Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2019. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2019. Pokaż wszystkie posty

3 kwietnia 2021

Ectoplasma – White-Eyed Trance [2019]

Ectoplasma - White-Eyed Trance recenzja okładka review coverTo się nazywa wiara w twórczy potencjał! Nie dość, że Grecy — dzieląc obowiązki między Ectoplasma a Vultur — z zadziwiającą częstotliwością wypuszczają nowe wydawnictwa, to za każdym razem starają się poprawić, podejść do tematu nieco inaczej czy też zaproponować coś nowego. I dobrze na tym wychodzą, zważywszy na to, że poruszają się w dość ograniczonych ramach gatunkowych. Nie powinno zatem zaskakiwać, że White-Eyed Trance nie przynosi żadnych drastycznych zmian stylu, a jednocześnie nieznacznie przewyższa poprzednie materiały.

Panowie z Ectoplasma skupili się na pomniejszych usprawnieniach aranżacyjno-realizacyjnych (ot choćby brzmienie jest mocniejsze) i to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o rozwój. W ich przypadku właśnie tyle wystarczy, bo po co na siłę naprawiać coś, co się od początku znakomicie sprawdza. Przy okazji to wybitnie komfortowa sytuacja dla fanów zespołu, bo mają pewność, że materiał spełni ich oczekiwania. I tak jest z White-Eyed Trance – zachowano oldskulowy klimat, kiczowatą otoczkę i uwielbienie dla starego death metalu, jednakże ze względu na optymalną długość (43 minuty) i wysoki poziom chwytliwości krążek wchodzi lepiej/szybciej niż „Cavern Of Foul Unbeings”. Wszystko rozbija się o detale i coraz lepsze wyczucie kompozytorskie.

Utwory na trzecim albumie Ectoplasma są zwarte i bardzo treściwe, a fajna motoryka i umiejętnie dawkowane nawiedzone melodie sprawiają, że dobrze się sprawdzają jako podkład do wywijania czerepem, o ile komuś jeszcze organizm na to pozwala. Mniej lub bardziej oczywiste wpływy klasyków (Malevolent Creation, Incantation, Sinister, Napalm Death…) pojawiają się na White-Eyed Trance co kilka riffów, ale całość zmontowano tak spójnie, że nikt nie ma prawa do narzekań. Grecy po prostu znają różnicę między inspiracją a zrzynką i nie zapędzają się za daleko z zapożyczeniami. No i nie da się ukryć, że taki death metal w ich wykonaniu brzmi zajebiście autentycznie. Pewnym, w dodatku naciąganym, minusem jest cover Devastation — sam w sobie pierwsza klasa — który stylistycznie mocno odstaje od autorskich kawałków.

Koniec końców Ectoplasma nie zawodzi i nic nie wskazuje, żeby to się miało zmienić w przyszłości. Zatem jeśli choć raz zaliczyliście udany kontakt z ich muzyką, White-Eyed Trance możecie brać w ciemno.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ectoplasma-1579524392276613/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 grudnia 2020

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race [2019]

Blood Incantation - Hidden History Of The Human Race recenzja okładka review coverDawno żadna kapela nie zrobiła na w death metalu takiego zamieszania jak Blood Incantation z debiutanckim „Starspawn”. Połączenie klasycznego podejścia do grania, kosmicznego klimatu i zaskakujących rozwiązań technicznych musiało robić wrażenie. Nic więc dziwnego, że oczekiwania w stosunku do następcy tego krążka były naprawdę ogromne - nic poniżej płyty dekady nie wchodziło w grę. Stąd też przy pierwszym kontakcie Hidden History Of The Human Race okazał się dla mnie pewnym rozczarowaniem, a wszystko to za sprawą riffu żywcem przeniesionego z „Immortal Rites', który Amerykanie wrzucili na początku „Slave Species Of The Gods”. Miało być oryginalnie i nietuzinkowo, a tu taki rip off? Cuś jest nie teges… Uprzedzę podsumowanie i już teraz podzielę się refleksją na temat Hidden History Of The Human Race, którą później spróbuję uzasadnić: Amerykanie nagrali album równie dobry, co „Starspawn”, wyraźnie od niego inny, lecz raczej go nieprzewyższający.

Styl zespołu z grubsza pozostał bez zmian - to techniczny death metal z analogowym brzmieniem (tym razem jest potężniejsze), w którym kosmos spotyka się z cuchnącą grzybem piwnicą, a pierwotna brutalność z wyrafinowanymi i subtelnymi melodiami. Słychać postęp, jaki dokonał się u Blood Incantation w ciągu trzech lat dzielących Hidden History Of The Human Race od debiutu, każdy element ich muzyki jest lepiej dopracowany - aranżacje są bogatsze i bardziej rozbudowane, a całość jeszcze lepiej się zazębia. Amerykanie w miarę możliwości uciekają od tradycyjnych struktur, unikają powtórzeń i powrotu do wcześniej wykorzystanych motywów. Jeśli mają w zanadrzu jakiś świetny patent, korzystają z niego z umiarem lub wplatają w tło. Takie podejście do komponowania sprawia, że materiał nie jest jednowymiarowy i przewidywalny, a w związku z tym wymaga więcej czasu i przesłuchań, by go należycie dobrze poznać. A czy przez to muzyka staje się trudna w odbiorze - wydaje mi się, że nie. Hidden History Of The Human Race śledzi się z przyjemnością i dużym zainteresowaniem, tym bardziej, że muzykom Blood Incantation nie brakuje ani pomysłów ani umiejętności.

Wszystko powyższe składa się na naprawdę doskonały album, który nawet jeśli jest trochę lepszy od „Starspawn”, to za mało lepszy, żeby pisać o deklasacji, że pozwolę sobie na taki bełkot. Innymi słowy Blood Incantation zawiesili sobie poprzeczkę baaardzo wysoko, więc teraz wypadałoby, by każda ich kolejna płyta była zdumiewająca, olśniewająca i niepodobna do niczego, co już powstało w death metalu, a Hidden History Of The Human Race trochę w tej kwestii brakuje. Drugi minus dotyczy jałowych wypełniaczy, bez których wszystkim żyłoby się lepiej. Na debiucie był to akustyczny instrumental, tutaj - ambienty. Rozwlekły początek „Inner Paths (To Outer Space)” (przez który numer zbyt wolno się rozkręca) i półtoraminutowa przerwa po pierwszej części „Awakening From The Dream Of Existence To The Multidimensional Nature Of Our Reality (Mirror Of The Soul)” to elementy całkowice zbędne.

Nie ma sensu jojczyć, bo nie zmieni to faktu, że Blood Incantation już dobili do czołówki death metalu, a Hidden History Of The Human Race na pewno trafi do wymagających fanów. Na tę chwilę wystarczy mi, żeby zespół zrezygnował ze wspomnianej waty i rozważył nagrywanie nieco dłuższych płyt. Pełna rekomendacja!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/astralnecrosis/

podobne płyty:




Udostępnij:

24 października 2020

Desecravity – Anathema [2019]

Desecravity - Anathema recenzja okładka review coverMuzycy Desecravity zrobili sobie całkiem przyzwoitą przerwę po wydaniu „Orphic Signs”, jednak niezależnie od tego, jak długo by siedzieli na dupach, ich pozycja najlepszej japońskiej kapeli death’owej była niezagrożona. Anathema jest potwierdzeniem tego, że oni już nie muszą oglądać się na boki – za bardzo odjechali konkurencji, żeby ją w ogóle dostrzegać. Zastanawia mnie tylko, skąd Yuichi Kudo bierze kolejnych gitarniaków biegłych w rzemiośle chaotycznego śmigania po gryfie – wszak ci zmieniają się co płytę, a w ryżu przecież nie rosną.

Intro do Anathema to… oklepany jak jasna cholera symfoniczny death metal, który jak mniemam ma wprowadzić nieco zamieszania i robić za zmyłkę. Pseudo zmyłkę, bo nikt normalny nie nabierze się na to, że zespół nagle naszło na aż taki zwrot stylistyczny – to poniżej ich godności. Jednakowoż nie mam wątpliwości, że gdyby tylko chcieli, i w tym gatunku pokazaliby prawdziwą klasę. Pierwsze pięć sekund następnego w kolejce „Impure Confrontation” daje jasno do zrozumienia nawet największym sceptykom, że Desecravity nie mają zamiaru odpuszczać, a interesuje ich wyłącznie ekstremalnie szybki i skomplikowany stuff, za którym naprawdę ciężko nadążyć. Japończycy udanie rozwijają popieprzone pomysły z poprzedniej płyty, choć już bez takiego skoku jakościowego, jaki miał miejsce między „Implicit Obedience” a „Orphic Signs”, a to z tej prostej przyczyny, że na tym poziomie bardzo trudno o kolejne ulepszenia. Stąd też na pierwszy rzut ucha wyraźniejsze zmiany dotyczą przede wszystkim brzmienia – jest trochę bardziej masywne, na ile to oczywiście osiągalne przy takich tempach. Niuanse techniczno-aranżacyjne — a jest ich całe mnóstwo — przebijają się dopiero z kolejnymi przesłuchaniami.

Co takiego siedzi w głowach muzyków Desecravity, że produkują tak posrane dźwięki – trudno zgadnąć; wiadomo natomiast, co chcą za ich pomocą osiągnąć – doprowadzić do stopienia zwojów mózgowych niewinnych słuchaczy. I to najlepiej już na wysokości trzeciego-czwartego kawałka. Zatem jeśli uważacie, że Dying Fetus ostatnio wymiękają, a Misery Index są zbyt monotonni, spokojnie możecie sięgnąć po Anathema.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.desecravity.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

21 lipca 2020

Misery Index – Rituals Of Power [2019]

Misery Index - Rituals Of Power recenzja okładka review coverDo dupy z tym Misery Index! Co się zabierałem do pisania o Rituals Of Power, wychodziła mi praktycznie kopia recki „The Killing Gods”. Co poradzić, skoro Amerykanie dopracowali swój styl do perfekcji i w jego ramach nagrywają wyłącznie zajebiste płyty, które po prostu trzeba obsypywać komplementami. Poza tym wydaje mi się, że wymyślanie nowych utworów przychodzi im z taką łatwością, jakby byli jedynymi przedstawicielami grindującego death metalu na świecie i nie musieli się nikim przejmować. A może naprawdę się nie przejmują? Kto ich tam wie; ja w każdym razie jestem przekonany, że żaden miłośnik gwałtownej muzyki nie będzie ich materiałem zawiedziony.

Misery Index, podobnie jak ostatnio, przygotowali zestaw kilku numerów, które są niesamowicie energetyczne, dynamiczne, brutalne, niezaprzeczalnie chwytliwe i w sumie… niepodrabialne. Zespół ma doskonały patent na łączenie totalnej żywiołowości, chirurgicznej precyzji i technicznego mistrzostwa, więc, co zrozumiałe, korzysta z niego także na Rituals Of Power. Świetnym przykładem kompozytorskiego wyrobienia Misery Index jest uberhiciorskie „New Salem”, który każdego maniaka złapie za mordę i przeciągnie po podłodze jak mokrą szmatę. Z kolei odrobinę inne wrażenia zapewniają „Decline And Fall” i kawałek tytułowy, bo choć również szybko wpadają w ucho i pierdolnięcia im nie brakuje, to w swoich późniejszych częściach zaskakują pewną dramaturgią i bardzo klimatycznymi partiami, które udanie podnoszą poziom świeżości i tak już świeżej muzyki.

Ponadto zespołowi należą się pochwały za kapitalne soczyste — a przy tym nieco inne niż na „The Killing Gods” — brzmienie i krystaliczną produkcję, która uwypukla wszystkie aranżacyjne cudeńka i podbija dynamikę i tak już dynamicznych utworów. Warto także wspomnieć, że Rituals Of Power jest pozbawiony wszystkiego, co miałoby choćby znamiona zapychacza. Innymi słowy: zero dłużyzn, sam konkret, w dodatku podany z pełnym zaangażowaniem.

Jako że jestem z natury czepliwy i zawsze muszę się do czegoś przypieprzyć, a w przypadku Rituals Of Power nie mam właściwie do czego, na zakończenie napiszę tylko, że trochę martwią mnie coraz dłuższe przerwy między kolejnymi płytami Misery Index. No, ale jeśli taka ma być cena ich wysokiej jakości, jakoś to przeboleję.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MiseryIndex

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

6 maja 2020

Singularity – Place Of Chains [2019]

Singularity - Place Of Chains recenzja okładka review coverO Singularity dużo się ostatnio pisze w kontekście takich nazw jak Fleshgod Apocalypse, Arcturus czy Arkaik, robiąc z Amerykanów niemal awangardę, a na dobrą sprawę styl zespołu można sprowadzić do blackującego i dość technicznego death metalu z klawiszami. Tak po prostu, bez sensacji. Chłopaki niczego nowego swoim graniem nie odkrywają, co nie zmienia faktu, że Place Of Chains zasługuje na to, żeby poświęcić mu kilka chwil.

Dominująca, death metalowa strona muzyki Singularity z łatwością do mnie przemawia, bo choć oryginalności w niej za grosz, pomysłów na urozmaicenie utworów tu nie brakuje, oba wokale dają radę, a wykonaniu nie można niczego zarzucić. W paru ostrzejszych i bardziej zakręconych momentach Place Of Chains kojarzy mi się z dokonaniami Alterbeast, jednak przez większość czasu Amerykanie pogrywają w sposób raczej umiarkowany i z wyczuciem – nie przeginając z tempami, złożonością aranżacji czy poziomem brutalności. Wychodzi im to całkiem zgrabnie i nie jest specjalnie wymagające od odbiorcy, więc myślę, że powinni do siebie przekonać nawet niedzielnych słuchaczy.

Pozostaje jeszcze strona szumnie zwana symfoniczno-blackową, z którą mam pewne problemy. Riffów czy struktur się nie czepiam, bo nie ma takiej potrzeby, ale klawiszy już muszę. Rozbudowane orkiestracje, neoklasyczny rozmach, sprowadzający ciarki klimat? Sorki, to nie tu. Partie parapetu na Place Of Chains są mocno zainspirowane norweskim plumkaniem sprzed 25 lat (także brzmieniowo), w związku z czym ograniczają się do monotonnego klepania kilku zapętlonych dźwięków przez cały (!) kawałek. Jakby tych nonsensów było mało, klawisze wyprodukowano tak, żeby przesłaniały gitary (te wybijają się tylko przy okazji solówek). Nie pojmuję tego zabiegu, tym bardziej że na debiucie proporcje były właściwie dobrane. Czyżby w ten sposób Singularity chcieli oddać hołd zmarłemu klawiszowcowi? Ot, zagadka!

Jeśli nagromadzenie bezpłciowych popierdywań wam nie przeszkadza tudzież macie na tyle selektywny słuch, żeby je całkowicie zignorować i cieszyć się wyłącznie tradycyjnym instrumentarium, zawartość Place Of Chains przypuszczalnie sprawi wam sporo radości. Singularity odwalili tu kawał rzetelnej roboty, jednak w mojej ocenie na prawdziwe pochwały zasłużą, kiedy nieco wyprostują swój styl (czytać: skupią się na death metalu) i pozbawią go sztucznych przeszkadzajek (czytać: zrezygnują z parapetu).


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SingularityAZ

podobne płyty:

Udostępnij:

4 kwietnia 2020

Immanifest – Macrobial [2019]

Immanifest - Macrobial recenzja okładka review coverNa pierwszy rzut oka Immanifest wygląda naprawdę zachęcająco – kapela z Tampy na Florydzie, za którą stoją ludzie z wieloletnim doświadczeniem, a ich target to fani m.in. Hypocrisy i Septicflesh, w dodatku Macrobial wśród krytyków spotyka się niemal z samymi zachwytami. Pal licho, że swoją muzykę określają dawno zapomnianą etykietką „symphonic black-death”. Muszą być fajni, czyż nie? Ano, nie! Już pierwsze minuty z płytą uświadamiają nam, czemu wydanie debiutu zajęło im ponad dekadę.

Macrobial to po prostu granie z minionej epoki — i to takiej, za którą nikt nie tęskni — tyle, że we współczesnej oprawie. Okładka, brzmienie, zaplecze techniczne grajków, agresywne wokale – każdy z tych elementów z osobna jak najbardziej się broni, jednak styl zespołu i jego, a bo ja wiem, poczucie estetyki – już nie. Immanifest proponują nam przypadkowy zlepek oklepanych motywów, które nie dość, że w większości są nieciekawe, to niekoniecznie z sobą współgrają. Na domiar złego w muzyce Amerykanów dominuje to, co już 25 lat temu było w symfonicznym black-death najgorsze: gatunkowe klisze, mnóstwo banałów, plumkanie klawiszy, naiwne melodyjki, chybione czyste wokale (w tym damskie), patetyczne chórki… I nie chodzi nawet o to, że w międzyczasie świat poszedł do przodu i tamte patenty się zestarzały. Nie, one od początku były zupełnie nieatrakcyjne, a Immanifest z niewiadomych powodów postanowili je przypomnieć.

Dla mnie godne odnotowania momenty (chodzi dosłownie o kilkusekundowe sekwencje) pojawiają się jedynie w „Emissaries Of Ikhenaton”, kiedy zespół pocina coś jednoznacznie nawiązującego do włoskiego Ade. Cała reszta – przelatuje obok i w ogóle nie skupia na sobie uwagi, co nawet jest OK, bo w ten sposób Macrobial ani nie nudzi, ani nie męczy. Tylko czy to przypadkiem nie za mało?


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Immanifest/270388841633
Udostępnij:

31 marca 2020

Hour Of Penance – Misotheism [2019]

Hour Of Penance - Misotheism recenzja okładka review coverHour Of Penance nareszcie wrócili do tego, w czym są najlepsi! A przynajmniej do tego, co mnie w ich wykonaniu sprawia największą radochę – szaleńczego, brutalnego i pełnego pomysłów death metalu. Doceniam dwie poprzednie płyty zespołu, ale nie oszukujmy się – to właśnie Misotheism jednoznacznie dowodzi, czego powinni się trzymać – napierdalania w stylu znanym z nieświętej trójcy: "The Vile Conception" – „Paradogma”„Sedition”. I chociaż nowy album nie ma świeżości tamtych nagrań, to każdy wielbiciel Włochów błyskawicznie wkręci się w jego zawartość.

To co świadczy o zajebistości Misotheism, to przede wszystkim cała masa świetnych mięsistych i urozmaiconych riffów, z których przebijają się charakterystyczne dla Hour Of Penance melodie – z jednej strony agresywne, a z drugiej pełne klimatu, jak choćby w „Fallen From Ivory Towers”, „Lamb Of The Seven Sins” czy „Occult Den Of Snakes”. Nie ma absolutnie mowy o jałowych wypełniaczach czy klepaniu przez pół numeru tego samego motywu; tu cały czas musi się coś dziać, napięcie musi narastać. I narasta. Wzmocnieniu intensywności służą oczywiście partie perkusji, o których złego słowa nie mogę napisać, bo Davide Billia nareszcie dostał więcej okazji, żeby wykazać się umiejętnościami i nieprzeciętną wytrzymałością. Stąd też na Misotheism dominują szybkie i bardzo szybkie tempa, zaś wolniejsze fragmenty, choć także się pojawiają, należą zdecydowanie do rzadkości – służą raczej jako podkreślenie gwałtowności muzyki, zdynamizowaniu jej, ewentualnie w paru utworach pomagają w budowaniu klimatu. Mimo iż nie pozostawiono tu zbyt wiele miejsca na złapanie oddechu, całość łatwo wpada w ucho, a ogólna chwytliwość („Dura Lex Sed Lex”, „Iudex”) albumu może budzić respekt.

Tym materiałem Hour Of Penance bez wątpienia odrobili kilka punktów do Hideous Divinity, ale to ciągle za mało, żeby wrócić na szczyt włoskiego death metalu. Było bardzo blisko, więc gdyby tylko dysponowali potężniejszą produkcją (wzmocniłbym zwłaszcza werbel), to kto wie… Ich rodacy przy budżecie z Century Media nie mają raczej tego typu problemów. Ani takich, jakie widać w książeczce Misotheism. Nie wiem, czym to można tłumaczyć – lenistwem czy niedbalstwem, ale faktem jest, że w tej kwestii ktoś odjebał niezłą fuszerkę. Połowę wkładki (w tym okładkę!) wydrukowano bowiem z — jak obstawiam — jebanych poglądówek w niskiej rozdzielczości, a kto wie i czy nie w RGB i w rezultacie wszystko straszy pikselozą, jest nieczytelne i wkurwia. Wstyd, Agonio, wstyd! Chwała Cthulhu, że muzyka broni się sama!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.hourofpenance.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

28 marca 2020

Fallujah – Undying Light [2019]

Fallujah - Undying Light recenzja okładka review coverTego się nie spodziewałem! Fallujah, zamiast podążać drogą wyznaczoną na „The Flesh Prevails” i dalej rozwijać tamte tematy, nagle z niej zboczyli, a może nawet i odrobinę zawrócili… Ujmując rzecz jaśniej: Amerykanie na Undying Light częściowo odpuścili progresywne oniryczne klimaty na rzecz grania bardziej bezpośredniego, mniej technicznego, a przy okazji także mniej absorbującego. Nowy kierunek sam w sobie wcale nie jest zły, bo muzyka broni się bez problemu, jednak z obecnym wokalistą zespół jedynie straci dotychczasową reputację.

Nie wiem, z jakiej głębokiej dupy wyskoczył Antonio Palermo, ale jestem w stu procentach pewien, że powinien w niej pozostać do końca swego hipsterskiego życia. Jako wokalista Fallujah nie ma do zaoferowania zupełnie nic wartościowego (czyli irytujące deathcore’owe wrzaski i krzyki bez jakiegokolwiek ładu i składu), jest straszliwie jednowymiarowy, swym głosem spłaszcza utwory i sprawia, że praktycznie wszystkie wydają się takie same, przez co nie można się w nie należycie wkręcić. Stąd też każda próba zbudowania klimatu przez instrumentalistów jest z góry skazana na niepowodzenie, bo on oczywiście musi drzeć mordę, psując odbiór nawet najbardziej zachęcających fragmentów.

Przy takim osobniku po prostu cała idea grania urozmaiconej i w jakikolwiek sposób ambitnej muzyki idzie się jebać w krzaki. Tak więc również na nic się zdaje dobra czytelna i mniej skompresowana niż ostatnio produkcja, większa ilość agresywnych partii (czyli z solidnym blastowaniem) czy łatwiejsze do ogarnięcia struktury. Najgorsze w tym jest to, że pomimo korekty stylu Undying Light to kawał udanej muzyki, który w innym składzie wchodziłby naprawdę gładko i pozostawiał po sobie dobre wrażenie. W obecnej postaci płyta zbyt często męczy i trzeba się zmuszać, żeby dotrwać do jej końca.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fallujahofficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

24 lutego 2020

Deivos – Casus Belli [2019]

Deivos - Casus Belli recenzja okładka review coverCasus Belli to od początku do końca brutalny i techniczny death metal bez najmniejszych udziwnień, czyli innymi słowy: materiał, którym Deivos chyba już ostatecznie dają do zrozumienia, że etap eksperymentowania ze stylem mają za sobą. Owszem, nie da się zaprzeczyć, że „Theodicy” miał swoje plusy, ale lepiej dla fanów, żeby zespół trzymał się tego, czego są mistrzami na naszym podwórku – wtedy nikt im nie podskoczy.

Nie chciałbym przez to sugerować, że album jest wierną kopią „Endemic Divine”. Niet. Casus Belli jest na pewno płytą nieco inaczej skonstruowaną i leci na równiejszym poziomie – tu nie ma miejsca na nabieranie rozpędu czy budowanie napięcia; pierdolnięcie następuje od pierwszej sekundy kawałka tytułowego i trwa już do końca. Warto przy tym zaznaczyć, że zespół potrafi utrzymać intensywność przekazu niezależnie od pojawiających się gdzieniegdzie wolniejszych temp czy fragmentów z mocniej zaznaczonym klimatem (jak w moim ulubionym „Nuclear Wind”). To jednak nie oznacza, że muzyka powiewa monotonią – nic z tych rzeczy, muzycy Deivos potrafią grać i mają wyrobione mózgowiny, więc każdy utwór oferuje jakieś ciekawe, wybijające się rozwiązania. I nie chodzi wyłącznie o krowie dzwonki; zwróćcie choćby uwagę na bas, który ma odpowiednio dużo przestrzeni i brzmi naprawdę grubo.

Płyta w zasadzie wchodzi od pierwszego przesłuchania i nie wymaga przy tym popitki, a to — przyznacie — nieczęsto się zdarza, zwłaszcza gdy jesteśmy w temacie mocno pokomplikowanego death metalu. I właśnie – gdzieś pomiędzy kolejnymi blastami, rykami wokalisty czy pojebanymi riffami wepchnięto całkiem fajne choć pokręcone melodie, co uczyniło Casus Belli bodaj najbardziej chwytliwym krążkiem w historii zespołu. Co najlepsze – nie ma to nic wspólnego z wymiękaniem materiału!

Uwagi mam tylko dwie, w dodatku małego kalibru. Pierwsza dotyczy brzmienia i jest wybitnie subiektywna, bo wydaje mi się, że „Endemic Divine” mógł się poszczycić odrobinę lepiej wyważoną produkcją, Druga kwestia to okładka, która do zakupu raczej nie zachęca i gdyby nie logo Deivos, ominąłbym płytę szerokim łukiem.

Podsumowanie może być tylko jedno. Casus Belli to jednoznaczny dowód na to, że grając po staremu (w sumie…) i korzystając z podstaw wypracowanych przez Cryptopsy, Morbid Angel i Immolation można wciąż sporo osiągnąć. Oczywiście trzeba jeszcze umieć i dysponować własnymi pomysłami, bo bez tego bida.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Deivos

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 lutego 2020

Vltimas – Something Wicked Marches In [2019]

Vltimas - Something Wicked Marches In recenzja okładka review coverSuperprojekt. Trzy duże nazwiska, w dodatku każde z innej bajki: Rune Eriksen (czego by aktualnie nie robił, najważniejsze są jego dokonania w Mayhem), Flo Mounier (kręgosłup Cryptopsy) oraz David Vincent (który mentalnie jest nie wiadomo gdzie, chyba na Dzikim Zachodzie albo w Las Vegas). Czy po takiej ekipie można oczekiwać czegoś sensownego? Ja byłem zdania, że nie, ale już pierwsza konfrontacja z Something Wicked Marches In pozostawiła mnie z rozdziawioną paszczą. Ta konfiguracja jak najbardziej ma sens!

Czy wobec tego Vltimas to wypadkowa Mayhem, Cryptopsy i Morbid Angel? Ano nie. Owszem, w muzyce pojawiają się elementy charakterystyczne dla każdego z tych zespołów (czy raczej osób z nimi związanych), jednak nie mamy do czynienia z polepionym na ślinę zlepkiem klisz i oczywistości. Vltimas wbrew pozorom nie poszli po linii najmniejszego oporu (ani po linii najprostszych skojarzeń) i zaoferowali coś, co w dość dużym stopniu jest oryginalne, podane z pomysłem, zajebiście wykonane i bardzo przyjemne w odbiorze. Niiiby całość można spiąć klamrą pod tytułem „blackujący death metal”, ale szybko okazuje się, że dla zespołu ten termin bywa przyciasny.

To, co najbardziej zwraca uwagę na Something Wicked Marches In to spójność tej muzyki – to, że każdy fragment od strony kompozytorskiej doskonale trzyma się kupy. Nie trzeba nawet zbyt intensywnie się wsłuchiwać, żeby wyłapać, że przez większość czasu poszczególne instrumenty pogrywają w odmiennych stylistykach — gitary blackowe, perkusja to niemal death/grind („Total Destroy!”), a bas plumka zupełnie bez napiny — a mimo to zadziwiająco dobrze się uzupełniają. To nic innego jak encyklopedyczny przykład efektu synergicznego, kiedy rezultat współdziałania przekracza sumę poszczególnych czynników.

Blasphemer serwuje riffy jak za czasów „Grand Declaration Of War” i „Chimera” — może nie jakoś superciężkie czy pokręcone, ale odpowiednio chwytliwe i przeszywające — oraz kilka oszczędnych solówek. Flo Mounier napierdala jak cyborg (mordercza praca centralek!), przy czym bliższy jest Sandovalowi w najwyższej formie albo Derekowi Roddy niż temu, co robi na co dzień. Co do Vincenta… chociaż wokalnie nie oddalił się zbytnio od „Illud Divinum Insanus” (trafiają się też echa „Covenant”), to w takiej konwencji sprawdził się naprawdę bardzo dobrze i nie mogę mu niczego zarzucić. Jakby tego było mało, Vltimas zadbali o kilka fragmentów, których chyba nikt by się po nich nie spodziewał, jak np. absolutnie świetne i klimatyczne „Monolilith” i „Last Ones Alive Win Nothing” (doskonałe riffy!). Ewentualnie takich, których nikt by NIE chciał się po nich spodziewać – choćby chórki i eksperymenty z czystymi zaśpiewami – o dziwo udane.

Nie ukrywam, że jestem pod sporym wrażeniem Something Wicked Marches In – w ogóle nie wypatrywałem tej płyty, jednak kiedy już trafiła w moje ręce, szybko ją zapętliłem. Ostatnimi czasy projekty wspierane znanymi nazwiskami to tylko marketing, więc Vltimas uznaję za krzepiący wyjątek od reguły.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/VLTIMAS/
Udostępnij:

12 lutego 2020

Nile – Vile Nilotic Rites [2019]

Nile - Vile Nilotic Rites recenzja okładka review coverPrzez dwadzieścia ostatnich lat Nile byli w niezłym gazie; dużo się u nich i z nimi działo, a nade wszystko nigdy nie dopuszczali do tego, żeby fani musieli zbyt długo czekać na kolejne wydawnictwa. Aż tu nagle cuś zgrzytnęło i od ostatniego krążka upłynęły aż cztery lata. Zgaduję, że głównej przyczyny tej przerwy należy szukać w odmłodzeniu składu i co za tym idzie – chęci dotarcia się z nowymi ludźmi. Ile by to nie trwało, głód muzyki u słuchaczy był już odczuwalny i w pełni zrozumiały. W dodatku Amerykanie, dość nietypowo, narobili wszystkim apetytu trasą promującą niewydany jeszcze album. Na mnie podziałało, bo na żywo kawałki z Vile Nilotic Rites zabrzmiały wyjątkowo zachęcająco.

Jak na moje ucho Nile nagrali płytę równie dobrą co „What Should Not Be Unearthed”, ale wyraźnie od niej inną, choć utrzymaną w stylu zapoczątkowanym gdzieś na „Annihilation Of The Wicked”. Zespół jest oczywiście rozpoznawalny od pierwszych dźwięków, a mimo to daje się tu wyczuć także powiew świeżości – zrezygnowano z niektórych starych patentów, w innych nieco zamieszano, no i dorzucono odrobinę nowości. Riffy są mniej zagęszczone, inaczej rozłożono zmiany tempa, a całość zabrzmiała mniej hermetycznie. Już na wysokości pierwszej solówki w „Long Shadows Of Dread” doskonale słychać, że nowi muzycy nie zostali ściągnięci do kapeli tylko po to, żeby wspólnie pozować do zdjęć. Brian Kingsland i Brad Parris dostali spory kredyt zaufania od Sandersa i chyba go nie zawiedli, bo obaj (naturalnie gitarniak bardziej) mieli duży wpływ na ostateczny kształt Vile Nilotic Rites. Innymi słowy mamy do czynienia z bodaj najbardziej demokratycznym materiałem w historii Nile. Nie mogę niczego zarzucić Dallasowi, ale faktem jest, że dopływ świeżej krwi dobrze zrobił Amerykanom.

Na Vile Nilotic Rites dominują raczej krótkie i zajebiście szybkie kawałki w typie „The Oxford Handbook Of Savage Genocidal Warfare”, „Snake Pit Mating Frenzy” czy tytułowego, co nie znaczy jednak, że płyta jest monotonna. Nawet w taki wygrzew jak „Revel In Their Suffering” (jeden z najlepszych na krążku) muzycy potrafili wrzucić naprawdę miażdżące partie i fragmenty, które przypominają zbrutalizowany Fleshgod Apocalypse, więc o urozmaicenia można być spokojnym. Ma się rozumieć, że najwięcej atrakcji przygotowano w rozbudowanych aranżacyjnie „Seven Horns Of War” i „The Imperishable Stars Are Sickened”. W tym drugim uwagę zwracają zwłaszcza czyste wokale i zajebichne solówki. Problem stanowią dla mnie jedynie wstawki etniczne. I to nawet nie ze względu na ich oklepany charakter (po dwudziestu latach miały prawo się znudzić, trudno), co na brzmienie – są dużo głośniejsze niż death metalowa reszta i niezbyt z nią spójne.

Nile na Vile Nilotic Rites to zespół w znacznie lepszej formie, niż wygląda na pierwszy rzut oka – zaskakująco witalny, dobrze zgrany i na dużym luzie. Słychać i widać, że panowie całkiem nieźle bawią się swoim graniem, nie robią tego na odpierdol i mają ochotę na więcej. Wprawdzie po godzinie napierdalania Sanders skarżył się na zmęczenie, ale na moją sugestię, że może by w takim razie zacząć grać wolniej odpowiedział stanowcze – „NIE!”.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.nile-official.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 stycznia 2020

Fleshgod Apocalypse – Veleno [2019]

Fleshgod Apocalypse - Veleno recenzja okładka review coverDo Veleno zabierałem się jak członek PiSu do osławionych ośmiorniczek: zerkałem tylko z ukosa i kręciłem z dezaprobatą nosem, bo nie mogło z tego wyjść nic dobrego. Na „King” bardzo się zawiodłem i nie chciałem powtórki z (braku) rozrywki, a już zwłaszcza nie za takie pieniądze. Nie da się ukryć, że poprzednim razem Nuclear Blast zrobili wokół Fleshgod Apocalypse więcej szumu niż na to obiektywnie zasługiwali, no i teraz chcą zwrotu kosztów. Oczywiście kosztem słuchaczy.

Nie było wyjścia, przełamałem się (czytać: przepłaciłem), dałem Veleno szansę i cóż… na pewno nie jest to album tak nudny jak poprzedni, z którego po latach kojarzę jedynie „The Fool”. Jednocześnie nie ma startu do takiego „Labyrinth”, z którym stylistycznie (tak w ogólnym sensie) ma chyba najwięcej wspólnego. Włosi stworzyli coś na kształt… etapu przejściowego między dwoma wcześniejszymi płytami i w ten sposób uzupełnili białe plamy powstałe w wyniku zbyt drastycznego rozrostu elementów symfonicznych. Chronologia z dupy, ale grunt, że Veleno można wysłuchać w całości bez zgrzytów i — przynajmniej zbyt częstego — ziewania.

Fleshgod Apocalypse, mimo iż w poważnie okrojonym składzie, zdołali przygotować materiał dostatecznie wyrazisty, szybki i brutalny, żeby nie odstraszyć fanów death metalu, a przy tym na tyle urozmaicony, by pozostali klienci Nuclear Blast też znaleźli tu coś dla siebie. Mnie Włosi przekonują najbardziej, kiedy trzymają się przede wszystkim gwałtownego grzańska, z jakim mamy do czynienia w pierwszych trzech utworach (z wyjątkiem dodanego od czapy intro do „Carnivorous Lamb”) i później w „Worship And Forget” i „Pissing On The Score” – wtedy ich muzyka ma odpowiednią moc i może zaciekawić. Orkiestracje, chóry i inne cuda są tylko dodatkiem, nie wybijają się na pierwszy plan i w niczym nie przeszkadzają. Problemy zaczynają się, gdy proporcje (death) metalu i symfonii zostają odwrócone, czego przykłady mamy w „Monnalisa”, „Absinthe” czy „The Day We’ll Be Gone” – wówczas napięcie wyraźnie siada i Veleno momentami brzmi jak konkurencja dla Nightwish.

Wydaje mi się, że zespół wciąż nie potrafi znaleźć należytego balansu i upycha w struktury utworów więcej niż jest w stanie ogarnąć, co skutkuje zbyt dużym zgiełkiem i przeciętną czytelnością (która swoją drogą pogłębia się później na koncertach). Pod tym względem Septicflesh są jednak bezkonkurencyjni. Fleshgod Apocalypse brakuje charakterystycznej dla Greków finezji i wyczucia dramaturgii, co próbują zamaskować w najprostszy możliwy sposób: przekładańcem ostro-łagodnie, ostro-łagodnie. Oczywiście stać ich na nieco bardziej ambitne rozwiązania, ale nie zawsze starcza im na to odwagi. Weźmy wspomniany już „The Day We’ll Be Gone”, w którym przecież mogli zestawić głos Veronicy Bordacchini z Paolo Rossim (swoją drogą - mniej śpiewa, a jak już śpiewa, to częściej krzyczy) zamiast Francesco Paoliego i uzyskać coś zaskakującego i może w większym stopniu przekonującego niż to, co znalazło się na płycie. Niewykluczone jednak, że gdyby coś by nie pykło, w tej chwili zachodziłbym w głowę, co też oni odpierdalają…

W każdym razie przed Fleshgod Apocalypse jeszcze dużo pracy, żeby ich muzyka była w pełni spójna, dookreślona stylistycznie i brzmiała naturalnie. Przede wszystkim muszą się zdecydować (o ile wytwórnia im na to pozwala), czy chcą być agresywnym i odrobinę oryginalnym death metalowym aktem czy umiarkowanie pitolącym przynudzaczem, który dobrze sprawdzi się na bawarskich festynach. Ja, przyznam szczerze, po wysłuchaniu Veleno nie jestem pewien, w jakim kierunku Włosi zmierzają.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/fleshgodapocalypse

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

23 grudnia 2019

Omophagia – 646965 [2019]

Omophagia - 646965 recenzja okładka review coverCzy trzeci album Omophagia będzie dla zespołu tym przełomowym? Ha! Śmiem w to wątpić, choć trzeba jasno i uczciwie przyznać, że Szwajcarzy między kolejnymi materiałami robią odczuwalne postępy, przy czym chodzi raczej o ewolucję stylu aniżeli jakąkolwiek rewolucję w jego obrębie. Niech więc zatem nikogo nie zwiedzie nowoczesna czy tam technologiczna otoczka 646965, bo to wciąż death metal łączącym w sobie wpływy klasyków i paru bardziej współczesnych przedstawicieli gatunku.

Muzycy Omophagia kurczowo trzymają się swoich dotychczasowych źródeł zrzynki/zapożyczeń, co jednak nie znaczy, że niczego nie ruszają w proporcjach. Na nowej płycie wahadło inspiracji mocniej wychyliło się w kierunku bardzo szybkich i technicznych dopierdalaczy w typie Dying Fetus, Cytotoxin czy Origin, co przy masywniejszym niż ostatnio brzmieniu zaowocowało całkiem intensywną ścianą dźwięku. Na swoje (i nasze) szczęście Szwajcarzy dopilnowali, żeby utwory nie zlewały się z sobą – mają stosunkowo przejrzyste struktury i prawie wszystkie posiadają jakieś charakterystyczne elementy, dzięki którym łatwiej je sobie później przywołać. Innymi słowy – nie trzeba wielu przesłuchań, by się w całości jako tako orientować. Dość powiedzieć, że w warunkach koncertowych, przy raczej przeciętnej czytelności, byłem w stanie wyłapać, który numer aktualnie grają.

O braku drastycznych zmian w muzyce już wspomniałem, dlatego teraz poświęcę chwilę umiejętnościom grającej czwórki, bo w ciągu trzech lat nabrali doświadczenia, pewności siebie i wyraźnie się rozwinęli. Nic więc dziwnego, że 646965 jest krążkiem szybszym, bardziej technicznym i urozmaiconym niż „In The Name Of Chaos”. Tylko solówki pozostały na tym samym poziomie (i ponownie większość na kilometr zalatuje Vital Remains), ale skoro już wcześniej były zajebiste, to na takie stanie w miejscu można przymknąć oko. Wydaje mi się ponadto, że Szwajcarzy dużo czasu poświęcili stronie rytmicznej materiału – w utworach (choćby „Radicalized” czy „Mortal Dissociation”) roi się bowiem od partii z rwanym tempem, gwałtownych cięć i nagłych przyspieszeń.

Reasumując, względem poprzedniej płyty muzycy Omophagia wykonali na 646965 krok do przodu i chyba w najwłaściwszym dla siebie kierunku. Słychać, że radzą sobie coraz lepiej, choć nie należy oczekiwać, że któryś z kolei ich materiał wstrząśnie death metalową sceną – to się nigdy nie stanie. Jak na drugoligowca, Szwajcarzy pozostawiają po sobie całkiem dobre wrażenie, czego nie mogę napisać o formie wydania 646965 — jedynie digipak — o której sam zespół dowiedział się dopiero, gdy płyta była już na rynku.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.omophagia.ch

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

18 listopada 2019

Antropomorphia – Merciless Savagery [2019]

Antropomorphia - Merciless Savagery recenzja okładka review coverPostawmy sprawę jasno, jeśli ktoś wcześniej nie zasmakował w muzyce Antropomorphia, to Merciless Savagery nic w tym temacie nie zmieni, może go co najwyżej jeszcze bardziej zniechęcić do zespołu. Od poprzedniej płyty — a w zasadzie od trzech — Holendrzy nie wykonali ani jednego ryzykownego czy nieprzemyślanego kroku i dość kurczowo trzymają się sprawdzonego schematu w obszarach muzyki, brzmienia i imażu; do tego stopnia, że nawet tylna okładka niemal dokładnie powiela układ z „Sermon Ov Wrath”.

Czy to źle? Niekoniecznie, bo przecież Antropomorphia ma garstkę oddanych fanów, którzy chcą wyłącznie ciężkiego, prostego i śmierdzącego siarką death metalu w średnich tempach, a na wszelkie udziwnienia patrzą wilkiem. I to dla nich nagrano Merciless Savagery. Im nie będzie przeszkadzała wtórność niektórych rozwiązań, przewidywalność struktur czy dobrze już znane brzmienie (za produkcję ponownie odpowiada Marco Stubbe, mastering trzasnął tym razem Dan Swanö). Zresztą nawet obiektywnie patrząc, bez znajomości dokonań kapeli, Antropomorphia ma do zaoferowania naprawdę wysokiej jakości muzykę podaną w profesjonalnej oprawie studyjnej, której w zasadzie niczego nie można zarzucić.

Prawie, bo jak dla mnie — czyli już nieobiektywnie — Merciless Savagery traci nieco na jebnięciu przez dwa zbyt wolno rozkręcające się numery („Cathedral Ov Tombs” i „Wailing Chorus Ov The Damned”), w które dodatkowo niepotrzebnie wkrada się monotonia. Kilka cięć — w studiu — i byłoby OK. Druga kwestia równie mocno rzucająca się w uszy to ogólna chwytliwość płyty. Pod tym względem nowy materiał znacząco ustępuje trzem wcześniejszym i przez to nie wkręca się należycie szybko. Jednocześnie trzeba oddać zespołowi, że jak już zaczyna pocinać bardziej przebojowo, to baniak sam rwie się do młynków. Niestety w ten sposób wyróżniają się tylko trzy kawałki — „Womb Ov Thorns”, „Merciless Savagery” i „Luciferian Tempest” — spośród których ten ostatni ma zajebiście bujające riffy i porywający rytm, toteż jest moim zdecydowanym faworytem.

Trochę to jednak mało, żeby popaść w zachwyt, choć z drugiej strony o rozczarowaniu Merciless Savagery nie ma mowy. Ewentualny problem Holendrów polega na tym, że za sprawą „Rites Ov Perversion” zawiesili sobie poprzeczkę dość wysoko i chyba nie wiedzą, co zrobić, żeby ponownie do niej doskoczyć. Ja podpowiadam: robić hity.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.antropomorphia-official.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

1 listopada 2019

Visceral Disgorge – Slithering Evisceration [2019]

Visceral Disgorge - Slithering Evisceration recenzja okładka review coverVisceral Disgorge zebrali sporo pochlebnych opinii za swój debiut „Ingesting Putridity”, ale zamiast pójść za ciosem, z niezrozumiałych dla mnie względów (chyba, że chodziło o śmierć gitarniaka) zamilkli na dobre kilka lat. Wydawnicza przerwa trwała u nich tak długo, że teraz w zasadzie muszą budować pozycję na nowo, jako zespół, który kiedyś ponoć grał fajnie, tylko mało kto już o tym pamięta. Jakby tego było mało, w międzyczasie konkurencja mnożyła się na potęgę, więc nie każdy brutal death ma szansę zaistnieć w szerszej świadomości. Visceral Disgorge powinno się udać, bo ich powrót w barwach Agonii to wyjątkowo brutalny i intensywny ochłap zagrany z nienaganną precyzją.

Sam początek płyty jest nieco mylący, gdyż Amerykanie jako intro zapodali trochę nieskomplikowanego walcowania z takim dość przyciężkawym klimatem, jednak już po chwili (czytać: półtorej minuty później) ruszają z pełnym impetem. Slithering Evisceration jest materiałem dużo szybszym, bardziej gwałtownym i technicznym od poprzednika, przy okazji zawiera również znacznie więcej urozmaiceń, dzięki czemu poszczególne kawałki nie zlewają się tak bardzo ze sobą i można spośród nich wyłapać coś wyrastającego ponad średnią gatunkową. Ja wskazałbym szczególnie na środek albumu i numery „Saprogenic Deformation”, „Absorbed Bby The Swarm” i „Siphoning Cosmic Sentience”, bo w nich akurat dzieje się najwięcej; mają ciekawe struktury, mnóstwo blastów i sensowną porcję zakręconych riffów. Dodatkową pochwałę zespół dostaje ode mnie za ograniczenie wpływów slamu i tym podobnych prymitywnych rozwiązań. Kto wie, może doczekam dnia, kiedy całkowicie z tego gówna zrezygnują.

Póki co wcale nie jest źle i Visceral Disgorge swoim napierdalaniem potrafią się wybronić, a Slithering Evisceration przelatuje całkiem sprawnie; także dlatego, że po obcięciu wszelkich dopychaczy, trwa około 25 minut. Nie jest to dużo, ale w przypadku tak grającego zespołu dawka wydaje się wystarczająca.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/visceraldisgorge
Udostępnij:

28 października 2019

Obscure Infinity – Into The Vortex Of Obscurity [2019]

Obscure Infinity - Into The Vortex Of Obscurity recenzja okładka review coverKiedyś już zaliczyłem przelotny kontakt z twórczością Obscure Infinity, ale nie pozostawił on najmniejszego śladu w mojej pamięci, więc zakładam, że cudów wówczas nie usłyszałem. Minęło kilka lat i ponownie trafiłem na Niemców – tym razem przy okazji Into The Vortex Of Obscurity. Na pewno grają lepiej niż kiedyś, jednak wciąż w ich muzyce jest coś, co sprawia, że następnej płyty nie będę jakoś szczególnie wypatrywał.

Głównym problemem Obscure Infinity jest dla mnie ich stylistyczne niezdecydowanie i brak spójności tego, co wrzucają do utworów i, globalnie na, cały krążek. Ktoś pewnie mógłby zrobić z tego zaletę typu różnorodność, eklektyczność, ect., ale nie widzę sensu, żeby aż tak naciągać fakty. Na świecie jest masa zespołów, które łączą brutalność i melodyjność w death metalu i wychodzi im to cacy. U Obscure Infinity sprawa wygląda nieco inaczej, bo oni grają albo brutalnie albo melodyjnie, a jeśli te dwa elementy w jakiś (w dodatku sensowny) sposób zazębiają się w ich twórczości, to chyba tylko przez przypadek.

Na Into The Vortex Of Obscurity Niemcy przeskakują między naprawdę solidnym grzańskiem (mnie się to najbardziej kojarzy z Vomitory z „Revelation Nausea”) a lajtowymi przytupami a’la melodeath z Göteborga circa 1996 z dodatkiem heavy metalu. O ile ta szybka i agresywna strona Obscure Infinity bardzo mi się podoba, tak cała reszta niekiedy przyprawia mnie o drgawki obrzydzenia. Zespół lubi ponieść ambicja i chęć zrobienia czegoś epickiego (może nawet pod Edge Of Sanity), jednak rezultat zawsze jest jakiś dziwny, bo z niewiadomych względów panowie z zamiłowaniem korzystają z rozwiązań, których czas już dawno miną. Naciągany patos, deklamacje, akustycznie plumkanie, płaczliwe klimaty… brrr! A najgorsze są chyba te niedorobione solówki, które nie dość, że w zasadzie do niczego nie pasują, to zagrano je w bardzo osobliwy sposób. Brzmią tak, jakby gitarniakom (czy tam któremuś z nich) w kluczowym momencie brakowało hmm… Pomysłów? Techniki? Strun?

Na koniec dodam tylko, że przez wspomniany brak spójności, kombinowanie na siłę i rozmaite dziwne naleciałości Into The Vortex Of Obscurity momentami dłuży się i męczy, choć trwa optymalne 41 minut. Jeśli tylko Obscure Infinity zrozumieją, w czym są dobrzy, to może będą z nich ludzie. Ja daję 7 na zachętę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/obscureinfinitygermany
Udostępnij:

15 sierpnia 2019

Prion – Aberrant Calamity [2019]

Prion - Aberrant Calamity recenzja okładka review coverPoprzedni album Prion odkładałem na półkę w przekonaniu, że argentyńskie trio już raczej nic lepszego z siebie nie wykrzesze. Minęło kilka lat i co się okazało – na „Uncertain Process” panowie wcale nie powiedzieli ostatniego słowa. Nowa produkcja zespołu przewyższa poprzedni krążek pod każdym względem, więc oddaję honor.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nadal nie jest — i zapewne już nigdy nie będzie — pierwsza liga latynoskiego death metalu, zespół nie przeszedł nie wiadomo jakiej rewolucji, ale stał się po prostu ciekawszy. Aberrant Calamity robi na tyle dobre wrażenie, że naprawdę warto dać mu szansę. Muzycy Prion niczego nie pozostawili przypadkowi, więc od początku do końca mamy do czynienia z przemyślaną napierduchą w stylu, do którego zespół zdążył już przyzwyczaić.

W kwestii głównych inspiracji nic się specjalnie u Prion nie zmieniło, pojawiło się natomiast kilka pobocznych. Obok typowego grzańska „po brazylijsku” mamy tu bowiem trochę naleciałości brutal death oraz, i to jest ciekawe, czegoś a’la Six Feet Under. O ile ten pierwszy dodatek jest łatwy do wytłumaczenia, to drugi już niekoniecznie, a chodzi o dość proste, rytmiczne i bardzo koncertowe nawalanie, w którym rządzi groove, czego najlepszy tego przykład mamy w „Irreversible Ways” – jeśli Argentyńczykom zabraknie sił na kolejne lata blastowania, to spokojnie odnajdą się właśnie w takim skocznym graniu.

Na wstępie chlapnąłem, że Aberrant Calamity jest lepszy od „Uncertain Process”, teraz wypadałoby to jakoś uzasadnić. Oprócz wspomnianych wyżej urozmaiceń najbardziej w uszy rzuca się intensywność materiału. Prion napierają zdecydowanie szybciej i brutalniej niż w przeszłości, przy okazji może i również bardziej technicznie, ale to akurat szczegół. Duża w tym zasługa nowego perkusisty, który gra żwawiej, gęściej i z większą swobodą niż Marcelo Russo. Mam wrażenie, że dopiero z nim Prion będą w stanie zaprezentować swój pełny potencjał. Na tę chwilę zasłużyli na mocne, niczym nienaciągane 7.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.priondeath.com.ar

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 sierpnia 2019

Beheaded – Only Death Can Save You [2019]

Beheaded - Only Death Can Save You recenzja okładka review coverJestem po kilkudziesięciu starciach z Only Death Can Save You i muszę przyznać, że nie zostałem przez tę płytę zmieciony. Może obiecywałem sobie po tym materiale zbyt wiele, a może maltańskie komando zaliczyło drobny spadek formy. Obawiam się, że w grę wchodzi ta druga opcja, bo w szybkiej konfrontacji z „Beast Incarnate” nowy krążek nie robi aż tak dobrego wrażenia. To nie tak, że Beheaded nagrali gniota, bo mamy tu całkiem solidny ochłap death metalu mięcha, ale zgubili coś ze swojej tożsamości i mini-oryginalności. Innymi słowy taki album mogły nagrać setki kapel z całego świata.

W dużym stopniu jest to wina bardzo typowego brzmienia na poziomie „średnia krajowa”, przy czym chodzi o nasz kraj, nie o Maltę. Całość nagrywał u siebie Davide Billia, jednak ostatecznej obróbki dokonano w Hertzu, stąd też rezultat przypomina wiele naszych zespołów, które w Białymstoku zjawiały się bez sprecyzowanej wizji i z nie za dużym budżetem. Naturalnie jest w tym ciężar, jest dużo dołu, ale selektywność całości pozostawia dużo do życzenia, a cykające-trzeszczące talerze skutecznie irytują.

Ubytki tożsamości słychać niestety również w samej muzyce. Jasne, Beheaded nigdy nie byli wizjonerami, ale z czasem dorobili się paru charakterystycznych dla siebie patentów. Natomiast na Only Death Can Save You w kilku miejscach dość poważnie zapędzili się z obcymi wpływami. Rozrzucone po całym materiale naleciałości Nile (ze środkowego etapu) mogę jakoś przeboleć, jednak zalatujący wstępem do „O Father O Satan O Sun!” „Gallows Walk” nieco mnie już drażni. Stężenie zapożyczeń mamy w „Embrace Your Messiah”, który w większej części aż za mocno przypomina walce w wykonaniu Cannibal Corpse. Tak na dobrą sprawę o tym, że mamy do czynienia z Beheaded, przypomina jedynie rozpoznawalny wokal Franka Calleja i dosłownie kilka riffów w stylu znanym z dwóch poprzednich krążków. Trochę to mało jak na tak doświadczony zespół.

Nie zmienia to faktu, że liderzy maltańskiego death metalu postarali się o kilkadziesiąt minut zawodowo zagranego łomotu – szybkiego, gęstego i brutalnego jak należy. Wspomniane już wyżej „setki kapel z całego świata” mogłyby być dumne z takiej płyty, w przypadku Beheaded pozostaje jednak niedosyt.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeheadedMT

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

25 lipca 2019

Nocturnus AD – Paradox [2019]

Nocturnus AD - Paradox recenzja okładka review coverSpójrzmy prawdzie w oczy, the true Nocturnus, ten wizjonerski, oryginalny i w pełni zejebisty, skończył się na „Thresholds”. Bez Browninga w składzie Amerykanie już nigdy nie nawiązali do poziomu pierwszych płyt i choć materiały wydane po 1992 roku nie były przecież złe, to brakowało im (nie tak) dawnego klimatu i pierdolnięcia. Co ciekawe, dla samego Mike’a koniec Nocturnus nastąpił jeszcze zanim oficjalnie wyrzucono go na zbity pysk, bo w chwilę po debiucie – gdy pozostali muzycy całkowicie przejęli kontrolę nad kapelą, załatwiając sobie m.in. wyłączne prawa do nazwy.

Kolejne kilka lat to dla Browninga tułaczka po rozmaitych mniej lub bardziej znanych załogach i powołanie do życia After Death, z którym dość długo próbował szczęścia, ale jak koniec końców nie odniósł wymiernego sukcesu. Liczne próby powrotu jako Nocturnus — a później Nocturnus AD — były torpedowane przez byłych kolegów (za granie pod tym szyldem groziło mu ekspresowe zaproszenie do sądu), więc wszystko wskazywało na to, że nowej płyty zespołu na N już się nie doczekamy.

A tu niespodzianka, trzymam w łapach digipak (grrr) Paradox After Death przerobionego na Nocturnus AD i nie mogę wyjść z podziwu, bo w 95% zawiera dokładnie to, czego wielbiciel wczesnej twórczości Nocturnus mógłby sobie życzyć: rozpoznawalne zadziorne wokale, rozbudowane partie klawiszy, dziko śmigające gitary, milion solówek na kawałek, znajomą kompozycję okładki… Warto zatem wysupłać trochę grosza, tym bardziej że następnego razu może nie być. Szósty zmysł podpowiada mi bowiem, że niedługo prawnicy dobiorą się Browningowi do dupy i cała zabawa w muzykowanie rychło się dla niego skończy.

Póki co cieszmy się, bo Amerykanie na Paradox nie pozostawiają miejsca na jakiejkolwiek domysły i od pierwszej minuty „Seizing The Throne” naparzają kosmiczny death metal będący w prostej linii kontynuacją „The Key”. No, nie do końca to tak wygląda… Zaryzykowałbym stwierdzenie, że krążek brzmi bardziej jak etap przejściowy między demówkami a debiutem, z całkowicie świadomym pominięciem tego, co się działo na „Thresholds”. Może właśnie tak miał wyglądać pierwotnie „The Key"? To całkiem prawdopodobne, wszak mamy tu mnóstwo nawiązań w riffach, tekstach i strukturach utworów. Oczywiście całość charakteryzuje się znacznie potężniejszym dźwiękiem i jest wykonana z rozmachem właściwym dla doświadczonych muzyków, ale skojarzenia są jednoznaczne. Na pewne uwstecznienie względem debiutu wskazuje również dość wysoki poziom brutalności i brak jakoś szczególnie wybijających się melodii. Mamy tu zatem baaardzo klasyczny Nocturnus, tylko w surowszej, solidnie doprawionej blastami i mniej przebojowej wersji.

Wiadomo, jest w tym trochę grania na sentymentach, niemniej jednak tak podany death metal zawsze trafia w mój gust, a na Paradox upchnięto go aż 52 minuty. Tyle w zupełności wystarcza, żebym był kupiony. W obliczu „The Antechamber”, „Apotheosis” (ten ultraprzezajebisty riff od 3:29!), „Paleolithic” czy instrumentalnego „Number 9” nie można kręcić nosem na intencje zespołu. Nocturnus AD stworzyli kawał świetnej muzyki i nawet ciągłe reminiscencje znanych od lat szlagierów nie są w stanie tego zmienić. Brakuje mi tylko jednego – duetu Davis-McNenney z ich szybkimi paluchami i doskonałym wyczuciem melodii. Belial Koblak i Demian Heftel, obecni gitarniacy, w każdym utworze dają popis swoich niemałych umiejętności, ale odnoszę wrażenie, że akurat finezja nie jest ich najmocniejszą stroną. Mimo wszystko to drobnostka, nad którą bez trudu potrafię przejść do porządku dziennego.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NocturnusAD/

podobne płyty:

Udostępnij:

15 lipca 2019

Kat – Without Looking Back [2019]

Kat - Without Looking Back recenzja okładka review coverOd czego tu zacząć, żeby za szybko nie rzucać kurwami… Może tak. Jeśli wierzyć informacjom zawartym we wkładce Without Looking Back, materiał został nagrany w 2016, a rok później dokonano mixów, masteringu i innych upiększeń. Z premierą natomiast zwlekano aż do tegorocznych wakacji… Tylko czy na pewno zwlekano? Nie żebym się tu bawił w dziennikarza śledczego rodem z Faktu, ale ta dwuletnia przerwa śmierdzi mi niemożnością znalezienia wydawcy. Jakiś się w końcu trafił – Pure Steel Records, czyli label specjalizujący się przede wszystkim w trzecioligowym heavy-power na rynek niemiecki. No i cóż, w porównaniu z „kolegami” z wytwórni Kat wcale nie wygląda źle, jednakowoż na tle swoich klasycznych dokonań wypada zawstydzająco blado. Ba, z kolejnymi utworami okazuje się, że również poziom „Mind Cannibals” jest dla zespołu nie do przeskoczenia.

Nie wiem, czy ktokolwiek oczekiwał od Kata przeciętnego heavy metalu zaprawionego topornym hard rockiem, ale właśnie takiego potworka dostaliśmy na Without Looking Back. Płyta jest szalenie nierówna, zadziwiająco nijaka, nierozsądnie rozciągnięta, a dzięki wokalom także męcząca. Pomimo dziesiątek przesłuchań nie udało mi się znaleźć na tym materiale jakiejkolwiek wyraźniej zarysowanej myśli przewodniej, haczyka czy czegoś, co w logiczny sposób spajałoby wszystkie kawałki i czyniło z nich monolit. Strasznie dużo tu niepotrzebnych powtórzeń, całkowicie chybionych pomysłów (zwłaszcza hammondy są potrzebne jak Gargamelowi jednorożec) i wciśniętych na siłę ozdobników.

Zespół dużo śpiewa o ogniu, jednak w muzyce wiele tego ognia nie znajdziecie. „Black Night In My Chair” (niewypał na otwarcie), „The Race For Life” (w sam raz na czołówkę „Barw szczęścia”) czy „Let There Be Fire” (parodia Deep Purple) to w ogóle proste i niemrawe przytupy, które ratują jedynie solówki Piotra Luczyka. Naprawdę dobrym numerem wydaje mi się tylko „More”, bo jako jedyny ma w sobie dość życia, żeby utrzymać uwagę od początku do końca, najmniej w nim aranżacyjnych bzdur, no i jest najlepiej zaśpiewany. W pozostałych utworach fragmenty sensownego grania można natomiast policzyć na palcach jednej ręki (choć tyle, że nie stolarza z 30-letnim doświadczeniem), więc okazji do podniety na Without Looking Back nie ma zbyt wiele. W tym gronie szczególnie ciekawym przypadkiem jest ballada „The Promised Land”, która po 4 minutach nudy (akustyków, smyczków i płaczliwego zawodzenia) przechodzi w największy konkret na płycie – rasowe riffy i solidne popierdalanie. Przez te niespełna 2 minuty Kat udowadnia, że gdy tylko chce, to jest w stanie zagrać tak, jak wszyscy oczekują - szybko, agresywnie i z jajami. A czemu nie chce tak grać – oto jest pytanie!

Teraz słów kilka o człowieku, który na Without Looking Back wydaje odgłosy paszczą. Nie mam zielonego pojęcia skąd się wziął i czym przekonał do siebie Piotra, ale co do tego, że do metalu się nie nadaje, nie mam najmniejszych wątpliwości. Jakub Weigel śpiewa na jakieś 40 sposobów (bywa, że każdy wers inaczej), ale koniec końców gówno z tego, skoro może ze 2-3 z nich nie wywołują odruchu wymiotnego. Trudno mi to nazwać wszechstronnością, raczej niezdecydowaniem albo kiepskim panowaniem nad głosem. Ponadto nie dość, że — tak ogólnie — dysponuje dość irytującą barwą, pozwala sobie na dużo niczym nieuzasadnionych ozdobników (w tym „jeahowania”), które wymagają naturalnego luzu w głosie, bo inaczej wypadają sztucznie. U Jakuba wypadają bardzo sztucznie. Pozostaje jeszcze kwestia tekstów — Qbek nie miał na nie wielkiego wpływu, na swoje szczęście — co do których mam dwie hipotezy. Albo są wypakowane idiomami i super skomplikowanymi związkami frazeologicznymi i dlatego ich nie ogarniam, albo to pozbawione konkretnej treści pieprzenie o niczym w sam raz dla pierwszej lepszej domokulturowej kapelki. Hmmm…

Kat tym materiałem powinien pokazać światu, że wciąż ma sporo do powiedzenia i należy się z nim liczyć, tymczasem Without Looking Back można się czepiać w tylu punktach, że to aż przestaje być śmieszne. Zespół miał kilkanaście lat na przygotowanie urywającej dupę i przede wszystkim dopracowanej płyty, a oto co mamy: przeciętna muzyka z niewielkimi przebłyskami, niepasujący do niczego wokal, słabiutkie teksty i potraktowana po macoszemu oprawa (recycling na okładce, brak polskich znaków diakrytycznych w użytych fontach). Broni się jedynie klasowe brzmienie, choć nie dorównuje ciężarem temu z „Mind Cannibals”. Nie chciałbym niczego sugerować (a co mi tam, chciałbym), ale to chyba dobry moment, żeby się poważnie zastanowić nad sensem dalszego grania pod tą nazwą.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij: