27 września 2026

First Fragment – Gloire Éternelle [2021]

First Fragment - Gloire Éternelle recenzja reviewWydawać by się mogło, że po tak znakomitym debiucie, jakim był „Dasein”, kariera First Fragment wreszcie wskoczy na właściwe tory, zespół będzie mógł już rozwijać swój potencjał w normalnych warunkach i nadrobi stracony czas. Niestety, nic z tego nie wyszło i po początkowych zachwytach o Kanadyjczykach zrobiło się podejrzanie cicho. Kapela wróciła praktycznie do punktu wyjścia: ciągłych przetasowań w składzie, okazjonalnych koncertów i żmudnego dłubania przy muzyce. W końcu, po pięciu latach zmagań z niesprzyjającymi realiami First Fragment oddali w ręce fanów krążek numer dwa. Krążek dłuższy, bardziej rozbudowany, urozmaicony i efektowny od „Dasein”.

Z oczywistych względów Gloire Éternelle nie robi już tak wielkiego pierwszego wrażenia jak debiut, ale po wgryzieniu się w ten materiał nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Kanadyjczycy sporo kwestii tu rozwinęli i udoskonalili – po prostu weszli na następny poziom. Poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko, a mimo to First Fragment udało się ją przeskoczyć, wprowadzając do muzyki garść nowych wpływów (choćby flamenco i funky…) i rozwiązań, które, poparte błyskotliwą techniką, uczyniły ją jeszcze ciekawszą, zróżnicowaną i absorbującą. Już sam fakt, że zespół upchnął na Gloire Éternelle około stu (tak, 100!) solówek, daje jakieś pojęcie o skali rozmachu i stopniu złożoności tego krążka.

Jako że tak bogata i skomplikowana muzyka nie może powstać w ciągu miesiąca czy dwóch, to — podobnie jak w przypadku „Dasein” — Phil Tougas wraz z kolegami potrzebowali ładnych kilku lat, żeby poskładać te wszystkie łamańce do kupy (partie niektórych utworów sięgają 2006), dopracować je do maksimum (uwzględniając możliwości nowego składu) i podać z kapitalnym feelingiem, dzięki któremu (no, i melodiom!) całość wchodzi nadspodziewanie lekko. Pomimo mocno rozciągniętego w czasie procesu twórczego album brzmi świeżo, spójnie, naturalnie i atrakcyjnie. Gloire Éternelle słucha się z niesłabnącym zainteresowaniem nawet wtedy, gdy mózg już nie nadąża za zespołem i przegrzewa się od nadmiaru coraz to bardziej szalonych pomysłów, jakie pojawiają się m.in. w „De Chair et de Haine”, „Soif Brulante” czy „Pantheum”.

Nie da się ukryć, że First Fragment postawili na ilość, ale na pewno nie kosztem jakości, bo ta na Gloire Éternelle jest niebotyczna i budzi podziw od pierwszego do ostatniego kawałka. Nie przeczę jednak, że u niektórych objętość płyty (72 minuty), jej stylistyczna rozpiętość i obfitość wszelakich atrakcji może prowadzić do zaburzeń błędnika i przebodźcowania. Szczególnie o to łatwo w przypadku 19-minutowego „In'el”, w którym po paru chwilach trudno się połapać, co jest motywem przewodnim i wokół czego ta zaawansowana trzepanka się kręci, ale i stosunkowo krótki (4 i pół minuty) „Pantheum” też robi solidne zamieszanie pod kopułą, gdy zespół rusza z sekcją 16 solówek. Jeśli więc na Gloire Éternelle miałbym się do czegoś przyczepić — choć raczej w imieniu niewkręconej w takie granie społeczności niż swoim — to tylko do czytelności przepełnionych popisami utworów.

Bez względu na to, jak pokręcone i wymagające dźwięki wychodzą spod palców muzyków First Fragment, doskonale słychać, że sami dobrze się przy tym bawią i nie w głowach im jakiekolwiek ograniczenia. To podejście w jakiś sposób przekłada się na przystępność materiału, który w innym wypadku mógłby być męczący i zwyczajnie niestrawny. Jednym słowem: klasa! Teraz pozostaje nam zadać sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jak długo będziemy musieli czekać na kolejną płytę?


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/FirstFragment/

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 września 2026

Left To Die – Initium Mortis [2026]

Left To Die - Initium Mortis recenzja reviewLeft To Die to trzeci, po Gruesome i Living Monstrosity, zmontowany na szybko projekt Matta Harvey’a, którego głównym i jakże, kurwa, altruistycznym założeniem było oddanie hołdu dziedzictwu wczesnego Death – a to wszystko tylko i wyłącznie z myślą o fanach, którzy nigdy nie mieli okazji posłuchać oryginalnych demówek w dobrej jakości (bo nikt nie miał takiej okazji, ha!) ani zobaczyć ich twórców na żywo. Ech… Intencje spiritus movens tego przedsięwzięcia od początku budziły moje wątpliwości, jednak ze względu na obecność w składzie Rozza i Butlera oraz widoczną radochę, jaką sprawia im granie tych kawałków, byłem skłonny do pewnego stopnia usprawiedliwić ten pomysł.

A niech se grają te covery, co mnie to obchodzi, przynajmniej nie przerabiają numerów Death i nie podpisują ich jako swoje – oto całość moich głębokich przemyśleń na temat Left To Die, zanim ci postanowili nagrać album. Później, po zapowiedzi Initium Mortis, sypałem już kurwami i chujami w ilości hurtowej, bo nawet pasożytowanie na dorobku Mantas/Death ma chyba jakieś granice, choć Matt Harvey zdaje się ich nie dostrzegać. W takim (uzasadnionym!) stanie wkurwu podszytego pogardą i obrzydzeniem przystąpiłem do konfrontacji z zawartością Initium Mortis, a wyszedłem z niej… zaskoczony i zadowolony. O dziwo, całkiem miło się tego gówna słucha.

Amerykanie wzięli na warsztat dziesięć kawałków Mantas i Death, które powstały w latach 1983-1985 i które nie miały szczęścia trafić na debiutanckiego longa, solidnie je ociosali, wyszlifowali i ozdobili efektownymi solówkami, i w rezultacie stworzyli materiał zjadliwy dla współczesnego słuchacza. Całość brzmi bardzo ładnie i jest precyzyjnie zagrana, co może i odbiera tym numerom trochę z ich prymitywnego/podziemnego charakteru, ale oldskulowy feeling, pełne banałów aranżacje i wszechobecne zapatrzenie w Slayera pozostały tu nienaruszone. Tak w ogóle, balans między pierwotną prostotą a teraźniejszą starannością jest jednym z większych atutów Initium Mortis; nie ma tu przegięć w żadną ze stron, więc nawet takie starocie jak „Death By Metal” wypadają naturalnie i przekonująco.

Co tu dużo ukrywać, debiut (???) Left To Die nie tylko przerósł moje oczekiwania, ale i okazał się materiałem, do którego raz na jakiś czas będę chciał wrócić. A skoro Amerykanom udało się przekonać do siebie tak wrogo nastawionego sceptyka, jakim byłem ja, to przypuszczam, że Initium Mortis sprzeda się w wystarczającym nakładzie, żeby ze strony Relapse pojawiły się naciski na kolejny krążek. Wszak jeszcze kilka numerów z demówek zostało do zagospodarowania, a i można cudownie odkopać jakieś nieznane rarytasy z okresu „Leprosy”.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lefttodiedeathmetal

podobne płyty:

Udostępnij:

6 września 2026

Pestilence – Bangkok Bloodshed [2026]

Pestilence - Bangkok Bloodshed recenzja reviewPatrick Mameli nic sobie nie zrobił z żenującej wtopy, jaką okazało się poskładane naprędce wydawnictwo „Levels Of Perception” i, jak gdyby nigdy nic, konsekwentnie prowadzi zespół ku samozagładzie i utracie resztek szacunku – tym razem oddając w ręce fanów produkt livepodobny. Bangkok Bloodshed ma być zapisem koncertu, jaki Pestilence zagrali 16 maja 2025 roku w Mr.FOX Live House wraz z Massacre, Subconscious Terror, Zygoatsis i Straenge, ale czy tak jest w istocie? Ta moja nieufność co do tego, co tu tak naprawdę się znalazło, wynika z braku jakichkolwiek informacji na krążku (nagano w Tajlandii w 2025 – to wszystko), braku jakichkolwiek zdjęć oraz bootlegowej jakości dźwięku. No, ale załóżmy optymistycznie, że to koncertówka z krwi i kości.

Płytka trwa ledwie 50 minut, znalazło się na niej tylko 12 utworów (plus intra do kawałków z „Testimony Of The Ancients”, najwyraźniej doklejone w studiu), co przekreśla nadzieje na jakąś wypasioną, zaskakującą i super przekrojową ucztę z masą hitów, których dawno nie słyszeliśmy. Ba, jest chyba nawet gorzej niż zwykle, bo brakuje tu dwóch numerów z „Exitivm” (nie wzdycham do nich, narzekam na ilość), które od pewnego czasu były częścią standardowego setu Pestilence. Zespół skupił się na największych klasykach z „Consuming Impulse” i „Testimony Of The Ancients” i doprawił je, co dla niektórych może być zaskoczeniem, trzema strzałami z „Resurrection Macabre” oraz „Morbvs Propagationem” z ostatniej płyty. Jak więc widać, jest skromie. A to tylko jedna z bolączek Bangkok Bloodshed.

Kolejną jest, no… tego… specyficznie pojmowana autentyczność tego materiału… Nagranie bowiem dość dobrze oddaje aktualną formę zespołu, a że ta nie jest najwyższa, to momentami ciężko się tego słucha. Razi niechlujne wykonanie starych szlagierów, do szału doprowadzają zmasakrowane solówki, a i wokal potrafi denerwować jakimiś bełkotami w miejscach oryginalnych tekstów. No i baaardzo przeciętne brzmienie ma się nijak do wcale nietaniego sprzętu, jakiego na co dzień używają muzycy Pestilence. Zupełnie jakby sami siebie nie słyszeli albo pozwolili kolesiowi za konsoletą na samowolkę. Nie potrafię tego zrozumieć ani niczym usprawiedliwić.

Pomijając wszystko inne, główną wadą Bangkok Bloodshed jest dla mnie całkowity brak koncertowego klimatu. Nie ma tu choćby szczątkowej konferansjerki, nie słychać też reakcji tajskiej publiki (oprócz dwóch sekund gwizdów na początku „The Secrecies Of Horror”), która (A) słynie z wyjątkowej żywiołowości i (B) powinna przecież szaleć, słysząc pierwszy raz na żywo takie sztosy, jak „Twisted Truth”, „Chronic Infection”, „Land Of Tears” czy „The Process Of Suffocation”. Otwarciu siedemdziesiątej Żabki na osiedlu towarzyszy większy entuzjazm.

Tak na dobrą sprawę Bangkok Bloodshed można kupić wyłącznie dla tych ośmiu klasyków Pestilence, które zawsze, nawet w najpodlejszym wykonaniu, potrafią dostarczyć sporo radości. Jeśli jednak kogoś interesuje jakość, niech się lepiej zastanowi nad przeznaczeniem pieniędzy na „Presence Of The Pest”.


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil facebook: www.facebook.com/Pestilenceofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 września 2026

Godslut – The Art Of Deconstruction [2026]

Godslut - The Art Of Deconstruction recenzja reviewWbrew temu, co tu i ówdzie próbowano nam, obywatelom, w mało wybredny sposób wciskać, debiutancki krążek Godslut niczym się na tle lokalnej sceny nie wyróżniał, a bajdurzenie o jego jakiejkolwiek wyjątkowości było naprawdę grubą przesadą. Na swoje szczęście zespół nie podchwycił tej narracji — czy może strategii marketingowej — i nie robił z siebie wizjonerów polskiego death metalu. I słusznie, bo kolejne potwierdzenie tego, że nimi nie są, dostaliśmy na The Art Of Deconstruction – owszem, słychać tu naturalny rozwój, ale na pewno nie zapędy rewolucyjne, choć w pewnych kwestiach chłopakom odwagi nie brakuje.

W ciągu tych trzech lat, jakie upłynęły od „Procreation Of God”, muzycy Godslut zdołali się poprawić praktycznie w każdym elemencie swego rzemiosła, ponadto dookreślili styl (tudzież ograniczyli liczbę inspiracji), uczynili go bardziej zwartym i wewnętrznie spójnym. Stąd też utwory na The Art Of Deconstruction są lepiej przemyślane, dojrzalej zaaranżowane, znacznie więcej się w nich dzieje, a ze względu na fajną motorykę i wplecione z wyczuciem efektowne solówki (Krzysiek Śniadecki brzmi jak nieślubne dziecko Vogga i Jacka Hiro) zdradzają całkiem niezły potencjał koncertowy – no, są po prostu ciekawsze. Niestety, poziomem oryginalności nie odbiegają od tych z debiutu – mnóstwo w nich jawnych zapożyczeń z późnego Decapitated oraz środkowego Banisher (długimi momentami Godslut grają bardziej banisherowo niż Banisher obecnie…), co wprawdzie dobrze świadczy o umiejętnościach chłopaków, ale na dłuższą metę może okazać się nużące/odstraszające dla osób szukających w muzyce czegoś nowego.

Żeby nie było, mimo wieeelu podobieństw do wspomnianych wyżej zespołów Godslut nie są w nie ślepo zapatrzeni i w paru miejscach The Art Of Deconstruction proponują coś niecoś od siebie, co w różnym stopniu wykracza poza formułę wypracowaną przez starszych kolegów. Większość tych, nazwijmy to, eksperymentów dotyczy elementu, który był główną bolączką „Procreation Of God” – wokali. Te „podstawowe”, choć wciąż nie idealne, są zdecydowanie lepiej-pewniej wykonane i już nie wkurwiają, natomiast te „kombinowane”, najczęściej czyst(aw)e, trudno uznać za udane i pasujące do całości. Do całości nie pasuje również kawałek tytułowy, który jest… taką dość ckliwą balladką z gościnnym udziałem wokalistki. Może i nie zaskakuje tak, jak kiedyś „Painful Silence”, ale sensu ma tyle samo co numer Sceptic. Obstawiam, że powstała tylko po to, żeby Krzysiek Śniadecki mógł się wytrzepać także na akustyku.

Godslut nie zmarnowali szansy danej im przez Selfmadegod (kawałkiem „Self-made Gods” zapewnili sobie chyba dożywotni kontrakt) i na The Art Of Deconstruction zrobili wyraźny krok naprzód względem poprzednika. Potencjał mają niemały, niemniej jeszcze dużo pracy przed nimi, żeby można było mówić o zespole bez automatycznego przywoływania i tych, z których twórczości obficie czerpią.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/godslut

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij: