Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2018

Rapture – Paroxysm Of Hatred [2018]

Rapture - Paroxysm Of Hatred recenzja okładka review coverJakie to fajne! Nie znałem wcześniej tego zespołu, natomiast po wysłuchaniu "Paroxysm Of Hatred" już wiem, że na przyszłość warto mieć ich na oku. Grecy napieprzają klasyczny death-thrash, którego źródeł należy szukać w końcówce lat 80. ubiegłego wieku. Trzeba przy tym jednak zaznaczyć, że poziom brutalności, jaki utrzymują przez te 41 minut, jest już jak najbardziej współczesny, bo mocno podparty gęstymi blastami. Muzyka, jaką serwuje nam Rapture, to świetnie brzmiąca wypadkowa rozkręcających się powoli Death, Morbid Angel i Massacra z będącymi w szczytowej formie Kreator, Morbid Saint czy Sadus. Zatem nikogo nie powinno dziwić, że cały materiał można spiąć i podsumować zaledwie dwoma słowami: szybkość i agresja. I chociaż Rapture mają do zaoferowania także niezłą technikę, dobrą produkcję i sporą dawkę chwytliwości (nie należy jej mylić z przesadną melodyjnością, bo chodzi raczej o czepliwe refreny), nie da się ukryć, że interesuje ich przede wszystkim zintensyfikowany i co ważne przemyślany atak na narządy słuchu niewinnych odbiorców – tak charakterystyczny dla kapel sprzed 30 lat. Na "Paroxysm Of Hatred" furiackie partie gitar i bębnów niemal rozsadzają każdy kawałek, jednak ten pozorny instrumentalny amok jest cały czas pod kontrolą zespołu – Grecy nie pozostawiają niczego przypadkowi; tu każda zmiana tempa czy solówka ma swoje miejsce i zgrabnie trzyma się kupy, dzięki czemu album tworzy monolit i przelatuje bez najmniejszych zgrzytów. Mimo iż cały zespół prezentuje tutaj naprawdę bardzo równy poziom, na szczególną pochwałę zasługują dwaj kolesie, których wysiłek nadał muzyce Rapture odrobiny oryginalności i indywidualnego charakteru. Pierwszym jest drący ryja z dużym zaangażowaniem wokalista (najlepiej wypadają te jego wściekle rozpaczliwe wrzaski w 'Vanishing Innocence' i 'Paroxysm of Hatred: Revelation'), drugim zaś wyjątkowo sprawy basman, którego grę wyraźnie słychać nawet w najszybszych momentach. Z takimi ludźmi Rapture ma szansę całkiem sensownie się rozwinąć i uczynić swój przekaz jeszcze mocniejszym. A Memento Mori zapewne ucieszy zarobiona na chłopakach kasiora.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ThrashRapture

podobne płyty:

Udostępnij:

2 czerwca 2017

Resurgency – No Worlds... Nor Gods Beyond [2017]

Resurgency - No Worlds... Nor Gods Beyond recenzja okładka review coverDebiut tej greckiej ekipy gładko wpisał się w drugą falę amerykańskiego death metalu sprzed prawie trzydziestu lat – był typowy i przewidywalny do bólu, ale zagrany bardzo sprawnie i z należytą pasją, toteż po prostu musiał się podobać miłośnikom podziemnej łupanki. Na "No Worlds... Nor Gods Beyond" dobitnie słychać, że tamten materiał absolutnie nie był dziełem przypadku i że Resurgency mają zamiar kurczowo trzymać się tego stylu, nie wykazując przy tym jakichkolwiek reformatorskich ambicji. Stąd też na nowym krążku w stosunku do starszego o pięć lat poprzednika zmieniło się naprawdę niewiele, ale z mojej strony to żaden zarzut, bo akurat w przypadku tego zespołu owo niewiele oznacza okrzepnięcie i poprawienie kilku detali. Muzycy Resurgency lepiej obsługują swoje instrumenty (choć nie robią niczego, żeby to jakoś nachalnie rzucało się w uszy; w każdym razie nikt ich nie posądzi o chęć zdobycia plakietki "technical"), przypuszczalnie też dostali trochę więcej kasy na studio (brzmienie jest wyraźnie lepsze niż na debiucie, ale całość została niestety ciszej nagrana), jednak styl, podejście do komponowania i zaangażowanie zachowali takie same. Oznacza to czysty death metalowy wygar utrzymany głównie w szybkich tempach, w którym mocno pobrzmiewają echa starszych produkcji Monstrosity, Malevolent Creation, Brutality czy nawet Vader. Jak nietrudno się zorientować, na "No Worlds... Nor Gods Beyond" nie ma miejsca ani czasu na specjalne zawiłości (również przy okazji solówek) czy komplikowanie przekazu – wszystkie kawałki są raczej proste (ale nie prostackie) i bezpośrednie, a przez to łatwe w odbiorze i na swój sposób chwytliwe. Można zatem powiedzieć, że muzyka Greków z biegiem lat stała się bardziej dojrzała i profesjonalna przy jednoczesnym zachowaniu jej pierwotnego, undergroundowego charakteru. Fanów Resurgency zapewne ucieszy informacja, że materiał wywołuje równie pozytywne odczucia co "False Enlightenment" i wraca się do niego równie chętnie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Resurgency/150010435055711
Udostępnij:

28 marca 2017

Abyssus – Into The Abyss [2015]

Abyssus - Into The Abyss recenzja okładka review coverZaskakująca to rzecz, ale wychodzi na to, że w Grecji jest całkiem niezły klimat dla smrodliwego death metalu starej daty. Może to przez rozkładające się na plażach ciała uchodźców? Hmm... Abyssus to kolejny już przedstawiciel takiego grania z Półwyspu Apenińskiego; kolejny, który daje radę, choć nie proponuje nawet sekundy czegokolwiek oryginalnego. Ale tak naprawdę nie musi, bo i bez innowacyjnych rozwiązań "Into The Abyss" bardzo przyjemnie kręci się w odtwarzaczu, sprawiając sporo frajdy fanom zalatującego kultem death metalu, głównie tego z Ameryki. Podstawowe fascynacje Abyssus nie są trudne do wyłapania, bo walą po uszach od rozpoczynającego całość 'Into The Abyss' – Obituary i Autopsy. To pierwsze skojarzenie muzycy zawdzięczają przyjemnie wymiotnemu wokalowi (choć ekspresja jeszcze nie ta, co u Johna Tardy), drugie zaś bierze się ze struktur i mocno wyeksponowanego basu, jaki umiłowała sobie kiedyś ekipa Chrisa Reiferta. Kolejne nazwy — a są wśród nich choćby Massacre, Morgoth i Asphyx — stopniowo pojawiają się później. Pod koniec "Into The Abyss" człowiek ma już wrażenie obcowania z całym kanonem metalu śmierci, a przynajmniej z jego bardzo liczną reprezentacją. Mamy zatem do czynienia z graniem do bólu tradycyjnym, niezbyt szybkim (mimo iż delikatne wyjścia ponad średnie tempo w 'Revenge' i 'Visions Of Eternal Pain' w wykonaniu Greków robią bardzo dobre wrażenie), niespecjalnie złożonym, ale za to dostatecznie zróżnicowanym i przede wszystkim klimatycznym. Dużym atutem płyty jest ponadto jej spora chwytliwość osiągnięta za pomocą wpadających w ucho refrenów (ocierających się nieraz o grafomaństwo – luuuzik), nie zaś tandetnych melodyjek, jakich ostatnio mamy do wyrzygania. Ukłonem w stronę oldskulu miały być zapewne także i intra/outra do paru kawałków, ale akurat w tym przypadku chłopaki się zagalopowali. Raz że są one po prostu przestarzałe w nieatrakcyjny sposób, a dwa że nic z nich nie wynika oprócz nabijania długości płyty. Na koniec zostawiłem kwestię dysonansu, który mimowolnie pojawia się przy lekturze "Into The Abyss". Dzieje się tak ponieważ zespół gra sprawniej i brzmi lepiej niż tego od nich wymaga muzyka. Brakuje mi tutaj trochę brudu, szaleństwa i niechlujności, którymi może się pochwalić np. Obliteration. Klasyczne kapele techniczne braki nadrabiały dzikim entuzjazmem; muzycy Abyssus nie mają czego nadrabiać. Mimo to debiut Greków w swojej kategorii jest co najmniej udanym krążkiem.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Abyssus/144338552349700
Udostępnij:

9 stycznia 2017

Murder Made God – Enslaved [2016]

Murder Made God - Enslaved recenzja okładka review coverDebiutancki album Murder Made God spotkał się z dość chłodnym przyjęciem, toteż nic dziwnego, że przy okazji prac nad kolejnym materiałem Grecy byli już bardziej czujni i pilnowali się, by nie powtarzać tych samych błędów. Wysiłek zdecydowanie się opłacił, bo "Enslaved" jest materiałem dużo lepszym od poprzednika, mimo iż utrzymanym w tym samym stylu. Takim krążkiem panowie na pewno poprawią swoje notowania u fanów szybkiego i stosunkowo brutalnego death metalu, choć nie jestem przekonany, że trafią do tych, na których akurat najbardziej im zależy. Coś mi bowiem podpowiada, że Murder Made God najchętniej widzieliby się w towarzystwie takich kapel jak Origin, Brain Drill, Unfathomable Ruination czy Abnormality — czyli technicznych rzeźników — jednak ich muzyka, po rozłożeniu na czynniki pierwsze, budzi nieco inne skojarzenia. Mnie w czasie lektury "Enslaved" przed oczami stają przede wszystkim dwie nazwy: Mass Infection oraz Man Must Die. Pierwsza ma związek z wysuniętą do przodu perkusją i tempami osiąganymi przez Tolisa. Album jest szybki, momentami nawet bardzo szybki — i ta intensywność oczywiście może się podobać — jednak pod względem dynamiki plasuje się przynajmniej poziom niżej niż ostatnie płyty ich rodaków. Mimo wszystko perkman ma potencjał i może się w przyszłości fajnie rozwinąć. Ze Szkotami bohaterów recenzji łączy natomiast nadspodziewanie duża melodyjność, podobny schemat konstruowania riffów oraz fakt, że obie kapele starają się sprawiać wrażenie bardziej ekstremalnych niż są w rzeczywistości. Aby zyskać na upragnionej wyziewności, Grecy powinni na początek pozbyć się wszystkich cuchnących deathcore’m naleciałości – powtarzalnych breakdownów i prostych rwanych riffów, bo to środki prowadzące donikąd. Jest jeszcze jedna kwestia, która oddala Murder Made God od Origin i pochodnych – nie są aż tak techniczni, jak im się wydaje. Niemniej jednak nawet bez instrumentalnej ekwilibrystyki "Enslaved" jest albumem mocnym i treściwym, a przy okazji dostatecznie lekkim w odbiorze, żeby raz na jakiś czas użyć go do wybudzania sąsiadów z poobiedniej drzemki.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mmgofficial

podobne płyty:

Udostępnij:

18 kwietnia 2016

Rotting Christ – Rituals [2016]

Rotting Christ - Rituals recenzja okładka review coverRotting Christ nagrał dwunastą płytę. Dość fajną płytę. Taką nawet do posłuchania od czasu do czasu. Gości jest dużo. Melodie znajome. Wkładka wali oldskulem na kilometr. Kiedy przychodzi mi pomyśleć o "Rituals", jestem w stanie wykrzesać z siebie aż tyle entuzjazmu, co w powyższych zdaniach... Weterani greckiego black metalu najzwyczajniej w świecie wymieszali na tym materiale dobrze wszystkim znane patenty z dwóch poprzednich krążków (niestety z naciskiem na "Aealo") i doprawili je na chybił trafił reminiscencjami "Theogonia", co w rezultacie dało album bezpieczny, swojski, typowy i w dużym stopniu przewidywalny – muzycznie całkiem fajny, ale paradoksalnie nie sprawiający wielkiej radości. Na potrzeby "Rituals" delikatnie zmodyfikowano część starych (czytać: sprzed sześciu lat) motywów, inne zaś żywcem przeniesiono ze wspomnianych płyt; prawdziwych nowości natomiast nie odnotowałem, stąd też w żadnym elemencie nie mogę Rottingów pochwalić za wizjonerstwo. Panowie Sakis i Themis (wraz z hordą znajomków) w większości utworów kręcą się głównie wokół tajemniczych etniczno-rytualnych pomysłów wypracowanych na "Aealo", pogłębiając je gęstszym klimatem i coraz to liczniejszymi transowymi partiami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że krążek z 2010 roku jest dla mnie jednym ze słabszych w ich dorobku, więc było nie było powrót do takich wątków za bardzo mnie nie kręci. "Rituals" na szczęście nie powiela wszystkich błędów 'protoplasty' (nie ma choćby tego wkurwiającego babskiego wycia!), toteż słucha się go spokojnie i bez zgrzytów, a przez kilka pierwszych kawałków nawet z zainteresowaniem. Niestety, zbyt częste mantrowanie (chociażby w 'Apage Satana' czy 'Devadevam') i ogólna zamierzona monotonia skutkują opadaniem powiek i znudzeniem – muzyka zaczyna wypełniać tło, a do świadomości trafia z niej niewiele konkretów. Na nic dobre brzmienie, gościnny udział kilku znanych osobistości (m.in. Vorph, Nick Holmes, Magus) i diabelskie inkantacje z całego świata – ochota na kolejne odpalenie ulatuje zanim płyta się skończy. Mimo wszystko oceniam "Rituals" wysoko (Żeby była jasność: zbyt wysoko – max to 7,25 punktu, ale ćwiartek nie uznajemy.), bo to kawał solidnej roboty (albo tylko mój sentyment...) i nic nie poradzę, że w stylu, który do mnie w pełni nie trafia.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

27 grudnia 2015

Rotting Christ – Lucifer Over Athens [2015]

Rotting Christ - Lucifer Over Athens recenzja okładka review coverDwaaadzieścia lat miiinęło od wydania debiutanckiego "Thy Mighty Contract", toteż z tej albo innej okazji (albo zgoła bez okazji, a ja się męczę z dorabianiem ideologii) na początku grudnia 2013 Rotting Christ zagrał w Atenach dwa koncerty, których zapis pod tytułem "Lucifer Over Athens" dostajemy z przynajmniej półtorarocznym opóźnieniem. Jak wyglądają występy Greków, chyba wszyscy zainteresowani wiedzą, bo okazji do przekonania się o tym w ostatnich latach nie brakowało. Rotting Christ na scenie nie jest jakoś wyjątkowo zabójczą machiną (co piszę z pełną odpowiedzialnością), bo panowie stawiają bardziej na klimat niż brzmienie i precyzję wykonania. Ten klimat plus cały wór hiciorów to jednak ich główne atuty, które sprawiają, że fanom ciarki chodzą po plecach jeszcze tydzień po takim misterium. Grecy, będąc u siebie i mając do dyspozycji aż dwa wieczory, przelecieli po swoich dokonaniach w sposób niemal wybitnie przekrojowy, nie faworyzując żadnej płyty, ale niestety jedną zupełnie pomijając. Nie wiem, z czego to wynika, ale na "Lucifer Over Athens" nie usłyszymy ani jednego kawałka z genialnego "Kronos"! Jest to o tyle dziwne, że sam tytuł koncertówki jednoznacznie nawiązuje do covera znajdującego się właśnie na "Kronos". Poza tym strasznym niedopatrzeniem (?) jest tu chyba wszystko (no, ja dorzuciłbym jeszcze 'The Old Coffin Spirit' i 'The World Made End'), czego mógłby oczekiwać fan Rotting Christ – od największych staroci (w tym kilku zaskakujących – choćby 'Forest Of N'Gai' czy 'Exiled Archangels'), przez reprezentację wstydliwego "A Dead Poem", po kawałki z ostatniego longa i cover Thou Art Lord 'Societas Satanas' – w sumie 31 utworów, które dają ponad dwie godziny porządniej muzyki. Brzmienie całości jest bliskie "Sleep Of The Angels", więc o wodotryskach nie ma mowy, choć do czytelności przyczepić się nie mogę – wszak słychać każdy riff w 'The Sign Of Evil Existence'. Konferansjerka nie poraża, ale nie mogło być inaczej, bo małomówny Sakis nawijał do publiki po grecku. Mimo pewnych niedostatków "Lucifer Over Athens" należy uznać za bardzo wartościowe wydawnictwo, lepiej podsumowujące dokonania zespołu niż jakiś naciągany debestof. Fani Greków powinni się pospieszyć z zakupem, bo limit (w który Season Of Mist nie wierzę) digipaka to zaledwie 3000 sztuk.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

4 lipca 2015

Mass Infection – For I Am Genocide [2014]

Mass Infection - For I Am Genocide recenzja okładka review cover"For I Am Genocide" to jedna z tych płyt, nad którymi nie trzeba się specjalnie rozwodzić, bo pełny obraz sytuacji zyskuje się już po pierwszym przesłuchaniu. Grecy, dotąd niestety ignorowani przeze mnie bez wyraźnego powodu, za sprawą tego albumu nie trafią raczej do podręczników muzyki, ale maniakom gwałtownego death metalu sprawią ogrom radości. Tu nie ma lipy, jest za to pięknie wydestylowana esencja najczystszego amerykańskiego napierdalania w nieprzesadnie nowoczesnym stylu. Prędkość, moc, brutalność, energia, agresja, żywioł, wygar, wygar, wygar – oto skrócona charakterystyka trzeciego krążka Mass Infection. Eufemistycznie mówiąc, oryginalność nie jest ich najmocniejszą stroną. Ba! Pewnie nawet o czymś takim nie słyszeli, ale to nic, bo maksymalną wtórność podnieśli do rangi sztuki, dzięki czemu każdy fan Monstrosity, Hate Eternal, Malevolent Creation, Angelcorpse, Severe Torture, Suffocation (późnego) i wieeelu innych kapel z tego wora będzie miał powód do szaleńczego kręcenia młynów. "For I Am Genocide" skupia w sobie najlepsze cechy starszych kapel i łączy je z dzisiejszą techniką i poziomem brutalności, co sprawia, że płytą można się katować w koło Macieju, bez najmniejszych oznak znużenia. I chociaż Mass Infection umiłowali sobie zwłaszcza bardzo szybkie tempa (wydaje się, że jak dotąd nie znaleźli zastosowania dla zwolnień...), cały materiał jest cholernie dynamiczny i nie męczy jednostajnością. Po prostu wszystko jest tu takie, jakie na death metalowej płycie być powinno – doskonale przemyślane, bezbłędnie wykonane i zajebiście brzmi. Niby "For I Am Genocide" nie odbiega znacząco od tego, co zespół zrobił na "The Age Of Recreation", ale skok jakościowy i tak jest odczuwalny. Tylko kolorystyka okładki mi nie robi, ale to akurat nie ma wpływu na ocenę. Cała reszta wgniata w ziemię i w jakimś stopniu imponuje, bo przez przypadek takiego materiału stworzyć przecież nie można. Grekom się udało, czym udowodnili, że klasyczna formuła gatunku jeszcze się nie wyczerpała i wciąż można w jej ramach tworzyć obezwładniające świeżością krążki.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Mass-Infection/129646357120635
Udostępnij:

29 września 2014

Sickening Horror – When Landscapes Bled Backwards [2007]

Sickening Horror - When Landscapes Bled Backwards recenzja okładka review coverZanim George Kollias zyskał sławę dzięki intratnej posadzie w Nile, bębnił sobie z powodzeniem w powszechnie szanowanym Nightfall oraz rozkręcającym się z wolna i bez szału Sickening Horror. Co ciekawe, to postawą w tym drugim zespole zasłużył sobie w oczach Karla Sandersa na awans do najwyższej ligi. Po tej przygodnie prawie jak z "Kopciuszka" wbrew pozorom Kolliasowi woda sodowa nie uderzyła do głowy i ze starymi kolegami zdołał nagrać jeszcze debiutancki krążek – "When Landscapes Bled Backwards". Krążek, który z pewnością dupy nie urywa, ale można go spokojnie zaliczyć do udanych, choć niewiele ponadto. W dużym skrócie, Grecy zapodają szybki i intensywny death metal (z bardzo wyraźnymi wpływami Nile i Morbid Angel) z zapędami w kierunku czegoś ambitnego i oryginalnego. Metalowa podstawa muzyki tego trio jest naprawdę niezła, bo panowie dobrze wiedzą, do czego służą instrumenty i potrafią z ich pomocą generować brutalny hałas. Jazda w ich wykonaniu nie niesie z sobą nic odkrywczego, ale przy odpowiedniej głośności może się podobać. Zaskakiwać może jedynie to, że płyta nie jest aż tak szybka, jak można by oczekiwać. W każdym razie – póki Sickening Horror łoją czysty death metal, to jest fajnie i wszystko trzyma się kupy. Nieciekawie robi się, gdy Grecy zbytnio zapędzają się z dodatkami. Mam tu na myśli zwłaszcza elektronikę i wpychanie się basu przed szereg, choć i to pianino na końcu płyty jest zbędne. Pierwsze i ostatnie nie wymagają komentarza, ale ten bas – i owszem. Trochę mi to śmierdzi nachalną próbą pokazania światu: patrzcie, kurwa, jacy jesteśmy techniczni; trochę, bo większość tych eksponowanych zagrywek to takie wciśnięte na siłę puste przebieranie palcami dla przebierania palcami. Ani to logicznie nie wynika ze struktury kawałków (za to skutecznie je rozwala od środka), ani nie służy za ozdobnik, ani też nie jest ciekawe od strony muzycznej. Przesadne ambicje twórców tylko zaszkodziły "When Landscapes Bled Backwards", co nie oznacza, że pozbawiona tych 'oryginalnych' domieszek płyta sprowadziłaby wszystkich do parteru. Nie, to dalej byłby tylko (lub aż) solidny i niewybijający się death metal.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sickeninghorror

podobne płyty:

Udostępnij:

20 września 2014

Septicflesh – Titan [2014]

Septicflesh - Titan recenzja okładka review coverZespoły z długoletnim stażem coraz częściej rozczarowują próbami dostosowania swojej twórczości do nowych realiów, tudzież wysilonym klepaniem w kółko tego samego ku uciesze mniej wymagających fanów. W takiej sytuacji naprawdę dużo przyjemności daje posłuchanie płyty pokroju niejednoznacznie zatytułowanego "Titan". Co ciekawe, to obiektywnie nawet nie musi być — i pewnie dla wielu nie będzie — największe, a nade wszystko najbardziej innowacyjne osiągnięcie Septicflesh; bardziej istotne jest to, że krążek imponuje bogactwem znakomitych aranżacji, które zgrabnie łączą w sobie wysublimowane formy orkiestralne i efektowne brutalne grzańsko. Od wydanego trzy lata temu znakomitego "The Great Mass" styl Greków nie zmienił się ani odrobinę, ale i tak w jego ramach muzycy zaproponowali kilka niezłych patentów, które przełożyły się na pokaźny zestaw ekscytujących utworów. Nietrudno zauważyć, że poziom wszystkich kawałków na "Titan" jest zaskakująco równy, a przy tym co najmniej wysoki, toteż 45 minut płyty mija jak z bicza strzelił. Godne odnotowania jest to, że chłodny profesjonalizm i dążenie do perfekcji nie wyparły u Septicflesh umiejętności tworzenia bardzo chwytliwych pasaży, które przyswaja się już od pierwszego przesłuchania. Nie przeszkadzają w tym nawet rozbudowane struktury i podniosły nastrój muzyki, który utrzymuje się przez całą płytę – na pierwszym miejscu zawsze są przykuwające uwagę spójne kompozycje, do których bardzo chętnie się wraca, bo każda zawiera coś charakterystycznego. Dzięki temu spośród kilku świetnych — i równych, jak już wspomniałem — kawałków można bez trudu wyłonić swoich faworytów. Ja stawiam na 'Prototype', 'Order Of Dracul', 'Confessions Of A Serial Killer' (wbrew pozorom nie jest to cover Gorefest), 'Prometheus' i kończący album zajebisty 'The First Immortal'. Problem mam tylko z utworem tytułowym, a dokładnie z jego częścią symfoniczno-chóralną, bo wkradł się w nią banał bardzo zalatujący disney’owskimi Dimmu Burgerami. Ale to szczegół, bo pozostałe numery imponują ciężarem gatunkowym i specyficznym dostojeństwem. Na pochwałę zasługuje również świetnie zbalansowana produkcja "Titan" – coś, czego konkurencji z Fleshgod Apocalypse jeszcze brakuje. U Greków orkiestralny rozmach nie przesłania pracujących w niskich rejestrach gitar, a głębokie growle nie gryzą się z czystymi wokalami i damskimi chórami. Owszem, Septicflesh aż tak ekstremalni nie są, ale ich album mogę bez mrugnięcia okiem polecić miłośnikom metalu z solidnym klasycznym pierdolnięciem.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.septicflesh.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 września 2014

Transcending Bizarre? – The Misanthrope’s Fable [2010]

Transcending Bizarre? - The Misanthrope's Fable recenzja okładka review coverNaprawdę imponujący kawał roboty odwalili Grecy w ciągu owych dwóch lat pomiędzy krążkami. Postarali się o prawdziwego pałkera, poprawili brzmienie i realizację, zbrutalizowali i zmienili nieco klimat w kierunku groteski, Kinga Diamonda, tudzież opery. Nietrudno się domyślić zatem, że większość zmian wyszła muzykom na dobre. Ale po kolei. "The Misanthrope’s Fable" to wciąż stary, dobry Transcending Bizarre?, tym razem jednak jakby mniej w blacku, a bardziej w death metalu, co powinno ucieszyć kilka osób. Oczywiście nadal ogromną rolę odgrywają klawisze i rozmaita elektronika, wokale wciąż raczej są skrzekliwe, ale sporo temp poszło w death i to raczej intensywny i brutalny. Niemałą zasługę ma w tym temacie perkusista z krwi i kości, bo napierdala w zestaw naprawdę zacnie. W końcu brzmi to prawdziwie, organicznie i autentycznie. Dalej – produkcja. Poszli Grecy po rozum do głowy i postarali się by żywy w stu procentach skład był totalnie słyszalny, bez żadnych niedomówień. Brzmienie jest więc czyste, klarowne i dobrze wydobywa wszelkie niuanse muzyki. Gdyby tak nagrano "The Four Scissors", zostawałaby tylko miazga. Na koniec zostawiłem klimat, bo to ten element, który jest najmniej jednoznaczny w ocenie. Z jednej strony jest to logiczne rozwinięcie klimatu poprzednich albumów i nie ma w tym nic dziwnego i zaskakującego, z drugiej strony jednak, zmiana odbyła się kosztem mniejszej dawki dusznej industrialności i zimnego, nihilistycznego futuryzmu. A są to właśnie te elementy, które tworzyły styl Transcending Bizarre? oraz wyróżniały zespół spomiędzy innych. Niemniej jednak, nowa odsłona Greków w żaden sposób nie odstaje poziomem od poprzednich i wciąż podtrzymuje tworzącą się legendę niecodziennego, awangardowego grania. Jeżeli więc nie boicie się eksperymentów i macie otwarte głowy – "The Misanthrope’s Fable" powinno przypaść wam do gustu i zapewnić sporo ciekawych doznań natury akustyczno-estetycznej.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/transcendingbizarre

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 lutego 2014

Immoral Hazard – Convulsion [2014]

Immoral Hazard - Convulsion recenzja okładka review coverDziś pozycja przedpremierowa – debiutancki krążek greckiej formacji Immoral Hazard zatytułowany "Convulsion". Postaram się zwięźle, ale nie obiecuję, bo zwięzłość raczej nie jest moją domeną. Tak czy inaczej, jedziemy. "Convulsion" płytą roku nie zostanie. Przy dobrym układzie gwiazd i sprzyjających wiatrach ma szansę na, co najwyżej, podwójne okrążenie w odtwarzaczu co mniej wymagających metali. Nie dlatego, że płytka trzeszczy i szumi, nawet nie dlatego, że chłopaki nie potrafią grać – nie, problemem jest to, że album nie porywa, jest przeciętny, zwyczajny, zupełnie niewyróżniający się z tłumu, a to w dzisiejszych czasach grzech najcięższy, bo dookoła, gdziekolwiek nadstawić ucha, tysiące kapel nagrywają dziesiątki tysięcy albumów i przy takiej mnogości wydawnictw trzeba zaoferować coś mocno, lub przynajmniej trochę, powyżej przeciętnej. Nie mam na myśli wymyślania na nowo koła i redefiniowania gatunków, ale trochę oryginalności by nie zaszkodziło. Immotal Hazard oryginalny nie jest ani odrobinę, podobny do całych zastępów modern thrashowych/core’owych kapel. Inspiracje obejmują z jednej strony Panterę z jej agresywnymi wokalizami, dość często urozmaicone core’owymi wrzaskami, instrumentalnie zaś zahaczają o Kreatora i wczesną, ale nie najwcześniejszą Sepulturę, a to tylko wierzchołek, najbardziej widoczny, dalszych naleciałości. Nie ukrywam, że owe nu-metalowe akcenty są dla mnie kłopotem, bo ich zwyczajnie, z zasady, nie trawię, a przez to frajdę mam mniejszą i podnietę słabszą. Dalej idą wolne tempa, które najprzyjemniej wchodzą mi wtedy, gdy trzymam głowę pod wodą. Droga przez mękę – serio. Żeby jednak nie było, że tylko się czepiam, że nagrali chłopaki krążek zupełnie nikomu niepotrzebny (choć tak właśnie jest), kilka pozytywów, bo i takie na płycie są. O ile muzycy trzymają się z dala od zwolnień i jadą na co najmniej średnich tempach, album potrafi tu i ówdzie przemówić. Kilka riffów, mimo iż nieświeżych, tłucze po nerach, warsztat wokalisty może się w przyszłości przydać, pod warunkiem wszak, że wymyślą coś bardziej własnego, garowy natomiast napieprza konkretne, żywe i agresywne partie. Warsztat na plus zdecydowanie, ale — jak wspomniałem — nie on wymaga poprawy. To kompozycje szwankują, bowiem ograne są po tysiąckroć i nie będąc słabymi samymi w sobie, w kontekście tego, co się dzieje na metalowej scenie – nie zachwycają. Wydaje mi się jednak, że jestem w stanie wyobrazić sobie ludzi, którym tego typu agresywny modern thrash może się spodobać. Ja się niestety do tej grupy nie zaliczam i oczekiwałbym na przyszłość lepszych, świeższych kawałków, które pokazałyby prawdziwe oblicze muzyków. Recepta wydaje się więc prosta – w związku z tym, że warsztat i egzekucja są naprawdę przyzwoite, więcej czasu poświęciłbym sferze kreatywnej. Tragedii nie ma, ale nie spodziewam się sięgać po "Convulsion" częściej niż raz do roku.


ocena: 6,5/10
deaf
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/immoral.hazard
Udostępnij:

29 stycznia 2014

Transcending Bizarre? – The Four Scissors [2003]

Transcending Bizarre? – The Four Scissors recenzja okładka review cover"The Four Scissors" to, jak każdy inny album Transcending Bizarre?, cholerny hipokryta i przewrotnik. Głaszcze cię po główce z jednej strony, a z drugiej – kradnie cukiery z kieszeni. Odwraca uwagę damskimi wokalami, orkiestracjami i całym tym melodyjnym badziewiem po to tylko, by zafundować siarczystego kopa agresywnej sieczki miedzy poślady. Taki już styl Greków i ich wizytówka, aby wprowadzić możliwie największe zamieszanie i skonfundowanie wśród słuchaczy. "The Four Scissors" to album pełen sprzeczności: łagodne, delikatne jak tembr głosu Krystyny Czubówny pasaże i równie aksamitne wokalizy Marii Preka, a po drugiej stronie barykady – nagłe eksplozje czysto metalowych temp i blackowych wrzasków, poparte kanonadą nad wyraz sprawnie zaprogramowanej perkusji. Skoro już jestem przy garach, to wypada wspomnieć, że album może się poszczycić jednymi z najbardziej naturalnie i prawdziwie brzmiących sekcji perkusyjnych puszczonych z kompa. Mocno trzeba się wsłuchiwać, mocno i długo, bo nie ma tego zbyt wiele, by wychwycić zbyt idealną powtarzalność dźwięków, źródłem której może być tylko program, bo same riffy i ogólnie cała strona kompozycyjna może uchodzić za wzór. Dalej. Interpretacja blacku w wydaniu TB? aż kipi od elektroniki i sampli, więc nie jest to album dla każdego – co trzeba sobie jasno powiedzieć. Porównując zaawansowanie i rozległość tychże struktur, śmiało mogą Grecy iść w konkury z Arjenem Anthonym Lucassenem, który wprawdzie plumka w powerowych klimatach, ale geniuszu klawiszowo-programistycznego nie można mu odmówić, daleko w tyle pozostawiając zaś co bardziej elektroniczne, a przecież wyborne niejednokrotnie, Samaele i inne Haggardy. Nie zbywa także na gitarach, ani na basie. Mnogość i pełnia stylów wydobywająca się spod palców Liratzakisa oraz Makrantonatisa budują obraz dzieła totalnego, miksującego i wplatającego dosłownie dowolne elementy, które zdaniem muzyków uczynią album lepszym i bardziej nietuzinkowym. Co mnie urzekło, a co może być pewną niespodzianką, to czytelny i selektywnie brzmiący bas, element, który nie jest codziennością w tak przesyconej elektroniką muzyce. Tak jak nie mają Grecy najmniejszych nawet powodów do wstydu za stronę techniczną, gdzie postarali się, by każda dźwięk był odpowiednio nagłośniony i wyeksponowany, a każda sekwencja, riff i motyw dopieszczony do doskonałości, tak nie mają problemów z pomysłami na muzykę. Chłodna, nieco surrealistyczna baśniowość krążka urzeka i trzyma w objęciach przez długie godziny. Do tego te damskie wokale – syreni śpiew wabiący i nęcący na zgubę słuchania tylko tego, jednego albumu, aż do zerzygu. Poezja, dosłownie i w przenośni. Mimo iż stwierdziłem, że album jest raczej dość hermetyczny i budzący mieszane uczucia, uważam jednocześnie, że każdy powinien dać mu szansę. Po to chociażby, by wyrobić własną opinię, bo jestem niemal pewien, że tak jak gusta bywają różne, tak nie sposób nie docenić geniuszu muzyki Transcending Bizarre?. Dla mnie jest bowiem debiut Greków albumem doskonałym.


ocena: 10/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/transcendingbizarre

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 czerwca 2013

From Zero To Hero – From Zero To Hero [2012]

From Zero To Hero - From Zero To Hero recenzja okładka review coverCzasem, gdy mamy przydługą serię wysoko ocenianych płyt, zastanawiam się, czy przypadkiem nie wydaje się wam, że żyjemy w krainie szczęśliwości i wszystko jest dla nas mega zajebiste. Zapewniam, że aż tak wspaniale nie jest, co więcej – nasze zdania niekiedy krańcowo się różnią, ale tak się jakoś składa, że do pisania zwykle wyrywa się ten, któremu dany album akurat się podoba. W ten sposób tych bardzo pozytywnych not zbiera się nam od zajebania. Właśnie w takich momentach przychodzi mi z pomocą kolejny młody metal core’owy band, któremu w normalnych warunkach nie sposób poświęcić choćby szczątkowej uwagi. Dziś padło na debiutujący selftajtlem From Zero To Hero, który swą przynależność gatunkową, a po części i poziom, zdradza już samą nazwą. To nawet nie chodzi o to, że idea takiego grania przyprawia mnie o mdłości — pewnie za stary na to jestem — bo gwoździem do trumny każdego kolejnego zespoliku jest jego jałowa wtórność, klepanie w kółko tych samych oklepanych schematów, które nie były interesujące za pierwszym razem, a co dopiero za tysięcznym. Dobija mnie ponadto sztuczność i amerykańskość (nic to, że ci są akurat z Grecji) rodem z MTV, ta naciągana skoczność, upychana na siłę brutalność i chęć spodobania się każdemu przy przekonaniu o własnej wyjątkowości. Najgorsze jest w tym chyba to, że spora część tych muzykantów ma w łapach przyzwoite umiejętności, a grając taki szajs tylko się marnują. Wydawać by się mogło, że to refleksja bardzo ogólnej natury, ale również From Zero To Hero bez problemu załapują się na te uwagi, bo właściwie wszystko, co im po łbach chodzi, pokazują w pierwszym kawałku – tworze tak nieoryginalnym i bezbarwnym, że większość słuchaczy będzie miała problem z dotrwaniem do jego końca. Cóż, ja do takich wyczynów nie mam zamiaru nikogo namawiać. Zawartość tego 35–minutowego materiału można bez żalu olać, bo leci praktycznie na jedno kopyto, nudząc i osłabiając. Wyjątek od tej popeliny jest tylko jeden, mianowicie 'Crown Full Of Blood', który zawiera fragmenty ciekawszego — bo ostrzejszego — grania i stanowi jakiś tam dowód, że jak chłopaki chcą, to potrafią zmajstrować coś konkretnego. Mimo wszystko to zdecydowanie za mało, żeby ich pochwalić. Jak dla mnie już dziś mogą skrócić nazwę do bardziej odzwierciedlającej rzeczywistość: To Zero.


ocena: 4/10
demo
Udostępnij:

2 kwietnia 2013

Rotting Christ – Kata Ton Daimona Eaytoy [2013]

Rotting Christ - Kata Ton Daimona Eaytoy recenzja okładka review coverPełen obaw sięgałem po nową płytę Greków, bo po potknięciu na "Aealo" zupełnie nie wiedziałem, czego teraz od nich oczekiwać, a szósty zmysł podpowiadał mi tylko najczarniejsze, naznaczone niezrozumiałymi eksperymentami scenariusze. Na szczęście bracia Tolis — bo właśnie do nich dwóch skurczył się oficjalny skład — wybronili się, nagrywając materiał stosunkowo bezpieczny. Tak dla nich, jak i — gloria! — dla słuchaczy. "Kata Ton Daimona Eaytoy" (że zastosuję uproszczony zapis) właściwie nie podejmuje żadnych nowych wątków, nie zaskakuje, nie szokuje, nie powoduje większych uniesień, ale też słucha się jej bez zgrzytania zębami i zbędnego wysiłku – po prostu nieźle. To dlatego odbieram tę płytę jako utrzymane na dobrym poziomie rottingchristowe rzemiosło z lepszym niż poprzednio brzmieniem oraz paroma wyraźniejszymi przebłyskami — zalążkami hitów koncertowych — w postaci najszybciej zapadających w pamięć 'Grandis Spiritus Diavolos', 'Iwa Woodoo', 'Gilgames' i 'Rusalka'. Na całym krążku słychać więcej niż dotychczas partii chóralnych, wzmacniających transowość (ale nie powodujących nudy) niektórych fragmentów oraz częściej aplikowane, różnorodne w formie i klimacie solówki (w tym kapitalna, awangardowa jak na nich — i raczej nie autorstwa Sakisa, choć z wkładki wynika co innego — we wspomnianym 'Rusalka'). Te dwa elementy, plus teksty napisane przede wszystkim w języku greckim – oto wszystkie godne odnotowania 'zmiany', z jakimi mamy do czynienia na "Kata Ton Daimona Eaytoy". Mało? No pewnie, tym bardziej, że chodzi o nie byle jaki zespół. Pocieszenia należy szukać w tym, że to, co Grecy nagrali na tym kawałku plastiku, jest muzyką przemyślaną, profesjonalnie podaną i o wysokim stopniu rozpoznawalności nawet dla mniej wtajemniczonych. Poziom tych dziesięciu utworów (w tym jakiejś tradycyjnej pieśni w metalowej aranżacji) jest naprawdę wysoki — stąd zresztą taka, a nie inna ocena — ale do najlepszych w dyskografii grupy trochę im jednak brakuje. Jak już mi się wyżej wyrwało – więcej tu rzemiosła niż sztuki.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

17 marca 2013

Transcending Bizarre? – The Serpent's Manifolds [2008]

Transcending Bizarre? - The Serpent's Manifolds recenzja okładka review coverTranscending Bizarre? to kapela z Grecji, a już samo to powinno rzucić nieco światła na to, czego można się spodziewać. I chyba nie można być rozczarowanym, jeśli oczywiście lubi się wszystkie te dziwactwa, szaleństwa i eksperymenty. Bo, że nie będzie mainstreamowo, to chyba nie ma się co dziwić. Jeśli miałbym znaleźć jakiś punkt odniesienia dla twórczości Greków to pewnie w postaci takich zespołów jak Anorexia Nervosa, może Arcturus – w każdym razie blackowo, symfonicznie i awangardowo. W przypadku Transcending Bizarre? najwięcej jest chyba awangardy, sporo jest elektroniki, trochę mniej blacku i symfonii (choć to też w zależności od albumu), co jednak nie sprawia, by mogli się czegokolwiek wyprzeć. "The Serpent’s Manifolds" to drugi krążek w karierze muzyków, krążek potwierdzający ich wcześniejszą formę i utwierdzający w przekonaniu, że mogą jeszcze sporo dojebać na metalowej scenie. Pod warunkiem wszakże, że wpadną w ręce szanującej się, dużej i bogatej wytwórni, która zrobi im odpowiednią kampanię promocyjną. Na to się niestety nie zanosi (czego dowodem jest krążek z 2010 roku), więc pozostaje dokopać się do nich we własnym zakresie. A warto. Przede wszystkim dlatego, że – w odróżnieniu od mnóstwa symfonicznych i industrialnych zespołów – wiedzą jak grać i wykorzystują tę wiedzę w całości. Transcending Bizarre? to żadne tam pitu pitu na klawiszach obowiązkowo połączone sakramentalnym węzłem małżeńskim z okropnymi brakami warsztatowymi, tandetnymi melodiami, chujową realizacją i pedalsko-blackowym imagem. Klawiszy oczywiście jest w chuj, ale stoi za nimi, czysta w formie, kosmiczna wielkość, wręcz space operowy rozmach, melodie powalają z nóg i, w zależności od utworu, rozbudzają uśpione pokłady wrażliwości na piękno, bądź napawają zgrozą przed post-industrialnym, mechaniczno-cybernetycznym okrucieństwem. Co się zaś tyczy warsztatu, to proponuję przysłuchać się pracy gitar, bo takich riffów i solówek to w blacku szukać ze świecą. Zresztą nie tylko w blacku. Chylę czoła. O image’u wspomniałem, że nie pachnie kiczowatym, podwórkowym satanizmem, choć trochę corpse paintu a'la "Mechaniczna Pomarańcza" można tu i tam znaleźć. Na myśl przychodzi mi wizerunek podobny nieco do Luciferiona albo, z innej beczki – Covenant, mocno kosmiczny, nieco odhumanizowany i okrutny. Jeśli więc jesteście w stanie wyobrazić sobie połączenie wszystkich wymienionych kapel, to niewykluczone, że wyobrażenie przybierze formę Transcending Bizarre?. Dla mnie jest to połączenie ze wszech miar godne uwagi, każdej wydanej złotówki i każdej spędzonej przy muzyce minuty. Kawał zajebistej muzyki dla chcących czegoś więcej.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/transcendingbizarre

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 listopada 2012

Birth Of Depravity – The Coming Of The Ineffable [2012]

Birth Of Depravity - The Coming Of The Ineffable recenzja okładka review coverUstaliłem sobie, że nie będę się wysilał przy pisaniu tej recki, tak jak Grecy nie wysilili się przy składaniu do kupy tego dzieła podziemnego death metalu. Straszliwie to wszystko u nich przeciętne, oklepane, pospolite, wymuszone, a przy tym zagrane zupełnie bez polotu. Całość popierdala w średnich tempach – na jedno kopyto i bez urozmaiceń, więc naprawdę szkoda czasu na doszukiwanie się w tym jakiejś głębi. Gitarniak Birth Of Depravity nie może pochwalić się przesadnym talentem, bo wszystko, co wychodzi mu spod palców, po kilku sekundach zlewa się w jednostajną, nużącą papkę. Naszła mnie nawet refleksja, że koleś może być przedwcześnie emerytowanym stolarzem i stąd u niego taka niemrawa praca kończyn górnych. Swoją drogą pomyślunkiem też niczego nie nadrabia. Tą mierną monotonię tylko pogłębia perkusista swoimi bezbarwnymi, nabijanymi bez zaangażowania partiami. Z drugiej strony, czego od niego wymagać skoro do rytmicznej obróbki dostał nieciekawe riffy? Po takich atrakcjach nie należy się spodziewać, że wokal rozniesie wszystkich na kawałki. I nie roznosi. Bida z nędzą, do tego wymęczona. Co do brzmienia – jest doskonałym potwierdzeniem lamentów wszelakich ekonomistów, że Grecja jest w głębokim kryzysie i lada moment padnie na ryj. Pewnie was zaskoczę, ale "The Coming Of The Ineffable" ma też plusy – bardzo udaną okładkę oraz to, że ni cholery nie zapada w pamięć, dzięki czemu ulatnia się z łepetyny w momencie wyłączenia krążka, nie pozostawiając po sobie niesmaku. Niczego nie pozostawiając. Ot, płyta w zasadzie na jedno, niekoniecznie pełne, przesłuchanie – bo tyle w zupełności wystarczy, żeby więcej sobie nią głowy nie zaprzątać.


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/birthofdepravity
Udostępnij:

8 marca 2012

Rotting Christ – Sanctus Diavolos [2004]

Rotting Christ - Sanctus Diavolos recenzja okładka review coverPowrót Greków do trzyosobowego składu przy okazji "Sanctus Diavolos" był dla mnie równie zaskakujący, co zwycięstwo ich reprezentacji narodowej w Mistrzostwach Europy, z tym szczegółem, że Rotting Christ — w przeciwieństwie do tego czegoś, co uskuteczniali piłkarze na boiskach Portugalii — zagrali w pięknym stylu. Sakis, Themis i Andreas spłodzili (to już prawie jak rodzina alternatywna he, he) album zdecydowanie odmienny od "Genesis", bardzo różnorodny, momentami eksperymentalny, lecz całościowo niezwykle spójny. Wszystko zaczyna się dość standardowo (gdy za standard przyjąć "Khronos" i "Genesis"), ale już od drugiego w kolejności 'Thy Wings Thy Horns Thy Sin', w którym pojawiają się partie chóralne (szczyt popieprzenia osiągają w 'You My Cross'), wiadomo że "Sanctus Diavolos" będzie wymagał od słuchacza trochę więcej czasu i skupienia. Mocnym punktem płyty jest następujący po nim, a będący koncertowym hitem 'Athanati Este' – ociężały i transowy, ze świetnymi wokalami (szczególnie w jego końcówce). Bardzo ciekawie prezentuje się 'Sanctimonius' – jest to wyraźniejsze zwrócenie się ku eksperymentom (nie mylić z "A Dead Poem"!); forma wyciszenia i umiejętnej zabawy nastrojem. Przy 'Serve In Heaven' następuje z kolei wielki przypływ specyficznej radochy – takiego grania po Grekach raczej się nie spodziewałem, co nie zmienia faktu, że ten ukłon w stronę przeszłości udał się znakomicie i doskonale wpasował w całość materiału. Takie brutalne i agresywne oblicze zespół kontynuuje jeszcze w 'Shades Of Evil', bo dwa końcowe numery bardziej pasują do świeższych dokonań kapeli. Wyjątkowe wrażenie robi utwór tytułowy, który przypomina jakiś podniosły diabelski hymn. Ósmy album Rotting Christ od początku wprowadza w przedziwny trans, który przerywa dopiero wybrzmienie ostatnich dźwięków i zatrzymanie krążka; wytworzony nastrój hipnotyzuje i odgradza od wpływów świata zewnętrznego. Przez te 48 minut i 39 sekund istniejecie tylko dla Gnijącego Chrystusa, reszta jest złudzeniem. Polecam zwłaszcza ludziom ceniącym sobie różnorodność i głębię w muzyce.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 października 2010

Rotting Christ – Aealo [2010]

Rotting Christ - Aealo recenzja okładka review coverLata mijają, a ja nadal nie wiem, co to ten cały "suicide black metal". Podejrzewam, że to może być coś na kształt tego, co na "Aealo" zrobili Grecy. No bo jak inaczej nazwać poupychane tu i ówdzie (w tym na samym, kurwa, początku!) partie wyjących z wiejska bab, jeśli nie działaniem samobójczym? A to niestety nie jedyny element tego materiału, który sprawił, że Rotting Christ z hukiem wyleciał z mojej listy pewniaków na płytę roku. Jest to o tyle przykre, że przez ostatnią dekadę byli na fali wznoszącej, płodzili przynajmniej bardzo dobre krążki i nic nie zapowiadało upadku. No dobra, trochę się zagalopowałem z tym upadkiem, bo "Aealo" nie jest kaszaną, ani też powtórką z "A Dead Poem" (jakkolwiek 'Thou Art Lord' budzi takie skojarzenia), a udanie popsutym kawałkiem fajnie zapowiadającej się muzy – czyli mimo wszystko dużym rozczarowaniem. Jak już otrząśniemy się z tego paskudnego wycia (a to niełatwe, bo powraca jak tępa morda Kurskiego), do naszych uszu dociera naprawdę niezła rottingowa muzyka. I tylko niezła, bo przełomu, czy jakiegoś wyraźnego kroku w przód (albo w bok) brak, a to trochę za mało na zespół tej klasy, który właściwie na każdej płycie prezentował się z nieco (mniej, lub bardziej) innej strony. Tym razem poczynione przez nich ruchy można nazwać tylko uwstecznieniem. Nie zmienia to faktu, że na "Aealo" trafiają się całkiem udane momenty. Wyróżnić można przede wszystkim '...Pir Threontai' (świetne melodie, odpowiedni klimat, oryginalna solówka) oraz 'Santa Muerte' (dobra konstrukcja i odpowiednia dawka agresji). Z kolei uwagę zwraca i dziwne odczucia powoduje 'Demonon Vrosis', który jest właściwie kopią 'Athanti Este'. Wypadł fajnie, bo i pierwowzór fajny (można je słuchać zamiennie), ale pewien niesmak pozostaje, bo Grecy w tym miejscu ewidentnie chapnęli się siekaczami za ogon. Pozostałe utwory sprawiają wrażenie jakichś odpadów powstałych podczas prac na "Theogonia" – powtarzają znajome patenty, ale ich poziom jest niższy. Niewiele też wnosi cover i obecność nawiedzonej czarownicy, znanej wśród żywych jako Diamanda Galas, bo więcej z niego monotonii niż klimatu, choć tu akurat mogło być inaczej. Kolejny minus – brzmienie gitar w dolnych rejestrach, które zupełnie mi nie robi – miało być ciężko, a wyszło sztucznie. Cóż, nie wszystko złoto, co siedmiostrunowe. Ech, no i weź się tu człowieku zachwyć tym krążkiem. Nie da się, po prostu się nie da. Jeżeli jednak ktoś posiada dobrze rozwiniętą zdolność słuchania selektywnego, to niewykluczone, że "Aealo" dostarczy mu niemało wrażeń. Ja na tym polu jestem cienias i puścić mimo uszu tego chóralnego wycia niestety nie potrafię.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 marca 2010

Rotting Christ – Theogonia [2007]

Rotting Christ - Theogonia recenzja okładka review coverDziewiąte uderzenie znanych ze sprzedawania idei black metalu Greków robi wrażenie! I od razu trzeba jasno powiedzieć, że jeśli kogoś od eksperymentów zaprezentowanych na "Sanctus Diavolos" bolała głowa, to tutaj może się nie na żarty porzygać. Tak, Rotting Christ nagrał krążek jeszcze bardziej popieprzony, odważny, wyraźnie odstający muzycznie od poprzednich dokonań, jednak zdecydowanie 'swój' – 'rottingchristowy'. Fakt, że przy pierwszym przesłuchaniu "Theogonia" może wydawać się z lekka dziwna i nie poukładana, ale za każdym następnym razem do świadomości dociera coraz więcej intrygujących detali, spinających materiał w spójną, choć różnorodną, całość. To zróżnicowanie jest cholernie dużą zaletą płyty, bo mamy tu np. pokręcony i odjechany wokalnie 'Enuma Elish' (miejscami wpada nawet w industrialne klimaty!), ozdobiony niemal deathowym wejściem-wyjściem 'Gaia Tellus', bardzo dynamiczny 'Rege Diabolicus' (największy wyziewik na krążku), czy zaskakujący heavy metalowymi naleciałościami 'Helios Hyperion'. Na "Theogonia" nie ma dwóch przesadnie podobnych do siebie kawałków, natomiast wszystkie łączy wściekły głos Sakisa i absolutnie niepodrabialna rottingowa melodyka. W większości utworów uświadczymy także mocniej wyeksponowane wpływy muzyki etnicznej, ale bez obaw – nie zanosi się na kolejny pogańsko-folkowy debilizm. Rotting Christ mimo odświeżonego stylu pozostał sobą, nadal nie sposób pomylić tego zespołu z jakimkolwiek innym. Utwory dzięki sporej chwytliwości bezproblemowo utrwalają się w pamięci i nie pozwalają się stamtąd usunąć. Zresztą, pozbywanie się z głowy tak znakomitej muzyki było by czystą głupotą! Grecy pomimo długoletniego stażu (tą płytą odfajkowali 20 lat!) nie przycupnęli w bezpiecznej przystani, nagrywając wariacje na temat największych hitów. Nie dość, że ciągle poszukują nowych rozwiązań — za co należą im się szczególne brawa — to robią to z wielką klasą, utrzymując od lat bardzo wysoki poziom. Nic więc dziwnego, że "Theogonia" jest kolejnym świetnym albumem w ich dorobku.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij: