Los bywa przewrotny – mój pierwszy kontakt z Antiversum zakończyłem z mocnym postanowieniem, że więcej kontaktów z Antiversum nie przewiduję. Na „Cosmos Comedenti” z 2017 nie znalazłem kompletnie niczego, co by mnie mogło na dłużej przykuć do głośników albo choćby zmusić do zagłębienia się w tamten materiał. Miała być potęga kosmosu, wyszła pospolita nuda. Przez kolejne kilka lat w ogóle nie zawracałem sobie głowy Szwajcarami, aż w niejasnych okolicznościach trafiłem na De Nemesis Omnes Et Omnia. Zespół dostał zatem drugą szansę; tej już nie zmarnował, aczkolwiek mógł się postarać bardziej.
Daleki jestem od stwierdzenia, że drugi album Antiversum powalił mnie na kolana i będę do niego regularnie wracał, ale potrafię uczciwie docenić rozwój zespołu, jaki dokonał się na przestrzeni tych paru lat dzielących oba krążki. Szwajcarzy dalej obracają się w stylu, który łączy black-deathmetalowy trzon z okazjonalnymi naleciałościami doomu i ambientu, jednak muzyka zawarta na De Nemesis Omnes Et Omnia na pewno jest dojrzalsza, lepiej zaaranżowana, bardziej złożona i wymagająca od tej z debiutu. Jest też o wiele ciekawsza, bo w baaardzo rozbudowanych utworach (nawet kilkunastominutowych) nie brakuje przeszywających riffów, ambitnie poprowadzonych melodii czy przyjemnie drażniących udo dysonansów. Niestety, przy takiej objętości materiału (56 minut) trafiają się także momenty dość monotonne, kiedy zespół wpada w pułapkę powtórzeń powtórzeń i stanowczo zbyt długo mieli średnio udane motywy.
Bardzo istotnym elementem De Nemesis Omnes Et Omnia jest, czy raczej miała być atmosfera. Antiversum w tekstach zajęli się koncepcją, według której czas jest wrogiem wszystkiego i wszystkich, a jego brak prowadzi do całkowitego zastoju wszelkiego istnienia. Taka tematyka daje sporo miejsca dla uzasadnionych eksperymentów z dynamiką i rozmaitych dziwacznych zagrywek, jednak zespół nie wykorzystał w pełni tego potencjału i album jest pod tym względem nierówny. O ile w niektórych fragmentach (zwłaszcza w „Pulsar Feralis” i „Scudo-Nero”) Szwajcarzy zagrali niemal monumentalnie, z rozmachem i zaskakująco, tak już w innych („QBism”, „Vuoto”) poszli po linii najmniejszego oporu i ograniczyli się do ambientów czy wspomnianych nużących powtórzeń. I jeszcze jedno – trudno stworzyć nastrój czegoś wielkiego i podniosłego przy pomocy „packającego” cosia, który w domyśle ma być perkusją. Brzmienie garów/automatu (wkładka milczy na ten temat) jest po prostu koszmarne, fatalnie wpływa na odbiór krążka, zaś od słuchacza wymaga nie lada wyrozumiałości.
Nie podejrzewałem Antiversum o jakiś faktyczny rozwój, zwracam więc honor. Jednocześnie zaznaczam, że postęp u Szwajcarów dokonuje się w niezbyt imponującym tempie. W tym miejscu pewnie ważniejsze jest to, że jest on naprawdę dostrzegalny. De Nemesis Omnes Et Omnia to całkiem nieźle pomyślany, acz niepozbawiony wad materiał, który jednak traktuję bardziej jako fundament i punkt wyjścia do zmajstrowania czegoś lepszego w przyszłości.
ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/antiversum
Źle się dzieje w grindzie polskim, a mam tu na myśli jego najstarszych przedstawicieli, bo z bogatego katalogu ekip znanych na całym świecie ostała nam się ich tylko garstka: Squash Bowels, Neuropathia i Epitome, spośród których tylko ci ostatni są jako tako aktywni wydawniczo. Jest źle, a mogło być jeszcze gorzej, bo po wydaniu profetycznie-złowróżbnie zatytułowanego
Od pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat
Zdążyłem się już pogodzić z tym, że kolejne płyty Testament powstają po dość długich przerwach, jednak z pogodzeniem się z tym, że od dawna żadna nowa nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ciągle mam problem. Ciągle też patrzę na ten zespół przez pryzmat
U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.


