facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty

24 października 2017

Thanatos – Emerging From The Netherworlds [1990]

Thanatos - Emerging From The Netherworlds recenzja okładka review cover
Powstały w 1984 roku Thanatos szczyci się mianem pierwszej prawdziwie ekstremalnej załogi w Holandii – IPN ze swoimi teczkami i agentami chyba się w to nie mieszał, więc można przyjąć, że to kwestia obiektywna i nie podlegająca dyskusji. Jakby tego było mało, w niektórych kręgach zespół jest rozpatrywany również w kategorii kapeli prawdziwie kultowej – a to już, jak dla mnie, temat do polemiki. Oczywiście nie sposób odmówić Holendrom wkładu w rozwój tamtejszej sceny, jednak jej największy rozkwit miał miejsce już bez ich udziału. To raz. Druga sprawa, która podkopuje wspomnianą kultowość to fakt późnego wydania "Emerging From The Netherworlds", który niejako przesunął zespół do drugiej fali brutalnego grania, stawiając go w jednym szeregu z kompletnymi nowicjuszami.

18 października 2017

Entombed – Left Hand Path [1990]

Entombed - Left Hand Path recenzja okładka review cover
Płyt lepszych od "Left Hand Path" i zespołów bardziej konsekwentnych od Entombed w szwedzkim death metalu nie brakuje (pogróżki i ładunki wybuchowe możecie wysyłać na adres deafa – tylko nie żałujcie znaczków), ale próżno szukać wśród nich czegoś bardziej kultowego, kanonicznego, znaczącego i inspirującego. Fakt to niepodważalny, bo wpływem na tamtejszą scenę debiut Entombed ustępuje jedynie wczesnym dokonaniom Bathory. Jest i druga strona medalu, bo każdy kij ma dwa końce, a na dwoje babka wróżyła... Czy jakoś tak. Chodzi mi o to, że o ile w zepsutej Ameryce death metal szybko się rozgałęził w poszukiwaniu oryginalności (wszak trudno porównać np. Rottrevore do Cynic), tak w Szwecji przez (zbyt) długi czas prawie wszystko kręciło się wokół patentów wypracowanych przez Nicke Anderssona i spółkę w murach Sunlight, co zaowocowało wysypem totalnie wtórnych epigonów i w krótkim czasie doprowadziło do załamania gatunku.

20 sierpnia 2014

Obliveon – From This Day Forward [1990]

Obliveon - From This Day Forward recenzja okładka review cover
Dzisiejsza recenzja powinna zainteresować w szczególności wszystkich, a już na pewno wielbicieli takich aktów jak Sadus, Death bądź Nocturnus – czyli kultowego, amerykańskiego technicznego death/thrashu, bardziej lub mniej znanego. Obliveon amerykański nie jest, jeno kanadyjski (ale ni chuja wadą to nie jest i nigdy nie było) i jak na kanadyjskie kapele przystało – porypany jest konkretnie. Porypanie jest to dwojakiego rodzaju, bo in plus oraz in minus. Na pochwałę zasługuje niemal wszystko, więc zacznę od zjebki. Niemniej jednak będzie ona raczej krótka, bo powody są zasadniczo dwa, może nawet półtora, a są nimi dwa pierwsze kawałki albumu. Problem z nimi jest taki, że są słabe i to nie tylko w porównaniu z resztą krążka, ale w ogóle. Jeszcze "Fiction of Veracity" ratuje się jako całość, bo rozkręca się całkiem sensownie i w zadowalającym kierunku, o tyle tytułowy "From This Day Forward" kończy się wraz z końcem czwartego wersu.

2 marca 2014

Realm – Suiciety [1990]

Realm - Suiciety recenzja okładka review cover
Bardzo dojrzeli muzycy od poprzedniego albumu. Jest to dobra wiadomość szczególnie dla tych, którym bardziej powerowy aniżeli thrashowy charakter debiutu nie pozwalał w pełni delektować się muzyką. Na szczęście dla nich, całego tego klimatu "wysokiego c", zgniecionych marchewami jajek i ćwiekowanych kurtek nie ma (choć pewnie nadal tak właśnie się nosili), przez co album nie tylko sprawia wrażenie mniej szczeniackiego, ale wręcz zaangażowanego i zmuszającego do skupienia. Mam tu na myśli teksty, które z Bozi i Diabła zeszły na znacznie mniej abstrakcyjną tematykę społeczną i ogólnopolityczną. Nie chcę przez to oczywiście implikować, że teksty pełne są Webera, Durkheima i dogłębnych analiz patologii społecznych, ale że w końcu, delikatnie rzecz ujmując, przestali pieprzyć o dupie Maryni. Niemniej jednak to w sferze muzycznej dokonały się największe zmiany, które słychać tak na poziomie melodii, ale przede wszystkim w kompozycjach i bardziej progresywnym zacięciu.

8 czerwca 2013

Atrophy – Violent By Nature [1990]

Atrophy - Violent By Nature recenzja okładka review cover
Na początku mojej styczności z "Violent By Nature" wymyśliłem sobie, że jest to krążek słabszy od wybornego debiutu, choć w coraz to kolejnych przesłuchaniach nie znajdowałem niczego, co mogłoby służyć za potwierdzenie tej wziętej z dupy tezy. Tu naprawdę nie ma się za bardzo do czego przyczepić, tym bardziej, że ekipa odpowiedzialna za muzykę się nie zmieniła. Następca "Socialized Hate" na pewno jest nieco mniej przebojowy, może nie aż tak spontaniczny oraz ma bardziej szorstką, surową produkcję, ale to z pewnością nie czyni go albumem gorszym. Odrobinę innym – to i owszem, ale ciągle w 100% w rozpoznawalnym (po zaledwie kilku sekundach) stylu Atrophy. Innymi słowy taka płytka musi się spodobać fanom drapieżnego, precyzyjnie odegranego thrash’u. Mnie "Violent By Nature" podoba się choćby ze względu na to, że Amerykanie potrafili udanie połączyć większą niż poprzednio różnorodność kompozycji z ich dużą energetycznością i bezpośrednim kopem.

29 maja 2013

Incubus – Beyond The Unknown [1990]

Incubus - Beyond The Unknown recenzja okładka review cover
Po sukcesie znakomitego debiutu po będący na fali wznoszącej Incubus swe macki wyciągnęli włodarze rosnącego w siłę Nuclear Blast. To właśnie dla Niemców powstał poniekąd przełomowy "Beyond The Unknown". Czy jest to album lepszy od poprzednika? Tu zdania są podzielone, choć nie wynika to na pewno z jakości samej muzyki. Chodzi o to, że obie płyty zagrane są w nieco innym stylu, może i bez kolosalnych różnic, ale akurat te szczegóły mogą przeważyć, która z nich zostanie faworytem. Dla mnie, choć po chwili zastanowienia, minimalną przewagę ma jednak "Serpent Temptation", ale zaznaczam – oba krążki są świetne i oba po prostu muszą się podobać. Druga płyta braci Howard (mimo iż skład mieli trzyosobowy, we dwóch zarejestrowali wszystkie instrumenty) jest materiałem ukierunkowanym na molestującą słuchacza brutalność i niebywały jak na tamte czasy ciężar.

5 marca 2013

Mekong Delta – Dances Of Death (And Other Walking Shadows) [1990]

Mekong Delta - Dances Of Death (And Other Walking Shadows) recenzja okładka review cover
Pierwszy krążek Mekongów z nowym wokalistą zapożyczonym z amerykańskiej formacji Siren – Dougiem Lee. Wspominam o tym nie bez powodu, bo na tym dwudziestokilkuletnim krążku zespół osiągnął swoje maksimum kadrowe, a sam "Dances of Death" to, moim skromnym zdaniem, szczytowe osiągnięcie Niemców. Co prawda nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z ubiegłorocznym "Intersections", ale przeglądając zaprzyjaźnione (a także niezaprzyjaźnione) obejścia widzę, że ataku na szczyt raczej nie przeprowadzono. Mimo swojej wrodzonej niewiary w słowa innych, skłonny jestem uwierzyć w taki stan rzeczy – nie mam bowiem (niestety) ani złudzeń, że stać chłopaków na coś równie wielkiego (choć "Wanderer..." bezsprzecznie pokazał klasę), ani wątpliwości co do faktu, że "kiedyś to było lepiej, wnusiu" (vide ostatnie dziecko Wolf Spider pt. "Feniks", ale o tym następną razą).

17 lipca 2012

Cancer – To The Gory End [1990]

Cancer - To The Gory End recenzja okładka review cover
W momencie największego boomu na death metal niemal w każdym większym — a przynajmniej chcącym się liczyć — europejskim kraju trafiała się formacja, od której na kilometr zalatywało stylem charakterystycznym dla bagien Florydy. I tak – Niemcy mieli doskonały Morgoth, Szwedzi Seance, a Francuzi kompletnie już zapomniany Mercyless, że wymienię kilka najbardziej jaskrawych przykładów. U Angoli padło na opisywany właśnie Cancer. Zespół ten nie raz i nie dwa był mylnie brany za przedstawiciela amerykańskiej sceny, w czym zresztą nie ma absolutnie nic dziwnego – wszak "To The Gory End" to czysty, brutalny i stuprocentowo amerykański death metal w najlepszym wydaniu. Cancer na swoim debiutanckim krążku zaproponowali granie bardzo typowe dla tego podgatunku, dodatkowo zamerykanizowane przez mix w Morrisound oraz gościnny udział Johna Tardy w wielce intrygującym lirycznie 'Die Die'. Typowe, trochę nawet wtórne, ale jakże wspaniałe!

14 czerwca 2012

Death – Spiritual Healing [1990]

Death - Spiritual Healing recenzja okładka review cover
Z perspektywy czasu wychodzi na to, że "Spiritual Healing" to najbardziej niedoceniona płyta w dorobku Śmierci. Wielu (w tym także fanów) o niej nie pamięta, a jeszcze większe rzesze nawet nie próbują się z nią zapoznać. Przyczyn takiego stanu rzeczy można by od biedy szukać w tym, iż krążek trafił pomiędzy dwa przełomowe dla death metalu dzieła, no i nie odbiega jakoś bardzo od tego, co znamy z "Leprosy". Takie szukanie dziury w całym nie ma jednak sensu, bo poziom tego materiału jest zajebiście wysoki, a słucha się go z niekłamaną przyjemnością. Nie ma wprawdzie rewolucyjnych zmian w stosunku do poprzednika, ale progres i tak jest odczuwalny. Przede wszystkim kawałki są bardziej rozbudowane, doszlifowane, dynamiczne, więcej w nich zmian tempa, technicznych zagrywek i melodii. Muzyka w dalszym ciągu jest mocna, ciężka i agresywna, ale zyskała także kilka innych przymiotów, wpływających na jej ogólną atrakcyjność.

5 kwietnia 2012

Cadaver – Hallucinating Anxiety [1990]

Cadaver - Hallucinating Anxiety recenzja okładka review cover
Norwegia death metalem nigdy nie stała, a wartościowego przedstawiciela tego gatunku to już w ogóle trzeba było tam z pochodnią szukać. Nawet wyjątki od reguły to w tamtym kraju rzadkość na miarę pracoholika w naszym wspaniałomyślnym i łaskawym dla obywateli sejmie. Choć tyle, że trafił im się kiedyś Cadaver, który na swej pierwszej płycie wymiatał grindujący death w typie zdecydowanie earache'owskim – surowy, nieco chaotyczny, z mocnymi wpływami Carcass, Napalm Death czy, trochę mniej, Repulsion i właściwie w niczym nie ustępujący ówczesnej czołówce gatunku. Niespecjalnie oryginalna to muza (tzn. w skali światowej, nie norweskiej), ale za to różnorodna (o dziwo), przeważnie szybka, bardzo brutalna i oparta na dobrych rozwiązaniach rytmiczno-melodycznych. "Hallucinating Anxiety" słucha się o tyle dobrze,

5 grudnia 2011

Exhorder – Slaughter In The Vatican [1990]

Exhorder - Slaughter In The Vatican recenzja okładka review cover
Jeden rzut oka na okładkę i od razu chce się zanucić "heng de połp, heng de połp, heng de połp!", ale to nie ten zespół... Momencik... przecież Kyle też wydziera się "Hang the pope, spill his blood" w 'Homicide'... No nieważne. W każdym razie, w przeciwieństwie do ekipy Nuclear Assault, kwartet z Luizjany, choć niewiele młodszy, prezentował znacznie nowocześniejsze i przede wszystkim brutalniejsze podejście do gatunku. Doskonale to słychać na opisywanym krążku. Szorstko, wulgarnie, prowokacyjnie, dość szybko, bez kompromisów, ozdobników i litości – oto recepta Exhorder na wgniatające granie z pogranicza thrash i death metalu. Muzyki w podobnym stylu na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku było sporo, ale mało który zespół pocinał tak ostro i na takim poziomie. W niczym nie zmienia to faktu, że Exhorder skończyły tak samo, jak i te mniej utalentowane kapele – czyli w głębokiej dupie.

14 października 2011

Hellwitch – Syzygial Miscreancy [1990]

Hellwitch - Syzygial Miscreancy recenzja okładka review cover
Ciekawe jakich muzycznych szaleństw mogliby się dopuścić muzycy Hellwitch, gdyby w pierwszym etapie działalności trafili na sensowną (a przynajmniej o mniej złodziejskim profilu) wytwórnię, a przy okazji wytrzymali ze sobą trochę dłużej. "Syzygial Miscreancy" dowiedli, że stać ich było naprawdę na wiele, bo mimo upływu lat krążek wciąż trzyma się znakomicie i zamiata jak mało który. Już w zamierzchłych czasach Amerykanie z dużym powodzeniem robili, co się tylko dało, żeby firmowane przez nich granie (choć nie tylko – wystarczy rzut oka na tytuły i teksty) można było uznać za oryginalne. Panowie z thrash’u wzięli technikę i szybkość, a z death metalu intensywność i brutalność, co dało prawdziwie wybuchową mieszankę.

29 sierpnia 2011

Blind Guardian – Tales From The Twilight World [1990]

Blind Guardian - Tales From The Twilight World recenzja okładka review cover
Trzeci longplej Strażników należy potraktować jako zwieńczenie pewnego rozdziału w ich karierze, rozdziału poszukiwań, tworzenia własnej tożsamości i wychodzenia z wieku młodzieńczego. Dwa lata od wydania pierwszego "Battalions of Fear" wystarczyły, by — doszedłszy do granic stylu — zacząć się zastanawiać nad wyjściem z dość gęsto obsianego poletka niemieckich kapel speed metalowych. Można więc "Tales..." potraktować w dwójnasób, z jednej strony jako koniec pewnej epoki, ale też jako łącznik między własnym dziedzictwem muzycznym, rozpoczętym jeszcze w erze Lucifer's Heritage, a rosnącą samoświadomością. A co to znaczy przetłumaczone na polski? Znaczy to tyle, że tak, jak nie można powiedzieć, że "Tales..." rozpoczynają nowy okres w dziejach kapeli (przyjdzie na to jeszcze poczekać), nie można też powiedzieć, że są 'tylko' albumem speedowym. Pierwsze, na co kieruje się uwaga, to większa ilość wszelkiej maści poza-speedowych elementów, w tym zmian tempa, niebanalnej melodyjności i złożonych struktur.

17 kwietnia 2011

Wolf Spider – Kingdom Of Paranoia [1990]

Wolf Spider - Kingdom Of Paranoia recenzja okładka review cover
Aż się wierzyć nie chce, że od wydania tego dzieła minęło już dwadzieścia jeden lat. Na wrzesień tego roku przypada zaś dwudziesta rocznica rozwiązania zespołu. Śmiem twierdzić, że w ciągu tych dwóch dekad nie dorobiliśmy się lepszej kapeli thrashowej i tylko kilku kapel metalowych w ogóle, które mógłbym z czystym sumieniem postawić na tej samej, ociekającej zajebistością, półce. Ale to moja prywatna opinia, więc nie musicie się z nią zgadzać; możecie wręcz twierdzić, że lepszych kapel było w pizdu, np. Vader, Azarath, czy inny Hunter. Mam to jednak głęboko w dupie i wszystkich takich pozdrawiam serdecznie środkowym palcem lewej ręki. Wrócę jednak do muzyki, wszak o nią się rozbija. Wolf Spider, bo tak brzmiała oficjalna nazwa od roku 1988, przeszedł w okresie od selftajtla do "Kingdom of Paranoia" kilka zmian. Zespół opuścili Mariusz oraz Leszek, więc trzeba było się trochę przetasować. Obowiązki basisty przejął Maciek, zaś nowym wiosłowym został Darek Popowicz.

17 sierpnia 2010

Obituary – Cause Of Death [1990]

Obituary - Cause Of Death recenzja okładka review cover
W 1990 roku pewien uberzdolny gitarzysta wstąpił w szeregi pewnego zyskującego na popularności zespołu, by wraz z nim stworzyć powalającą muzykę. Tym gitarzystą był James Murphy, zespołem Obituary, a muzyką potężny, brutalny DEATH METAL! Cóż to za wspaniała płyta! Sprawdzian ze stylu obranego na debiucie zdali na piątkę, a jednocześnie pokusili się o odpowiednio interesujące nowości. No bo czym byłaby ta zatęchła sieka bez dodatku w postaci wirtuoza gitary? Drugim "Slowly..."? Cechy charakterystyczne dla Nekrologu pozostały te same: ciężko i rytmicznie. Tym razem także znacznie bardziej technicznie. I to nie tylko, jeśli chodzi o wiosła, ale również gęsto (choć nie jakoś wielce szybko) nabijającą perkusję. Ponadto wszystkie instrumenty zyskały dużo przestrzeni, dzięki czemu muzyka jest jeszcze przyjemniejsze w odbiorze. Ale bez obaw, pomimo pozornego 'ucywilizowania' i pewnej dawki melodii żadnego pitolenia tutaj nie ma!

28 czerwca 2010

Megadeth – Rust In Peace [1990]

Megadeth - Rust In Peace recenzja okładka review cover
Największe osiągnięcie (artystyczne!) przepitego do szpiku kości Rudzielca od opusów innych klasycznych thrash’owych załóg różni się w kilku punktach. Ot chociażby faktem, że "Rust In Peace" ukazała się w erze schyłku popularności gatunku, nie zaś w połowie lat 80-tych. Poza tym jest to czwarta płyta Megadeth, a większość szczyt osiągała na wysokości trzeciej, przy okazji tworząc ten sławetny 'syndrom'. To wszystko jednak bez znaczenia, liczy się wartość krążka, a ta jest naprawdę spora. Całość rozpoczyna mocny cios w postaci 'Holy Wars... The Punishment Due' – numer z wieloma zmianami tempa, cholernie szybkim, wręcz maniakalnym riffowaniem i dużą ilością technicznych ornamentów. Ale to tylko przystawka przed tym, co następuje później... 'Hangar 18' przyprawia o palpitacje serca!

23 marca 2010

Napalm Death – Harmony Corruption [1990]

Napalm Death - Harmony Corruption recenzja okładka review cover
O "Harmony Corruption" można napisać, że jest to przełomowy album w twórczości Napalm Death. Po pierwsze zadebiutowali na nim Barney oraz Mitch, po drugie został nagrany w Morrisound Studio, a nad produkcją czuwał Scott Burns. Plotka głosi, że Brytyjczycy udali się do Morrisound, aby przechwycić charakterystyczną produkcję "Leprosy". Nawet dzisiaj "Harmony..." brzmi inaczej niż pozostałe Napalmy – death metalowo. Po trzecie jest to najbardziej death metalowy album ze wszystkich w dyskografii Napalm Death, prawdę mówiąc jest tu więcej death metalu niż grindu. Po czwarte struktura utworów uległa bardzo dużej zmianie. Piosenki stały się mniej chaotyczne, mniej hałaśliwe, bardziej zgrane, lepsze technicznie i przede wszystkim bardziej rozbudowane i dłuższe, przez co jest ich ponad dwa razy mniej niż np. na FETO. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że pojawił się tu niejaki zarodek melodii, jeżeli by porównywać z poprzednikami.

Deicide – Deicide [1990]

Deicide - Deicide recenzja okładka review cover
Któryś z większych katolskich autorytetów rzekł ongiś, iż kto śpiewa, ten dwa razy się modli. Bidula zapewne nawet nie przypuszczał, że pewnego dnia te słowa zabrzmią wyjątkowo opacznie. A stało się tak, gdy na świat wypłynął twór o paskudnym imieniu Bogobójstwo z obłąkanym Glenem Bentonem jako liderem. Potem nastał debiut i wyżej przytoczone słowa zamieniły się w swoją krańcowo poronioną karykaturę, zaś świat zalała piekielna fala wstrętu i ohydy. Szatan nigdy wcześniej nie był tak gorąco wychwalany! A już na pewno nie przy akompaniamencie takiego łomotu. Bo "Deicide" to nie tylko satanistyczne deklaracje nienawiści do boga i religii chrześcijańskiej. Oprócz całej tej — niezmiernie tutaj ważnej — przesiąkniętej diabelstwem ideologicznej otoczki jest jeszcze muzyka: dziesięć pieśni składających się na debiut Deicide to doskonały pokaz ekstremalnego death metalu nie znającego litości i słów takich jak kompromis czy subtelność.

Morgoth – The Eternal Fall [1990]

Morgoth - The Eternal Fall recenzja okładka review cover
Nie wiem jak wy, ale ja zawsze traktowałem tą, opatrzoną znakomitą okładką, płytę jako quasi-debiut Niemców. Fakt, że składają się nań dwie epki — "Resurrection Absurd" (1989) i "The Eternal Fall" (1990) — niewiele tu zmienia, bo utrzymane są na bardzo podobnym poziomie zajebistości, a różnica w brzmieniu nie jest kolosalna (choć odczuwalna na korzyść tej nowszej). Jakkolwiek by tego wydawnictwa nie traktować, mamy tu do czynienia z klasycznym brutalnym death metalem głęboko zakorzenionym w amerykańskich wyziewach (mixu dokonano w Morrisound, więc wszystko jest jeszcze jaśniejsze, a przy okazji to jakiś gwarant jakości), z baaardzo wyraźnym piętnem "Leprosy" – i to właśnie takie spojrzenie na muzykę tu dominuje. Innymi słowy Morgoth przenieśli piękne wzorce gatunku na własny, nieurodzajny grunt.

22 marca 2010

Nocturnus – The Key [1990]

Nocturnus - The Key recenzja okładka review cover
W przypadku takiej płyty aż się prosi o jakiś ołtarzyk, albo chociaż dobrze wyeksponowaną gablotkę, żeby każdy mógł to cudo podziwiać, ale z łapami nie miał do niego startu. Ooo tak, "The Key" to album wspaniały w każdym calu, zawiera przy tym to, co przyswaja mi się najlepiej – techniczny death metal. Nie dość, że techniczny to do tego szybki (szczególnie jeśli chodzi o gitarowe cudeńka), melodyjny i oryginalny. Owa oryginalność polega m.in. na wzbogaceniu brutalnego perkusyjno-gitarowego łomotu rozbudowanymi partiami klawiszy, które obsługuje Louis Panzer. Parapety wprowadzają do muzyki dużo przestrzeni i — chociażby przez rozbudowane intra — klimatu. Death metal Nocturnus dzięki nim stał się wielowymiarowy i niemożliwy do pomylenia z hałasem prezentowanym przez inne zespoły. "The Key" to dziesięć doskonale skonstruowanych numerów o łącznym czasie trwania ponad 48 minut.