Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty

1 maja 2016

Fleshless – Hate Is Born [2008]

Fleshless - Hate Is Born recenzja okładka review coverMam co najwyżej średnie rozeznanie w dokonaniach Fleshless, ale liznąłem ich już na tyle, żebym mógł bez wahania napisać, że z ich obfitej dyskografii (a raczej tego, co już zasłyszałem) to właśnie "Hate Is Born" trafia do mnie najbardziej, chociaż może akurat dla Czechów nie jest jakoś wyjątkowo reprezentatywnym materiałem. Opisywana płyta to dziesięć (plus intro) niezbyt spójnych wewnętrznie kawałków, w których pomysły na zestawienie z sobą poszczególnych elementów ocierają się nieraz o absurd, a rozmaite rozwiązania kompozycyjne w swej skrajności zwyczajnie nie trzymają się kupy. Paradoksalnie, jako całość "Hate Is Born", te numery spisują się naprawdę nieźle i — jak mi się zdaje — mają niemały potencjał koncertowy, bo trochę kopią, a chwytliwości im nie brakuje. Na monotonię w każdym razie nie można narzekać. Na brzmienie i wykonanie też nie, bo w tych punktach kolesie amatorki nie odstawiają. Znaki zapytania pojawiają się dopiero na poziomie ambicji zespołu oraz idei stojącej za muzyką. Fleshless próbują na "Hate Is Born" dokonać niemożliwego, czyli sprawnie połączyć błyskotliwą technikę Dying Fetus z prostą łupanką w typie Six Feet Under, a brutalność Cryptopsy ze szwedzkimi melodyjkami jak z najgorszej płyty Hypocrisy. Karkołomność tych starań (dodajmy, że nieporadnych) bywa zabawna, może nawet i pocieszna, ale nie na tyle, by wkurwiać. Muzycy porwali się na coś, co ich ewidentnie przerosło, ale mimo wszystko w jakiś dziwny sposób wzbudzają sympatię u słuchacza – cuś jak Krecik. Ja wiem, że brutalni deathmetalowcy powinni wywoływać nieco inne odczucia, ale co poradzić. Przynajmniej nie są tak żenujący, jak religijni emo-blackowcy, których u nas nie brakuje. No i opanowali instrumenty na całkiem przyzwoitym poziomie.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Fleshless-Official/320589007961874
Udostępnij:

7 czerwca 2015

Disfigured – Blistering Of The Mouth [2008]

Disfigured - Blistering Of The Mouth recenzja okładka review coverDla wymagającego słuchacza nie ma nic gorszego niż setki kapel klepiących to samo bez choćby najmniejszego śladu własnego pomysłu. W tak hermetycznym gatunku jakim jest brutal death doskwiera to szczególnie, bo prawdziwych mistrzów, pionierów, z których hurtem zrzynają inni, można policzyć na palcach jednej ręki, a działalność zastępów bezmyślnych epigonów sprowadza się do schematu kopiuj-wklej-nie-wybijaj-się. Pułapki totalnej wtórności całkiem umiejętnie uniknęli na swoim debiucie Amerykanie z Disfigured. I choć nawet przez sekundę nie ma wątpliwości, że to normalny brutal death, wprawne ucho wychwyci na "Blistering Of The Mouth" sporo mniej powszechnych/oczywistych wpływów i rozwiązań, które nadają płytce lekki powiew oryginalności, a już na pewno świeżości. Po pierwsze kolesie nie kopiują na oślep dokonań Disgorge i Devourment. Ba, praktycznie w ogóle ich tu nie słychać! Zamiast tego na "Blistering Of The Mouth" często pojawiają się nawiązania do klasycznej death'owej młócki na czele z Cannibal Corpse, Deicide, Suffocation, Broken Hope czy nawet Immolation (z debiutu), co przejawia się chociażby w skocznych rytmach, chwytliwych riffach i dość czytelnych konstrukcjach kawałków. Forma tych wtrąceń jest oczywiście odpowiednio zbrutalizowana i dostosowana do wymogów współczesnych odbiorców, ale ich fajność, o dziwo, trzyma poziom tamtej wspaniałej epoki. Nie ma w tym żadnej filozofii ani niczego skomplikowanego, a jednak efekt uzyskany przez Disfigured jest co najmniej zadowalający, bo tak urozmaicony materiał, nawet pomimo pewnych brzmieniowych niedoskonałości, z łatwością lokuje się między uszami, a przy tym starcza na dłużej niż typowy brutal death. Jeśli zatem ktoś szuka solidnej podziemnej młócki, o której nie zapomina się w pięć minut po odłożeniu krążka na półkę, "Blistering Of The Mouth" powinien mu spasować.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DisfiguredTXDM
Udostępnij:

5 kwietnia 2015

Irate Architect – Visitors [2008]

Irate Architect - Visitors recenzja okładka review coverNowoczesny i inteligentny grind, podobnie jak obozy zagłady, nie jest czymś powszechnie kojarzonym z Niemcami. A przecież tak być nie musi, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. Wprawdzie jedna większa jaskółka w postaci opisywanego Irate Architect wiosny nie czyni, ale w nieśmiały sposób sugeruje, że u naszych zachodnich sąsiadów nie wszyscy brutaliści łupią topornie i na jedno kopyto. Stąd też "Visitors" powinni się zainteresować przede wszystkim fani ambitnych i połamanych (ale bez śladu lajtowizny) dźwięków udanie rozpowszechnianych niegdyś przez Relapse – od Brutal Truth po Cephalic Carnage. W precyzowaniu targetu Niemców posunąłbym się nawet dalej – po płytę koniecznie muszą sięgnąć miłośnicy "Resonance" i "Warning" (czyli nomen omen wydawnictw relapsowych) naszej Antigamy. Nie jest to naturalnie jakaś bezmyślna zrzynka, może nawet nie bezpośrednia inspiracja, ale obie kapele łączy perfekcyjnie opanowane instrumentarium i — przynajmniej w wielu fragmentach — zbliżona interpretacja muzycznego chaosu. Upraszczając i spłycając sprawę, mamy tu do czynienia z wymagającym, ciężkostrawnym (i ciężkim per se), technicznym i nieszablonowym napieprzaniem, w którym grind, choć dominuje, jest tylko jednym z wielu ekstremalnych składników. Ponadto spomiędzy mielących kolejne zawijasy gitar (warto zwrócić uwagę na ich fajne szorstkie brzmienie) i precyzyjnie nabijającej perkusji (w tempach najwyżej średnio-szybkich) tu i ówdzie wyłania się coś na kształt zawiesistego klimatu, co najlepiej słychać w zamykającym album 'Feeling The Void'. Dzięki licznym stylistycznym skokom na boki oraz temu, że muzycy Irate Architect dają sobie sporo (a przynajmniej więcej niż średnia gatunkowa) miejsca na przebieranie paluchami, "Visitors" jest materiałem mającym słuchaczowi sporo do zaoferowania. Kolejnym atutem albumu jest jego swoista uniwersalność – to, że można się nim katować, czerpiąc wyłącznie z łatwo dostępnej brutalności, bez wnikania w techniczne niuanse. O pełni doznań należy wówczas zapomnieć, bo te wymagają czasu i odrobiny skupienia.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/iratearchitect
Udostępnij:

26 grudnia 2014

Aeon Of Horus – The Embodiment Of Darkness And Light [2008]

Aeon Of Horus - The Embodiment Of Darkness And Light recenzja okładka review coverDebiutancki album australijskiego kwartetu nie jest aż tak obrzydliwie melodyjny, jakby mogło to wynikać z tekstu zamieszczonej nie tak znowu dawno temu na łamach naszego bloga recenzji ich najmłodszego dzieła pt. "Existence". Wszystkie pozostałe przewiny zgadzają się jednak co do joty. Nagrany w 2008 roku album zatytułowany "The Embodiment of Darkness and Light" brzmi bardzo, ale to bardzo wtórnie i odtwórczo, nie wnosząc do gatunku absolutnie nic nowego i niczym nie zaskakując. Egipskie klimaty, klawisze i kosmiczno-mistyczne orkiestracje, nawet melodie – to wszystko już było i to dekady wcześniej. Osoby z pamięcią demo i jego niemal encyklopedyczną znajomością gatunku z łatwością mogłyby rozebrać album na części, z których każda jedna gdzieś, kiedyś już była. Kompozycyjnie więc chłopaki nie popisali się tworząc coś na kształt kompilacji melodii i rytmów zasłyszanych na wydawnictwach głównie amerykańskich i szwedzkich. Fakt, że wyszła z tego całkiem przyjemna i sprawnie zmontowana produkcja nie zmienia w żaden sposób innego faktu – "The Embodiment of Darkness and Light" stoi powtórkami, coś jak Polsat. Gdzie się człowiek nie wsłucha, słyszy znane mu patenty i aranżacje, praktycznie nie pozostawiające miejsca na autorską twórczości Australijczyków. Na nieco ponad pół godziny materiału, może kilka minut brzmi mniej znajomo i nosi jakiekolwiek znamiona oryginalności. Skutek tego jest taki, że płyta odchodzi w niepamięć zaraz po zakończeniu odsłuchu. Podobnie jest zresztą z jej artystyczną fajnością, która zanika niemal natychmiast po wyłączeniu muzyki. Gdy płytka się kręci, jeszcze jakoś jest – w końcu wszystko zostało tu zainspirowane czymś powszechnie uznanym za wybitne, z czasem jednak, całość rozbija się na owe części składowe, a że niewiele tu własnego, to i pamięć kieruje się w stronę oryginalnych wykonawców poszczególnych aranżacji. I tak, po kilku godzinach od zakończenia przygody z debiutem Aeon Of Horus, w głowie rozbrzmiewają takie nazwy jak Nile, Nocturnus bądź Theory in Practice, a to nie dodaje chwały muzykom z Canberry. Na pochwałę zasługuje za to wysokich lotów rzemiosło instrumentalne, którym mogą poszczycić się muzycy – nie czuć żadnego ciskania się i silenia przy nawet najbardziej złożonych strukturach, a kilka takowych na krążku jest. Także realizacja nie pozostawia wiele do życzenia, bowiem wszystko brzmi bardzo klarownie i odpowiednio selektywnie, bez popadania w powszechną dość chirurgicznie chłodną arcyprecyzję. Trudno jednak oczekiwać, by dobry warsztat i poprawna realizacja nadrobiły niedostatki na polu twórczości i muzykopisarstwa. Raz, że to w końcu sztuka, a nie inżynieria materiałowa, a dwa – techniczny metal z definicji musi być techniczny. Dlatego ocena może być tylko jedna, taka, którą zwykle wystawiamy dobrym kopistom i odtwórcom.


ocena: 6/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/aeonofhorus

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 marca 2014

Noneuclid – The Crawling Chaos [2008]

Noneuclid – The Crawling Chaos recenzja okładka review coverNawet dzisiaj da się nagrać coś nowego i nie-tak-łatwo szufladkowalnego. Wprawdzie opisywana płytka ma już sześć lat, ale i tak wpada w (klasycznym już podziale na do i po 2005 roku) czasy post-metalu, czyli nihil novi i nic dobrego. Tyle tylko, że Noneuclid jest i nowy i dobry. Muszę jednak oddać demo sprawiedliwość, bo chociaż płyta wyraźnie plasuje się w post-metalu, to w żadnym przypadku nie można tego powiedzieć o muzykach, niektórym z nich bowiem czwarta dekada już pękła, a w dodatku na graniu zepsuli już mnóstwo wątroby. Jakby jednak nie było, nie zmienia to faktu, że debiutancki "The Crawling Chaos" to siedem naprawdę niezłych i nieszablonowych kompozycji z pogranicza deathu, thrashu, progu i każdego innego metalu. Oczywistym jest więc, że co, jak co, ale krążek na pewno nie jest nudny bądź przewidywalny. Dzieje się naprawdę sporo, co i rusz utwory odmieniają oblicze i zaskakują zmianą klimatu o internetowe 360º (co ma, zdaniem autorów takich "mondrości", ukazywać totalność przemiany). Można się w muzyce doszukiwać pewnych reminiscencji kanadyjskiego Voivod, chociaż raczej w ogólnym, niźli szczegółowym znaczeniu. Co bardziej wprawne ucho, obyte z czymś więcej niż Orłosiem w Teleexpresie, bez trudu wychwyci jednak znacznie więcej znajomych motywów i stylów. Nie boją się muzycy eksperymentować, zachowują przy tym zdrowy umiar i — często w przypadku podobnych produkcji ginącą — słuchalność. Pojebania jest tyle by zaciekawić, ale nie na tyle by wkurwić i odepchnąć. W utrzymaniu słuchacza przy albumie pomagają zdecydowanie bardzo dobre gitary, które kilkukrotnie jadą riffami tak porywającymi, że nawet najbardziej zatwardziała feministka z ochotą wdzierzgnęłaby się w kwiecisty fartuszek i z uśmiechem na ustach pogalopowała poczynić jakieś pranie lub zmywanie. Tak przekonujące są te riffy. Posłuchajcie zresztą sami. "The Digital Diaspora" z openingiem godnym Grammy (gdyby to oczywiście miało znaczyć jakiekolwiek uznanie i prestiż), "Void Bitch" z nieco groovowym mieleniem (a także ciekawą, orientalną stylistyką refrenu), czy też thrashowy, może Kreatorowy, może a’la Destruction, "Time Raper". Oczywiście jest tego znacznie więcej, bo także pozostałe kawałki nie zaniżają średniej, ale na potrzeby recenzji – ograniczę się do wyżej wymienionych. Pochwała należy się także basiście, bo odwalił kawał porządnej roboty nadążając za wioślarzami, a nadto dodał kilka solówek i garść bardziej pierwszoplanowych riffów. Bez zastrzeżeń radzi sobie także pałker, niby nic specjalnie wielkiego, ale hańby nie przynosi, a double basy ma wręcz przednie. Nie można zapomnieć oczywiście o wokaliście, bo to jego zasługą jest, w znacznej mierze, klimat albumu i jego — wywołane już — popierdolenie. Krótko o samej muzyce. Warto na płytę spojrzeć nieco jak na concept album. Choćby po to, by instrumentalny "Xenoglossy" nabrał nieco sensu, bo samodzielnie wydaje się zbędny. Patrząc jednak na całokształt dzieła, sprawdza się nieźle jako interludium i pasuje do całości. Warto zaprzyjaźnić się z debiutem Noneuclid na dłużej i w oczekiwaniu na drugi krążek – poobcować z trochę mniej sztampową muzyką.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/noneuclidband

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 października 2013

Nevermore – The Year Of The Voyager [2008]

Nevermore - The Year Of The Voyager recenzja okładka review coverNevermore w szczytowej formie i na bogato – tak w skrócie można opisać to dvd. Dość powiedzieć, że już pierwsza płyta powinna w zupełności nasycić wszystkich fanów ekipy z Seattle, a przecież pod nią kryje się jeszcze druga z tak zwanymi dodatkami, których, lekko licząc, jest w pizdu. "The Year Of The Voyager" to zapis wyczerpującego (dwie godziny!) koncertu, który Nevermore zagrali w październiku 2006 w Bochum (to gdziesik w Niemczech) w ramach trasy promującej ich najlepszy krążek – genialny "This Godless Endeavor". Mimo iż właśnie ostatni longplej ma najwięcej reprezentantów (m.in. wspaniałe 'Born', 'This Godless Endeavor' i 'Sentient 6'), setlista została ułożona w sposób niezwykle przekrojowy, więc każdy fan znajdzie tu coś dla siebie, zwłaszcza pośród największych hiciorów. Mnie, oprócz najświeższego materiału, szczególnie rajcują zajebiste wykonania 'Next In Line', 'Garden Of Grey', 'Enemies Of Reality', 'Inside Four Walls' i 'The River Dragon Has Come'. O ich zajebistości przesądzają trzy sprawy. Po pierwsze, Loomisa wspomaga (nie po raz pierwszy zresztą) Chris Broderick, a to w końcu mistrz w swoim fachu. Po drugie, cały koncert gitarzyści zagrali na 'siódemkach', więc brzmienie jest po prostu mocarne, niekiedy nawet brutalne, a to wszystko przy mega selektywności. Nie wiem, w jakim stopniu obrabiali ten dźwięk w studiu, ale tym razem gówno mnie to obchodzi – wykop jest potężny. Po trzecie wreszcie – zaśpiewane są tak, że mucha (nawet pani ministra) nie siada. Zestaw utworów, wykonanie, brzmienie, zachowanie na scenie (niekiedy prezentują się lepiej niż niejedna death’owa kapela) – wszystko to sprawia, że koncert ogląda się niemal na klęczkach i z wywieszonym jęzorem. Zespół, muzyka i publika śpiewająca wszystkie teksty – tylko tyle i aż tyle. O wymyślnej scenografii, kostiumach, zadziwiających światłach czy pirotechnice radzę zapomnieć – oprawa wizualna trzyma rozmach 'domokulturowy', a i tak nie odnosi się wrażenia, że czegoś brakuje. Nawet fakt, że jakość obrazu dupy nie urywa (a miło by było) nie stanowi dla mnie powodu do narzekań. W kontekście płyty nr. 1 czepiałbym się wyłącznie czapki Dane’a, które to ustrojstwo wygląda co najmniej nie na miejscu (choć z drugiej strony lepsze to niż kowbojski kapelusz, w którym zdarzało mu się występować) i stanowi przeszkodę w zawodowym trząchaniu kłakami. Nie wiem, po co mu to – może bał się, żeby mu łba nie urwało przy takim wygarze? Teraz krótko o zawartości dysku nr. 2, bo na nim również upchnięto sporo. Na początek lecą — na szczęście dość zróżnicowane — fragmenty występów z kilku festiwali (po cztery kawałki z Wacken 2006 i Metalmanii 2006, oraz dwa z Gigantour 2005) – z jakością dźwięku i obrazu bywa różnie, ale doskonale potwierdzają wielką formę zespołu. Dalej mamy wszystkie oficjalne teledyski (w sumie osiem sztuk), wywiad z Warrelem, fragment koncertu na X-lecie Century Media (nic specjalnego) i trochę promocyjnych zapchajdziur z tej stajni. Ocenę już znacie, więc na koniec polecam wam wzięcie pod uwagę zakupu wersji z dwoma dodatkowymi krążkami audio – koncert z Bochum warto mieć i w takiej formie.


ocena: 9,5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 października 2013

Ihsahn – AngL [2008]

Ihsahn - AngL recenzja okładka review coverDo premiery najnowszego — piątego już — solowego albumu Ihsahna pozostało niewiele – kwestia godzin, o ile dobrze kojarzę. Nim jednak album ów wejdzie w moje posiadanie, nim przesłucham go odpowiednią ilość razy i będę mógł zrecenzować, trochę czasu zdąży jeszcze upłynąć. W oczekiwaniu na premierę i dorwanie się do niej katowałem więc ostatnio inny album Norwega – co by wejść w klimat i przypomnieć sobie, z czym tak właściwie będę się mierzył. Trafiło na dwójkę, czyli "AngL". I zaczęły się schody, bo wcale mnie krążek nie zachwycił, ba, nawet mi brewka nie tykła. A po kopach jakie serwował "The Adversary" i — uciekając w chronologii wydawniczej wprzód — zlasowanym mózgu po "After", spodziewałem się czegoś, co najmniej dobrego w chuj. "Eremity" do dziś nie obczaiłem zbyt dobrze, ale już zapowiada się na to, że będzie podobnie jak w przypadku "AngL" właśnie, czyli "harsh love". Ale o tym inną razą. Wracając zaś do tematu – z perspektywy czasu zastanawiam się, jakim cudem mogłem uznać początek albumu za niestrawny i niewciągający. Tłumaczę to sobie pełnią, brakiem opadów (do których, nawiasem mówiąc, tak się przyzwyczaiłem, że gdy nie pada dłużej niż 3 dni, boję się, że coś złego się stało i może to apokalipsa) i generalnie wszystkim dookoła, bo gdybym tylko uznał, że wina była po mojej stronie, że byłem głuchy jak pień (nawet taki prastary, słowiański), musiałbym uznać również, że mnie serdecznie i z kretesem pojebało. A chciałbym mieć tę konstatację jeszcze przed sobą. No doprawdy – "Misanthrope" to wszak jeden z najlepszych kawałków w całej karierze Ihsahn, łączący wszystko, co było z tym, co miało się dopiero pojawić. Co więcej, w składzie na "AngL" pojawił się rasowy basista i rozjebał tak zawodowo, że nawet dr House z Hansem Klossem mogliby mieć problem z udzieleniem pomocy. Słuchając "The Adversary" i "AngL" jednego po drugim, dochodzi człowiek do przekonania, że to właśnie basista dodał albumowi ostatecznego szlifu i sprawił, że z czystym sumieniem można powiedzieć, iż technicznie, studyjnie, realizacyjnie — jak kto woli — album jest idealny. Perfekcja aż do najdrobniejszych szczegółów. Jak się jednak okazało, moje pierwsze romanse z płytą nie były tak całkiem nieświadome, jak mi się mogło wydawać. Otóż kilka, kilkanaście minut po mocarnym openerze, album zwyczajnie siada. Wrażenie to tak utkwiło w mojej głowie, że całkowicie zapomniałem o "Misanthrope", "Malediction" i paru innych, naprawdę zacnych momentach. W głowie pozostały mi smęcenia i wycia, które za chuja nie mogły się podobać, nawet gdyby słuchacz był głucha i bez rak. Dopiero wielokrotne przewałkowanie albumu pozwoliło zmyć ten nieprzyjemny posmak i delektować się cacuszkami. Kompozycyjnie, ogólnie ujmując, płytą jest naturalnym rozwinięciem debiutu – coraz większą rolę odgrywają progresywne zagrywki, zaś emperorowego blacku coraz mniej. Na szczęście nie za dużo mniej. Pewną ciekawostką, która szczególnie przypadła mi do gustu, są melodyjne wstawki w klimatach, zwykle, bardzo odległych od blacku czy nawet metalu, a które nadają płycie dalszych odcieni i emocji. Za to gościnny udział frontmana Opeth uważam za czysto kurtuazyjny i z muzycznego punktu widzenia całkowicie nic niewnoszący i zbędny. Ale tam jest i nic na to poradzić się nie da. Podsumowując, bo rozpisałem się i tak cholernie, album uważam za fantastyczny. Mimo względnie słabszej kondycji Ihsahna w sferze kompozycyjnej, wszystko inne jest po prostu peachy. Szczególnie bas. 9 się należy jak chłopu pole.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.ihsahn.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 kwietnia 2013

Prostitute Disfigurement – Descendants Of Depravity [2008]

Prostitute Disfigurement - Descendants Of Depravity recenzja okładka review coverCi Holendrzy chyba dotarli w IPN-ie do tajnych dokumentów "jak perfekcyjnie trafić death metalową płytą w gust demo", bo zawartość ostatniego jak dotąd ich albumu, mocarnego "Descendants Of Depravity" od dłuższego czasu poniewiera mnie dość konkretnie i za każdym razem, gdy wrzucam go na ruszt, nie mogę się od niego oderwać. A zapewniam, że jest to zawartość wprost urzekająca dla maniaka agresywnych dźwięków – tradycyjny w formie, nie silący się na oryginalność death metal zagrany gęsto, na bardzo wysokich obrotach i co ważne – na miarę czasów, w których powstał, czyli z dbałością o ostateczny szlif. Krótkie info dla niewtajemniczonych – Prostitute Disfigurement w ciągu paru pierwszych lat działalności rozwijali się bardzo ładnie, choć bez drastycznych przeskoków, zyskując przede wszystkim na brutalności i technice. Rezultatem intensyfikacji przekazu i kilku zmian personalnych był naprawdę udany "Left In Grisly Fashion". Nic jednak nie zapowiadało, że przy okazji następnego, odkładanego w czasie krążka panowie dokonają aż tak wielkiego postępu (po drodze zyskując bardziej klasycznego rysu), a rezultat ich wysiłków po prostu zmiażdży. Holendrzy bez dwóch zdań przeszli samych siebie, komponując płytę obowiązkowo wyziewną, bardzo szybką, cholernie dynamiczną (w czym ogromne zasługi ma fenomenalnie bębniący Michiel van der Plicht), zaskakująco czytelną wokalnie (złośliwi powiedzieliby, że Niels Adams wymiękł), urozmaiconą jak diabli i melodyjną (!) jak nigdy. Także od strony technicznej muzykom Prostitute Disfigurement nie można nic zarzucić, bo wyziewy na "Descendants Of Depravity" wcale do najprostszych nie należą, a gitarzyści i wspomniany perkusista niekiedy robią cuda dla najbardziej wymagających odbiorców. Jednak to nie brutalność, szybkość czy stopień skomplikowana przesądzają o wyjątkowości tej płyty, a zmiksowanie tych elementów z dużą, niespotykaną wcześniej chwytliwością. Wszystkich poprzednich krążków Prostitute Disfigurement słuchało się od początku do końca niemal jak jednego długiego kawałka – był tam jeno wściekły napierdol, w którym właściwie nie pozostawiono ani chwili na refleksję albo złapanie tchu. Na tym albumie już wszystkie utwory posiadają jakieś mocniejsze wyróżniki, fajne patenty, mniej oczywiste smaczki, dzięki którym łatwo je zapamiętać i wywołać później z tytułu. Dlatego też "Descendants Of Depravity" słucha się po prostu lepiej i chętniej wraca się do niektórych fragmentów, choć to tasiemiec (prawie 40 minut) jak na ich standardy. Mnie rozwalają szczególnie 'Sworn To Degeneracy' (ach te wyborne solówki i riff pod nimi – zabójstwo!), 'In Sanity Concealed', 'Torn In Bloated Form' i 'Carnal Rapture', żeby nie wymienić zbyt wielu. O brzmienie tej zajebichnej płyty zadbał Andy Classen, co w sumie gwarantowało wysoką jakość, ale chyba nikt, łącznie z nim, nie spodziewał się tak kapitalnego dźwięku. Stąd też "Descendants Of Depravity" mogę spokojnie zaliczyć do jego najlepszych, najbardziej soczystych prac. Jeśli w jakimś stopniu udało mi się u was zaszczepić zainteresowanie tym krążkiem, to polecam od razu zapolować na wersję z bonusowym dvd, bo to, jak rzadko, pełnowartościowe wydawnictwo. Składa się na nie całkiem nieźle sfilmowany koncert z Dynamo (w sumie 12 numerów czystej sieczki w trzy kwadranse), wesoły teledysk do 'The Sadist King And The Generallissimo Of Pain' oraz filmik "Bad TV" obrazujący życie w trasie. Ten ostatni (kilkanaście minut) obfituje w masę śmiechu, ale nie idzie dojść, z czego tak rżą, bo całość jest po holendersku.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.prostitutedisfigurement.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

17 marca 2013

Transcending Bizarre? – The Serpent's Manifolds [2008]

Transcending Bizarre? - The Serpent's Manifolds recenzja okładka review coverTranscending Bizarre? to kapela z Grecji, a już samo to powinno rzucić nieco światła na to, czego można się spodziewać. I chyba nie można być rozczarowanym, jeśli oczywiście lubi się wszystkie te dziwactwa, szaleństwa i eksperymenty. Bo, że nie będzie mainstreamowo, to chyba nie ma się co dziwić. Jeśli miałbym znaleźć jakiś punkt odniesienia dla twórczości Greków to pewnie w postaci takich zespołów jak Anorexia Nervosa, może Arcturus – w każdym razie blackowo, symfonicznie i awangardowo. W przypadku Transcending Bizarre? najwięcej jest chyba awangardy, sporo jest elektroniki, trochę mniej blacku i symfonii (choć to też w zależności od albumu), co jednak nie sprawia, by mogli się czegokolwiek wyprzeć. "The Serpent’s Manifolds" to drugi krążek w karierze muzyków, krążek potwierdzający ich wcześniejszą formę i utwierdzający w przekonaniu, że mogą jeszcze sporo dojebać na metalowej scenie. Pod warunkiem wszakże, że wpadną w ręce szanującej się, dużej i bogatej wytwórni, która zrobi im odpowiednią kampanię promocyjną. Na to się niestety nie zanosi (czego dowodem jest krążek z 2010 roku), więc pozostaje dokopać się do nich we własnym zakresie. A warto. Przede wszystkim dlatego, że – w odróżnieniu od mnóstwa symfonicznych i industrialnych zespołów – wiedzą jak grać i wykorzystują tę wiedzę w całości. Transcending Bizarre? to żadne tam pitu pitu na klawiszach obowiązkowo połączone sakramentalnym węzłem małżeńskim z okropnymi brakami warsztatowymi, tandetnymi melodiami, chujową realizacją i pedalsko-blackowym imagem. Klawiszy oczywiście jest w chuj, ale stoi za nimi, czysta w formie, kosmiczna wielkość, wręcz space operowy rozmach, melodie powalają z nóg i, w zależności od utworu, rozbudzają uśpione pokłady wrażliwości na piękno, bądź napawają zgrozą przed post-industrialnym, mechaniczno-cybernetycznym okrucieństwem. Co się zaś tyczy warsztatu, to proponuję przysłuchać się pracy gitar, bo takich riffów i solówek to w blacku szukać ze świecą. Zresztą nie tylko w blacku. Chylę czoła. O image’u wspomniałem, że nie pachnie kiczowatym, podwórkowym satanizmem, choć trochę corpse paintu a'la "Mechaniczna Pomarańcza" można tu i tam znaleźć. Na myśl przychodzi mi wizerunek podobny nieco do Luciferiona albo, z innej beczki – Covenant, mocno kosmiczny, nieco odhumanizowany i okrutny. Jeśli więc jesteście w stanie wyobrazić sobie połączenie wszystkich wymienionych kapel, to niewykluczone, że wyobrażenie przybierze formę Transcending Bizarre?. Dla mnie jest to połączenie ze wszech miar godne uwagi, każdej wydanej złotówki i każdej spędzonej przy muzyce minuty. Kawał zajebistej muzyki dla chcących czegoś więcej.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/transcendingbizarre

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 lutego 2013

Hieronymus Bosch – Equivoke [2008]

Hieronymus Bosch - Equivoke recenzja okładka review coverTrudny (bo ciężkie to mogą być cycki Ewy Sonet) jest żywot kapeli z Rosji, tech-death metalowej kapeli – że tak dodam, kapeli, która ma ambicję tworzyć muzykę na światowym poziomie, a nie jakieś tam pitu pitu. W przypadku dzisiejszej gwiazdy żywot skończył się na (czy też raczej "po") , opisywanym dzisiaj, trzecim wydawnictwie – "Equivoke". Przyznam się bez bicia, że nie śledziłem losów Hieronymusa z jakimś większym zaangażowaniem, tym niemniej zakończenie działalności przyjąłem z pewnym zaskoczeniem, a co więcej – niekłamanym rozczarowaniem i absmakiem (właśnie tak, do kurwy nędzy! – absmakiem). Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko cieszyć się z tego co jest; pewną osłodą jest jednak to, że każdy z albumów zapewnia wielogodzinną rozrywkę najwyższym poziomie. Nie umniejsza tego nawet fakt, że "Equivoke" jest albumem z całej trójki, w moim prywatnym odczuciu – ma się rozumieć, najsłabszym. Najsłabszym, ale nie znaczy to absolutnie, że złym – bójcie się kogo chcecie: Macierewicza, Grodzkiej, Najmana (ok, żartowałem ;]) czy innego Bralczyka (go, go język polski!). Na szczęście krążek jest lepszy niż się wydaje po pierwszych kilku przesłuchaniach. Byłem nieco zasmucony pewnymi zmianami, które stały się udziałem opisywanego krążka, a mianowicie odczuwalnego uproszczenia i stopornienia muzyki, tym niemniej, w ostatecznym rozrachunku, uważam, że mogło być znacznie gorzej. Szczególnie biorąc pod uwagę dość długi okres aklimatyzowania się płytki w głowie. W porównaniu do genialnego "Artificial Emotions" wydawnictwo z 2008 roku odstaje pod względem jakości kompozycji i przyswajalności, sporo jest za to akustyki, znajdzie się kilka fajnych wokali (szczególnie tych na blackową modłę) i, porozrzucanych po całej płycie, przeszkadzajek – które należy zaliczyć na plus. To zawsze byłą cechą rozpoznawczą Rosjan, dlatego cieszy mnie niezmiernie, że nie dość, że nie zaniechano tego, to jeszcze umiejętnie i ciekawie wykorzystano. Refleksję mam taką, że — jakby nie spojrzeć — "Equivoke" taty się nie wyprze: gitary, aranżacje i motoryka, neoklasyczne naleciałości – tym wszystkim Hieronymus Bosch przekonał mnie do siebie. I chociaż recenzowane wydawnictwo spowszedniało, to znaczy – stało się bardziej "dla ludzi", i chociaż uderzono w rejony bardziej melodyjne, czyli "dla ludzi", ani przez moment nie czuję się zdradzony (no chyba, że o świcie) i nie mam wrażenia, że źle zrobiłem przygarniając wydawnictwo pod strzechę. Bo mimo iż brakuje mu całkiem niemało do wielkiego poprzednika, to już z debiutem idzie łeb w łeb, w kilku miejscach radząc sobie nawet lepiej. Tak czy inaczej, z "Equivoke" powinni zapoznać się wszyscy fani kanadyjskiej szkoły death metalu, Sadista i, ogólnie rzecz ujmując, nietuzinkowego grania.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hieronymusboschrussia

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 grudnia 2012

Hexen – State Of Insurgency [2008]

Hexen - State Of Insurgency recenzja okładka review coverNo i powróciłem z odby... niebytu. I w sumie gówno mnie obchodzi, czy tęskniliście za mną czy też nie. Kij Wam w dupsko, pawełki. Nie powróciłem jednak z pustymi rękoma – otóż mam dla Was jedną z dwóch najlepszych thrashowych kapel ostatniej pięciolatki. Hexen, bo tak nazywa się ów zespół, zadebiutował w 2008 roku albumem "State of Insurgency" i przywrócił światu wiarę w stary, dobry thrash grany przez młode pokolenie. W końcu coś, co można postawić na półce obok takich legend jak Toxik, Realm, Heathen czy może nawet Megadeth z okresu wczesnego Friedmana. Jest więc szybko, technicznie, thrashowo i z kurwikiem... diablikiem w oku; thrashowość w thrashowych kapelach da się więc jakoś mierzyć, a tu thrashowości jest pod dostatkiem :). Żeby być precyzyjniejszym. Na początku jest jebnięcie – ach ci źli terroryści bombę podłożyli, niedobre Brunony K. I zaraz potem jeden z lepszych numerów albumu – "Blast Radius"; po prawym sierpowym nadlatuje lewy Kliczki (w sumie nie ma znaczenia którego – murowana gleba murowana). Porządny riff, dobra motoryka, ładnie plumkający bas w połowie i zacna solówka. Składniki na hit oczywiste aż do bólu, więc nie mogło być inaczej – przebój rodem z MTV (za starych dobrych czasów). Podobne składniki występują w znakomitej większości utworów albumu, więc nie będę przepisywał tracklisty. Wyróżniłbym jednak trzy dodatkowe kawałki, które robią na mnie wrażenie podobne do bycia ściganym przez rozwścieczonego misia grizzly po wybudzeniu go ze snu zimowego sążnistym kopniakiem w zad. One life-time experience, które opowiada się wnukom z uśmiechem na ustach. Pierwszy z owej trójki to "Past Life" – do czwartej minuty w środku peletonu, od solówki absolutny lider. Na myśl przychodzą tacy gitarzyści jak Becker, wspomniany Friedman czy Malmsteen. Podobnie sytuacja ma się z tytułowym "State of Insurgency". Z tym, że do solówki jest genialnie, czyli lepiej niż średnia. Sama solówka też jest lepsza, bardziej skomplikowana, melodyjniejsza i dojrzała. Jak dla mnie: top 10 najlepszych thrashowych solówek. Ostatni z trójki do kapitalny instrumental "Desolate Horizons". Jeśli któryś z czytelników zna i lubi taką kapelkę Death, to mogą mu się przypomnieć takie utwory jak "Cosmic Sea" oraz "Voice of the Soul". Kto zna, ten wie. Podsumowując, "State of Insurgency" to jeden z tych albumów, które warto mieć w swojej kolekcji, ba, trzeba mieć, ale przede wszystkim znać. W towarzystwie nie uchodzi taka niewiedza. Przekonanych przekonywać nie muszę, niezdecydowanym polecam którykolwiek z czterech wymienionych kawałków – prawda obroni się sama*.
* odnotowano wiele odstępstw od tej reguły


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hexen

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 lipca 2012

Arsis – We Are The Nightmare [2008]

Arsis - We Are The Nightmare recenzja okładka review coverObserwuję poczynania Arsis praktycznie od samego początku, więc mogę sobie pozwolić na w miarę dokładną analizę rozwoju tej kapeli. I właśnie na jej podstawie z pełnym przekonaniem stwierdzam, że (artystyczny) punkt kulminacyjny już odfajkowali i niczego lepszego od opisywanego "We Are The Nightmare" nie nagrają choćby stawali na głowach i co niedzielę dawali na mszę. Po mojemu na tej płycie Amerykanie osiągnęli optymalny poziom dla grania spod znaku melodyjnego i technicznego death metalu i w tej dziedzinie niewielu może się równać z tym, co Arsis zaprezentowali na przestrzeni tych jakże optymalnych 40 minut. Pod względem umiejętności katowania instrumentów jest to pieprzony Everest, ekstraklasa, itd. W czasie słuchania regularnie opada kopara, a od stężenia wszelakich zawijasów naprawdę trudno się pozbierać. To akurat nie powinno dziwić nikogo, kto kiedykolwiek miał z Arsis choćby przelotną styczność – oni dążyli do takiego wymiatania od momentu założenia kapeli, a bywało i tak, że techniczną biegłość stawiali na pierwszym miejscu. Sama technika jednak do niczego dobrego nie prowadzi (o czym świadczą ich poprzednie płyty z wyjątkiem epki), jeśli nie idą za nią konkretne pomysły i przyzwoita dawka typowo metalowego kopa. Na "We Are The Nightmare" kosmicznym zawijasom i diabelnie poszatkowanym strukturom towarzyszą dobre, zawsze prowadzące dokądś aranżacje, trafione melodie i wybuchy ostrego dopieprzania w tempach nawet grindowych. To, iż nie jest za miękko, to — tak obstawiam — główna zasługa mojego perkusyjnego ulubieńca, co się Darren Cesca zowie, który wszem i wobec udowadnia, że przy odrobinie chęci i wielkiej wyobraźni można uskuteczniać masakrycznie pojebane partie równie dobrze w melodyjnym death metalu, co w hardcorowym grid-jazz i nie ucierpi na tym czytelność muzyki. Dzięki takiemu mistrzowi zasiadającemu za zestawem nawet najbardziej lajtowy i oklepany patent gitarowy (jakkolwiek trudno o takie na tym materiale) może okazać się niemal objawieniem. Wisienką na torcie jest super klarowne, a jednocześnie ciężkie brzmienie, podbijające dynamikę i brutalność utworów. Zwróćcie uwagę na to, co amerykańska ekipa wyprawia w znakomitym 'Failure’s Conquest' (zdecydowanie najlepszy na płycie!), 'steledyskowanym' (dwukrotnie, w tym raz wybitnie dziadowsko) 'We Are The Nightmare', szalonym 'A Feast For The Liar’s Tongue' i... właściwie w całej reszcie, bo choćby przeciętnych kawałków tu nie uświadczycie. Tak, to jest instrumentalne przejebaństwo w najczystszej postaci, przy okazji bardzo słuchliwe i podane z jajami.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/arsis

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

14 grudnia 2011

Fleshkraft – First Harvest [2008]

Fleshkraft - First Harvest recenzja okładka review coverJeśli wśród naszych czytaczy są i tacy, którzy wciąż tęsknią za Cannibal Corpse z Barnesem na wokalu, to mam dla nich dobrą wiadomość – powiew starych, dobrych czasów znajdziecie na debiucie Fleshkraft. Fińska załoga proponuje death metal czerpiący pełnymi garściami z klasycznego dorobku Amerykanów, szczególnie z okresu "Tomb Of The Mutilated" i "The Bleeding" – rytmiczny, brutalny, klawo brzmiący, perfekcyjnie odegrany i ozdobiony niskimi charczącymi wokalami. Przewidywalny także, ale w tym punkcie problemu akurat nie widzę. Kapel grających pod Cannibali była już cała masa, ale nie spotkałem się jeszcze z taką, której by to wychodziło tak przekonująco jak Fleshkraft. Pozytywny odbiór "First Harvest" wynika jak dla mnie z dwóch rzeczy. Po pierwsze, chłopaki obiektywnie grają bardzo sprawnie i z dużą łatwością, a po drugie, nie przeginają w odwzorowywaniu swych kudłatych idoli. Oznacza to mniej więcej tyle, że zrzynają/inspirują się raczej świadomie, a nie jak popadnie; ot chociażby w kwestii dynamiki – nie powielają (na szczęście!) rytmów charakterystycznych dla Mazurkiewicza (co wielu — o których nikt już nie pamięta — zgubiło), zaś dla urozmaicenia w szybszych partiach sięgają po zagrywki kojarzące się bardziej z Malevolent Creation czy Brutality. Już to starcza, żeby płytka nie była nuda ani jednowymiarowa. Na plus wypada też optymalna długość utworów (kręcą się wokół trzech minut), jak i płyty w ogólności (rozsądne 35 minut) – koniec następuje długo zanim komuś zbierze się na pierwsze ziewnięcie. Ludziska żądni dodatkowych atrakcji znajdą na płycie nieźle zrobiony tradycyjny w formie teledysk do 'Bred Undead' (bodaj najbardziej chwytliwy w zestawie, no może na spółkę z 'Deathcold' i 'Insane Bloodlust'), w którym kwintet z północy kontynentu prezentuje się niemal identycznie jak pewien amerykański zespół z dwoma "C" w nazwie. Dalsze opisy są w tym miejscu zbędne, bo chociaż Fleshkraft mają jasno sprecyzowany target — przy czym jest on węższy niż by się mogło wydawać — to siła przyciągania ich muzyki znacznie wykracza ponad poziom typowego klona. Do objawienia im daleko, ale mnie sprawili miłą niespodziankę.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.fleshkraft.com

podobne płyty:


Udostępnij:

11 listopada 2011

Ayreon – 01011001 [2008]

Ayreon - 01011001 recenzja okładka review coverJeśli nie przepadacie za powerem, macie torsje na samą myśl o operze metalowej, a ciąg skojarzeń dla 'metalu' i 'baby' kończy wam się na prasowaniu, tudzież innych pracach domowych, to odpuśćcie sobie tą reckę – dla własnego i mojego spokoju. Recenzowany "01011001" jest bowiem albumem na wskroś powerowym, symfonicznym i zaśpiewanym przez baby i czy to się komuś podoba czy nie, to jest to kawał zajebistego grania. Wszystko, począwszy od występujących gościnnie muzyków, poprzez całą warstwę kompozycyjną, a skończywszy na realizacji i produkcji, stoi tu na najwyższym poziomie. Można nie lubić powerowego grania, co zresztą jest niekiedy całkowicie zrozumiałe, ale nie można nie uznawać nazwisk, które pojawiły się na wydawnictwie: Kürsch, Lande, van Giersbergen, Warby, Romeo, Sherinian – to tylko część z liczącej grubo ponad dwadzieścia osób rzeszy grajków i śpiewaków. I to dzięki nim właśnie, nim i fantastycznym kompozycjom ma się rozumieć, album ten jest tak dobry i słucha się go tak wyśmienicie. Przy czym radzę zabierać się za niego w całości, bo wtedy właśnie — jako opera — ukazuje cały swój potencjał. Pisałem już niegdyś o tym, więc nie widzę sensu się powtarzać; zapamiętajcie jednak, że słuchanie poszczególnych kawałków przypominać będzie podglądanie sąsiadki przez dziurkę od klucza. Niby się da, ale lepiej otworzyć drzwi. Przesłuchanie całego wydawnictwa, czyli przeszło stu minut, jest pewnym kłopotem, ale zapewniam – jest tego warte. Niestety, najlepszy nawet skład nie zapewni przyjemnych doznań estetycznych, kiedy kompozycje będą kuleć, tu jednak — jak pewnie zdążyliście obczaić — nie jest to żadnym zmartwieniem. Zdecydowana większość z piętnastu kompozycji zasługuje na miano przebojów, wystarczy, że przytoczę kilka tytułów i wszystko będzie jasne. "Age of Shadows", "Liquid Eternity", "Beneath the Waves", "River of Time" – co jest, swoją drogą, kolejnym dowodem na wielkość i kunszt wokalny Hansiego Kürscha, "E=MC2", "The Sixth Extinction", ale także "Comatose", "Newborn Race", "The Truth Is in Here" oraz pozostałe sześć. Naprawdę ciężko mi wskazać mój ulubiony kawałek, chociaż podejrzewam, że będzie to któryś z Hansim na wokalach – chociaż, jeśliby wziąć na to poprawkę, to... to wróciłbym do punktu wyjścia, czyli braku faworyta. Trudność polega nie tylko na tym, że aranżacje są dobrze przemyślane, a przez to porównywalnie zajebiste, ale także na tym, że grają dopiero jako całość. Kontekst jest w przypadku takich wydawnictw sprawą kluczową. Lekko naiwne są same liryki, ale — znowu patrząc z globalnej perspektywy — pasują do tego wydawnictwa i całej jego atmosfery. Kwestiom natury technicznej nie ma co poświęcać większej uwagi, bo nie można im niczego zarzucić – wszystko brzmi jak należy, co przy takiej ilości ścieżek i polifonii mogło być pewną trudnością, dźwięki są odpowiednio nasycone, instrumenty wydobyte, a nad wszystkim unosi się kosmiczny klimat. Słowem – cacuszko.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.arjenlucassen.com/content/arjens-projects/ayreon

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 października 2011

Hiram – Hiram [2008]

Hiram - Hiram recenzja okładka review coverNo niestety, wejście nie powala. Nie twierdzę, że jest złe – po prostu jest takie se, jak kombajn zbożowy w garażu na przedmieściach. A potem jest nawet nieco bardziej se. Wydawać by się więc mogło, że takim startem ustawiają temat do końca, ale nie, potem zaczyna się w końcu coś dziać. Potem zaczyna się gdzieś około minuty czterdzieści sekund i od tego momentu, z górkami i dolinkami, jest całkiem sensownie, a niekiedy nawet bardzo sensownie. Polane czystymi zaśpiewkami death/thrashowe kawałki wpadają w ucho z niemałym impetem i potrafią pozostać tam przez długie godziny. Album nie jest przesadnie długi, ale całość potrafi nasycić spragnionego nowocześnie potraktowanej syntezy ww. gatunków. Zaś fakt zalegania w głowie sprawia, że nawet człek nie zauważa, że mu właśnie trzecie okrążenie leci. Mówię poważnie – z "Hiram" można czerpać prawdziwą przyjemność. Słoweńcy sprawiają wrażenie dobrze do materiału przygotowanych, tak kompozycyjnie, jak i instrumentalnie. Nawet realizacja wypada całkiem znośnie i skutecznie podkreśla nowoczesne zacięcie. Jednak nie tylko fani nowszych brzmień będą zadowoleni, także miłośnicy dobrej, klasycznej szkoły gitarowej powinni znaleźć kilka smaczków dla siebie. Wywołany już na początku recki kopniak — pierwszy mocny akcent — to właśnie solówka. Nie jest specjalnie rozbudowana, ale czerpie ze zdecydowanie najlepszych thrashowych wzorców. Kolejne solówki i większość riffów także wypadają co najmniej poprawnie, czego dobrym przykładem będzie cały kawałek "Davidova prisega" (tylko bez polewki z tytułu ;]). Dla zapatrzonych w death, miłym dla ucha będą growle (nigdy mało dobrego rzygania), mądrze rozegrana karta z sekcją rytmiczną (ach, ta motoryka!) i spora dawka brutalności (oczywiście na standardy gatunku). Nawet fani core'owych brzmień znajdą coś dla siebie, bo stylistyka deathowa przeplata się z core'owymi tempami i zaśpiewami – vide kawałek "VDK". Misz masz taki, ale misz masz z głową – jak kundel, ale rasowy, jeśli wiecie, co mam na myśli. Mi osobiście najbardziej pasują gitary, ale to nie powinno nikogo dziwić. Nie powinna też dziwić niezła nota, bo muzyka naprawdę dobrze się słucha.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hiramnoise

podobne płyty:

Udostępnij:

20 sierpnia 2011

Esqarial – Burned Ground Strategy [2008]

Esqarial - Burned Ground Strategy recenzja okładka review coverEsqarial jest przykładem kapeli, która raz wszedłszy na równię pochyłą, trzyma się jej z uporem maniaka. Bo jak inaczej wytłumaczyć poziom "Burned Ground Strategy" z perspektywy, po pierwsze, "Discoveries", a następnie "Inheritance". Lecą chłopaki na łeb, nie mam co do tego żadnych wątpliwości; pomijam "Klassikę" bo to zupełnie inna para kaloszy – ten i tylko ten album można potraktować inną miarą. "Burned Ground Strategy" trzeba jednak potraktować jako pełnoprawny album tech deathowy. I już w tym miejscu pojawiają się pierwsze lampki ostrzegawcze. Tak coś mi się słyszy, że death Esqariali podpada bardziej pod miękko-rozmokły styl francuski, aniżeli np. amerykański, niemiecki czy kanadyjski. Mam tu na myśli przede wszystkim ogromny nacisk położony na gitary, ich względną prostotę, mocno dmuchane wokale, które bardzo, ale to bardzo chcą być growlem oraz sporą melodyjność. Przy tym wszystkim "BGS" jest jednak mniej cipowaty niż kanon zakłada, bo bardziej szorstki i męski. Nie zmienia to jednak faktu, że brutalności to tu za wiele nie ma, flaczanych wyziewów i obijających nery technicznych połamańców też raczej szukać tu nadaremno. Zadziwia, wręcz szokuje (przy dwóch gitarzystach to lepsze sformułowanie) pusta przestrzeń, która zdaje się być zapełniona dźwiękami zaledwie w połowie. Brakuje mięsistości i choćby ciut gęstszej atmosfery, skutkiem czego całość przelatuje jak roztopiony lód między palcami. Trochę to frapujące, bo jak się tak wsłuchuję, to i gary dają całkiem sensownie i bas podbija, więc teoretycznie wszystko powinno hulać. Teoria swoje, a to, co słyszę – swoje. I to nie koniec narzekań, bo kilka momentów zatkało mnie na dłużej. Po pierwsze, połowa solówek pasuje bardziej do jakiejś rockowej kapelki z ery Beatlesów, przez co potrzebne są na "BGS" jak włosy w dupie. Po drugie, mam wrażenie, że sporo zagrywek słyszałem gdzieś wcześniej, choćby instrumentalny kawałek numer sześć, początek i pierwsze wokalizy ósmego, intro do "The Colour of Your God", no i czwórka też tak 'delikatnie' inspiracjami pachnie. I jeszcze coś – cały album sprawia wrażenie sklejonego z przypadkowych kawałków, brakuje nie tylko ducha, ale wręcz jakiejkolwiek myśli przewodniej stojącej za takim, a nie innym układem kompozycji. Efekt tego jest taki, że kawałki pasują do siebie jak obiad ze śliwek popijanych mlekiem i zagryzanych kawiorem. Miałem się jeszcze poznęcać nad oprawą graficzną i drutem kolczastym rodem z ramienia amatora więziennego dziarania na nadruku na kompakcie, ale co mi tam – odpuszczę. Skupię się za to na ciekawszych momentach, bo jest ich kilka. Warto zwrócić uwagę na dwa kawałki: "Mors Tua Vita Mea" oraz "Burned Ground Strategy". Można spokojnie powiedzieć, że są dobre od początku do końca, bez żadnych zastrzeżeń. Mimo zupełnie zbędnych czystych zaśpiewów, całkiem przyjemnie słucha się także "Cyanide Candies", a zajebisty, końcowy riff "Experiment Fear" rok później wykorzysta inna kapela. Tak patrzę na naszą skalę ocen i wypada mi, że "Burned Ground Strategy" plasuje się gdzieś w okolicach przyzwoitej, z kroczkiem w stronę dobrego.


ocena: 6,5/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/esqarial
Udostępnij:

2 lipca 2011

Hate Eternal – Fury & Flames [2008]

Hate Eternal - Fury & Flames recenzja okładka review coverDokładnie takiej płyty oczekiwałem od Hate Eternal zaraz po "King Of All Kings" – muzycznego dokręcania śruby i wciskania pedału gazu jeszcze głębiej w podłogę. Na tamtym albumie dotarli do ściany, tym – ścianę przesunęli. "Fury & Flames" doskonale wpisuje się w to, jak ja postrzegam ewolucję muzyki tego zespołu: szybciej, brutalniej, intensywniej, bardziej technicznie i lepiej brzmieniowo, a wszystko zamknięte w klasycznej formule death metalu z Ameryki. Jeśli ktoś tak pojmuje rozwój death’owej kapeli, to na pewno nie będzie zawiedziony zawartością krążka. Nad taką muzyką nie ma się sensu specjalnie rozwodzić, bo to zajebichnie czysty napierdol, w którym utrzymują się głównie zabójcze tempa, a stopień zakręcenia niektórych partii powoduje u słuchacza rękozwis – całość ogłusza, zdezorientuje i wyczerpuje. Brutalną treść albumu urozmaicają aż trzy melodyjne solówki (w 'Para Bellum', 'Tombeau (Le Tombeau De La Fureur Et Des Flames)', 'Bringer Of Storms' – do tego ostatniego, najlepszego, trzaśnięto teledysk) oraz garść szybko wpadających w ucho riffów – tyle w zupełności wystarcza, żeby nie zdechnąć od nadmiaru blastów. Warto skrobnąć kilka słów o składzie, który podpisał sie pod tym czterdziestominutowym dziełem. Rutan jaki jest, wszyscy wiemy – swoją klasę jako muzyk i producent potwierdzał już nie raz i "Fury & Flames" nie jest żadnym wyjątkiem od reguły. Znakomicie spisał się też inny deathmetalowy wyjadacz – Alex Webster zagrał zupełnie inaczej (a już na pewno znacznie szybciej) niż w Kanibalach, a jego bas cały czas przebija się przez gitarową orgię. Wzięty znikąd Jade Simonetto nie jest wprawdzie takim mistrzem jak jego poprzednik (Derek Roddy), ale jedno mu trzeba przyznać – chłopaczyna jest, kurwa!, szybki, a przy tym potrafi udanie zagospodarować podrzucane mu riffy. Shaune Kelley nie miał jakiegoś wielkiego wpływu na kształt muzyki (jakkolwiek maczał paluchy w dwóch kawałkach), jednak już za same solówki należy mu się pochwała. Tyle. "Fury & Flames" to dla mnie najlepsza płyta Hate Eternal – jest konsekwentnym rozwinięciem poprzednich i zawiera wszystko to, czego przynajmniej ja od nich oczekuję. Jednocześnie materiał jest niezwykle łatwy w odbiorze, a to dużo, jak na ścianę dźwięku.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.hateeternal.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

4 czerwca 2010

Amaseffer – Slaves For Life [2008]

Amaseffer - Slaves For Life recenzja okładka review coverCzas na coś prostszego – muzykę lekką, łatwą i przyjemną. Muzykę, która nie zmusza słuchacza do wytężania swoich szarych komórek, nie przepala obwodów swoją ponadprzeciętną złożonością, nie dewastuje aparatu słuchu intensywnością ani nie skręca kiszek ilością decybeli. Muzykę w sam raz na niedzielne popołudnie, kiedy Kubica już swoje wyjeździł (a Borowczyk wygadał), ruszać dupska nam się z domu nie chce, a książkę się przed chwilą skończyło. Muzykę do relaksu. Czasami i tak trzeba, choćby po to, by móc później docenić zniszczenie serwowane przez kapele pokroju Deception, Krisiun czy Immolation – żeby się odnieść tylko do ostatnich recenzji. Ja Amaseffer słucham bez specjalnego powodu – po prostu mi się podoba. Ale jest jedno 'ale' – nawet wtedy muszę mieć odpowiedni nastrój. Przy całej swojej lekkości i przyjemności, jest to jednak materiał specyficzny, który nie zawsze pasuje do chwili, nie jest uniwersalny. Już sama długość płyty sprawia, że wypada nad nią przysiąść (albo słuchać wybranych fragmentów). Także tematyka poruszana w tekstach do najoczywistszych nie należy – trzeba mieć ochotę posłuchać o losach Izraelitów. Chyba, że komuś teksty zupełnie w niczym nie wadzą. Na sam koniec pozostaje rzecz najbardziej istotna, a mianowicie sama stylistyka. Koncepcja albumu i teksty narzucają w pewien sposób bliskowschodnią melodykę i poetykę utworów. Jest więc sporo tradycyjnie brzmiących zaśpiewów wykonywanych przez solistów, narracji oraz instrumentalnych pasaży i interludiów. Mnogość tych operowych elementów w oczywisty sposób wpływa na kształt albumu i decyduje o jego wyjątkowości. Amaseffer w pewnym stopniu przypomina Orphaned Land, choć jest od niego łagodniejszy, delikatniejszy, mniej skomplikowany. Porusza się jednak w podobnym uniwersum i posiłkuje podobnymi technikami. Także i tu mamy do czynienia z mocno zakorzenionym w bliskowschodniej tradycji progu z elementami symfonii. Spora w tym zasługa udzielającego się wokalnie Matsa Levena, znanego choćby z Theriona. Powiem to z pełną odpowiedzialnością – swoim talentem dodał krążkowi kilka punktów, a muzyce wyrazistości i niepowtarzalnego zabarwienia. Nie wypada też nie wspomnieć popisów gitarzystów, którzy odwalili kawał porządnej roboty nagrywając epickie ścieżki, często okraszane fantastycznymi solówkami. I właśnie solówki i wokale Matsa uznałbym za najbardziej wartościowe składowe "Slaves For Life". Całkiem poprawnie wygląda także strona kompozytorska – utwory przyciągają melodyjnością i rozmachem. Na minus zapisałbym nieco przegiętą długość (78 minut!) oraz wspomnianą specyficzność, która sprawia, że po album sięga się średnio często. Mimo wszystko porządny krążek.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalna strona: www.amaseffer.com

podobne płyty:

Udostępnij:

4 maja 2010

Haggard – Tales Of Ithiria [2008]

Haggard - Tales Of Ithiria recenzja okładka review coverPo upływie 4 lat od nagrania rewelacyjnego "Eppur Si Muove" Haggard powrócił był z kolejnym longplejem. Longplejem, który od wspomnianego poprzednika był słabszy (żeby nie trzymać was w niepewności), ale który poniekąd był także inny. Myślę, że nie ma potrzeby jakoś szerzej komentować faktu, iż "Opowieści" są krążkiem słabszym, ot, przebojowość gdzieś się nieco zagubiła, melodie osłuchały, a riffy niekiedy pachną autoplagiatem. Generalnie z poziomem kompozycji jest słabiej, tu i ówdzie brakuje ikry, a o jakiejkolwiek świeżości nie ma nawet co mówić. Bardzo wyczuwalne jest natomiast znaczne wyciszenie, uspokojenie i uplastycznienie muzyki. I na tym głównie polega inność "Opowieści" – jeśli o "Eppur Si Muove" można powiedzieć, że jest bardzo teatralny, to "Opowieści" to już obraz malowany dźwiękiem, metalowa opera, ścieżka dźwiękowa do filmu historycznego. Jedna mała uwaga w tym miejscu: "Tales of Ithiria" jest pierwszym albumem, którego teksty nie są osadzone w historii – jak Asis pisze na własnej stronie – zdecydowali się pójść w stronę królestwa baśni. Można jednak śmiało powiedzieć, że specjalnego przełożenia na odbiór muzyki to to nie ma. Ot, popłynęli trochę w fantastyczne klimaty. Generalnie nie przeszkadza to w najmniejszym stopniu, gorzej ze wspomnianym wyciszeniem i odpuszczeniem. Ja rozumiem, że fajnie jest kreować baśniowe światy, dźwiękiem opowiadać liryczne historie i niemal wizualizować emocje, ale trochę jaj, panie i panowie. Jest kilka fragmentów, które dają konkretnego kopa i te najlepiej zapadają w pamięć. Trochę proporcje się pomieszały i plumkań za dużo wkradło się na ten nie najdłuższy, jakby nie patrzyć, album. Tym sposobem styl, którego współtwórcą był Haggard, został przewartościowany. Raz jeszcze to powiem – nie dyskredytuje to albumu jako takiego, pozostawia jednak pewien niedosyt, szczególnie tym, którzy przedkładali metal nad operę, w tym i mnie osobiście. Pewnie dlatego częściej sięgam po "Eppur Si Muove".


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalna strona: www.haggard.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 marca 2010

Deicide – Till Death Do Us Part [2008]

Deicide - Till Death Do Us Part recenzja okładka review coverBrak szumu medialnego przed premierą "Till Death Do Us Part" nieco mnie zaniepokoił, a stan ten pogłębiły rzucone do sieci kiepskiej jakości zajawki. Czyżby zmyłka i cisza przed burzą? Niestety nic z tych rzeczy. Po prostu, zespół/wytwórnia nie mieli za bardzo czym się chwalić. Niespełna trzy kwadranse (czyli rekordowo dużo) nowej muzyki w żaden sposób nie podniosły mi ciśnienia (czy czegokolwiek innego), płyta pohałasowała, przekręciła się i już. Podniety brak, a nawet — co gorsza! — monotonią momentami zaleciało. Tu wychodzi pierwsza i bodaj największa wada tej produkcji – brak numerów, które wrzynają się w pamięć od pierwszego przesłuchania. Dziewiąty krążek Deicide sprawia wrażenie bardzo jednolitego, brzmieniowo skondensowanego. Ponadto miejsce melodii zajęły dodatkowe pokłady brutalności. Wprawdzie kawałki są bardziej rozbudowane, zawierają więcej riffów, ale niestety niezbyt wyraźnych, więc 'z daleka' mogą wydawać się bliźniaczo do siebie podobne. Panowie zafundowali nam pewne nawiązania do nielubianego "Insineratehymn", co przejawia się m.in. w sporej ilości zwolnień i dołujących fragmentów – chwalić Papcio Szatana, że tym razem im to wyszło! Oprócz tego tu i ówdzie trafia się powrót do znanej z debiutu rytmiki. Od początku słychać chęć zrobienia płyty bardziej klimatycznej, ponurej i 'złej', niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Udało się to do pewnego stopnia – wprowadzenie odrobiny atmosferycznych dźwięków (nie mylić z plumkaniem!) wyszło kawałkom na dobre, ale nie uniknięto przy tym pewnych mielizn: np. w takim 'The Beginning Of The End', który jest raczej średniej jakości odwołaniem do cudów z 'The Lord’s Sedition'. Nie wierzyłem w zapowiedzi Glena, jakoby inaczej napisane teksty (jest w nich ukłon w stronę 'burzliwych' tematów z "Insineratehymn") wymogły na nim zmianę wokalu. Dobrze robiłem, bo to bzdura maskująca ciągły regres tego pana. Jest jeszcze coś, co poprzednio wywołało spore kontrowersje (odnoszę jednak wrażenie, że wyłącznie w Polsce) – solówki. Tym razem już nie powalają, mniej w nich melodii, choć trafiają się i bardziej chwytliwe momenty. Co ciekawe, za solówki — z jakichś tajemniczych względów — zabrał się także Steve! Fajnie, fajnie, ale po jaką cholerę mu to potrzebne? Nie mógł tego zostawić lepszym? Ostatnią wartą wzmianki nowością są dwa numery instrumentalne. Szkoda tylko, że jeden z nich władowano na siłę – mogłoby się spokojnie obejść bez 'The End Of The Beginning'. W moich oczach (uszach) "Till Death Do Us Part" nie posiada wystarczających atutów, by spodobać się od razu. Ja potrzebowałem około trzydziestu przesłuchań, żeby się do tego albumu przekonać, jestem przy tym daleki od zachwytu. Średniak – tego Deicide w dyskografii jeszcze nie mieli!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: