie i zmiennym tempie jak 'The Prize Of Beauty' i 'A Doomed Lover'. Szczególnie ten drugi jest znakomity, gdy od słów "and I follow" wchodzi melodyjna gitara, a wszystko powoli rozkręca się do wspaniałego, podniosłego finału. Mój absolutny faworyt z tego albumu, po prostu wspaniały i przejmujący, szkoda tylko, że taki krótki – trwa niespełna osiem minut. Jest jeszcze interesujący 'And My Fury Stands Ready', który klimatem przypomina mi nieco 'Black Heart Romance' z poprzedniej płyty. Mimo stonowanego charakteru, "Songs Of Darkness, Words Of Light" jest krążkiem wybitnie gitarowym, opartym na ciężkich riffach i posępnych melodiach. Dopiero dalej znajdują się wokale, organicznie brzmiąca sekcja oraz ostrożnie dawkowane klawisze (ich rola znacznie zmalała). Rezultat jest więcej niż bardzo dobry (stąd też taka ocena), ale żeby się o tym w pełni przekonać, trzeba płycie poświęcić odpowiednio dużo czasu.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 sierpnia 2014

Incantation – Dirges Of Elysium [2014]

Incantation - Dirges Of Elysium recenzja okładka review coverStrasznie się napaliłem na ten krążek, bo okładka autorstwa Elirana Kantora jest naprawdę kapitalna, więc oczekiwałem czegoś równie ohydnego i posranego w muzyce. O dziwo, moje życzenia zaczęły się spełniać dość szybko, bo już przy okazji wybornego, lekko melodyjnego intra utrzymanego w zatęchłym klimacie Autopsy. Zapowiadało się zatem arcyciekawie. Kolejne minuty potwierdzają pierwsze wrażenie, bo w 'Debauchery' i 'Bastion Of A Plague Soul' muzycy Incantation napierają ile sił w podstarzałych kończynach – lunatycznie wręcz szybko, barbarzyńsko i chaotycznie. Za taki początek płyty wielu dałoby się pochlastać. Niestety, w 'Carrion Prophecy' napięcie wyraźnie siada, a to za sprawą dużo wolniejszego tempa, po które zespół sięga później jeszcze wielokrotnie. Ciężar się zgadza, ilość brudu na nutę również – miazga w starym stylu, tylko — co dawniej nie było problemem — trudniej skupić na niej uwagę. Moje utyskiwania (nie mylić z utuskiwaniem) może mieć związek z tym, że tych wolnych czy nawet ślamazarnych (stricte doomowych) numerów/fragmentów doprawionych prawdziwie grobowymi wokalami jest ciut za dużo i przez to proporcje tradycyjnych składników muzyki Incantation nieco się zaburzyły. Zresztą sami spójrzcie – wygar w czystej formie wraca już tylko w 'Impalement Of Divinity' i 'Dominant Ethos', które do tasiemców z pewnością nie należą. Mimo to "Dirges Of Elysium" spełnia właściwie wszystkie wymogi rasowej płyty Incantation i słucha się jej naprawdę dobrze, choć nie robi aż tak dużego wrażenia jak poprzednia. Po części — niewielkiej — wynika to z brudniejszego, nie tak monumentalnego jak na "Vanquish In Vengeance" brzmienia, które cofa zespół do demówkowych początków gatunku (tu znowu należy wskazać na Autopsy). Oczywiście nie należy go traktować jako wady czy wypadku przy pracy – mixem i masteringiem zajmował się ponownie Dan Swanö, więc efekt był zamierzony. Inna sprawa to przeszło 16-minutowy (nie nagrali takiego kolosa od czasów "Diabolical Conquest") 'Elysium (Eternity Is Nigh)', który może i jest utworem rozbudowanym, ale nie w każdej części jednakowo fascynującym. Jak dla mnie muzycy zbyt wiele miejsca poświęcili na wybrzmiewanie kolejnych fraz, przez co numer momentami zamula zamiast uczciwie się skończyć. Kolejna, chyba najważniejsza, kwestia to fakt, że "Vanquish In Vengeance" był poprzedzony długą ciszą, toteż był bardziej wyczekiwany. Z "Dirges Of Elysium" natomiast Incantation uwinęli się w zaledwie dwa lata. Aaa, i jeszcze coś – ten album tak zwyczajnie może być odrobinę słabszy od poprzedniego.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 czerwca 2013

My Dying Bride – The Manuscript [2013]

My Dying Bride - The Manuscript recenzja okładka review coverW ostatnim czasie niemal równolegle ukazały się dwa wydawnictwa sygnowane nazwą My Dying Bride. Pierwszym z nich był niemożliwie głupi debestof "Introducing My Dying Bride" (czy naprawdę są tacy, którym trzeba przedstawiać ten zespół?! – niech to posłuży za całą recenzję), drugim zaś, już sensowniejszym, opisywana właśnie czteroutworowa epka. Anglicy zawsze cechowali się dużym wyczuciem i mieli dobre pomysły jeśli chodzi o takie małe płytki (zwłaszcza na początku działalności), a przy tym, wbrew panującym na scenie zwyczajom, nie dopychali ich bootlegowej jakości wersjami największych szlagierów. "The Manuscript" nie jest tu wyjątkiem i każdy, kto się zdecyduje na zakup — a takich, zważywszy na absurdalną cenę, pewnikiem będzie niewielu — otrzyma niemal pół godziny świeżej muzyki w typowym dla My Dying Bride stylu. Sam materiał nie przynosi niczego zauważalnie nowego, z eksperymentami też nie ma nic wspólnego, ale choćby przez większą ilość kontrastów w krótszym czasie i mocniej zaakcentowane riffy sprawia wrażenie nieco bardziej urozmaiconego od ostatniego longa, którym ciągle jestem pewnym stopniu rozczarowany. Zagęszczenie (jak na nich oczywiście) motywów sprawia ponadto, że na nudę nie ma co narzekać, mimo iż dłuższych chwil do refleksji w tych utworach naprawdę nie brakuje. Dla mnie jednak najbardziej wybija się ozdobiony growlami 'Var Gud Över Er', który w drugiej części bardzo przyjemnie dołuje za sprawą dobrze przemyślanej partii gitary. Później klimat wyraźnie ulega uspokojeniu, aż do statecznego wyciszenia, a my mamy dość czasu, żeby się zastanowić nad następnym odpaleniem "The Manuscript". Moim zdaniem warto, choć pewnie na płytce poznają się tylko zagorzali fani.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 listopada 2012

My Dying Bride – A Map Of All Our Failures [2012]

My Dying Bride - A Map Of All Our Failures recenzja okładka review coverGdy pisarza dopadnie niemoc twórcza, to zawsze może skrobnąć stronę lub trzysta o pisarzu, którego... dopadła niemoc twórcza, licząc przy tym, że jakoś z czasem takie zaparcie mu przejdzie i wena powróci. Też bym tak chciał, bo oto stoi przede mną "A Map Of All Our Failures", o którym po paru tygodniach słuchania wciąż za bardzo nie wiem, co sensownego napisać. No i tak naiwnie czekam na oświecenie. Staram się jak mogę, by z jedenastej ("Evinta" do głównego 'nurtu' nie zaliczam) płyty My Dying Bride wyciągnąć jak najwięcej, poukładać to sobie jakoś i przekazać wam, jaki to wypasiony krążek. I tu mam ostro pod górkę, bo podstawowy kłopot tej produkcji nie polega nawet na tym, że Anglicy mają w swoim dorobku lepsze albumy, tylko na tym, że jest ich dość dużo, zbyt dużo... Strach to przed sobą przyznać, ale "A Map Of All Our Failures" jawi mi się jako najmniej przekonujący krążek tej wspaniałej kapeli. Może i mam w stosunku do nich absurdalne wymagania (muszę – jak ktoś nagrał "Turn Loose The Swans" i "The Angel And The Dark River" to stać go na wiele), ale nawet na siłę nie potrafię się tu doszukać naprawdę powalających rozwiązań. Owszem, trafiają się solidne, klasyczne momenty, gdy muzycy Umierającej Narzeczonej przemawiają dźwiękiem jak za najlepszych lat (w 'Kneel Till Doomsday', 'A Tapestry Scorned', 'Hail Odysseus' no i może w 'Abandoned As Christ'), tylko że jest ich zdecydowanie za mało i giną one osaczone motywami wtórnymi, nudnawymi i pozbawionymi wyrazu. Brak podniety z mojej strony wynika poniekąd z obranego na "A Map Of All Our Failures" stylu – praktycznie cały album stanowi zwrot w stronę dobijających doomowych brzmień (blasty w 'Kneel Till Doomsday' należy traktować jako zmyłkę na początek) oraz surowej formy znanej z debiutu i najgłębszej przeszłości. Koniec końców nie był to chyba najlepszy pomysł, bo otrzymaliśmy muzykę dość jednorodną, pozbawioną porządnej (dawnej) dramaturgii, płaską, zwyczajną... Nowe utwory rozkręcają się bardzo powoli, falując pomiędzy lepszymi i słabszymi patentami, lub co gorsza – nie rozkręcają się wcale. Stąd też sporo fragmentów albumu po prostu mi ulatuje, inne zaś irytują – a coś takiego w czasie słuchania My Dying Bride nie powinno mieć nigdy miejsca. Przykra sprawa, zwłaszcza że czekałem na ten krążek ponad trzy lata. Rąk jeszcze nie załamuję, liczę jednak, że się szybko zrehabilitują.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 września 2012

My Dying Bride – For Darkest Eyes [2002]

My Dying Bride - For Darkest Eyes recenzja okładka review coverSprawa jest prosta jak metalówka-inteligentka – odświeżona wersja "For Darkest Eyes" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów My Dying Bride! Może i koncert z Krakowa jest wszystkim doskonale znany (swego czasu nawet kilka razy wyemitowała go telewizja publiczna!), ale zapewniam, że zawsze ogląda się go z prawdziwą przyjemnością. Faktem jest, że realizacja odbiega nieco od dzisiejszych standardów, ale jakichś większych zgrzytów nie ma i da się spokojnie dotrwać do końca, szczególnie że warto. Dobór kawałków jest doskonały, mamy tu największe hity zespołu z trzech płyt i epki: 'A Sea to Suffer In', 'The Cry of Mankind', 'Your River', 'Your Shameful Heaven', a na zakończenie solidny wyziew w postaci 'The Forever People'. Już dla samego koncertu warto to dvd nabyć. A są jeszcze dodatki! I tu chyba przesadzili, bo jest ich ponad dwie godziny!! Ale mawiają, że od przybytku głowa nie boli, co najwyżej żołądek. Na początek wszystkie (jest ich sześć) teledyski z lat 90-tych, od epkowego 'Symphonaire Infernus Et Spera Empyrium' po 'For You' z "Like Gods Of The Sun". Kapitalnie prezentuje się sekcja z archiwaliami. Władowano tam m.in. świetny i profesjonalnie zarejestrowany występ z Dynamo Open Air z 1995 (po dwa numery z drugiej i trzeciej płyty – pyszności!) oraz niezły rodzynek w postaci całego (!) koncertu z Willem II z 1993. Szczególnie ten drugi, choć wybitnie niedoskonały pod względem technicznym (tragiczne brzmienie werbla), stanowi solidną prezentację zespołu z wcześniejszej fazy działalności. O takim szczególiku jak galeria zdjęć (w tym kilka wyjątkowo głupawych) i grafik szerzej wspominać nie trzeba. Czyli wszystko jasne – "For Darkest Eyes" to łakomy kąsek dla wielbicieli Brytyjczyków, także tych bardziej ortodoksyjnych, dla których po wydaniu "34.788%... Complete" zespół się skończył.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 maja 2012

My Dying Bride – A Line Of Deathless Kings [2006]

My Dying Bride - A Line Of Deathless Kings recenzja okładka review coverJakiś czas po premierze "Songs Of Darkness, Words Of Light" jeden z gitarzystów, bodaj był to Andrew, zapewniał o swej fascynacji nu-metalem i tego typu 'rzeczami' oraz o chęci wprowadzenia takich wesołych nowinek do muzyki My Dying Bride. Oczywiście momentalnie wywołało to popłoch wśród fanów Brytyjczyków. Rzecz miała jednak miejsce pierwszego kwietnia i zgodnie z tradycją tego dnia, była po prostu dość głupawym żartem ze strony pana Craighana. Tak czy inaczej ziarno niepewności, czy — w bardziej skrajnych przypadkach — przerażenia zostało zasiane, więc niektóre ludziska musiały czekać do premiery i w recenzowanym właśnie albumie szukać potwierdzenia swych obaw. Już na początku można powiedzieć, że "A Line Of Deathless Kings" to po prostu płyta My Dying Bride i kropka. Lepszej rekomendacji raczej nie trzeba? Krążek jest utrzymany w klimatach "The Light At The End Of The World" i "Like Gods Of The Sun", jednak znacznie mniej tu growli i szybkich/brutalnych napierduch (choć gdyby perkusista pokusił się o blast w końcówce 'The Blood...', to byłby konkretny grind – nadrobili na "For Lies I Sire"). Dominuje dobrze znane powolne, melancholijne walcowanie, nierzadko poprzecinane charakterystycznymi dla Anglików wyciszeniami. Jedyną większą, i co tu dużo mówić — zaskakującą — zmianą jest bardzo bezpośrednia chwytliwość i melodyjność krążka. Pod tym względem na "A Line..." My Dying Bride dorównują starym dokonaniom kumpli po fachu z Cathedral. Szczytem przebojowości jest rewelacyjny 'The Blood, The Wine, The Roses' – czegoś takiego Wyspiarze jeszcze nie mieli w swoim repertuarze! Coraz mniejszy jest natomiast udział instrumentów klawiszowych – jeśli kiedyś nadawały muzyce głębi, tak tutaj są jedynie tłem. Każdy fan zespołu bez mrugnięcia okiem spostrzeże brak 'firmowych' długaśnych przejść i ogólnie niezbyt gęstą grę garów. Jest to spowodowane tym, że podupadającego na zdrowiu Shauna (przedłużająca się kontuzja kostki) zastąpił sesyjnie John Bennett, który niestety spisał się najwyżej dobrze. Reszta bez zarzutu – leniwe, ociężałe riffy, wyraźny bas i smutne zawodzenie Aarona. Przez większość kawałków przewija się temat miłości, czy to namiętnej czy utraconej, jednak częściej powiązanej z bólem i rozpaczą. Z numerów szczególnie godnych wyróżnienia wymieniłbym przede wszystkim przywoływany już tu nieraz 'The Blood, The Wine, The Roses' (zapamiętajcie, bo warto!), 'To Remain Tombless', epkowy 'Deeper Down' (ten riff!), 'L’amour Detruit' i 'Love’s Intolerable Pain'. Ogólnie jest z czego wybierać, bo do słuchania dostajemy ponad godzinę wybornej muzyki w znanym od lat stylu. My Dying Bride i kropka.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

29 marca 2012

Asphyx – Deathhammer [2012]

Asphyx - Deathhammer recenzja okładka review coverSwoim najnowszym albumem Asphyx ostatecznie potwierdzili, że mają jeszcze co nieco do powiedzenia w brutalnej muzyce, a ich powrót nie był tylko jednorazowym wybrykiem, czy skokiem na kasę. Co więcej, wydaje się, iż Holendrzy czują się dziś na tyle pewnie, że w utworze tytułowym pozwolili sobie na komentarz — pod którym zresztą podpisuję się obiema rencyma — na temat obecnej kondycji death metalu. Komu jak komu, ale im wolno, bo raz, że to prawdziwi weterani, a dwa, że nagrali płytę jeszcze lepszą niż "Death... The Brutal Way". Lepszą, choć niepozbawioną wad i w sumie ciągle daleką od tego, jak wyobrażam sobie perfekcyjny — czyli taki, jak "The Rack" — krążek Asphyx. O przewadze nad poprzednikiem przesądza i na uwagę zasługuje w mojej opinii zwłaszcza przemyślana konstrukcja "Deathhammer" – te najdłuższe (ale bez przesady – maksymalnie ośmiominutowe) i najbardziej ociężałe utwory są porozdzielane krótkimi i szybkimi strzałami (jak 'Reign Of The Brute') oraz standardowymi średniotempowcami. Dzięki temu płyta ma naprawdę dobry przepływ i nie zalatuje od niej nudą, więc takiego 'Der Landser' słucha się z równym zainteresowaniem, co chociażby 'Vespa Crabro'. Może to i niezbyt ambitny patent na różnorodność, ale przy oldskulowym graniu sprawdza się doskonale. Szkoda jednak, że muzycy nie wykorzystali w pełni zalet takiego układu i nie zapodali paru naprawdę siermiężnych i wgniatających w ziemię walców w archaicznym stylu – "Deathhammer" to raczej wolny, klimatyczny death niż pierwotny death-doom. Ale to tylko etykiety. Ważne, że jest ciężko, brutalnie, prosto (momentami aż się prosi o nieco bardziej urozmaicony rytm) i wymiotnie – czysty, esencjonalny Asphyx, który łatwo przemawia do słuchacza. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić, ja jednakowoż muszę odrobinę ponarzekać na pozbawiony większej mocy sound perkusji (szczególnie werbla), który nie pasuje mi do surowych, ale ostrych wioseł. W tak mielącym zespole kręgosłup rytmiczny powinien brzmieć potężnie i być należycie wyeksponowany, a Holendrom z jakichś względów to umknęło, nie napomniał ich nawet Dan Swanö, który maczał tu paluchy. Pomimo tego niedopatrzenia, "Deathhammer" dostarcza wiernym fanom solidną dawkę wysokiej jakości hitów, żeby mogli spokojnie przetrzymać 2-3 lata do następnego krążka.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

23 lutego 2012

Rorcal – Rorcal & Solar Flare [2011]

Rorcal - Rorcal & Solar Flare recenzja okładka review coverNa skali ocen 0 mamy opisane tylko jako "nie-muzyka", a powinno być jeszcze "najprawdopodobniej ambient". Wspominam o tym ze względu na pierwszą część tego chyba-splitu. O Solar Flare nie wiem absolutnie nic, poza tym, że określają to jako zespół – a czy to ma jakiś skład, historię, wcześniejsze dokonania i czy w ogóle stoją za tym ludzie – to już zagadka dla Rutkowskiego i jego speców. Działalność tego czegoś (Solar Flare, nie Rutkowskiego, hehe) uwieczniona na tym nieskładnym materiale polega na wydawaniu co jakiś czas... hmm, odgłosów za pomocą gitary albo basu oraz okazjonalnym mamrotaniu czegoś pod nosem (jeśli dobrze zrozumiałem koncept, są to mroczniaste wiersze tak wybitnie diabelskiego poety, że strach się bać). Takich, wybaczcie nadużycie, kawałków jest aż pięć, co więcej – ktoś, zapewne dla jaj, ponadawał im tytuły. Możecie mi wierzyć lub nie, ale więcej muzyki (i to bardziej różnorodnej!) stworzyłem klepiąc w klawiaturę podczas pisania tej recki. Kpina, ale ci, którym ZUS płaci grube renty za nieuleczalne zaburzenia gustu pewnie będą zachwyceni. Rorcal, w odróżnieniu od kolegów (?), zapodali tylko jeden wałek, ale za to aż 22-minutowy. Nic wielkiego, ba! nawet nic średniego, ale zawsze taki — w szczytowych momentach przeciętny — doom wypada dużo ciekawiej niż przypadkowe smyranie struny w wykonaniu poprzedników. Tylko co to za sztuka być lepszym od jakiegoś Solar Flare, skoro nawet mnie się niechcący udało, choć nie zrobiłem właściwie nic? No właśnie. Do tego mamy tu brzmienie prosto z piwnicy – i to nie są moje mroczne domysły, bo sami z dumą o tym wspominają. Można tą miernotę tłumaczyć sobie tajemniczym klimatem, czy ultra-podziemnością (nawet tą dosłowną), ale z tym nie do mnie ani innych ludzi, tylko do fanów Sunn O))).


ocena: 0/10, 3/10
demo
oficjalna strona: www.rorcal.com
Udostępnij:

17 stycznia 2011

My Dying Bride – Turn Loose The Swans [1993]

My Dying Bride - Turn Loose The Swans recenzja okładka review coverMy Dying Bride mają na koncie kilka krążków, które spokojnie można uznać za genialne, a mimo to "Turn Loose The Swans" i tak wyróżnia się w tym gronie i należy do tych naj-naj-naj. No i jest najprawdopodobniej największym osiągnięciem w ramach całego nurtu doom-death. Od debiutu dzieli go zaledwie rok, skład pozostał ten sam (wliczam Martina, który awansował na pełnoprawnego, za przeproszeniem, członka, i którego wkład w ten album jest niemały), ale podejście do komponowania uległo wyraźnej ewolucji. Angole w dalszym ciągu hołdowali rozsądnie pojmowanej oryginalności i twórczej odwadze, jednak obrali inny kierunek niż przy okazji "As The Flower Withers". W wyniku tych działań powstał longplej baaardzo ciekawy, niezwykle zróżnicowany, trudny (choć z technicznymi wygibasami nie mający nic wspólnego) i — jak na swoje czasy — nawet awangardowy. Wyjątkowość "Turn Loose The Swans" zapewnił m.in. niebanalnie wytworzony klimat i rozmach w użyciu takich, niekonwencjonalnych jak na gatunek, instrumentów jak pianino czy skrzypce. Zresztą powiedzcie sami, czy za typową można uznać — death? doom? — metalową płytę, na której przesterowane gitary pojawiają się dopiero po prawie dziesięciu minutach słuchania? W tym czasie nie dzieje się zbyt wiele, ale jakie to piękne! Tę dłuższą chwilę spokoju rozrywa dopiero brutalne uderzenie w 'Your River' (to mój ulubiony utwór My Dying Bride w ogóle), które przechodzi w płaczliwe gitarowo-skrzypcowe mielenie – jeden z najbardziej poruszających motywów w twórczości zespołu. I tak już do końca – mocne, przybrudzone death’owe tąpnięcia przeplatają się z atmosferycznymi zwolnieniami i wszechobecnym dołem. Anglicy nie kombinują sensu stricte, ale grają 'sprytnie', zapewniając odpowiednio dobranymi zmianami tempa sporą dynamikę nawet długaśnym i pozornie rozlazłym kawałkom. Duża w tym zasługa Ricka, który swoimi gęstymi przejściami udowadnia, że wolna muzyka wcale nie musi być grana drętwo i prostacko. Nie można zapomnieć o Aaronie, bo jego wokale są znacznie bogatsze niż na debiucie, brzmią lepiej, a przy tym są wykonane z pełną ekspresją. Wspaniała płyta, dla wielu – 'ta jedyna', dla mnie – 'tylko' jedna z dwóch...


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 czerwca 2010

My Dying Bride – As The Flower Withers [1992]

My Dying Bride - As The Flower Withers recenzja okładka review coverDebiut brytyjskiego My Dying Bride doskonale pokazuje, na czym polega porządny, odważny death metal z dodatkiem solidnych doomowych zwolnień i dobijającego klimatu. Ponura atmosfera tego krążka udziela się od razu podczas słuchania instrumentalnego 'Silent Dance' i trwa już do końca albumu, tj. prawie przez 50 minut. Słychać, że muzycy nie chcieli powielać pomysłów swoich idoli (m.in. Slayer, Celtic Frost, Dead Can Dance – aż strach pomyśleć, co by wyszło z ich połączenia), tylko wyskoczyli ze świeżymi patentami na granie brutalnej muzyki, dając chociażby miejsce do popisu młodemu skrzypkowi Martinowi Powellowi. Efekt musiał powalić i tak też jest w istocie! Bardzo się to chwali, bo ambitnej muzy nigdy za wiele. W 'Sear Me', 'The Bitterness And The Bereavement' i 'The Return Of The Beautiful' odrobinkę (no, może odrobinkę większą odrobinkę, hehe) death’owej napierduchy wymieszano z przygnębiającym i nieco 'romantycznym' klimatem, co dało nam w efekcie całkiem długie i epickie numery. Dla miłośników klasycznego death metalu bez żadnych ozdobników jest bez wątpienia 'The Forever People' – największy koncertowy killer My Dying Bride. Zajebista dynamika, rozrywająca brutalność, czysta energia i sączący się z głośników czad! Doprawdy, nawet, gdy ktoś za Angolami nie przepada, to przy tym utworze pewnikiem pójdzie w tany, nie widzę innej możliwości. Szczególnie ciekawie wśród tego dostojnego death-doomowego mielenia prezentuje się dzika solówka w 'Vast Choirs', przy której człowiek zaczyna się zastanawiać, czy oni aby przypadkiem kilku rzeczy na płycie nie zaimprowizowali. Głos Aarona to wyraźny, bardzo charakterystyczny growl i świetnie pasuje do dość szorstkiej całości. Płyta nie jest taka prosta jakby się mogło wydawać, więc nie warto się zrażać i lepiej dać jej nieco więcej czasu. A wówczas już musi się spodobać!


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: