Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1991. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1991. Pokaż wszystkie posty

3 września 2016

Carbonized – For The Security [1991]

Carbonized - For The Security recenzja okładka review coverChristofer Johnsson od wielu lat jest znany przede wszystkim jako przywódca Therion, a był taki czas — o którym wielu już zapomniało, a inni zwyczajnie nie wiedzą – kiedy nasz milusiński poczynał sobie znacznie bardziej hardziorowo. Nie chodzi mi jednak o początki wspomnianego Therion, a o zespół działający równolegle do niego – Carbonized. Założycielem tej kapeli był Lars Rosenberg, znany później m.in. z Entombed, który po paru demówkach i wielu zmianach składu około 1990 dorobił się zaangażowanej i zdolnej ekipy towarzyszącej w osobach Piotra Wawrzeniuka (gary) i Christofera Johnssona (gitara, wokal). Panowie już jako trio na początku 1991 nagrali klasyczny dla gatunku "For The Security", a zajęło im to ponoć aż... trzy dni. Carbonized niemal od początku określali swoją muzę mianem psychodelic death metal, jednak płytowy debiut ma więcej wspólnego z wściekłym grind core’m niźli z kolejną kopią Nihilist. Natomiast co do tajemniczej psychodelii – tą trzeba było jak najbardziej podkreślić, choć początek płyty wcale nie wskazuje na jej obecność. Pierwsze dwa kawałki to zupełnie normalny grind z dzikimi wrzaskami, napieprzającą perkusją i intensywnymi riffami. Aż się w nich roi od wpływów Terrorizer, Napalm Death czy Repulsion – czyli jazda na całego. Zaskakiwać może tylko klarowność brzmienia (o dziwo to produkcja Sunlight) i aranżacje (zwłaszcza w przypadku 'Recarbonized') rozbudowane ponad średnią gatunkową. Od trójeczki, czyli 'Euthanasia', sytuacja zaczyna się komplikować. To znaczy: zaczyna być komplikowana, choć techniki sensu stricte jest tam mniej niż się wydaje. Za to jest obecny duch Voivod... W szybką i brutalną sieczkę wkradają się popieprzone rozbujane riffy, nietypowe rytmy i przede wszystkim nienaturalnie wyeksponowany zmutowany bas. Momentami struktury utworów sprawiają wrażenie poskładanych przypadkowo czy nawet bez pomyślunku, ale z kolejnymi przesłuchaniami człowiek zaczyna dostrzegać w nich sens. Dzięki temu materiał z "For The Security" do dziś brzmi dziwacznie, nietypowo i po prostu oryginalnie. Album stanowi przy tym pewne wyzwanie dla ortodoksyjnie nastawionego słuchacza, bo zespół często zapędza się w rejony dla grind core’a i death metalu nieznane. W rezultacie debiut Carbonized może się wydawać płytą znacznie dłuższą niż jest w rzeczywistości. Mnie takie oblicze ekstremy bardzo pasuje i lubię do niego wracać, bo pomimo upływu lat na "For The Security" wciąż czuć powiew świeżości. Muzykom było jednak mało eksperymentów i dalej szaleli w najlepsze – "Disharmonization" to jakaś pomyłka, zaś "Screaming Machines" to już groteskowa pomyłka. To dlatego lubię udawać, że Carbonized to zespół jednej płyty.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Carbonized-Sweden-1403257869976977/

podobne płyty:

Udostępnij:

19 lipca 2015

Ripping Corpse – Dreaming With The Dead [1991]

Ripping Corpse - Dreaming With The Dead recenzja okładka review coverRipping Corpse nie należy do najbardziej znanych przedstawicieli klasycznego technicznego death metalu – w tej materii przez ostatnie lata wiele się nie zmieniło. Nigdy, nawet za swoich najlepszych czasów, Amerykanie nie byli w centrum uwagi i nie zdobyli należnego im statusu. Kapela, nękana kolejnymi niepowodzeniami i brakiem zrozumienia, posypała się niedługo po wydaniu w 1992 skromnej epki "Industry" — choć gotowych kawałków mieli ponoć na dwa kolejne (pełne!) krążki — a tworzący ją muzycy zaczęli robić mniejsze lub większe kariery w innych zespołach. Ja sam przez zdecydowanie zbyt długi czas znałem ich tylko z wywiadów, dzięksów w książeczkach do różnych płyt oraz... koszulek Mameliego, który za dawnych lat wychwalał ojców "Dreaming With The Dead" pod niebiosa. Cała heca z wyjątkowością i zajebistością Ripping Corpse polegała na tym, że nie był to kolejny death’owy band z Florydy, jakich pod koniec lat 80-tych powstawało na pęczki. I mniejsza już o to, że oni w ogóle nie stacjonowali w tym stanie. Chodzi o nietuzinkową, bezkompromisową i dość oryginalną muzykę. W ich twórczości przeplatały się zarówno wpływy death jak i brutalnego thrash metalu, ale za cholerę nie potrafię wskazać, czego w utworach zawartych na "Dreaming With The Dead" jest więcej, bo całość porządnie wstrząśnięto, zamieszano i dla pikanterii doprawiono rozmaitymi schizolskimi zagrywkami. Nie jest to muza łatwa do przełknięcia za pierwszym razem — na co zresztą spory wpływ ma intensywność (12 kawałków w zaledwie 35 minut), stopień skomplikowania materiału i wściekłe wokale Scotta Ruth’a — ale z czasem człowiek nie może się od tej płyty oderwać. Najlepszym odniesieniem dla zawartości "Dreaming With The Dead" będzie bez wątpienia Hellwitch — czego naturalnie nie należy rozumieć jako zrzynki — bo muzycznie penetrują bardzo zbliżone rejony, charakteryzuje ich podobnie olewczy stosunek do gatunkowych ograniczeń i równie wyborna technika instrumentalistów. Dla mniej wkręconych wyczyny Ripping Corpse można by zamknąć w stwierdzeniu, że to wypadkowa Sadus i Morbid Angel albo Nocturnus i Terrorizer... I choć jest w tym trochę prawdy, było by to dla zespołu krzywdzące, bo mimo wszystko Amerykanie stworzyli tu nową jakość, coś rozpoznawalnego i popieprzonego. Coś, dzięki czemu takie utwory jak 'Sweetness', 'Anti God', 'Beyond Humanity', 'Rift Of Hate' czy 'Seduction Of The Innocent' zapamiętuje się na długo. Mimo iż niedocenieni ani za życia ani po śmierci, Ripping Corpse za sprawą "Dreaming With The Dead" zapisali się w historii metalu złotymi zgłoskami.


ocena: 9/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

8 grudnia 2014

Heathen – Victims Of Deception [1991]

Heathen - Victims Of Deception recenzja okładka review coverDrugi album w dorobku amerykańskich power thrashersów z Heathen zdaje się być ich najlepszym i najdojrzalszym dziełem, aczkolwiek nie pozbawionym pewnych niedociągnięć. Ale o nich za moment. Cztery lata dzielą debiutancki "Breaking the Silence" od opisywanego dzisiaj albumu numer dwa i te cztery lata słychać przez całą długość trwania krążka. Odrobili muzycy lekcje jak przykładne dzieciaki z przykościelnej szkółki i wyeliminowali większość — nie tak znowu wielkich — wad, które — nie tak znowu licznie — zasiedlały debiut. "Victims of Deception" zaczyna się z naprawdę grubej rury fragmentem kazań amerykańskiego ewangelisty, który za wszelką cenę próbuje udowodnić, że żeby być pojebem nie wystarczy się starać – trzeba mieć do tego talent. Pojeb czy nie, jego płomienna przemowa ustawia słuchacza na następną godzinę obcowania z zespołem. A z czasem robi się coraz lepiej. Trącące z lekka infantylnością melodie debiutu odeszły w niepamięć zastąpione znacznie dojrzalszymi, ciekawszymi, bardziej zróżnicowanymi i cięższymi liniami. Oczywiście wciąż mamy do czynienia z power/thrashem, ale przynajmniej w sferze instrumentalnej tego ostatniego jest słyszalnie więcej. Odważę się nawet na stwierdzenie, że tu i ówdzie poszczególne riffy bliższe są młodemu death metalowi. Słowem – jest dobrze. Udało się także Amerykańcom podkręcić solówki, które w każdym, dosłownie każdym, z dziewięciu kawałków urywają łeb i bezpardonowo grają nim w nogę. Każda z nich ma swój własny klimat, każda w nieco innym stylu, ale wszystkie równie wykoksane i równie kapitalne. Gdyby album miał się składać z samych tylko solówek, nie byłoby w tym nic złego. Potwierdzeniem moich słów niech będzie instrumentalny "Guitarmony" – tak bardzo w stylu Marty’ego Friedmana. Wspomniane wcześniej przesunięcie ciężkości w kierunku thrashu nie ominęło także White’a, który okazjonalnie zaczął okraszać swoje dickinsonowskie zaśpiewy krzykami i wrzaskami. Nawet cover dobrano lepszy, który brzmi pewnie nawet lepiej niż oryginalny Dio. Teraz pora trochę popsioczyć. Dwie sprawy: pierwsza – niekiedy godne domorosłego poety teksty, coś jak w "Morbid Curiosity" bądź "Heathen’s Song". Nie ma tego wiele, wiocha też co najwyżej umiarkowana, ale pominąć nie można. Tym bardziej, że wokale wyeksponowane są dość wyraźnie i trudno nie słyszeć wersów a’la "Just let me be my own way; Have my own god to whom I pray". Druga – to ponownie trochę przedobrzona i przesłodzona ballada zatytułowana "Prisoners of Fate". Nic tylko wygrzebać z kieszeni zapalniczkę, przytulić kto się akurat pod ręką znajdzie i rzewnie śpiewać. Zresztą pierwsza połowa tego utworu kwalifikuje się także do pierwszej przewiny, więc podwójna wtopa, bo całość brzmi bardziej glam/hair aniżeli powinna. Niemniej jednak to by było na tyle w temacie niedociągnięć – tragedii więc nie ma. Może nawet dobrze, że kilka takich słabszych momentów znalazło się na płycie, bo łatwiej wtedy docenić pozostałą resztę. Tym bardziej, że o tym słabiznach należy myśleć raczej w kategoriach Heathen, a nie całkowitych klap. Podsumowanie "Victims of Deception" przychodzi dość łatwo, bo krążek jest naprawdę porządny, dobrze nagrany, łatwy w odbiorze i dający mnóstwo radości. Obowiązkowa pozycja dla fanów Realm, Toxik, ale także Megadeth, Annihilator, Metal Church i temu podobnych aktów. Kapitalna płyta, panowie muzycy!


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/heathenmetal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

8 listopada 2014

Sarcófago – The Laws Of Scourge [1991]

Sarcófago - The Laws of Scourge recenzja okładka review coverŻaden ze słuchanych przeze mnie ostatnio albumów nie sprawił mi tyle frajdy, co drugi longplej brazylijskiego Sarcófago. Prawdziwa perełka w całej dyskografii muzyków, tak różna od topornego debiutu oraz przekombinowanego ostatniego długograja o wiele mówiącej nazwie "The Worst". Fantastyczne aranżacje, bezbłędne wykonanie, kilka, ale za to naprawdę cacanych, technicznych wrzutek i tony, jebane tony, zadziornej przebojowości i świeżości. Nie przypominam sobie zbyt wielu kapel, które w latach dziewięćdziesiątych, na ich początku – żeby być dokładnym, grałyby równie eklektyczną mieszankę thrashu, blacku, deathu i chuj wie czego jeszcze, a wszystko to brzmiało naturalnie, bez spiny i po prostu zajebiście fajnie. Słucha się tego wręcz wyśmienicie, bo z jednej strony mamy do czynienia z bardzo solidnym rzemiosłem, wykonaniem, które nie może nie budzić podziwu swoją dokładnością i precyzją, oddającą najdrobniejsze szczegóły kompozycji, a z drugiej doskonałym songwritingiem, co znaczy tyle, że na 40 minut wydawnictwa (licząc łącznie z bonusami) nie ma ani jednego męczywora, ani żadnego ciągnięcia na siłę. Dodatkowo wprowadzenie kilku fraz z klawiszami nieodmiennie przywodzi na myśl kosmiczne klimaty debiutanckiego "The Key" z repertuaru Nocturnus, co samo w sobie dodaje jedno oczko i sto punktów szacunku na dzielni. Swoją drogą, różnorodność klimatów jest tak duża, że w zależności od własnego obycia w metalowym półświatku, odniesienia, ale i inspiracje dla potomnych, można wymieniać w nieskończoność. A przynajmniej bardzo długo, długo na tyle, że kiedy zacząłem spamiętywać, co chciałem napisać, musiałem iść do roboty i całe spamiętywanie szlag trafił. W razie pytań, jestem pewien, demo z największą przyjemnością wyłuska wam wszystkie sekrety albumu; walcie więc śmiało prośby w komentarzach: kawałek i minuta in question, z dopiskiem "ucho od śledzia". Jest jeszcze jedna rzecz, która mi robi album, a mianowicie solówki. Mając w pamięci debiut Brazylijczyków, próżno było oczekiwać takich cudeniek, a tu taka niespodzianka. Jak na mój gust, są jednak nieco za krótkie i kapkę ich mało, ale z drugiej strony czysty "The Laws of Scourge" to ledwie 30 minut. Trochę więc się czepiam, tym bardziej, że kapela to żadne tam Rhapsody, żeby solówki trwały po pół godziny. Nie zamierzam specjalnie zgłębiać zakamarków poszczególnych utworów i rozbijać ich na czynniki pierwsze, bo już i tak tekstu spłodziłem sporo, ograniczę się więc do wymienienia hiciorów. Tytułowy kawałek, bo zajebisty i robi takie otwarcie, że wyrywa z kapci, "Piercings" za solówkę i gitary, "Midnight Queen", skądinąd nieco zabawny, za klawisze, "Screeches..." za gitarowo-klawiszowe interludium a'la Nocturnus, "Prelude..." za wspomnianą na początku odrobinę techniczności, "Black Vomit", bo jebie po nerach, "Secrets of a Widow" ze względu na początkowe bębny i klimat, "Little Julie" za manifest z końcówki kawałka oraz "Crush, Kill, Destroy" ponownie za gitary i thrashowy feeling. Tym sposobem doszedłem do końca albumu i do końca recenzji. Album w chuj zajebisty, więc polecam, choć pewnie nikomu o tym truć nie trzeba.


ocena: 9/10
deaf
Udostępnij:

14 kwietnia 2013

Cancer – Death Shall Rise [1991]

Cancer - Death Shall Rise recenzja okładka review coverNawroty raka nieraz niosą z sobą większe zniszczenie niż pierwsze uderzenie... I tak właśnie było z Anglikami. Sukcesor "To The Gory End" okazał się albumem wyraźnie mocniejszym, lepiej dopracowanym i jeszcze bliższym wzorcowej szkole amerykańskiej, a tym samym doskonalej trafiającym w mój gust. Najlepszym w dyskografii Cancer. Tym razem nagrań dokonano w mekce gatunku – na Florydzie, i choć nie jest to produkcja z najwyższej morrisoundowskiej półki (bo wydawca Anglików na pewno nie mógł konkurować budżetem np. z takim Roadrunner), to wszystkie najważniejsze cechy dźwięku "by Scott Burns" są tu wyczuwalne, a brzmienie jest tłuste, szorstkie i w klasyczny sposób fajne. Drugim niezmiernie ważnym i — jak to się ładnie mówi — robiącym różnicę amerykanizmem jest obecność w składzie mistrza sześciu strun Jamesa Murphy, który na "Death Shall Rise" zarejestrował wszystkie solówki (później zaś szlajał się z zespołem po świecie), a zrobił to w charakterystycznym dla siebie zajebistym stylu. Wisienką na torcie jest gościnny udział Glena Bentona, który produkuje się w otwierającym płytę hiciorskim 'Hung, Drawn And Quartered'. Cała reszta, czyli w zasadzie trzon muzyki, idee za nią stojące, pozostała niemal niezmieniona w stosunku do bardzo dobrego i trochę jednak szybszego debiutu. Chodzi mi naturalnie o to, że obie płyty zagrano w identycznym, świetnie przemawiającym do mnie stylu – ostro, naturalnie i bez przynudzania. "Death Shall Rise" — co wynika z naturalnego progresu i poszerzenia składu — może się poszczycić większym urozmaiceniem, chwytliwością (nie tylko ze względu na wyborne solówki, ale i czepliwe teksty), pewną dozą finezji oraz ogromnym potencjałem koncertowym. Każdy, każdy! z ośmiu kawałków zawartych na płycie kosi równo z szyją, a przy tym łatwo zapada w pamięć i nie pozwala się od siebie uwolnić. Jedyne, co mnie na tej płycie denerwuje, to zbyt szybkie wyciszenie solówki w utworze tytułowym – gdyby nie ten szczegół, byłoby super. Żartowałem, jest super!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/canceruk

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

2 marca 2013

Death – Human [1991]

Death - Human recenzja okładka review coverTo, czego Chuck Schuldiner dokonał na czwartym albumie Śmierci wspólnie z kumplami z Cynic i Sadus, przechodzi ludzkie pojęcie! Bardzo techniczny i progresywny death metal z jazzowymi wpływami na najwyższym z możliwych poziomie robi wrażenie nawet po ponad dwudziestu latach od premiery, ale nie ma się czemu dziwić, wszak brak tu jakichkolwiek nużących schematów czy miałkich wypełniaczy. Wszystko, co się tu dzieje — a dzieje się naprawdę niemało — ma na celu powalenie słuchacza na kolana i z tego zadania krążek wywiązuje się na tyle dobrze, że już po pierwszym przesłuchaniu inaczej niż z nabożną czcią doń się nie podchodzi. Każdy, nawet najmniejszy element tego dzieła może budzić podziw, a przy tym sprawić ogrom radości. I nieważne, czy chodzi o masakrujące dopierdolenia (Reinert!), tajemniczy klimat czy chwytające za serce melodie. Materiał jest bardzo chwytliwy, łatwy do przyswojenia, co wcale nie przeszkadza temu, żeby pod względem szybkości, intensywności i stopnia zakręcenia przebijał wszystkie poprzednie płyty razem wzięte. Spora w tym zasługa genialnych, zajebiście zróżnicowanych partii perkusji i jej super selektywnego brzmienia. Towarzyszy im odważna (i wyraźna!) gra basu, którego w siedmiu utworach molestuje bardzo dobrze wszystkim znany mistrz Steve DiGiorgio. Tylko w przepięknym instrumentalu 'Cosmic Sea' grube struny szarpał Scott Carino, przy czym wyszło mu to co najmniej bardzo dobrze (i pozwoliło załapać się do teledysku 'Lack Of Comprehension'). Chwalę sekcję, a grzechem byłoby nie wspomnieć o pracy gitar. Duet Schuldiner-Masvidal wyrzuca z siebie mnóstwo ciekawych riffów, wspaniałych, dopieszczonych do granic możliwości ozdobników i wirtuozerskich solówek. Co do indywidualnych popisów – nie ma aż takiego zagęszczenia, co na "Spiritual Healing", ale gdy już się trafiają, to wbijają w glebę. Struktury kompozycji są doskonale przemyślane; każdy z muzyków wymiata swoje, co jednak składa się na imponującą, kapitalnie przemyślaną, spójną i porywającą całość. Każdy, absolutnie każdy numer zaskakuje czymś nowym, niespotykanym wcześniej w muzyce Death. Te 34 minuty rozsmarowane po ośmiu znakomitych kawałkach nikomu nie pozwolą się nudzić. Tempa łamią się niczym zapałki pod naporem stada słoni, solówki pojawiają się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd odchodzą, a nad wszystkim króluje drapieżny wokal Chucka. Teksty o wydźwięku filozoficznym (Chuck zawsze pisał interesujące liryki i tutaj to idealnie widać) świetnie współgrają z niebanalną muzyką i chociażby dla tego warto się w nie zagłębić. "Human" jest wart wszelkich pochwał, o czym zaświadczam ja, niżej podpisany i setki tysięcy zadowolonych fanów. Choć to w muzyce rzadko się zdarza, doskonały skład w pełni przełożył się na doskonałą muzykę!


ocena: 10/10
demo
oficjaln a strona: www.emptywords.org

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

8 czerwca 2012

Carcass – Necroticism – Descanting The Insalubrious [1991]

Carcass - Necroticism - Descanting The Insalubrious recenzjaCarcass na swym trzecim albumie przenieśli grind core w nowy wymiar, w miejsce, którego chyba nikt się po nich nie spodziewał. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że istnieje pewna grupa fanów, dla których "Necroticism" to zdrada wcześniejszych ideałów, programowej prostoty i pójście w stronę komerchy, ale nimi akurat nie ma się co przejmować, bo od dawna siedzą w pokojach bez klamek, albo pod kościołami bredzą o "zamachu smoleńskim". Wszak ta płyta jest jeszcze cięższa i brutalniejsza, a w blastach szybsza od poprzednich. Czy tak ma wyglądać 'dawanie dupy'? No właśnie. Ale dajmy temu spokój, bo oto mamy do czynienia ze szczytowym osiągnięciem Ścierwa i jednym z najważniejszych krążków w tym gatunku – albumem ze wszech miar genialnym! Na rzeczoną genialność składa się kilka rzeczy. Po pierwsze – skład. Do zespołu powrócił z mroźnej Szwecji skruszony Michael Amott, który ostatecznie dał se siana z Carnage, by swymi nieprzeciętnymi umiejętnościami — których, jak dotąd, nie miał gdzie wykorzystać — czarować u pionierów patologicznego grind core’a, współtworząc najbardziej chwytliwe numery i wycinając kilka wybornych solówek. Ma się rozumieć, że liverpoolski trzon zespołu — który również bardzo się podciągnął technicznie — też się nie opieprza i daje z siebie 110% zwyczajowej normy. Utworów jest tylko osiem, ale za to w większości są nielicho rozbudowane i dodatkowo wzbogacone o kapitalne, sprowadzające klimat brudnego prosektorium, introdukcje. Daje to sporą, bo prawie 50-minutową podróż zimnymi korytarzami przez świat chorób i zepsucia. Kawałki są napakowane niebanalnymi pomysłami i kipią energią, jak przeciętny bywalec wiejskiej siłowni radzieckimi anabolami. Precyzyjne gitarowe piłowanie przyprawione blastami gładko miesza się z mieleniem w średnich i wolnych tempach, a wybuchy totalnej agresji ze znakomitymi, niezwykle melodyjnymi solówkami. Rozwój poczyniony na wszystkich polach nie ominął wokali – są bardziej intensywne i pewniej wykonane. No i więcej w nich partii wywrzeszczanych przez Walkera, niż niskich bulgotów Steera, co z kolei wpływa na czytelność przekazu. Kolejny ważny składnik "Necroticism" to brzmienie. Na tym polu Colin Richardson wraz z chłopakami pozamiatali, tworząc death-grindowy absolut, do którego tylko nieliczni (i to lata później - np. Exhumed...) się zbliżyli. Tak niebywała selektywność przy tak niskim stroju gitar i masywnej perkusji (głęboka centrala, mocny werbel i wyraźne, 'krótkie' talerze) to ogromne osiągnięcie. No i ten przepiękny ciężar nie zatraca się nawet przy największych napierduchach, co już zakrawa na cud. Jestem przekonany, że bez takiego dźwięku ten album — nawet pomimo muzycznego dopieszczenia — straciłby dużo ze swej mocy i pewnie ze specyficznego uroku. W tym miejscu warto by wymienić kilka najlepszych utworów, ale to absolutnie niemożliwe, bowiem każdy jest grind-deathowym hiciorem o niewyobrażalnej sile rażenia. Za to mogę rzucić tytułami tych kawałków, które od zawsze wprawiały mnie w kapitalny 'necro' nastrój. Są to: mega chwytliwy 'Corporal Jigsore Quandary', wybuchowy 'Incarnated Solvent Abuse', najwolniejszy w zestawie 'Lavaging Expectorate Of Lysergide Composition' i ostro poszatkowany 'Inpropagation'. "Necroticism – Descanting The Insalubrious" to czysta perfekcja i przełom w gatunku, a tym samym obowiązek dla każdego miłośnika brutalnych dźwięków.


ocena: 10/10
corpse
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/carcass

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:




Udostępnij:

14 lutego 2012

Pestilence – Testimony Of The Ancients [1991]

Pestilence - Testimony Of The Ancients recenzja okładka review coverNa początek przywalę z grubej rury i bez zbędnego owijania w bawełnę, bo nie ma sensu tego ukrywać. "Testimony Of The Ancients" to w mojej nieskromnej, fanatycznej opinii absolutnie najlepszy album w dziedzinie technicznego death metalu (a właściwie death metalu w ogóle) jaki kiedykolwiek się ukazał! Bezbłędny, niedościgniony, wielki, oryginalny, błyskotliwy, niepowtarzalny, obłędny! Możecie mnie oblewać roztopionym ołowiem, ćwiartować zardzewiałą żyletką a nawet straszyć gotyckimi wywłokami. Ba! Wizyta w pokoju 101 nie sprawi, żebym zmienił zdanie w tym temacie. To powinno starczyć za całą recenzję. Jeśli jednak komuś mało — w co zresztą wątpię — to zapraszam na litanię do Almighty Pestilence. Wizjonerzy technicznej brutalności zamknęli w ośmiu 'właściwych' utworach "Testimony Of The Ancients" wszystko, co w takiej muzyce najlepsze, okraszając to poziomem wykonawczym wyrastającym znacznie ponad znane wówczas standardy i nieprawdopodobną wprost inwencją. Doskonałe i zasługujące na uwagę jest tu wszystko, każdy, absolutnie każdy najmniejszy element tego Albumu dowodzi kunsztu jego Twórców, którzy niczego nie pozostawili przypadkowi, obmyślając kapitalny muzyczno-liryczny koncept. To dlatego obok 'normalnych', powalających, olśniewających death’owych killerów mamy jeszcze osiem instrumentalnych miniatur, które dodatkowo spajają kawałki, wprowadzając klimat horroru i tajemnicy, a zarazem czyniąc Płytę wyjątkowo łatwą w słuchaniu. Wprawdzie nie uświadczymy tu aż takiej brutalności, jak na "Consuming Impulse", lecz nadal nie jest to materiał na dżingle w katolskich rozgłośniach. Pestilence udowadniają, że można grać agresywnie i bezkompromisowo bez uciekania się do ciągłego tremola i blastu – po prostu ekstrema z głową. Dla przeciwwagi sporo miejsca zostawiono dla wysublimowanego piękna, które uwidacznia się szczególnie w solówkach, choć i przed większością riffów można paść na kolana. Gitarzyści Mameli (autor większości materiału) i Uterwijk dysponowali mnóstwem patentów na urozmaicenie utworów oraz techniką niezbędną do ich wdrożenia, przez co są one arcyciekawe i zaaranżowane z niezwykłym wyczuciem, finezją i wyobraźnią. Mimo kapitalnych umiejętności nie bawili się Oni jednak w kombinowanie i udziwnianie na siłę – wszystko jest na swoim miejscu, brzmi naturalnie i nie tworzy dysonansów. Dołóżcie do tego głębokie, wyraźne wokale Patricka (nie tak znowu odległe od tego, co robił Martin van Drunen), pełną smaczków okładkę (wersja winylowa rządzi!), ciekawe teksty oraz rewelacyjne brzmienie Morrisound (Scott Burns, a jak!), a będziecie mieli pełny obraz Absolutu. "Testimony Of The Ancients" znam na pamięć od kilkunastu lat, lecz nadal nie potrafię podejść doń bez emocji, ciągle mnie zaskakuje, zachwyca i nie pozwala się odeń oderwać. Szczerze polecam – ten genialny Album jest wart każdych pieniędzy!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

11 listopada 2010

Wolf Spider – Hue Of Evil [1991]

Wolf Spider - Hue Of Evil recenzja okładka review coverOstatni album niedoścignionych magików z Wolf Spider ujrzał świat kilka miesięcy później niż rewelacyjny "Drifting in the Sullen Sea". Słychać to bardzo wyraźnie, że krążek należy do okresu schyłkowego w działalności zespołu, słychać też doskonale, że co lepsze kawałki zapodano na — wspomnianym powyżej — poprzednim albumie. Tak sobie jednak myślę, że jeśli tak mają brzmieć 'odpadki', to życzę wszystkim dzisiejszym kapelom takich singli. I mówię to poważnie. Sama muzyka nie zmieniła się wiele w stosunku do "Drifting...", stała się — że użyję takiego niemuzycznego określenia — bardziej kwaśna. Nadal jest jednak solidnie umocowana w typowo thrashowych klimatach, tym razem nieco bardziej siermiężnych i grubo ciosanych i nadal jest konkretnie popieprzona technicznie. Zastanawiam się, ile dzisiejszych kapel byłoby w stanie zagrać coś podobnie kompleksowego, nie mówiąc już o skomponowaniu i w sumie wychodzi mi, że niewiele – choć to i tak bardzo eufemistyczne określenie. Niebanalne riffy, wirtuozerskie solówki, przyjemnie plumkający i bardzo selektywny bas oraz na poły dzika i punkowa, na poły techniczna perkusja – tak właśnie brzmią "Barwy Zła". Żeby nie być gołosłownym powołam się tylko na "Homeless Children" oraz "Down the Drain". Zaledwie dwa kawałki, ale wystarczy, żeby zobrazować o czym mówię. Wspomniana kwaśność krążka jest wynikiem barwy i ekspresji wokaliz, które — moim zdaniem — zniżkowały w porównaniu z "Drifting...". Jest to jednak chyba jedyny mankament natury, nazwijmy ją, technicznej, do pozostałych elementów nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń. Natomiast główny zarzut w stronę płyty sformułowałem na początku, więc nie będę się powtarzał. Na podsumowanie nie pozostaje mi powiedzieć nic innego jak tylko, iż to wielka szkoda, że kapela nie wytrzymała starcia z komercją. Bowiem nawet album niższych lotów, odczuwalnie słabszy, oscyluje w granicach nieosiągalności znakomitej większości kapel.


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: www.wolfspider.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 sierpnia 2010

Wolf Spider – Drifting In The Sullen Sea [1991]

Wolf Spider - Drifting In The Sullen Sea recenzja okładka review coverTrzeci album fenomenalnej polskiej kapeli tech thrashowej Wolf Spider to wydawnictwo, które bez najmniejszych wątpliwości można nazwać wybitnym w skali ogólnoświatowej. Niemcy mają Mekongów, Szwajcarzy – Coronera, Kanadyjczycy – Annihilator, a my, Polacy, mamy Wolf Spider. I ani na krok, na wyciągniętą rękę z tacą, ani na babciny wąs im nie ustępujemy. Szkoda tylko, zajebiście szkoda, że całe to dobro — podobnie jak wiele innych, wyprzedzających sobie współczesnych kapel — nie przetrwało próby czasu i Wolf Spider zakończył swoją działalność niedługo po wydaniu czwartego albumu zatytułowanego "Hue Of Evil" w tym samym zresztą, co "Drifting in the Sullen Sea" roku. Jedyne z czego pozostaje się cieszyć mimo rozpadu, to fakt, że muzyka jest tak kompleksowa, pełna rozmaitych smaczków i ukrytych wymiarów – tak fantastyczna, że jej słuchanie nie nudzi się nawet po setkach sesji. Płytę można spokojnie na tydzień wrzucić do odtwarzacza i przez cały ten czas, niezależnie od naszego aktualnego nastroju, kawałki Poznaniaków będą idealnie pasowały do naszych muzycznych smaków. Szybko i agresywnie, spokojnie i majestatycznie – nie ma znaczenia, na co akurat mamy ochotę, bo muzyka i tak — z mocą riposty pana Liwko — sięgnie i ukoi nasze zmysły. I nawet nie bardzo wiadomo, jak to jest możliwe, że jeden utwór można odebrać na tyle, różnych, sposobów. A przecież każdy ma jakiś leitmotiv. Podobnie jak w przypadku pozostałych wydawnictw Wolf Spider, także i "Drifting..." ma swój niekwestionowany numer jeden, którym jest kawałek tytułowy. Rozpoczyna się on niepozornie, nieśmiało wręcz, potem stopniowo rozkręca, by w refrenie przyładować takim geniuszem, że się zwoje mózgowe prostują. Tych kilka dźwięków, kilka dosłownie sekund, ma moc i majestat trzech Jagiełłów (czyli około 1600 Komorowskich). No i jeszcze ten riff! Mi nic więcej nie potrzeba, spadam posłuchać Spiderów.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.wolfspider.pl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

22 czerwca 2010

Morbid Angel – Blessed Are The Sick [1991]

Morbid Angel - Blessed Are The Sick recenzja okładka review coverW dwa lata po znakomitym debiucie Morbidzi wykonali następny pewny krok w kierunku sztuki coraz bardziej ekstremalnej i złożonej. Zmiany słychać od samego początku, gdy po wybrzmieniu intra do słuchacza docierają pierwsze — i wolne! — takty 'Fall From Grace'. Nie jest to jednak oznaka zdziadzienia/dania dupy, a znacznie większej świadomości i lepszych umiejętności zespołu. Czym się to objawia? Ano chłopaki nie boją się już zwolnić, kombinują z częstymi zmianami tempa, innym rozłożeniem akcentów i bardziej złożonymi strukturami kawałków. Po prostu, w miejsce nieokiełznanego (czasem) szaleństwa wprowadzono dużo precyzji i techniki. Mocniejszy i wyraźnie niższy jest wokal Vincenta, który w połączeniu z nieco innym sposobem śpiewania dał naprawdę niezłe efekty. Jest jeszcze jedna nowość, którą można różnie rozpatrywać. Chodzi mi o kawałki instrumentalne w liczbie aż czterech (wliczam intro), spośród których przynajmniej dwa, jak dla mnie, nie mają żadnego uzasadnienia. Mimo to porządnych numerów jest tu co najmniej kilka: 'Rebel Lands', 'Day Of Suffering', wspomniany 'Fall From Grace' czy 'The Ancient Ones'. Rzut oka w książeczkę i już wiemy, kto w głównej mierze odpowiada za "Blessed Are The Sick". Dominacja (na to jeszcze przyjdzie czas, hehe...) materiału stworzonego przez Trey’a jest zdecydowana, wkład Brunelle to już niemal wyłącznie solówki (a tych nadal jest sporo). Sam Richard przyznawał, że wtedy Azagthoth pozostawił go daleko w tyle, jeśli chodzi o pisanie muzyki. Poprawie uległo brzmienie – gitary stały się cięższe i wyraźniejsze (choć też bardziej suche), a gary zyskały sporo przestrzeni, dzięki czemu słychać każde uderzenie Sandovala (efekt bliższy "World Downfall" niż debiutowi). Album ma prawie same plusy, dostarcza wielu przyjemnych chwil, więc ocena właściwie generuje się sama.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

14 czerwca 2010

Morgoth – Cursed [1991]

Morgoth - Cursed recenzja okładka review coverSzczytowe osiągnięcie niemieckiego death metalu? Na to wychodzi, przynajmniej jeśli patrzeć na lata 90-te. Wprawdzie konkurencję Morgoth miał zawsze kiepawą (co jest zastanawiające jak na tak 80-milionowy kraj), ale to w niczym nie umniejsza ich klasie i zajebistości. 'Właściwy' debiut zespołu zrywa ze znaczącymi wpływami Death, wprowadzając na ich miejsce sporo ciekawych patentów, urozmaicających tradycyjne struktury. Co prawda kompozycje nie są już tak brutalne jak na znakomitych EPkach, ale za to zyskały na przestrzeni, stały się bardziej 'podniosłe' i ciężkie. Chociaż napierduchy nadal nie brakuje (a i poziom 'zadziorności' nie uległ specjalnie zmianie), to pojawiły się tu śmiałe skoki w bardziej klimatyczne, niemal doomowe rejony. Znaczy to tyle, że chłopaki często i solidnie zwalniają. "Cursed" jest przez to dziełem stosunkowo oryginalnym, nieprzystającym do dokonań Cannibali z jednej czy Grave z drugiej strony. Krążek jest bardzo udany i obfituje w wyjątkowo mocne kawałki. Spośród nich mnie szczególnie rusza zajebiście genialny 'Sold Baptism' (przy okazji – niezły klip). Reszta również prezentuje się niczego sobie, zwłaszcza że sprawnie dobrano proporcje między szybkim i agresywnym graniem a ciężarem i zwolnieniami. Do tego refreny, które przyswaja się góra po dwóch przesłuchaniach. Warto poszukać do kolekcji!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.morgoth-band.com

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

24 marca 2010

Gorefest – Mindloss [1991]

Gorefest - Mindloss recenzja okładka review coverOd premiery "Mindloss" minęło już przeszło 19 długich lat. Wówczas albumik zrobił nawet niemałe zamieszanie i dał Holendrom możliwość wypłynięcia na głębsze wody, którą nota bene umiejętnie wykorzystali. Różni się on znacznie od późniejszych dokonań Gorefest. Jest zimny, surowy, prosty, mało tu melodii, ale jednak przyjemnie się go słucha. Ot taki brutalny old schoolowy death metal, inspirowany dokonaniami sceny amerykańskiej i brytyjskiej z późnych lat 80-tych. Inspirowany, ale jednocześnie ze swoimi pięcioma groszami. Wszystko zaczyna się krzykami maltretowanych ludzisk, a po nich już tylko 9 stricte death metalowych brutalnych numerów. Jako pierwszy rusza rozpędzony walec "Mental Misery", w którym Panowie pokusili się o użycie klawiszy. Kolejny po nim to  szybki "Putrid Stench Of Human Remains". Następnym kawałkiem godnym uwagi jest zimny jak skurwysyn "Tangled In Gore" z fajną grobową solówką. No a po nim chyba najlepszy numer tej płyty: "Confessions Of A Serial Killer". Zdecydowanie najlepsze riffowanie oraz sola, poza tym jest dosyć melodyjny w porównaniu z resztą, a i wokalnie wydaje się być jakoś mocniej odryczany. Jeżeli już o wokalach, to trzeba zaznaczyć, że Jan Chris na "Mindloss" nie miał jeszcze tego wspaniałego daru łączenia naprawdę brutalnego, głębokiego, przeponowego growlu z wyrazistością wykrzykiwanych, a tu raczej wyrzygiwanych tekstów. Niemniej jednak raczej nie pomyliłoby się tego głosu z żadnym innym. Całe te oldschoolowe grzańsko kończy się kawałkiem pod jakże niewinnym tytułem "Gorefest" – ładnie opakowanym, bo i początek i koniec są dość melodyjne, a środek to lodowata old schoolowa bryła mięcha. Jednym zdaniem "Mindloss" to kawał naprawdę dobrego death metalowego kloca.


ocena: 8/10
corpse
oficjalny profil MySpace: myspace.com/gorefest

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 marca 2010

Atheist – Unquestionable Presence [1991]

Atheist - Unquestionable Presence recenzja okładka review coverPamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem fragmenty "Unquestionable Presence" i pozostałych dwóch dzieł Atheist, to było zupełnie nowe doznanie muzyczno-emocjonalne. Długo musiałem czekać, aby mieć pełny album amerykańskich mistrzów. Gdy już go miałem, Atheist — podobnie jak DEATH — przeniósł mnie w kompletnie inny wymiar, a tym samym w inną rzeczywistość, w świat, gdzie nie ma rzeczy niemożliwych. Może brzmi to trochę dziwnie, ale muzyka zawarta na "Unquestionable Presence" jest prawdziwym mistrzostwem świata i, tak samo jak muzyka DEATH, jest poza zasięgiem dla innych zespołów. Aby stworzyć taki materiał, trzeba mieć nieograniczoną wyobraźnię, umysł i talent, a właśnie te cechy mają wszyscy członkowie Atheist. Połączenie death metlu z jazzem, które miało już miejsce na jedynce tu po prostu eksplodowało, niesamowicie podnosząc i tak już bardzo wysoki poziom muzyczny zespołu. Nie ma tu miejsca na choćby dobre i bardzo dobre numery, tu są tylko genialne, arcymistrzowskie utwory. Kurwa, z czym my tu mamy do czynienia! Diabelska technika, popierdolona sekcja rytmiczna, pokręcone, szalone sola i te wariackie wstawki jazzowe, których niejeden jazzman by nie odegrał! Tak jest przez całe 32 minuty i 27 sekund. Każdy utwór zupełnie inny, w żadnym nie ma spokojnych miejsc. Wszystkie są zapchane obłędnymi, jazzującymi pomysłami, których umysł nie każdego człeka będzie w stanie zarejestrować. Trudno pisać o jednym z najlepszych albumów death metalowych, jaki świat miał okazję usłyszeć. O takich albumach tylko i wyłącznie można pisać w samych superlatywach, które i tak nie są w stanie oddać tego, co tych czterech panów podało nam w 1991 r. Tak swoją drogą zastanawiam się czy jest sens pisać o TAKIM materiale, chyba najlepiej byłoby podać link do dowolnego utworu z tej płyty, a on pokaże potęgę "Unquestionable Persence". Taka muzyka nie wymaga rekomendacji, o takiej muzyce nie trzeba czytać, takiej muzyki tylko się słucha, aby nie stracić choćby sekundy wyższych doznań, które ona przynosi.


ocena: 10/10
corpse
oficjalna strona: www.officialatheist.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Suffocation – Effigy Of The Forgotten [1991]

Suffocation - Effigy Of The Forgotten recenzja okładka review cover"Effigy Of The Forgotten" to już płyta klasyczna jeśli chodzi o death metal, wprawdzie nie można jej zaliczyć do najgłębszej przeszłości gatunku (chociaż trochę latek jednak ma), ale dla pewnego grona ludzi jest pozycją bardzo ważną. Mam na myśli przede wszystkim ogromne rzesze miłośników tego najbrutalniejszego death metalu, jak również i tych skłaniających się bardziej ku nurtowi grind. Muzyka na debiucie Suffocation jest wyjątkowo urozmaicona i świadczy o klasie wykonawców – nie brak tu całkiem szybkiej nawalanki, jest kilka fajnie zaaranżowanych zwolnień, jak i sporo mielenia (w przypadku tego zespołu to określenie pasuje wprost doskonale) w średnich tempach. Można odnieść wrażenie, że utwory znane już z EP "Human Waste" zagrane są nieco wolniej, ale według mnie wynika to raczej z różnicy w brzmieniu między pierwszym LP a tamtym wydawnictwem, bo numery takie jak 'Infecting The Crypts' czy 'Mass Obliteration' zagrane są z prawdziwym wykopem. Poruszyłem kwestię brzmienia – jest bardzo dobre (Scott Burns i Morrisound, więc w sumie wszystko jasne), stosunkowo niskie, wystarczająco czytelne, a przy tym odpowiednio zbasowane – wyśmienicie do tej rzeźni pasujące. Same kompozycje zwracają uwagę przemyślaną strukturą, muzycy robią świetny użytek ze swoich umiejętności technicznych (a te już na wczesnym etapie mieli niczego sobie), nie ograniczają się przy tym do ciągłego napieprzania, tylko sprawnie operują zmianami tempa, unikając tym samym niepotrzebnej nudy. Co ważne, i bardzo w tamtym okresie częste – już ma debiucie kreują swoją odrębną tożsamość na death metalowej mapie świata. Osobna sprawa to wokal – Frank Mullen również zadbał o to, by odróżnić się od tych wszystkich Bentonów, Vincentów czy Barnesów i wprowadził bardzo niski growl (często na granicy czytelności) wpadający niekiedy w przyjemnie brutalny bulgot lub nieco wyższe wrzaski. Ilu znalazł naśladowców – tego chyba mówić nie muszę. Spotkałem się z opiniami, że "Effigy Of The Forgotten" jest najlepszym kąskiem w death metalu. Jest w tym sporo przesady, ale bez wątpienia to znakomity album klasycznej kapeli.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Immolation – Dawn Of Possession [1991]

Immolation - Dawn Of Possession recenzja okładka review coverRok 1991 to czas wprost przeobfity w death metalowe perły, w tym także arcydzieła – tak czołówki gatunku, jak również kilku znakomitych debiutantów, że wspomnę tylko o Suffocation i opisywanym już Asphyx. Do tej drugiej grupy bez wątpienia zaliczyć można (należy!) pierwszy krążek obłędnego Immolation. "Dawn Of Possession" to dziesięć numerów klasycznego, bluźnierczego death metalu na najwyższym poziomie. Wygrzew jest niekiepski i — parafrazując tytuł jednego z utworów — bez rozlewu krwi podczas słuchania się nie obędzie. Od pierwszych taktów słychać, że chłopaki mają ciekawe pomysły i solidne umiejętności, które potrafią odpowiednio wykorzystać do szerzenia dźwiękowej odrazy. Uwagę przykuwa charakterystyczny szorstki sound gitar (płytę nagrano w Music Lab Studios w Berlinie – tam, gdzie "Consuming Impulse"); riffy suną do przodu jak normalne pociągi w normalnym kraju, solówki Vigny wwiercają się w mózg, bas miarowo bulgocze, a Craig Smilowski za garami odwala swoją robotę precyzyjnie i co najmniej solidnie. Nie liczcie tutaj na super prędkości – owszem, bywa szybko (bez blastów), ale równie często zespół angażuje się w upakowane flażoletami zwolnienia, lub — i z tym przede wszystkim mamy do czynienia — nawala w średnich tempach. Przeszywający chłodem i pewną dozą obojętności wokal Dolana to kolejny rozpoznawalny atut tej produkcji. Amerykańce doskonale wiedzą, jak przy pomocy 'Into Everlasting Fire', 'Those Left Behind' czy chociażby 'Burial Ground' zrobić fanom dobrze! Choć recenzowany debiut został bardzo dobrze przyjęty, Immolation nigdy nie zyskali takiej popularności jak chociażby Cannibal Corpse, co zapewne miało związek z tym, że nie był nastawiony na szokowanie (patrz: normalne teksty, 'żaden' wizerunek), a ich drugi krążek powstał dopiero pięć lat później. Nie zmienia to faktu, że zespół obrósł kultem jak rasowa metalówka grzybem i pleśnią. Jeżeli są wśród was ludzie, którzy interesują się brutalnym i technicznym death metalem, powinni jak najszybciej poznać tą jakże ważną cegiełkę amerykańskiej sceny.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Asphyx – The Rack [1991]

Asphyx - The Rack recenzja okładka review coverOd czasu, gdy poznałem ten holenderski pomiot, Asphyx jest dla mnie wyznacznikiem ciężaru – maksymalnego, miażdżącego kości ciężaru. Mam wrażenie, że jeszcze chyba długo takim pozostanie, bowiem niewiele innych — i nieważne czy to starych czy nowych — zespołów stać na uzyskanie tak makabrycznych efektów. Wracając jednak do "The Rack", w sposób bardzo uproszczony można by określić to wydawnictwo jako "mniej techniczne (czy nawet proste), wolniejsze i cięższe Pestilence". Te porównania (a może raczej skojarzenie) nie są przecież przypadkowe, wszak sam Martin van Drunen zajmuje się tutaj rzyganiem do mikrofonu i szarpaniem basowych strun. Pal licho gitarę, tu chodzi o głos, a jak wiadomo jego maniera wokalna jest bardzo charakterystyczna. Jak już wspominałem Asphyx jest wolny. To fakt; niejednokrotnie dochodzi nawet do tego, że zwolnienie przechodzi w... jeszcze bardziej zamulające zwolnienie! Oczywiście jak na śmierć metal, tak i tu doszukać się można niezłych przyspieszeń – nieco chaotycznych, nieokiełznanych i momentami dzikich, jednak i tak giną one w morzu zarzyganego dołowania dźwiękiem. Pojawiające się okazjonalnie klawisze wygładzają muzę i potęgują duszną atmosferę. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że Asphyx stworzył tu podwaliny ponurego death-doom (w tej kolejności). Do swoich ulubieńców na krążku zaliczyłbym niesamowicie brutalny i szybki (oczywiście jak na nich) 'The Sickening Dwell', majestatyczny i monstrualny zarazem 'The Rack' (9 minut maltretowania!) i chwytliwy na swój sposób 'Vermin'. Brzmienie materiału jest naturalnie cholernie ciężkie i takie hmmm... pierwotne, niemniej ma to swój urok i do takiej muzyki pasuje wprost wybornie. Pomimo tego, iż wydawać by się mogło, że ten materiał to tylko nudne i usypiające nawalanie na wolnych obrotach, to całość mija niepostrzeżenie szybko! Jeśli tylko lubicie potężny death metal oraz pierwsze płyty Pestilence (szczególnie "Consuming Impulse") to "The Rack" musi znaleźć się w waszej kolekcji. Warto poczuć, co to prawdziwy ciężar, a zarazem zmierzyć się z najlepszym krążkiem Asphyx!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Gorguts – Considered Dead [1991]

Gorguts - Considered Dead recenzja okładka review coverNooo to już wiecie, skąd ukradliśmy nazwę dla bloga... Przed państwem debiut wybitnego Gorguts – zespołu będącego obecnie w cieniu i poza ogólnym zainteresowaniem, a niegdyś przecież najważniejszego przedstawiciela kanadyjskiego (i popieprzonego) death metalu. Przy pierwszym, pobieżnym, kontakcie "Considered Dead" może się kojarzyć z innym (a sławniejszym) wydanym w podobnym czasie przez Roadrunner wymiotem – "Effigy Of The Forgotten", a to z racji bardzo podobnego brzmienia (miażdżące, doskonale masywne, pełne basów – w końcu Morrisound ze Scottem Burnsem) i produkcji. Jednak kolejne przesłuchania utwierdzają w przekonaniu, iż mamy jednak do czynienia ze zdecydowanie odmiennym zespołem. Kanadyjczycy, w porównaniu z Suffocation, nagrali bowiem album całościowo mniej brutalny (co nie znaczy, że nie jest brutalny, o nie!), wolniejszy, a bardziej ukierunkowany na technikę, motorykę (mocarna sekcja!) i bardzo zwarte kompozycje. Na płycie wyraźnie dominują średnie tempa, natomiast wszelkie pojawiające się przyspieszenia nie są częste, ani tym bardziej specjalnie imponujące, więc w żadnym wypadku nie należy wrzucać Gorguts do worka z death’owymi sprinterami, choć warunki ku temu niewątpliwie posiadają. Najważniejsze jest to, że na "Considered Dead" uniknięto monotonii, a przejścia z tempa średnio-średniego do średnio-szybkiego (jazda na dwie centralki) cechuje takie wspaniałe jebnięcie, że po prostu wgniatają w podłoże. Album trzyma cholernie równy poziom, ale mnie szczególnie powalają dwa numery: dynamiczny i mielący zarazem 'Drifting Remains' oraz 'Waste Of Mortality' – znakomity popis (instrumentalny) możliwości całej kapeli, z wieloma zmianami tempa (w ogóle na płycie jest ich dużo, ale tu mamy kumulację), solidnymi solówkami i świetnymi melodyjnymi motywami. Warto wspomnieć o pewnej ciekawostce/dodatku – gościnnym udziale dwóch znanych muzyków: Chris Barnes pocharczał w trzech numerach, a James Murphy strzelił charakterystyczne dla siebie solo w 'Inoculated Life'. "Considered Dead" to naprawdę zacna, choć raczej zapomniana płyta, niemniej jednak fani klasycznego (i technicznego) amerykańskiego death metalu z początku lat 90-tych powinni być zadowoleni. Ja jestem.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.gorguts.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

22 marca 2010

Massacre – From Beyond [1991]

Massacre - From Beyond recenzja okładka review coverMassacre, jako jeden z pierwszych prawdziwych deathowych pomiotów i tym samym prekursorów gatunku, oficjalnie debiutowali dość późno, bo w siedem lat po założeniu zespołu. Ale to akurat pikuś, biorąc pod uwagę w jaką kapelę muzycy byli zaangażowani. Jak zapewne doskonale wiecie, skład, który podpisał się pod "From Beyond", przewinął się w całości w różnych okresach przez Mantas/Death, jednak zawartość krążka nie jest kopią dokonań Śmierci, to twór całkowicie odrębny. Chłopaki wyciągnęli pewne doświadczenia ze współpracy z Chuckiem, dzięki czemu poziom albumu jest naprawdę wysoki, a przy tym zrobili coś swojego, co zapewniło im na zawsze miejsce w historii death metalu. Jak dla mnie "From Beyond" leży gdzieś na przecięciu "Leprosy", "Reign In Blood", "Harmony Corruption" i "Seven Churches", czerpiąc z każdego z tych materiałów stosunkowo charakterystyczne patenty – czy to sposób riffowania, rytmikę, produkcję czy pomysły na solówki. Daje to nam, jak przystało na początek lat 90-tych, pierwszorzędną deathową młóckę – dość szybką (choć nie ekstremalnie), ciężką i surową. Dochodzi do tego spora, typowa dla wielu klasycznych płyt, chwytliwość materiału. Te kawałki po prostu zostają w pamięci. Nie ma tu techniczno-progresywnych zapędów Death ani Morbidowego blastowania, są za to bardzo miłe dla ucha rytmiczne napierdólki (Bill Andrews i dwie centralki!) i masa momentów porywających do młyna. Kurwa, tego się najzwyczajniej w świecie świetnie słucha! Bo co powiecie o takim 'Cryptic Realms', 'Symbolic Immortality', 'Chamber Of Ages' czy odświeżonym 'Corpsegrinder'? Tak, to czysta masakra, hehe... Zresztą, to można powiedzieć o każdym kawałku z tego albumu. Więc jeśli tylko interesuje was death metal w swojej najbardziej klasycznej odmianie, debiut weteranów z Florydy powinien stanąć na waszej półce pośród Asphyx i Morgoth.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MassacreFlorida

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij: