Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty

10 listopada 2018

Tiamat – Sumerian Cry [1990]

Tiamat - Sumerian Cry recenzja okładka review coverNiektórzy pewnie nie zdają sobie z tego sprawy, ale właśnie tak wyglądał prawdziwy szwedzki death metal zanim (czytać: rok później) gatunek sprowadzono do "grania jak Entombed". Tiamat, jako jedni z pionierów takiego grania, mogli mieć naprawdę duży wpływ na szereg nowych kapel, jednak drastycznymi zmianami stylu chyba tylko odstraszyli potencjalnych naśladowców i nie załapali się na kult. Przynajmniej na jakiś czas, bo obecnie łatwiej trafić na zespoły powołujące się na wpływy Szwedów niż to miało miejsce jeszcze dekadę czy dwie temu. Dlatego też z perspektywy czasu "Sumerian Cry" sprawia wrażenie krążka znacznie bardziej oryginalnego, znaczącego i nieskażonego ślepym naśladownictwem niż to było w momencie wydania. Choć i wówczas materiał prezentował się niczego sobie. Wprawdzie krążek nie powala brutalnością jak pierwsze nagrania Carnage czy wspomnianego Entombed, ale w żadnym wypadku nie można o nim napisać, że to muzyka dla lalusiów. "Sumerian Cry" to głównie żwawe tempa, proste (niekiedy wręcz pierwotne!) rytmy, nieźle pomyślane agresywne riffy i gardłowy wokal, tyle że priorytetem dla Tiamat wydaje się być górujący nad wszystkim iwoliczny klimat potęgowany przez zajebiście ciężkie (i zaskakująco przejrzyste) brzmienie Sunlight. Naturalnie tę specyficzną atmosferę najlepiej słychać, gdy zespół zwalnia i dorzuca do gitar odrobinę melodii (jak w 'Where The Serpents Ever Dwell'), ale i te szybsze partie nie pozostawiają złudzeń, że chłopakom tylko piekielne opary w głowach, zresztą jak przystało na ekipę stylizowaną na Celtic Frost. A propos oparów, choć niekoniecznie z diabelskiego kotła... niezależnie od tempa "Sumerian Cry" leci sobie sprawnie w death metalowej manierze (z małymi urozmaiceniami w postaci akustyków), aż tu nagle w połowie 'Evilized' znienacka wchodzi ni to jazzowa, ni to bluesowa wstawka z ksylofonem (to ten instrument podobny do ławki w parku) na pierwszym planie. Progresja, awangarda, dziwactwo – nazwijcie to według własnego uznania. Dla mnie to poziom pojebaństwa godny płyt Xysma. Dobrze, że po tym jednominutowym wybryku zespół wraca do normalnego nawalania i nie odpuszcza go do ostatnich dźwięków 'The Sign Of The Pentagram'. Inna sprawa, że tak czysty death metal Tiamat porzucił ledwie chwilę później. Choć może to i dobrze, bo inaczej nie powstałby "The Astral Sleep"...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/tiamat
Udostępnij:

22 czerwca 2018

Benediction – Subconscious Terror [1990]

Benediction - Subconscious Terror recenzja okładka review coverStare brytyjskie załogi z kręgu brutalnego grania dzielą się w zasadzie na dwie grupy – na te, które stały się wpływowe i odniosły stosunkowo duży sukces oraz te, które ledwie zaznaczyły swoją obecność w świadomości maniaków. Wśród wyjątków, znajdujących się gdzieś pośrodku, na szybko jestem w stanie wymienić tylko Cancer, Extreme Noise Terror i opisywany właśnie Benediction. Z wymienionej trójki bohaterowie tej recki mieli być może najwięcej szczęścia, bo po sformowaniu zespołu w 1989 dość szybko trafili pod skrzydła Nuclear Blast, stając się z miejsca jednym z ich najbardziej znaczących zespołów, a przy okazji nieźle wpisali się w ówczesny profil wytwórni – granie ciężkie, proste i ponure. Niemniej jednak już po trzech-czterech latach — czyli od momentu, kiedy pod death metalem grunt się zawalił — byli dla Niemców tylko kolejnym numerem w katalogu. Ale to temat na inną historię. Już przy pierwszym zetknięciu z "Subconscious Terror", a bez zaglądania w teksty, można bez pudła zgadywać, że Brytyjczycy postawili tu na klimat nagrań. I wcale nie dlatego, że płyta brzmi hmmm... pierwotnie, tempa nie zabijają, a z obsługą instrumentów było u nich tak sobie. No, może nie tylko dlatego. W tych prostych jak konstrukcja cepa utworach (niektóre rozwiązania ocierają się o poziom punk rocka...) nie brakuje prawdziwie grobowych riffów, które są lekko przytłumionym tłem dla znakomitych wokali Barney’a. Wokalista Benediction nie musiał spinać dupska, by nadążyć za muzyką — co wymusił na nim później napierdol w Napalm Death — więc mógł sobie pozwolić na drobne urozmaicenia, zaś jego głos ma tutaj odpowiednią głębię i czas, żeby należycie wybrzmieć. Partie wokalne to bez wątpienia najjaśniejszy punkt "Subconscious Terror", choć album ma jeszcze kilka plusów. Zespołowi należy się pochwała szczególnie za dobrze przemyślane zmiany tempa – niby to nic wielkiego, ale płynne przejście z wolnego w średnie albo krótka pauza tu i ówdzie fajnie zdynamizowały muzykę i — przy całej jej prostocie — uczyniły ją mniej przewidywalną. Najlepiej chyba to słychać w 'Artefacted Irreligion' i 'Experimental Stage', które wraz z numerem tytułowym wskazałbym jako wizytówki "Subconscious Terror". Wprawdzie żaden z nich nie dorównuje chwytliwością, rozmachem czy potęgą brzmienia hitom z "Realm Of Chaos" czy "War Master", ale wstydu Benediction na pewno nie przynoszą. To dzięki takim przebłyskom materiał całkiem przyzwoicie przetrwał próbę czasu i potrafi cieszyć także dzisiaj.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Benediction/463721850351250
Udostępnij:

24 października 2017

Thanatos – Emerging From The Netherworlds [1990]

Thanatos - Emerging From The Netherworlds recenzja okładka review coverPowstały w 1984 roku Thanatos szczyci się mianem pierwszej prawdziwie ekstremalnej załogi w Holandii – IPN ze swoimi teczkami i agentami chyba się w to nie mieszał, więc można przyjąć, że to kwestia obiektywna i nie podlegająca dyskusji. Jakby tego było mało, w niektórych kręgach zespół jest rozpatrywany również w kategorii kapeli prawdziwie kultowej – a to już, jak dla mnie, temat do polemiki. Oczywiście nie sposób odmówić Holendrom wkładu w rozwój tamtejszej sceny, jednak jej największy rozkwit miał miejsce już bez ich udziału. To raz. Druga sprawa, która podkopuje wspomnianą kultowość to fakt późnego wydania "Emerging From The Netherworlds", który niejako przesunął zespół do drugiej fali brutalnego grania, stawiając go w jednym szeregu z kompletnymi nowicjuszami. Po trzecie w końcu – sama muzyka. Po oficjalnym wydawnictwie kapeli, która tak wcześnie zaczynała można by oczekiwać czegoś na wysokim poziomie (także pod względem produkcji), z charakterem i w dużym stopniu oryginalnego. Tymczasem Thanatos na debiucie proponuje agresywny thrash-death, jakiego wokół było wówczas pełno, w tym także sporo tego lepszego. Sepultura, Massacra, Cancer, Incubus a nawet nasz Dragon to tylko niektóre z nazw, które przychodzą do głowy w czasie słuchania "Emerging From The Netherworlds" – materiału, który spełnia praktycznie wszystkie wymogi gatunku, choć w żadnym elemencie tak naprawdę nie zachwyca i nie wybija się ponad średnią. Nie znaczy to jednak, że album nie sprawia pewnej przyjemności. Do mnie Thanatos najbardziej przemawia, gdy zapieprza w szybkich tempach (które, swoją drogą, ładnie uwydatniają warsztat perkusisty), korzystając z nieskomplikowanych acz chwytliwych riffów i fajnego thrash’owego feelingu, co dobrze słychać zwłaszcza w 'Progressive Destructor', 'Outward Of The Inward', 'Bodily Dismemberment' czy 'Omnicoitor'. W takich momentach — dodam, że będących w przewadze — łatwiej przymknąć oko na znikomą oryginalność "Emerging From The Netherworlds" i skupić się czymś pożytecznym – np. trząchaniem dynią. Wtedy też album brzmi najlepiej, bo wszelkie zwolnienia obnażają niedostatki produkcji – zwłaszcza bzyczący dźwięk gitar, które równie dobrze mogli nagrać w studiu Giełda w Poznaniu w 1989 roku. Ponadto zastanawiający jest dla mnie poziom niektórych solówek Erwina – vide kaleki początek 'The Day Before Tomorrow' – albo to próby pójścia w awangardę albo, co bardziej prawdopodobne, techniczna nieporadność. Pomimo tych paru uwag uważam, że warto dać debiutowi Thanatos szansę. Wprawdzie to nie klasyk przez duże K, ale daje radę.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.thanatos.info

podobne płyty:

Udostępnij:

18 października 2017

Entombed – Left Hand Path [1990]

Entombed - Left Hand Path recenzja okładka review coverPłyt lepszych od "Left Hand Path" i zespołów bardziej konsekwentnych od Entombed w szwedzkim death metalu nie brakuje (pogróżki i ładunki wybuchowe możecie wysyłać na adres deafa – tylko nie żałujcie znaczków), ale próżno szukać wśród nich czegoś bardziej kultowego, kanonicznego, znaczącego i inspirującego. Fakt to niepodważalny, bo wpływem na tamtejszą scenę debiut Entombed ustępuje jedynie wczesnym dokonaniom Bathory. Jest i druga strona medalu, bo każdy kij ma dwa końce, a na dwoje babka wróżyła... Czy jakoś tak. Chodzi mi o to, że o ile w zepsutej Ameryce death metal szybko się rozgałęził w poszukiwaniu oryginalności (wszak trudno porównać np. Rottrevore do Cynic), tak w Szwecji przez (zbyt) długi czas prawie wszystko kręciło się wokół patentów wypracowanych przez Nicke Anderssona i spółkę w murach Sunlight, co zaowocowało wysypem totalnie wtórnych epigonów i w krótkim czasie doprowadziło do załamania gatunku. Zanim to jednak nastąpiło, "Left Hand Path" narobił na scenie olbrzymiego zamieszania, wytyczając nowe szlaki w brutalnym graniu. Nie umniejszając jakości materiału, nie można pominąć i tego, że zespół miał też odrobinę szczęścia – Nihilist/Entombed pojawili się we właściwym czasie i miejscu. Natomiast już zasługą ciężkiej pracy jest to, że potrafili tą szansę wykorzystać. Duża w tym zasługa nieprzeciętnego talentu spiritus movens tej ekipy – Nicke Anderssona, którego umiejętności czysto techniczne, pomysłowość i łeb do fajnych aranżacji wywindowały Entombed wysoko ponad konkurencję, która dopiero uczyła się podstaw obsługi swoich instrumentów. Z takim liderem zespół mógł sobie pozwolić na wyjście ponad najbardziej typowe schematy, co przełożyło się na przynajmniej kilka fantastycznych utworów. Dla mnie numerem jeden jest świetnie skomponowany kawałek tytułowy, który rozpoczyna się ciężkim jebnięciem z grubej rury, by w drugiej części zmiażdżyć klimatem, solówką i wciągającą melodią – coś wspaniałego! Często spotykam się z opinią, jakoby to był najlepszy numer, jaki Szwedzi kiedykolwiek stworzyli; a ja, cóż, mogę tylko przytaknąć. Bardzo dobre — choć już nie tak mocne — wrażenie robią ponadto 'Drowned', 'But Life Goes On', 'Premature Autopsy', 'Morbid Devourment', 'Bitter Loss' czy 'Supposed To Rot' – każdy z nich zawiera jakiś haczyk — wyjątkowo tnące riffy, nietypowe zmiany tempa, chwytliwe teksty, ect. — który momentalnie przykuwa uwagę. Niestety nie wszystkie utwory trafiają do mnie z taką łatwością, jak te wymienione, bo po dokładniejszym wsłuchaniu się w "Left Hand Path" można wyczuć między nimi pewne różnice w poziomie – oczywiście na korzyść tych nowszych. Te dysproporcje nie są jednak na tyle duże, żeby zakłócić odbiór albumu czy w jakikolwiek sposób do niego zniechęcić. "Left Hand Path" to pozycja obowiązkowa na półce każdego fana death metalu, nie tylko jego szwedzkiej odmiany.


ocena: 8/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

20 sierpnia 2014

Obliveon – From This Day Forward [1990]

Obliveon - From This Day Forward recenzja okładka review coverDzisiejsza recenzja powinna zainteresować w szczególności wszystkich, a już na pewno wielbicieli takich aktów jak Sadus, Death bądź Nocturnus – czyli kultowego, amerykańskiego technicznego death/thrashu, bardziej lub mniej znanego. Obliveon amerykański nie jest, jeno kanadyjski (ale ni chuja wadą to nie jest i nigdy nie było) i jak na kanadyjskie kapele przystało – porypany jest konkretnie. Porypanie jest to dwojakiego rodzaju, bo in plus oraz in minus. Na pochwałę zasługuje niemal wszystko, więc zacznę od zjebki. Niemniej jednak będzie ona raczej krótka, bo powody są zasadniczo dwa, może nawet półtora, a są nimi dwa pierwsze kawałki albumu. Problem z nimi jest taki, że są słabe i to nie tylko w porównaniu z resztą krążka, ale w ogóle. Jeszcze "Fiction of Veracity" ratuje się jako całość, bo rozkręca się całkiem sensownie i w zadowalającym kierunku, o tyle tytułowy "From This Day Forward" kończy się wraz z końcem czwartego wersu. Potem następuje raczej nieprzyjemna, bezładna zbieranina dźwięków, dosyć ciężkostrawna i okropnie amatorsko brzmiąca. Czemu, do jasnej cholery, próbuje się eksperymentować w kierunku amatorki i toporności, nie mam zielonego pojęcia. Taka awangarda do zerzygu. Najgorsze jest zaś to, że nawet w takich kawałkach da się odnaleźć kilka technicznych perełek, które się tam zwyczajnie marnują. Sytuacja z "Fiction of Veracity" jest inna o tyle, że osiem minut kawałka pozwala zatrzeć nieciekawe pierwsze wrażenie, pozwala nawet utwór polubić, co wydatnie ułatwiają kapitalne riffy. I tym sposobem przechodzę do zalet. Riffy, riffy i jeszcze raz riffy – tak wielu, tak niesamowicie różnorodnych, tak kanonicznie technicznych zagrywek nie można nie docenić. Ścieżki gitar kilku kawałków brzmią niczym zapożyczone wprost z "The Key", a że oba albumy są z tego samego roku, porównanie należy rozumieć wyłącznie jako zestawienie z bardziej znanym tytułem. Inne ścieżki potrafią brzmieć całkowicie odmiennie, co odmienia nie tylko atmosferę kawałka, ale niemal jego styl. Przekłada się to oczywiście na frajdę z albumu, a wymiarze bardziej muzycznym oznacza jedno - kompleksowość przedsięwzięcia i jego rozległość. Naprawdę nie tak łatwo znaleźć zespół, który będąc spójnym w swoim przekazie, jest jednocześnie tak zróżnicowany i posiadający tak wiele oblicz. Bardzo dobrze prezentuje się kwestia basu, który odpowiednio nagłośniono i zaprzęgnięto do roli nie tylko ozdoby, ale pełnoprawnego uczestnika muzycznego zamieszania. Nie gorzej radzi sobie perkusja, co i rusz zarzucając mniej oczywistym pasażem albo zupełnie znienacka – cholernie motoryczną galopadą. Nad tym wszystkim unosi się wczesno-deathowy wokal Stéphane Picarda, dodając całemu projektowi odpowiedniej agresji i bezkompromisowości. Krążek trwa niecałe 40 minut, po brzegi wypchanych geniuszem i błyskotliwym wykonaniem, więc wybór ulubieńców jest nieco utrudniony, aczkolwiek "Droidomized" oraz "Chronocraze" mogą śmiało kandydować i ubiegać się o tytuł. Na zakończenie napiszę tak – "From This Day Forward" to jedna z tych płyt, które mieć należy, choćby po to, by nie uchodzić za ostatniego buca i niewyedukowanego prostaka. Zapomniane arcydzieło.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/obliveonmusic

podobne płyty:

Udostępnij:

2 marca 2014

Realm – Suiciety [1990]

Realm - Suiciety recenzja okładka review coverBardzo dojrzeli muzycy od poprzedniego albumu. Jest to dobra wiadomość szczególnie dla tych, którym bardziej powerowy aniżeli thrashowy charakter debiutu nie pozwalał w pełni delektować się muzyką. Na szczęście dla nich, całego tego klimatu "wysokiego c", zgniecionych marchewami jajek i ćwiekowanych kurtek nie ma (choć pewnie nadal tak właśnie się nosili), przez co album nie tylko sprawia wrażenie mniej szczeniackiego, ale wręcz zaangażowanego i zmuszającego do skupienia. Mam tu na myśli teksty, które z Bozi i Diabła zeszły na znacznie mniej abstrakcyjną tematykę społeczną i ogólnopolityczną. Nie chcę przez to oczywiście implikować, że teksty pełne są Webera, Durkheima i dogłębnych analiz patologii społecznych, ale że w końcu, delikatnie rzecz ujmując, przestali pieprzyć o dupie Maryni. Niemniej jednak to w sferze muzycznej dokonały się największe zmiany, które słychać tak na poziomie melodii, ale przede wszystkim w kompozycjach i bardziej progresywnym zacięciu. Zwróćcie uwagę na gitary, jak inkorporują patenty a’la "Mother Man" Atheisty, riffy żywcem wyjęte z Chuckowych "Spiritual Healing" i kolejnych, na bardzo niezależny, selektywny bas, będący niekiedy de facto trzecią gitarą, na wstawki rodem z "Thresholds" Nocturnusów. Zwróćcie także uwagę, że to wszystko było pierwsze. Świadczy to jak najlepiej o kierunku obranym przez kwintet, bo zaproponowali coś, co jakiś (nie tak znowu odległy) czas później weszło do kanonu technicznego grania. Stworzyli klasykę. Przy całym tym dorośnięciu zachowali jednak swoją bezpośredniość i nie stracili nic z dobrze rozumianej przebojowości. Skutek tego jest taki, że album wchodzi równie gładko jak debiut, oferując jednocześnie znacznie więcej i niezaprzeczalnie wyższych lotów. Posłuchajcie choćby dwóch: "La Flamme's Theory" i tytułowego "Suiciety", by zrozumieć, co mam na myśli. I jeżeli miałbym kiedyś wskazać na książkowy przykład wyjścia na ludzi i dojrzenia, to wskazałbym właśnie "Suiciety". Zostawię was teraz z tą myślą do przetrawienia i jeżeli nie zachęci was to do lektury, to alboście głusi albo głupi. Albo, najpewniej, i jedno i drugie. Dla mnie "Suiciety" to krążek, który znać należy, który znać wypada, bo mimo wielu powerowych pozostałości, jest jednym z ważniejszych w historii technicznego grania.


ocena: 9/10
deaf

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 czerwca 2013

Atrophy – Violent By Nature [1990]

Atrophy - Violent By Nature recenzja okładka review coverNa początku mojej styczności z "Violent By Nature" wymyśliłem sobie, że jest to krążek słabszy od wybornego debiutu, choć w coraz to kolejnych przesłuchaniach nie znajdowałem niczego, co mogłoby służyć za potwierdzenie tej wziętej z dupy tezy. Tu naprawdę nie ma się za bardzo do czego przyczepić, tym bardziej, że ekipa odpowiedzialna za muzykę się nie zmieniła. Następca "Socialized Hate" na pewno jest nieco mniej przebojowy, może nie aż tak spontaniczny oraz ma bardziej szorstką, surową produkcję, ale to z pewnością nie czyni go albumem gorszym. Odrobinę innym – to i owszem, ale ciągle w 100% w rozpoznawalnym (po zaledwie kilku sekundach) stylu Atrophy. Innymi słowy taka płytka musi się spodobać fanom drapieżnego, precyzyjnie odegranego thrash’u. Mnie "Violent By Nature" podoba się choćby ze względu na to, że Amerykanie potrafili udanie połączyć większą niż poprzednio różnorodność kompozycji z ich dużą energetycznością i bezpośrednim kopem. Dlatego niezależnie od tempa i klimatu, wszystkie kawałki posiadają 'ciąg na bramkę' i coś, co skłania do odpalania płytki raz za razem, z małą przerwą na debiut. Tym czymś mogą być ostre riffy, trzaskane z dużą swobodą solówki (największe wrażenie robi chyba pierwsza w 'In Their Eyes'), mocne, utrzymane z dala od pedalstwa wokale, jak zwykle interesujące teksty (dominują w nich poważne tematy – eutanazja, kara śmierci, prawa zwierząt) czy w końcu płynąca z tych dźwięków uderzająca w pysk agresja. Wrażeń nie trzeba daleko szukać, bo już 'Puppies And Friends' zawiera wszystkie składniki stylu Atrophy, a przecież to nie jedyny udany numer na płycie. Jeśliby uznać brednie o syndromie trzeciej płyty za prawdziwe i wziąć poprawkę na poziom dwóch pierwszych albumów Atrophy, to ich trzeci opus powinien wykosić konkurencję co nogi. Jednak nie było nam dane się o tym przekonać bo właściwie niedługo po wydaniu "Violent By Nature" kapela wyciągnęła kopyta, pozbawiając i tak już upadający thrash bardzo wartościowego przedstawiciela. To, co po sobie zostawili, to muzyka wysokiej klasy, po którą sięgać można w ciemno. Oby tylko wzorem innych nie zebrało im się na reaktywację, bo szkoda by było zszargać tak udany dorobek.


ocena: 8,5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 maja 2013

Incubus – Beyond The Unknown [1990]

Incubus - Beyond The Unknown recenzja okładka review coverPo sukcesie znakomitego debiutu po będący na fali wznoszącej Incubus swe macki wyciągnęli włodarze rosnącego w siłę Nuclear Blast. To właśnie dla Niemców powstał poniekąd przełomowy "Beyond The Unknown". Czy jest to album lepszy od poprzednika? Tu zdania są podzielone, choć nie wynika to na pewno z jakości samej muzyki. Chodzi o to, że obie płyty zagrane są w nieco innym stylu, może i bez kolosalnych różnic, ale akurat te szczegóły mogą przeważyć, która z nich zostanie faworytem. Dla mnie, choć po chwili zastanowienia, minimalną przewagę ma jednak "Serpent Temptation", ale zaznaczam – oba krążki są świetne i oba po prostu muszą się podobać. Druga płyta braci Howard (mimo iż skład mieli trzyosobowy, we dwóch zarejestrowali wszystkie instrumenty) jest materiałem ukierunkowanym na molestującą słuchacza brutalność i niebywały jak na tamte czasy ciężar. Paradoksalnie dokonali tego nieco zwalniając obroty i całkowicie rezygnując z blastów. Wystarczyło im porządne brzmienie (Morrisound, a jak!), za sprawą którego współpraca gitar i perkusji nabrała większej intensywności, co nota bene dzięki umiejętnościom muzyków nie odbyło się kosztem czytelności. "Beyond The Unknown" to death metal pełną gębą – szybki, ciężki, bezpośredni, napakowany mnóstwem solówek i ostrych jak żyleta riffów. To (niestety) oznacza, że album jest trochę mniej przebojowy i dużo mniej melodyjny od "Serpent Temptation". Szkoda, bo dla mnie właśnie ten thrash’owy feeling przesądzał o sile debiutu. Ale, ale! To oczywiście nie dramat, bo refreny takiego 'Massacre Of The Unborn' czy 'On The Burial Ground' (czyli jednych z lepszych na krążku) podchwytuje się natychmiast. To w zupełności wystarcza, żeby płyta przez długie tygodnie nie chciała opuścić odtwarzacza. Co do wspomnianej na początku przełomowości albumu – ma związek z tym, że niedługo po jego wydaniu zespół postanowił zrobić sobie krótką przerwę w graniu. Tak na dobrą sprawę trwała ona 'zaledwie' dziesięć lat, po których kapela wróciła z "Discerning Forces" – już jako Opprobrium i z zupełnie inną, mniej udaną muzyką. Te późniejsze nagrania można zignorować, polecam wam natomiast zainteresować się wszystkim, co stworzyli jako Incubus.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/opprobrium

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

5 marca 2013

Mekong Delta – Dances Of Death (And Other Walking Shadows) [1990]

Mekong Delta - Dances Of Death (And Other Walking Shadows) recenzja okładka review coverPierwszy krążek Mekongów z nowym wokalistą zapożyczonym z amerykańskiej formacji Siren – Dougiem Lee. Wspominam o tym nie bez powodu, bo na tym dwudziestokilkuletnim krążku zespół osiągnął swoje maksimum kadrowe, a sam "Dances of Death" to, moim skromnym zdaniem, szczytowe osiągnięcie Niemców. Co prawda nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z ubiegłorocznym "Intersections", ale przeglądając zaprzyjaźnione (a także niezaprzyjaźnione) obejścia widzę, że ataku na szczyt raczej nie przeprowadzono. Mimo swojej wrodzonej niewiary w słowa innych, skłonny jestem uwierzyć w taki stan rzeczy – nie mam bowiem (niestety) ani złudzeń, że stać chłopaków na coś równie wielkiego (choć "Wanderer..." bezsprzecznie pokazał klasę), ani wątpliwości co do faktu, że "kiedyś to było lepiej, wnusiu" (vide ostatnie dziecko Wolf Spider pt. "Feniks", ale o tym następną razą). A było tak: wraz ze zmianą wokalisty i pojawieniem się Douga, zespół zboczył w nieco bardziej melodyjne klimaty. Swoistą szorstkość i pogmatwanie zajęły struktury bardziej user-friendly, ale także bardziej post-thrashowe (w dobrym tego terminu rozumieniu). W związku z tym, muzyka nabrała w wielu utworach bardzo repetywnego i transowego charakteru, a jeśli dodać do tego wysokie, śpiewano-skandowane wokale, wyjdzie miks dość niespotykany – jakże jednak zajebisty. Miks zakrzywiający czasoprzestrzeń; przekonać możecie się sami, gdy, ni stąd ni zowąd, słyszycie pierwszy na płycie kawałek, ponownie. Muzyka ewoluowała w stronę większej przebojowości, nie tracąc nic ze swojego charakteru ani złożoności. Wszystko rozbija się o nieco inne rozmieszczenie akcentów, nowego wokalistę, który przemycił kilka charakterystycznych dla siebie patentów i większy udział melodii w dziele zniszczenia receptorów. Tym bardziej, że melodie te do słodkich nie należą i fanów poweru nie ucieszą. O warsztacie nie ma co pisać, bo że światowej klasy rozumie się samo przez się i, choćby, z poprzednich recenzji. Jest więc tak samo jak na "The Principle of Doubt" tylko lepiej. I tym sposobem mamy drugą "dychę" pod rząd.


ocena: 10/10
deaf
oficjalna strona: www.mekongdelta.eu

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

17 lipca 2012

Cancer – To The Gory End [1990]

Cancer - To The Gory End recenzja okładka review coverW momencie największego boomu na death metal niemal w każdym większym — a przynajmniej chcącym się liczyć — europejskim kraju trafiała się formacja, od której na kilometr zalatywało stylem charakterystycznym dla bagien Florydy. I tak – Niemcy mieli doskonały Morgoth, Szwedzi Seance, a Francuzi kompletnie już zapomniany Mercyless, że wymienię kilka najbardziej jaskrawych przykładów. U Angoli padło na opisywany właśnie Cancer. Zespół ten nie raz i nie dwa był mylnie brany za przedstawiciela amerykańskiej sceny, w czym zresztą nie ma absolutnie nic dziwnego – wszak "To The Gory End" to czysty, brutalny i stuprocentowo amerykański death metal w najlepszym wydaniu. Cancer na swoim debiutanckim krążku zaproponowali granie bardzo typowe dla tego podgatunku, dodatkowo zamerykanizowane przez mix w Morrisound oraz gościnny udział Johna Tardy w wielce intrygującym lirycznie 'Die Die'. Typowe, trochę nawet wtórne, ale jakże wspaniałe! Przynajmniej mi tak podany death metal wchodzi bez problemu i mogę go słuchać do wyrzygania, które i tak nigdy nie następuje. Szybkie tempa, żywy rytm, należyty ciężar, mielące gitary, charcząco-szczekający wokal – oto główne składniki chwytliwej sieczki w wykonaniu Anglików. Nie doszukacie się tu wielu urozmaiceń, bo wszystkie kawałki są zbudowane w oparciu o podobne schematy, a jednak wystarczają już dwa przesłuchania, żeby zapamiętać przynajmniej połowę z nich i później radośnie podśpiewywać refreny. Po prostu – wszystko jest na swoim miejscu i pracuje, jak należy, do tego brzmi, jak należy, a przyczepić się (na siłę) można jedynie do braku oryginalności. Tylko, że takich płyt nie odpala się po to, żeby dać się czymś zaskoczyć. To ma być pozbawiona zmiękczeń krwawa jatka – i właśnie taką muzycy Cancer z niezłym skutkiem serwują słuchaczowi. W sam raz dla ortodoksów.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/canceruk

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 czerwca 2012

Death – Spiritual Healing [1990]

Death - Spiritual Healing recenzja okładka review coverZ perspektywy czasu wychodzi na to, że "Spiritual Healing" to najbardziej niedoceniona płyta w dorobku Śmierci. Wielu (w tym także fanów) o niej nie pamięta, a jeszcze większe rzesze nawet nie próbują się z nią zapoznać. Przyczyn takiego stanu rzeczy można by od biedy szukać w tym, iż krążek trafił pomiędzy dwa przełomowe dla death metalu dzieła, no i nie odbiega jakoś bardzo od tego, co znamy z "Leprosy". Takie szukanie dziury w całym nie ma jednak sensu, bo poziom tego materiału jest zajebiście wysoki, a słucha się go z niekłamaną przyjemnością. Nie ma wprawdzie rewolucyjnych zmian w stosunku do poprzednika, ale progres i tak jest odczuwalny. Przede wszystkim kawałki są bardziej rozbudowane, doszlifowane, dynamiczne, więcej w nich zmian tempa, technicznych zagrywek i melodii. Muzyka w dalszym ciągu jest mocna, ciężka i agresywna, ale zyskała także kilka innych przymiotów, wpływających na jej ogólną atrakcyjność. Chodzi mi tutaj o bardzo czytelną produkcję autorstwa Scotta Burnsa i olbrzymi, niespotykany wcześniej w muzyce Death poziom chwytliwości. Riffy na "Spiritual Healing" błyskawicznie zapadają w pamięć, a solówki... Solówki dewastują! Chuck dobrze wiedział co robi, biorąc Jamesa do zespołu, bo ich style, choć różne, doskonale się uzupełniają. Ponadto Murphy swoimi partiami wprowadził sporo melodii i harmonii do brzmienia Death, zanim później — w innych kapelach — odpłynął w zupełnie popaprane patenty. Zatem, jak nietrudno się domyślić, praca gitar (krystaliczne i ostre jak żyleta) zasługuje na szczególną uwagę, a takie cuda, jak obłędne dialogi w 'Low Life' (zaczynające się od solówki Murphy’ego) po prostu paraliżują zmysły. Złego słowa nie można powiedzieć także o sekcji, bo stanowi nienaruszalny monolit. Ba! Zdaje się, że Bill Andrews nigdy nie nagrał ciekawszych garów, i nie mam na myśli wyłącznie płyt Śmierci. Dodajcie do tego porządny wokal Schuldinera (nieco inny niż wcześniej) i ciekawe texty (wpadające w ucho refreny!), a wyjdzie album wyrastający zdecydowanie nie tylko ponad przeciętność, a nawet 'bardzodobrość'.


ocena: 9/10
demo
oficjaln a strona: www.emptywords.org

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

5 kwietnia 2012

Cadaver – Hallucinating Anxiety [1990]

Cadaver - Hallucinating Anxiety recenzja okładka review coverNorwegia death metalem nigdy nie stała, a wartościowego przedstawiciela tego gatunku to już w ogóle trzeba było tam z pochodnią szukać. Nawet wyjątki od reguły to w tamtym kraju rzadkość na miarę pracoholika w naszym wspaniałomyślnym i łaskawym dla obywateli sejmie. Choć tyle, że trafił im się kiedyś Cadaver, który na swej pierwszej płycie wymiatał grindujący death w typie zdecydowanie earache'owskim – surowy, nieco chaotyczny, z mocnymi wpływami Carcass, Napalm Death czy, trochę mniej, Repulsion i właściwie w niczym nie ustępujący ówczesnej czołówce gatunku. Niespecjalnie oryginalna to muza (tzn. w skali światowej, nie norweskiej), ale za to różnorodna (o dziwo), przeważnie szybka, bardzo brutalna i oparta na dobrych rozwiązaniach rytmiczno-melodycznych. "Hallucinating Anxiety" słucha się o tyle dobrze, że mamy tu do czynienia z trzynastoma konkretnie skomponowanymi utworami (i dość pojebanym intrem na trąbce) trwającymi łącznie trochę ponad 40 minut, a nie z przypadkowym zlepkiem kilkudziesięciu dwusekundowych pierdnięć. Innymi słowy kawałki się od siebie różnią i dzięki temu bez trudu można wskazać kilka mocniej wyróżniających się. Ja polecam szczególnie zagrane na chirurgiczną modłę 'Ignominious Eczema', 'Hallucinating Anxiety', 'Petrifyed Faces', 'Abnormal Deformity' i 'Bodily Trauma' – zacne ochłapy pięknie nadgniłego mięcha. Jedynym problemem "Hallucinating Anxiety" jest co najwyżej średnie, zalatujące podziemną Szwecją brzmienie. Płytę nagrywano w dwóch podejściach – pod koniec 1989 i na początku 1990 i te różnice są słyszalne aż za bardzo. Nie chodzi bynajmniej o to, że raz im wyszło lepiej a raz gorzej. Nie, efekty obu sesji są takie sobie, ale w nieco inny sposób. Sprawę załatwiłby (a przynajmniej poprawił) dobry mastering, ale ten autorstwa Ketila Johansena do najlepszych niestety nie należy i płyta dosłownie brzmi nierówno. Nie ma rady – trzeba do tego przywyknąć, bo muzyka zawarta na krążku jest zbyt wartościowa, żeby ją sobie darować z byle przyczyny.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/cadaver

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

5 grudnia 2011

Exhorder – Slaughter In The Vatican [1990]

Exhorder - Slaughter In The Vatican recenzja okładka review coverJeden rzut oka na okładkę i od razu chce się zanucić "heng de połp, heng de połp, heng de połp!", ale to nie ten zespół... Momencik... przecież Kyle też wydziera się "Hang the pope, spill his blood" w 'Homicide'... No nieważne. W każdym razie, w przeciwieństwie do ekipy Nuclear Assault, kwartet z Luizjany, choć niewiele młodszy, prezentował znacznie nowocześniejsze i przede wszystkim brutalniejsze podejście do gatunku. Doskonale to słychać na opisywanym krążku. Szorstko, wulgarnie, prowokacyjnie, dość szybko, bez kompromisów, ozdobników i litości – oto recepta Exhorder na wgniatające granie z pogranicza thrash i death metalu. Muzyki w podobnym stylu na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku było sporo, ale mało który zespół pocinał tak ostro i na takim poziomie. W niczym nie zmienia to faktu, że Exhorder skończyły tak samo, jak i te mniej utalentowane kapele – czyli w głębokiej dupie. Dobrze, że przed zejściem zdążyli nagrać trochę fajnego łomotu, przynajmniej na debiucie. Chociaż Amerykanie ze znajomością obsługi swoich instrumentów nie mieli żadnych problemów, "Slaughter In The Vatican" jest raczej płytą z rodzaju tych, na których czysta agresja bierze górę nad stroną techniczną. Z jednej strony nie ma co jojczeć, bo przez te czterdzieści minut wygar jest należyty, z drugiej jednak nie zaszkodziłyby tu i ówdzie jakieś gęstsze pojedynki gitarowe czy szczypta bardziej popieprzonych riffów – za przykład stawiałbym Demolition Hammer. W każdym razie pozbawiony finezyjnych elementów album nabrał monolitycznego charakteru – każdy z ośmiu utworów to równe, brutalne, motoryczne jebanie do przodu ubrane w znakomite masywne brzmienie Morrisound i produkcję mojego ulubionego Scotta Burnsa. Na nudę nie ma co narzekać, bo raz jest szybciej, jak w 'Homicide' czy 'Anal Lust' (brak tekstu do tego numeru dał im większy rozgłos niż okładka), innym razem zespół solidnie zwalnia, to znowu rytmicznie łupie w klasycznych średnich tempach, a wszystko to przy zachowaniu pełnej spójności. Dzięki temu krążek słucha się właściwie sam, a my tylko musimy mu nieco asystować, przytupując i od czasu do czasu zarzucając lwią czupryną. Fenomenu takiego grania nie zrozumieją (czy raczej nie zrozumią) smutne emo-dzieciątka wyhodowane na metal-core’owej modzie, bo dla nich kontakt z Exhorder mógłby się zakończyć nieodwracalnym zmierzwieniem grzywki. Maniacy starej szkoły będą za to zadowoleni. Ja też jestem, ale jak już wspomniałem – bardziej cenię Demolition Hammer.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: exhorder.com

podobne płyty:

Udostępnij:

14 października 2011

Hellwitch – Syzygial Miscreancy [1990]

Hellwitch - Syzygial Miscreancy recenzja okładka review coverCiekawe jakich muzycznych szaleństw mogliby się dopuścić muzycy Hellwitch, gdyby w pierwszym etapie działalności trafili na sensowną (a przynajmniej o mniej złodziejskim profilu) wytwórnię, a przy okazji wytrzymali ze sobą trochę dłużej. "Syzygial Miscreancy" dowiedli, że stać ich było naprawdę na wiele, bo mimo upływu lat krążek wciąż trzyma się znakomicie i zamiata jak mało który. Już w zamierzchłych czasach Amerykanie z dużym powodzeniem robili, co się tylko dało, żeby firmowane przez nich granie (choć nie tylko – wystarczy rzut oka na tytuły i teksty) można było uznać za oryginalne. Panowie z thrash’u wzięli technikę i szybkość, a z death metalu intensywność i brutalność, co dało prawdziwie wybuchową mieszankę. "Syzygial Miscreancy" to granie dalekie od przyjętych kanonów, bardzo ambitne jak na swoje czasy, a przy tym nie tracące nic z podziemnego charakteru. Płytę wyróżnia niespotykana (jak na swoje czasy – znowu) intensywność, wyjątkowo zaawansowane technicznie partie wszystkich instrumentów oraz duża doza szaleństwa i nieprzewidywalności: maniakalnie pracująca gitara, kąśliwy wokal (w manierze schizolsko-rozpaczliwej), mocno połamana praca bębnów i żwawo popierdalający bas. Właściwie co drugi riff zasługuje tutaj na miano pojebanego – daleko nie trzeba szukać, wystarczy dziki początek 'Nosferatu '. W ogóle, cały krążek jest pokręcony jak jelita dziecka z Etiopii, że posłużę się takim niewyszukanym porównaniem. Można odnieść wrażenie, że nadmiar energii i nowatorskich rozwiązań wręcz rozsadza album od środka – Hellwitch grają w jednym kawałku tyle, ile innym zespołom po fachu wystarczyło by na zapchanie godzinnego materiału. Jakby tego było mało – ten dźwiękowy zamęt robi tylko trzech niepozornych kolesi. Chcąc to wszystko jakoś uprościć i sprecyzować na potrzeby recki, powiedziałbym, że z grubsza Hellwitch brzmi jak wkurwiony wczesny Atheist z wpływami Sadus i Death. Skojarzenia z Atheist pogłębia też produkcja Scotta Burnsa, który może niczego nowego na potrzeby tej płyty nie wymyślił, ale za to doskonale wstrzelił się w wymogi tak porąbanej muzyki. Co ciekawe – cała sesja zajęła zespołowi ponoć... 25 godzin! Makabra. Utworów jest tylko sześć (plus krótkie intro), w dodatku płyta trwa zaledwie 26 minut, ale materiał jest tak naładowany pomysłami, że skromna objętość większości słuchaczy powinna w zupełności wystarczyć. U wkręconych w takie granie pojawi się jednak niedosyt, ale już taki urok nowatorskich płyt. Innowacyjność szła oczywiście w parze z niezrozumieniem, skutkiem czego Hellwitch szybko popadli w zapomnienie. Zapewniam, że ta niedoceniona perła jest warta odkurzenia!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.hellwitch.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

29 sierpnia 2011

Blind Guardian – Tales From The Twilight World [1990]

Blind Guardian - Tales From The Twilight World recenzja okładka review coverTrzeci longplej Strażników należy potraktować jako zwieńczenie pewnego rozdziału w ich karierze, rozdziału poszukiwań, tworzenia własnej tożsamości i wychodzenia z wieku młodzieńczego. Dwa lata od wydania pierwszego "Battalions of Fear" wystarczyły, by — doszedłszy do granic stylu — zacząć się zastanawiać nad wyjściem z dość gęsto obsianego poletka niemieckich kapel speed metalowych. Można więc "Tales..." potraktować w dwójnasób, z jednej strony jako koniec pewnej epoki, ale też jako łącznik między własnym dziedzictwem muzycznym, rozpoczętym jeszcze w erze Lucifer's Heritage, a rosnącą samoświadomością. A co to znaczy przetłumaczone na polski? Znaczy to tyle, że tak, jak nie można powiedzieć, że "Tales..." rozpoczynają nowy okres w dziejach kapeli (przyjdzie na to jeszcze poczekać), nie można też powiedzieć, że są 'tylko' albumem speedowym. Pierwsze, na co kieruje się uwaga, to większa ilość wszelkiej maści poza-speedowych elementów, w tym zmian tempa, niebanalnej melodyjności i złożonych struktur. Mówiąc prościej – jest bardziej progowo. Nadal do przodu, bezpardonowo wręcz, ale gdzieś tam (i to dość często) słychać rozmaite eksperymenty z czasem i muzyczną przestrzenią; żeby nie być gołosłownym – "Lord of the Rings" to przecież pierwsza ballada, forma dotychczas Blindom nie znana. Słychać też, kolejny krok w dobrą stronę, poprawę jakości realizacji materiału, większą głębię dźwięków, ich bardziej naturalne brzmienie, a co za tym idzie większą soczystość muzyki i rozpoznawalność elementów składowych, co przy zwiększonej komplikacji pozwala lepiej się nimi cieszyć. Nie można też nie wspomnieć o wielkiej przebojowości "Tales...", znakomita większość utworów to koncertowe hity, grane nawet teraz, mimo upływu przeszło dwudziestu lat i wciąż tak samo kopiące. Ktokolwiek był na występnie Bardów z pewnością się ze mną zgodzi, że utwory takie jak: "Welcome to Dying", "Goodbye My Friend" (fantastyczna melodia i refren), "Lost in the Twilight Hall", "The Last Candle" (kończące utwór chórki poniewierają, niezależnie, czy się słucha kawałka w domu, czy na koncercie) czy przywoływany już "Lord of the Rings" to nieodłączne elementy każdego setu, bez których nie obejdzie się poważany koncert. Warto przywołać jeszcze dwa, które zasługują na uwagę, a które przez większość traktowane są po macoszemu – niezrozumiane. Pierwszy z nich to "Tommyknockers", a drugi, następujący zaraz po nim, "Altair 4" – oba lekko szalone, bardziej niż pozostałe zawinięte, z lekko odjechanymi melodiami i przejściami. Tworzą one wspaniałe uzupełnienie dla pozostałych utworów, pokazując jednocześnie jak otwarte i niestroniące od eksperymentów umysły mają Blindzi. Dla mnie, podobnie jak dla części ich fanów, "Tales..." są pierwszym albumem, który z całą pewnością można uznać za Blindowy. I jako takowy zasługuje na naprawdę wysokie noty. Ode mnie ma 9.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.blind-guardian.com

inne płyty tego wykonawcy:
Udostępnij:

17 kwietnia 2011

Wolf Spider – Kingdom Of Paranoia [1990]

Wolf Spider - Kingdom Of Paranoia recenzja okładka review coverAż się wierzyć nie chce, że od wydania tego dzieła minęło już dwadzieścia jeden lat. Na wrzesień tego roku przypada zaś dwudziesta rocznica rozwiązania zespołu. Śmiem twierdzić, że w ciągu tych dwóch dekad nie dorobiliśmy się lepszej kapeli thrashowej i tylko kilku kapel metalowych w ogóle, które mógłbym z czystym sumieniem postawić na tej samej, ociekającej zajebistością, półce. Ale to moja prywatna opinia, więc nie musicie się z nią zgadzać; możecie wręcz twierdzić, że lepszych kapel było w pizdu, np. Vader, Azarath, czy inny Hunter. Mam to jednak głęboko w dupie i wszystkich takich pozdrawiam serdecznie środkowym palcem lewej ręki. Wrócę jednak do muzyki, wszak o nią się rozbija. Wolf Spider, bo tak brzmiała oficjalna nazwa od roku 1988, przeszedł w okresie od selftajtla do "Kingdom of Paranoia" kilka zmian. Zespół opuścili Mariusz oraz Leszek, więc trzeba było się trochę przetasować. Obowiązki basisty przejął Maciek, zaś nowym wiosłowym został Darek Popowicz. Wraz z pojawieniem się nowego wokalisty – Jacka Piotrowskiego, zespół przerzucił się na angielski (i tak naprawdę tylko po tym można wywnioskować, że ma się do czynienia z płytą z początku lat 90tych). Pewnym zmianom uległa też stylistyka – utwory stały się bardziej skomplikowane i kompleksowe, duży nacisk położono na różnorodność metrum i częste zmiany tempa nie rezygnując przy tym z dziewiczej brutalności thrashu. Poeksperymentowano również z przesterami i brzmieniami osiągając niejednokrotnie zaskakujące efekty – vide początek "Nasty – Ment", wokale z końcówki "Waiting for Sense", tudzież intro do "Desert". Jednak to, co najbardziej zapada w pamięć to solówki, w szczególności, a gitary – generalnie. Niekiedy brakuje słów na opisanie tych cudeniek, ewentualnie są one na tyle dosadne, że nawet na naszym blogu mogą ujść za przesadę. W każdym kawałku zarezerwowano kilka chwil dla gitarzystów, a ci wykorzystują je do najsamuśniejszego końca. Mógłbym w sumie wymienić kilka utworów, ale albo czułbym, że nie wspomniałem wszystkich zasługujących na uwagę, albo wspomniałbym wszystkie. Łatwiej więc będzie sobie spojrzeć na tracklistę. Tak jak odnośnie wcześniej opisanych przez mnie wydawnictw, tak i w odniesieniu do "Kingdom of Paranoia", prawdziwe są słowa o tym jednym kawałku, który przyciąga uwagę tak, jak JarKacz wszelkiej maści pomyleńców. Kawałek ten zwie się "Sickened Nation", a tym co zabija jest klasyczna melodia solówki. Tego naprawdę można słuchać w kółko. Co właśnie robię i robić przez najbliższy czas będę.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.wolfspider.pl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

17 sierpnia 2010

Obituary – Cause Of Death [1990]

Obituary - Cause Of Death recenzja okładka review coverW 1990 roku pewien uberzdolny gitarzysta wstąpił w szeregi pewnego zyskującego na popularności zespołu, by wraz z nim stworzyć powalającą muzykę. Tym gitarzystą był James Murphy, zespołem Obituary, a muzyką potężny, brutalny DEATH METAL! Cóż to za wspaniała płyta! Sprawdzian ze stylu obranego na debiucie zdali na piątkę, a jednocześnie pokusili się o odpowiednio interesujące nowości. No bo czym byłaby ta zatęchła sieka bez dodatku w postaci wirtuoza gitary? Drugim "Slowly..."? Cechy charakterystyczne dla Nekrologu pozostały te same: ciężko i rytmicznie. Tym razem także znacznie bardziej technicznie. I to nie tylko, jeśli chodzi o wiosła, ale również gęsto (choć nie jakoś wielce szybko) nabijającą perkusję. Ponadto wszystkie instrumenty zyskały dużo przestrzeni, dzięki czemu muzyka jest jeszcze przyjemniejsze w odbiorze. Ale bez obaw, pomimo pozornego 'ucywilizowania' i pewnej dawki melodii żadnego pitolenia tutaj nie ma! Osiem (plus po mistrzowsku potraktowany 'Circle Of The Tyrants') znakomitych numerów z "Przyczyny śmierci" prezentuje szeroki wachlarz umiejętności muzyków; niemało tu dowodów na to, że potrafią nieźle napierdalać, ale mimo wszystko na "Cause Of Death" dominują średnie tempa, które często-gęsto zmieniają się w totalnie kurewskie zwolnienia. Wolno = nudno? Jak najbardziej, ale nie u tego zespołu! Bardzo dobra, bardzo techniczna (ale bez onanizmu) i równa gra perkusji, ciężarne niczym gothko-metalówka w 22 miesiącu ciąży riffy, wychodzące z piekielnie przesterowanych, zabrudzonych gitar, do tego tak wolne, że można się porzygać! Ha, i tym sprytnym sposobem przyszedł czas na wokal – John "Voice Of Terror" Tardy nie bawi się w cukierkowe zawodzenie; totalna ekspresja, wyziew brutalności z najgłębszych zakamarków płuc: krew i flegma. Najlepsze jednak na koniec. James i jego gitara. Dużo pracy włożył w te dwanaście solosów! Stanowią one ogromny kontrast dla reszty muzyki, są cholernie delikatne, kruche i piękne; nadają muzyce Obituary innego wymiaru – aż chce się w takim zamieszkać! Co prawda, nie znajdziemy na płycie żadnego pojedynku (znanego chociażby z "Spiriual Healing") – bo z kim (nie umniejszając Trevorowi), ale tyle i tak wystarczy, żeby się zakochać w jego grze. A 'wejściowe' solo w utworze tytułowym to jeden z najbardziej klimatycznych i zarazem rozwalających popisów w dziejach death metalu! Nie pozostaje mi nic innego, niż polecić "Cause Of Death" każdemu, kto chce uchodzić za znawcę prawdziwego death metalu! Bez tej płyty gatunek byłby znacznie uboższy.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

28 czerwca 2010

Megadeth – Rust In Peace [1990]

Megadeth - Rust In Peace recenzja okładka review coverNajwiększe osiągnięcie (artystyczne!) przepitego do szpiku kości Rudzielca od opusów innych klasycznych thrash’owych załóg różni się w kilku punktach. Ot chociażby faktem, że "Rust In Peace" ukazała się w erze schyłku popularności gatunku, nie zaś w połowie lat 80-tych. Poza tym jest to czwarta płyta Megadeth, a większość szczyt osiągała na wysokości trzeciej, przy okazji tworząc ten sławetny 'syndrom'. To wszystko jednak bez znaczenia, liczy się wartość krążka, a ta jest naprawdę spora. Całość rozpoczyna mocny cios w postaci 'Holy Wars... The Punishment Due' – numer z wieloma zmianami tempa, cholernie szybkim, wręcz maniakalnym riffowaniem i dużą ilością technicznych ornamentów. Ale to tylko przystawka przed tym, co następuje później... 'Hangar 18' przyprawia o palpitacje serca! Nie dość, że jest chwytliwy jak diabli, sprytnie zaaranżowany i oparty na naprawdę klawych riffach, to jeszcze wypakowany solówkami jak ZUS różnej maści złodziejami. Od ich natłoku — i solówek, i złodziei — można dostać kręćka. Mam na myśli zwłaszcza to, co od połowy numeru wyczyniają Mustaine i Friedman (wcześniej w Cacophony, na którego temat już się na Considered Dead wytrzepano). Ufff, gitarowy onanizm jak się patrzy! Przy takim 'Take No Prisoners' orientujemy się, że całkiem wyraźnie słychać bas, który w przeciwieństwie do wielu innych thrash’owych płyt nie został przykryty w miksie pozostałymi instrumentami. Spośród pozostałych kawałków wyróżnia się 'Tornado Of Souls', a to za sprawą sporej melodyjności, bardziej rockowego feelingu i świetnych wokali, szczególnie tych w refrenie. Megadeth stworzyli tu dojrzałe, nastawione na solidną pracę gitar dzieło, w którym znalazło się miejsce zarówno na ostrą, czysto thrash’ową sieczkę, jak i na fragmenty bardziej klimatyczne, choć w żadnym wypadku balladowe. Dzieło, które do dziś trzyma się mocno.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.megadeth.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:




Udostępnij:

23 marca 2010

Napalm Death – Harmony Corruption [1990]

Napalm Death - Harmony Corruption recenzja okładka review coverO "Harmony Corruption" można napisać, że jest to przełomowy album w twórczości Napalm Death. Po pierwsze zadebiutowali na nim Barney oraz Mitch, po drugie został nagrany w Morrisound Studio, a nad produkcją czuwał Scott Burns. Plotka głosi, że Brytyjczycy udali się do Morrisound, aby przechwycić charakterystyczną produkcję "Leprosy". Nawet dzisiaj "Harmony..." brzmi inaczej niż pozostałe Napalmy – death metalowo. Po trzecie jest to najbardziej death metalowy album ze wszystkich w dyskografii Napalm Death, prawdę mówiąc jest tu więcej death metalu niż grindu. Po czwarte struktura utworów uległa bardzo dużej zmianie. Piosenki stały się mniej chaotyczne, mniej hałaśliwe, bardziej zgrane, lepsze technicznie i przede wszystkim bardziej rozbudowane i dłuższe, przez co jest ich ponad dwa razy mniej niż np. na FETO. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że pojawił się tu niejaki zarodek melodii, jeżeli by porównywać z poprzednikami. Na tym albumie dominuje jednak niepodzielnie brutalność i ciężkość, bardziej charakterystyczna dla death metalu niż dla grindu. Nie umniejsza to jednak ani odrobiny wielkiej klasie "Harmony...". Właśnie z tego LP pochodzą takie klasyki jak 'Suffer The Children' czy 'Unfit Earth', w którym gościnnie swych gardeł użyczyli John Tardy i Glen Benton. Kilka razy spotkałem się z opinią, że jest to najlepszy album Napalmów, ja osobiście mam innego faworyta, ale nie da się ukryć, że "Harmony Corrpution" jest jednym z najlepszych osiągnięć Napalm Death.


ocena: 9/10
corpse
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

Deicide – Deicide [1990]

Deicide - Deicide recenzja okładka review coverKtóryś z większych katolskich autorytetów rzekł ongiś, iż kto śpiewa, ten dwa razy się modli. Bidula zapewne nawet nie przypuszczał, że pewnego dnia te słowa zabrzmią wyjątkowo opacznie. A stało się tak, gdy na świat wypłynął twór o paskudnym imieniu Bogobójstwo z obłąkanym Glenem Bentonem jako liderem. Potem nastał debiut i wyżej przytoczone słowa zamieniły się w swoją krańcowo poronioną karykaturę, zaś świat zalała piekielna fala wstrętu i ohydy. Szatan nigdy wcześniej nie był tak gorąco wychwalany! A już na pewno nie przy akompaniamencie takiego łomotu. Bo "Deicide" to nie tylko satanistyczne deklaracje nienawiści do boga i religii chrześcijańskiej. Oprócz całej tej — niezmiernie tutaj ważnej — przesiąkniętej diabelstwem ideologicznej otoczki jest jeszcze muzyka: dziesięć pieśni składających się na debiut Deicide to doskonały pokaz ekstremalnego death metalu nie znającego litości i słów takich jak kompromis czy subtelność. Rzeź uskuteczniana przez czwórkę Amerykanów jest cholernie szybka, stosunkowo prosta (choć nie prostacka), bardzo rytmiczna, z nielicznymi tylko zwolnieniami, a przy tym brutalna przez cały czas trwania płyty. Warto zaznaczyć, że wszystko odegrano z dużą precyzją, zaprzeczając obiegowej opinii jakoby dążenie do perfekcji obniżało poziom agresji. O wściekle nienawistnych wokalach wspominać chyba nie muszę? Do worka zalet dorzuciłbym jeszcze dwie istotne cechy: kapitalny feeling oraz olbrzymią chwytliwość materiału. Dzięki tej ostatniej "Deicide" przynosi spory ładunek hitów znanych większości death-maniaków. Mam tu na myśli szczególnie 'Dead By Dawn', 'Sacrificial Suicide' (jak dla mnie są to dwa największe 'przeboje' z tej płyty), 'Oblivious To Evil', 'Lunatic Of God's Creation', 'Crucifixation' i numer tytułowy. Brzmienie uzyskane w Morrisound ze Scottem Burnsem na pewno nie należy do krystalicznych, ale do takiej muzyki pasuje wprost wybornie, co więcej – ten bród bardzo jej służy. Odnoszę wrażenie, że tej płyty nie ma sensu komukolwiek polecać, wszak każdy szanujący się fan death metalowego grzańska ma ją już od dawna w kolekcji. Czyż nie?!


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: