29 grudnia 2010

Samael – Eternal [1999]

Samael - Eternal recenzja okładka review coverJak już zdążyliście poznać po ocenie, "Eternal" to dla mnie znakomity krążek. Przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem 'luzem' kilka kawałków z tej płyty, byłem nimi ogromnie rozczarowany (z wyjątkiem genialnego 'The Cross', bo ten akurat chyba podoba się każdemu). Ale... no właśnie – gdy zapoznałem się z całością, to zwyczajnie nie mogłem wyjść z zachwytu. Ta płyta rajcuje mnie nadal i pewnie będzie tak długo, bo wiem, że "Eternal" na pewno będzie wieczny, gdyż przemawia do słuchacza (a przynajmniej do mnie) bogatą warstwą muzyczną oraz potężnym ładunkiem przeróżnych emocji zawartych w tekstach. Muzyka Szwajcarów na przestrzeni lat stopniowo ewoluowała, przeobrażała się, lecz za każdym razem była czymś wyjątkowym, nowym, nie do podrobienia (nawet dla Alastis he, he...). Tylko ostatnimi laty ta wyjątkowość wyraźnie im siadła, przekształcając się w... hmm, jakieś nieskoordynowane cuś. Ale kij z tym, pozostaje wszak "Eternal" – wizja sztuki bardzo odważnej, progresywnej, nie uciekającej od nietypowych rozwiązań, powalająca różnorodnością brzmienia i niebanalnymi aranżacjami; sztuki, która nie zamyka się na jeden tylko gatunek i grupę odbiorców; sztuki, która wyrywa się próbom zaszufladkowania i jednoznacznego określenia. Dźwięki stworzone przez Xy’a przepełnione są niebanalną elektroniką, dla której gitary — chociaż świetne (jest nawet coś na kształt solówki w 'Supra Karma'!) — pełnią rolę uzupełniającą. Dla niektórych owa 'nowoczesność' może być nie do przyjęcia, ale zaręczam, że warto się przemóc i posłuchać. Człowiek w swoim intymnym wszechświecie i jako galaktyczny pył, dokonywanie istotnych wyborów w życiu, moc przyjaźni i prawdziwe partnerstwo, cenne zaufanie, przemijanie, religia prowadząca do niezrozumienia i cierpienia... to tylko część bogatej zawartości lirycznej albumu — dzieła Vorph’a — która została fantastyczne zaśpiewana. Zresztą, nietrudno dostrzec, że to właśnie bogactwo charakteryzuje tą płytę, stanowi słowo-klucz do jej zawartości. "Eternal" to obezwładniający krążek. Wieczność stoi przed wami otworem...


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 grudnia 2010

Neuraxis – Imagery [1997]

Neuraxis - Imagery recenzja okładka review coverPoczątki Neuraxis nie są może wielce imponujące, ale i tak trzeba chłopaków pochwalić za to, że chciało im się tłuc brutalny i w zamyśle techniczny death metal w momencie, gdy na świecie szalała jeszcze kretyńska blackowa moda, a główne rynki powoli szturmowały powerowe pedały. Od strony muzycznej "Imagery" prezentuje się dość solidnie, niezbyt odkrywczo — bo słyszalne są wpływy Cannibal Corpse, Cryptopsy i Kataklysm — ale na temat. Jednym słowem: napierducha. Ale to tylko jedna strona medalu, gdyż nie raz i nie dwa młodzieńcy dają znać, że nie tylko napierdalanie im w głowach. W paru miejscach Kanadyjczycy pozwolili sobie na ciekawe zmiany tempa, fajnie poprowadzone melodie, akustyczne gitary czy kawałki instrumentalne. Pomysłów im nie brakowało, ale słychać wyraźnie, że czasem ambicje przerastały umiejętności, przez co niektóre ich poczynania sprawiają wrażenie niedopracowanych, niekompletnych i niespójnych. Z przywołanym wcześniej Kataklysm "Imagery" może się kojarzyć w dwóch kwestiach. Po pierwsze, wokale są równie dzikie i chaotyczne co na takim "Temple Of Knowledge", choć podane w trochę innych barwach (czasami wpadają w grindowe rejestry), po drugie, brzmieniowo starano się podciągnąć krążek pod dokonania ich rodaków, za co odpowiada sam Jean-François Dagenais. I o ile z wokalami wszystko jest spoko, to już produkcja pozostawia wiele do życzenia i stanowi najsłabszy punkt albumu. Za dużo tu różnic w poziomach między gitarami i perkusją, a efekt tego jeden: brak spójności i wyraźnie zaznaczonego środka. Wspomniałem, że same kompozycje nie są tip top – taki niekiedy rozjechany dźwięk wcale im nie pomaga. Rewelacji tu nie ma (bo na to przyjdzie pora na późniejszych płytach), ale mnie się te pół godzinki hałasu podoba, nawet bardziej, niż to wynika z oceny.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/neuraxis

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 grudnia 2010

Suffocation – Breeding The Spawn [1993]

Suffocation - Breeding The Spawn recenzja okładka review coverJest to z pewnością najtrudniejszy do 'wyceny' album nowojorskiego Suffocation z całego ich bogatego dorobku. Nie dlatego, że jest jakiś ciężki do sklasyfikowania, eksperymentalny, wyprzedzający swoje czasy, czy coś w tym stylu. Naprawdę, nic z tych rzeczy. Ta płyta po prostu została brutalnie, doszczętnie i bezlitośnie zajebana przez brzmienie i produkcję. Dźwięk jest płaski, przytłumiony i momentami nieczytelny – płyta brzmi, jakby nagrywano ją w garażu na setkę, a potem zapomniano o masteringu. To dlatego krążek przez wielu jest ostentacyjnie olewany i traktowany jak swoista 'dziura' w dyskografii. Człowiek, który za ten stan odpowiada powinien być ścigany listami gończymi, a potem siedzieć w celi z 'napalonymi' pedałami. I tu mamy mały problem, bowiem to, że "Breeding The Spawn" został nagrany w sposób wybitnie gówniany (przez Paula Bagina w Noise Lab – nazwa doskonale pasuje do tego przybytku) to jedno, a to że puszczono go w tym stanie w świat, to drugie. Najwyraźniej Roadrunner poskąpił forsy na studio (poprzednio korzystano z usług Scotta Burnsa i Morrisound), a później na jakiekolwiek poprawki, chcąc jak najszybciej rzucić album na rynek i trzepać kasiorę przy minimalnych wkładach własnych na fali dobrze przyjętego debiutu. Zaś sam materiał robi niezwykle dobre wrażenie – muza jest bardziej techniczna, złożona, odrobinę melodyjna, a przy tym nadal brutalna. Pojawiają się zaskakująco charakterystyczne riffy, dzikie solówki i nowe pomysły na zaaranżowanie wolniejszych partii. Ciekawa ma się sprawa z basem (na tym stanowisku Chris Richards zastąpił Josha Baronh’a), bowiem, paradoksalnie, to właśnie ten instrument jako jedyny zyskał na brzmieniowej mizerii i jego obecność jest, umownie, dość dobrze słyszalna. Szczególnie godne polecenia są według mnie numery takie jak 'Prelude To Repulsion', 'Anomalistic Offerings' (bodaj najlepszy na płycie), 'Ornaments Of Decrepancy', czy 'Epitaph Of The Credulous', choć prawdę mówiąc – absolutnie wszystkie powinny zadowolić fanów klasycznego death metalu. Zresztą, jak ktoś powątpiewa w muzyczny potencjał "Breeding The Spawn", niech zapozna się z ponownie nagranym numerem tytułowym na "Pierced From Within" (od późniejszych rimejków dzieli go technologiczna przepaść, lecz nie poziom) – z takim brzmieniem ten album w zabijałby od pierwszej sekundy!


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

22 grudnia 2010

Obituary – Frozen Alive [2006]

Obituary - Frozen Alive recenzja okładka review coverKtóż by pomyślał, że Obitki na kraj realizacji swego pierwszego dvd wybiorą nasz polski, niezbyt przecież piękny kurwidołek? A jednak cuda się zdarzają! Przystojni inaczej Amerykanie nawiedzili Warszawę (tfu! hehe...) i co tu dużo mówić – pozamiatali! Efekty ich niecnych poczynań można obejrzeć na "Frozen Alive". Wśród dwudziestu zagranych tamtego wieczoru kawałków mamy takie wspaniałości jak 'Chopped In Half', 'Internal Bleeding', 'Find The Arise', 'Threatening Skies', 'Back To One'... ta wyliczanka jest naprawdę długa. Oprócz nich jest tu mocna, bo aż siedmioutworowa reprezentacja "Frozen In Time" – wbrew przewidywaniom różnych jojczymordów, materiał z tej płyty świetnie wypada na żywo. Samo zakończenie to, jakże mogło być inaczej, kultowe 'Til Death' i 'Slowly We Rot' – miazga i zwolnienia, od których karki nam się uginały! Setlista została cholernie dobrze ułożona, więc każdy fan znajdzie tu z pewnością swoje ulubione numery. Mnie osobiście brakuje tylko 'Don’t Care' (bo go nie zagrali) oraz solówki Donalda (bo ją, kurwa, wycięto w pizdu!). Tak czy srak, mamy ponad 75-minutowy koncert, który powinien zadowolić większość fanów klasycznego death metalu z Florydy. Zespół prezentuje się na scenie znakomicie i tylko wyglądem członków (siwe włosy, brzuszyska, mętny wzrok i takie tam) odbiega od tego, co widać na starych wideosach z początku ich kariery. Zachowanie praktycznie bez zmian, ot chociażby Trevor charakterystycznie napieprzający łbem, albo John miotający się ze statywem. No i ten wokal – mistrzostwo! Do realizacji większych zastrzeżeń nie mam, choć za często widać kamerzystów (to jest kompleks większości dvd kręconych w Polsce) i dokonano zbyt dużych cięć, przez co bisy następują nieco za szybko, bez wyraźnej przerwy. Teraz słowo o dodatkach, bo jest ich całkiem sporo, choć nie wyczerpują tematu. Na pierwszy ogień idą dwa teledyski do promowanej płyty (w tym jeden nowiutki – 'On The Floor'). I tu zajebista szkoda, że nie umieszczono także tych archiwalnych. Ponadto jest 'The Making Of Insane', urywki z bakstejdżu (Watkins w majtkach, bleee!), jak również nakręcone po amatorsku solo Donalda z koncertu w Rumunii. Jako bonus dorzucono dwa ciekawe wywiady: z Johnem i Donaldem oraz z Trevorem i Frankiem (osobnik przepytujący masakruje akcentem), galerię fotek, biografię, dyskografię i tapety na pulpit. Wszystko to składa się na obraz bardzo dobrego wydawnictwa, któremu żaden fan Obituary nie powinien się oprzeć, tym bardziej, że jak na jedną płytę jest dosyć okazałe. Jeszcze na koniec wspomnę o rozszerzonej wersji "Frozen Alive" – ta zawiera płytę audio z zapisem koncertu. Tym zabiegiem ekipa Metal Mindu niechcący zamknęła sobie (oby!) drogę do pchnięcia jej osobno, jak to ma teraz w zwyczaju postępować z innymi swoimi dvd. Gorąco zachęcam do zakupu, kurewsko warto.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 grudnia 2010

Vesania – God The Lux [2005]

Vesania - God The Lux recenzja okładka review coverW życiu nigdy nie ma tak, żeby wszystko było cacy od początku do końca. I tak na przykład chcąc jak najszybciej dorwać "Torture Garden", musiałem — już nie chcąc — zakupić też "God The Lux" nachalnie promowanej, a niewiele wartej Vesanii. Skoro moje zdanie o tym zespole już znacie, teraz słów kilka na temat samej płyty. Wygląda to tak — i nawet taki black metalowy ignorant jak ja jest w stanie to wychwycić — że kolesie próbują rżnąć z Emperor, głównie tego z okresu "Prometheus" (czasami w sposób wołający o rąbnięcie z liścia w umalowane facjaty), ale przez natłok miernego klawiszowego plumkania i zorientowanie na psucie własnych kompozycji zbliżają się do wojowników o mokre koronki (obojętnie jakiej płci) z Dimmu Borgir. Nie mam nic przeciwko klawiszom w metalu (co paru idiotów próbowało mi nieudolnie zarzucać), ale jak niemal w każdej sekundzie — i wcale nie przesadzam! — 'właściwego' albumu słyszę takie rozmemłane, banalne dźwięki, to mnie odrzuca jak od zwietrzałej wódki. Do tego wymyślili sobie, że to jest "symphonic black metal", a niektórym uroiła się tu nawet awangarda. Nieee, to w żadnym wypadku nie jest "symphonic", a zestawianie tego drugiego terminu z kapelami pokroju Vesanii to już absurd na miarę kariery Macierewicza, Ziobry, Kurskiego czy jeszcze innego buca. Vesaniowcy powinni na próbę (a nawet na próbie) odstrzelić klawiszowca albo poobcinać mu palce, a już przynajmniej odciąć go od prądu, żeby przekonać się, ile tracą z nim w składzie. Tak na dobrą sprawę uwagę mogą zwrócić najwyżej 'Rest In Pain' (tak do połowy, potem się rozjeżdża), 'Posthuman Kind' (ze względu na wyróżniające się wolniejsze tempo) i 'The Mystory' z niezłym riffem na początek. Jako, że nie ma specjalnie na czym ucha zawiesić, to i w głowie po wysłuchaniu "God The Lux" niewiele zostaje. A jeśli nawet, to przy 'Inlustra Nigror' wszystko skutecznie wywietrzeje, bo właśnie w tym 'kawałku' moi kochani piewcy awangardy władowali 25 minut ciszy (to jeden z bardziej wartościowych fragmentów płyty, hehehe) i jakieś bezsensowne bzyczenie na koniec. Jeśli ktoś przy tym nie uśnie, to przynajmniej zdąży o Vesanii zapomnieć. Na tyle w pełni zasługują.


ocena: 3,5/10
demo
oficjalna strona: vesania.pl

podobne płyty:

Udostępnij:

17 grudnia 2010

Moon – Lucifer’s Horns [2010]

Moon - Lucifer’s Horns recenzja okładka review coverCezara najwyraźniej rozsadza energia twórcza, bo nie dość, że nabrał rozpędu z odrodzonym Christ Agony, to jeszcze reaktywował nieco już zapomniany Moon. Nie przypuszczałem, że jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane usłyszeć nowy materiał tego projektu (teraz już chyba zespołu?), tym bardziej, że muzyka przezeń uprawiana z lekka się zdezaktualizowała, a tu proszę – "Lucifer’s Horns" kręci się w moim odtwarzaczu. Nowe oblicze Księżyca znacząco różni się od poprzednich krążków, ale — i to jak dla mnie największa wada albumu — brzmieniowo jest bardzo bliskie obecnej Chrystusowej Agonii. Poza tym gołym okiem dostrzegalna jest radykalizacja muzyki i pójście w black-death’owy konkret – znikły banalne klawisze (ugh!), w gitary wstąpił nowy ciężar (też ugh!), perkusja zyskała na normalności i jebnięciu (ponownie ugh!), zmienił się charakter solówek (już nie ugh!) i trochę zatarła wcześniejsza melodyjność (co do tego odczucia mam ambiwalentne). Oprócz tego mamy pewne nowości, jak choćby wplecione w sieczkę akustyki czy dwa teksty po polsku – czyli wbrew pozorom nic, co mogło by zmniejszyć brutalność. Płyta zaczyna się od zmyłki, bo początek 'Summoning Of Natan' błyskawicznie przywodzi na myśl "Satanicę" Behemotha, ale dalej już na każdym kroku czuć rękę (i wokal) Cezara. Szybkość i agresja wciąż są istotnymi elementami stylu Moon, ale to nie wszystko, co zespół ma w tej chwili do zaoferowania, bo nowy materiał jest bardziej pokombinowany i urozmaicony niż "Daemon’s Heart" i "Satan’s Wept" razem wzięte – po prostu ciekawszy. Mnie to pasuje, wszak muzyki Cezara (i ekipy – bo płyta jest efektem zespołowej pracy) nigdy za wiele, mimo to chciałbym usłyszeć te kawałki z bardziej indywidualnym i trochę lepszym brzmieniem. Drobnym problemem "Lucifer’s Horns" w tych czasach może być niebezpośrednia, zakamuflowana szorstkością chwytliwość – nie ma tu hiciora na miarę 'Lucifer’s Light', a żeby wyłonić hajlajty w postaci 'Night Of The Serpent', 'The Semen Of Ye Old One' i 'Czarnego Horyzontu' potrzebowałem aż trzech przesłuchań, a uważam się za wielce zainteresowanego fana. Na koniec bonus – rimejk (coś to modne ostatnio) kawałka z debiutu. Czy potrzebny? Nie, ale został tak obrobiony, żeby w niczym nie odstawał od normalnej zawartości albumu. Z drugiej strony może to być jakiś impuls do przypomnienia sobie starych, niedawno wznowionych, krążków. "Lucifer’s Horns" to dla mnie miłe zaskoczenie, więc tym bardziej jestem ciekaw, co Moon pokaże, gdy się w pełni rozkręci.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/moonsatanic
Udostępnij:

14 grudnia 2010

Hate – Erebos [2010]

Hate - Erebos recenzja okładka review coverCzyżby warszawiacy etap wielkich zmian mieli już za sobą? W deklaracjach na pewno nie, bo "Erebos" ma być ich najdłuższym, najbardziej eklektycznym (choć to za duże słowo w kontekście tej kapeli) i złożonym dziełem. Długość nie podlega dyskusji, bo to kwestia obiektywna, ze złożonością mogę się zgodzić, z resztą na szczęście – nie, bo płyta to mocny, dość techniczny i raczej klasyczny w strukturach death metal w rozpoznawalnym stylu Hate. Tak, właśnie death metal, a nie żadne naciągane hybrydy. Nawet te industrialne dodatki, teoretycznie obecne w większości kawałków, pełnią teraz w muzyce rolę krańcowo marginalną — cuś jak Rysiu Henry Czarnecki w PiS — i trzeba się specjalnie nastawiać, żeby je wychwycić. To cieszy, a przy okazji pokazuje, że — podświadomie czy też nie — ciągnie wilka do lasu. Na mnie szczególnie dobre wrażenie robią aranżacje – są rozbudowane i wymagające (acz nie ekstrawaganckie), a przez to zdecydowanie nie na raz, bo po jednym odsłuchaniu mogą się wydawać trochę jednowymiarowe, albo i nudnawe. Wystarczy jednak trochę nad nimi posiedzieć, a odsłonią swoje atuty: dużą ilość melodii (jak na Hate – do Pussycat Dolls jakoś nadal im daleko), odważniej stosowane zwolnienia (wskutek czego cały materiał porządnie zyskał na ciężarze) czy ciekawie pomyślane solówki (pojawiają się w mniej oczywistych miejscach). Nie bez znaczenia jest także spójny klimat albumu, który potrafi nieźle przytrzymać słuchacza przez tych prawie 50 minut. W tym czasie pojawia się kilka wyjątkowo trafionych utworów: 'Luminous Horizon', 'Erebos', 'Trinity Moons' i przede wszystkim mój ulubiony 'Hexagony'. Efektem zmiany sprzętu albo ogólnej koncepcji jest bardziej mięsiste, 'zbite', a przy tym naturalne brzmienie albumu. Dzięki odpowiedniemu wyważeniu "Erebos" wypada masywnie i czytelnie zarazem, jest to też (jak na moje ucho) optymalny sound dla Hate, w którym warto dalej rzeźbić. Pewnie będę w mniejszości, ale "Erebos" spokojnie mogę zaliczyć do wydawnictw bardzo udanych, które intrygują choćby tym, że nie dostarczają słuchaczowi wszystkiego na tacy pod sam nos. Bez indywidualnego wysiłku płyta po prostu wam przeleci jak typowy łomot, przy odrobinie skupienia – zostanie w głowie na dłużej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HATEOFFICIAL

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

11 grudnia 2010

Devin Townsend – Ziltoid The Omniscient [2007]

Devin Townsend - Ziltoid The Omniscient recenzja okładka review cover"Ziltoid the Omniscient" jest dokładnie taki, jaka jest jego okładka. Bardziej się tego pokazać nie da: cudaczny ufoludek trzymający w ręku kubek kawy – no proszę, tego nie można brać na serio. Jest więc prześmiewczo, głupkowato wręcz, nie można jednak nie zauważyć kompozycyjnej i koncepcyjnej doskonałości. Bowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku album rozwija się według doskonale skrojonego planu, planu, który wprowadza słuchacza w coraz gęstsze opary absurdu i graniczącego z idiotyzmem geniuszu. Absurdu, który rozpoczyna się niemal sakramentalnym (wiem, że możecie nie wiedzieć, co to znaczy) "Greetings humans. I... am Ziltoid... the Omniscient...". A takich perełek jest od zasrania, żeby przytoczyć tylko kilka. "I am so omniscient... if there were to be two omnisciences, I would be both!" – żeby wymyślić coś takiego potrzeba ze dwóch profesorów filozofii i tuzin magistrów (chyba, że mówimy o dzisiejszych magistrach, to wtedy cztery tuziny), równie komicznie brzmią słowa wypowiedziane przez 'Omnidimensional Creator': "long time no see, although I see everything...", natomiast wisienką na torcie jest bez wątpienia "phooey!!! and double phooey". Teksty są bezdenną studnią hasełek, bon motów oraz mądrości życiowych – sprawdźcie sami. Strona muzyczna to druga strona tego samego medalu. Zagrany i wyprodukowany niemal w całości przez Devina album jest dziecinnie żywiołowy, głupkowato śmieszny i tak przyjemny w odbiorze, że słucha się bez niczyjej pomocy. Płytkę można spokojnie wrzucić do playera i nie wyciągać przez tydzień, a frajdy i tak będzie po uszy. Jest to niespodzianką o tyle, że muzyka jest w sumie stosunkowo prosta – nie ma więc technicznych zawijasów do obczajania, ani mega skomplikowanych temp do przetrawiania. Żeby jednak było jasne – w muzyce dzieje się bardzo, ale to bardzo wiele – sporo w niej sampli, elektronicznych przeszkadzajek i wszelakiej dźwiękowej aktywności. Dlatego też najlepiej brzmi na słuchawkach. Trzeba też oddać Devinowi, że nawet w takiej konwencji jego gitary są niesamowite, nie wydaje mi się bowiem, by wielu było takich, którzy z podobną gracją zagraliby podobne partie. Wrócę jeszcze na moment do słuchawek – warto się zapoznawać z "Ziltoidem..." w ten właśnie sposób także ze względu na realizację materiału; klarowność, soczystość i — w skrócie — power są na niebotycznym poziomie. Zakończę z partyzanta myślą: takich albumów nam trzeba.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.hevydevy.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 grudnia 2010

Kronos – The Hellenic Terror [2007]

Kronos - The Hellenic Terror recenzja okładka review coverKronos coś nie mają nosa (oka, ręki, szczęścia...?) do oprawy graficznej swoich wydawnictw, bo po raz kolejny obrazki, w które zapakowano krążek nie zachwycają wykonaniem. Trochę to dziwi, zważywszy na fakt, że Francuzi są zafascynowani starożytną Grecją, a tam przecież poczucie estetyki było dość dobrze rozwinięte. No cóż, przynajmniej muzykę skubańce utrzymują na bardzo wysokim poziomie. "The Hellenic Terror" to pół na pół blastowanie i motoryczna jazda, odnoszę przy tym wrażenie, iż francuskie brzydale postawiły na bardziej dosadny, bezpośredni atak dźwiękiem. Nie znaczy to jednak, że olali swe umiejętności, tudzież korzystają z nich w gorszy sposób. To nadal techniczny death metal, tylko tym razem bardziej zwarty i zbity, a przez to bliższy chociażby 'dwójce' Hate Eternal niż Kataklysm, z którymi wcześniej mi się kojarzyli. Przy wzmocnieniu brutalnej nawałnicy Kronos nie zatracili na szczęście 'fajności' utworów, bo porypane riffy (szczególnie te z 'Bringers Of Disorder' – już sam tytuł do czegoś zobowiązuje) czy zakręcone solówki (jak dla mnie najlepsza jest w 'A Huge Cataclysm') niosą ze sobą przyzwoitą dawkę melodii, a to pozytywnienie wpływa na odbiór całości. Jest intensywnie ale nie jednowymiarowo. Jako wadę wymieniłbym... dobre brzmienie! Celem rejestracji albumu Kronos wybrali się aż do Hertza, a efekt tych wojaży jest taki, że brzmią właściwie tak samo, jak większość kapel, które przewinęły się przez to studio w podobnym czasie – z Traumą, Severe Torture, Dissenter i zafajdanym Decapitated na czele. Może i chłopaki są zadowoleni z takiego soundu (bo z Polskiej Wódki na pewno), jednak w moim odczuciu stracili dużo z tej świeżości obecnej na "Colossal Titan Strife". Mimo to w dalszym ciągu należą do czołówki takiego grania w Europie i warto mieć ich na uwadze.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: kronosbrutaldeath.free.fr

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

5 grudnia 2010

Malevolent Creation – Invidious Dominion [2010]

Malevolent Creation - Invidious Dominion recenzja okładka review coverPhil Fasciana to prawdziwy długodystansowiec – ponad 20 lat grania, je-de-na-ście płyt studyjnych wydanych za sprawą kilku wytwórni, dziesiątki zmian składu, setki koncertów, tysiące fanów... Trzeba mieć do tego końskie zdrowie i wytrwałość leminga! "Invidious Dominion" w dorobku jego zasłużonej grupy raczej niewiele (a zapewne nic – ku tej wersji się skłaniam) zmieni, bo to rozsądna (10 kawałków w 35 minut) dawka rzetelnego super klasycznego death metalu, który równie dobrze mógł nagrać 10, 15 czy nawet 20 lat temu. W żadnym wypadku nie jest to silenie się na oldskul – chłopaki grają szczerze i naturalnie, bez naciągania stylu do wymogów rynku. Płyta jest nieprawdopodobnie równa (odrobinę wyróżniają się tylko 'Corruptor' i — najlepszy w zestawie, choć nie olśniewający — 'Target Rich Environment'), zwarta, stosunkowo prosta i nader bezpośrednia, ale też dość zwyczajna i baaardzo typowa. Klasy ani umiejętności Malevolentom odmówić nie można, bo albumu słucha się sprawnie i bez przymuszania, ale trochę formalnych urozmaiceń tu i ówdzie by się przydało. Nie oczekuję od nich rzecz jasna, żeby ścigali się z jakimiś nowymi wynalazkami pokroju Beneath The Massacre (nic dobrego by z tego nie wynikło), jednak powiew świeżości nawet u takich weteranów jest mile widziany, tym bardziej, że jest to w ich zasięgu. "Invidious Dominion" to niemal rzemieślniczy majstersztyk, niestety artyzmu nie doszukacie się tu za cholerę – daje to średni średniak bez odchyłów w którąkolwiek stronę. Nie ma sensu pisać cokolwiek więcej, bo kto ich zna (a przy tym lubi), ten zawartość krążka przyjmie spokojnie i bez zaskoczenia, dla pozostałych — głównie młodszych — będzie to produkt z epoki, kiedy dinozaury popierdalały po Ziemi pod rękę ze starym Giertychem.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

2 grudnia 2010

Atheist – Jupiter [2010]

Atheist - Jupiter recenzja okładka review coverDrogi czytelniku Anonimowy – specjalnie dla ciebie;].
Jeśli chcesz posłuchać czegoś szczerego i autentycznego – zapodaj sobie "Piece of Time", jeśli szukasz czegoś żywiołowego, czegoś z ikrą – kopiącego po jajach – włącz "Unquestionable Presence", jeśli interesuje cię muzyka do bólu pokręcona, technicznie doskonała – strzel sobie "Elements", jeśli natomiast chcesz Atheista na miarę XXI wieku – kup sobie Gnostic. "Jupiter" nadaje się głównie na półkę, w celach kolekcjonerskich, ponieważ wartości muzycznych nie ma wiele. Wcale – prawdę mówiąc. "Jupiter" bowiem jest albumem równie dobrym jak "Traced In Air". Amen.


ocena: 5/10
deaf
oficjalna strona: www.officialatheist.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 listopada 2010

Immortal – Diabolical Fullmoon Mysticism [1992]

Immortal - Diabolical Fullmoon Mysticism recenzja okładka review coverCo na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku mógł porabiać norweski pre-blackmetalowiec zanim poczuł odwieczny zew lasu, oddał się Szatanowi (jakkolwiek to rozumieć), umalował pyska i rytualnie przybrał mroczny pseudonim? Ano to, co zdecydowana większość piewców tego trendu – w jakiejś piwnicy łupał pod swoim nazwiskiem toporny death metal. Immortal nie jest tu żadnym wyjątkiem. Dobrze się jednak stało, że dali sobie siana z czymś, co ich przerastało na rzecz czegoś, na co starczało im umiejętności. Taka była droga do debiutu Norwegów – ortodoksyjnego true balck metalu, w którym próżno szukać znaczących urozmaiceń czy znamion finezji. Struktury utworów są bardzo proste: garstka przypadkowych riffów, możliwie szybka perkusyjna młócka (oczywiście w tempach łatwych do opanowania), dzikie darcie mordy i masa innych niewiadomego pochodzenia dźwięków. Kiedyś to był szok, muzyka ekstremalna, stosunkowo świeża, dzika i pierwotna... Wiadomo, dziś takie rzeczy już nikogo przy zdrowych zmysłach na glebę nie powalą, choć pewnie paru prawdziwków z popuści przy tej płycie ze wzruszenia – takiego true blackmetalowego wzruszenia. "Diabolical Fullmoon Mysticism" to muzyka szorstka, brudna, chaotyczna i uboga brzmieniowo – taka wypadkowa Bathory i Venom z pierwszych płyt, która zawiera niemałe pokłady kiczu i — mniemam, iż niezamierzonej — śmieszności. Ale jest tu coś jeszcze, na co niemały wpływ mają wokale, stosowane tempa i akustyki – ponury, lodowaty, garażowo-piwniczny klimat, dzięki któremu albumu słucha się sprawnie i z zainteresowaniem. Na moje szczęście, nie jest to 'klimat', przy którym roz-puszczają się wszystkie zakochane w Cradle Of Filth niemyte moczykoronkowce. Żadnych wampirów, elfów czy innych tam ogrodowych krasnali! Podczas obcowania z "Diabolical Fullmoon Mysticism" na pewno się nie zanudzicie (czemu sprzyja długość płytki – 35 minut), a wszystkie kompozycyjno-brzmieniowo-techniczne-zdroworozsądkowe braki odsuną się w cień mroźnych lasów Północy. Poza tym warto sprawdzić, co wyczyniał Immortal zanim zapragnęli być najszybszym zespołem na świecie.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

26 listopada 2010

Cannibal Corpse – Tomb Of The Mutilated [1992]

Cannibal Corpse - Tomb Of The Mutilated recenzja okładka review coverO ile poprzednim tworom Cannibal Corpse niczego w zasadzie nie brakowało by przyzwoicie sponiewierać death-maniaków, to można powiedzieć, że dopiero na "Tomb Of The Mutilated" w pełni rozwinęli swoje utytłane posoką skrzydła. Po prostu, wszystkie dotychczasowe atuty ich łomotu zostały tu dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Ewolucja, jaka nastąpiła w zespole na przestrzeni tylko jednego roku — i to bez zmian składu — może robić wrażenie. Przepadły najprostsze patenty i zbyt typowe zagrywki, nie ma też chodzenia na aranżacyjne skróty. To już nie tylko czysta, bezpośrednio podana agresja, a naprawdę przemyślana i dość techniczna muza. Krążek jest brutalniejszy niż dwa wcześniejsze, bardziej intensywny, ekstremalny, a przy tym znacznie lepiej wyprodukowany, dzięki czemu wyraźnie zyskał na sile uderzeniowej. W każdej minucie albumu słychać, że dwutygodniowa sesja w Morrisound nie została zmarnowała, choć jak dla mnie mogliby to nagrać trochę głośniej. Tak czy inaczej, Scott Burns przybliżył tutaj Kanibali do optymalnego dla nich, a zarazem super charakterystycznego dźwięku. Chłopaki postarali się także, żeby wśród tej napierduchy można było wychwycić kilka hiciorów. Według mnie ich rolę pełnią 'I Cum Blood', 'Post Mortal Ejaculation' i przede wszystkim rozbrajający 'Hammer Smashed Face'. Pewien postęp dokonał się również w sferze lirycznej, co oznacza jeszcze bardziej pojebane wizje Barnesa (należy dopisać mu plusa za coraz mocniejszy charkot), których sztandarowym przykładem jest 'Necropedophile'. Jeśli komuś nie przeszkadzają poematy o pieprzeniu trupów i tym podobnych rozrywkach, a przy tym ceni sobie solidny death metal, to "Tomb Of The Mutilated" raczej go nie zawiedzie.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 listopada 2010

Moonspell – Wolfheart [1995]

Moonspell - Wolfheart recenzja okładka review coverW przeciwieństwie do teraźniejszego syfu, który serwuje nam Moonspell, a którym dzielnie się nie kalam, początki tej portugalskiej formacji były o niebo (że tak sobie zażartuję) lepsze. Obracający się w wampiryczno-wilkołaczych klimatach album przez wiele lat nie wychodził u mnie poza ścisłe grono wydawnictw zajebistych. Teraz, po kilku latach odpoczynku, powrót do Moonspellowego "Wolfhearta" okazał się zbawienny (hehe) i bardzo odświeżający. Nic tak bowiem nie pomaga na zniesmaczenie pańszczyzną odstawianą przez wszelakie dzisiejsze formacje, jak porcja nietuzinkowego i nieprzeżutego iberyjskiego blacku. Jest to muzyka tak różna, tak odległa od skandynawskiej szkoły, że niemal należąca do innej kategorii. Jak na południowców przystało jest pełna temperamentu i do cna przesiąknięta emocjami. Nie ma w niej nic z północnej surowości i chłodu i może właśnie dlatego rzesze niewyedukowanych podlotków uważają, że nadaje się na ich wieczorki okultystyczne, Castle Party albo podobne pedalskie imprezki. Jest to jednak tylko połowa prawdy – połowa dla półgłówków. Historia z "Wolfheart" polega na tym, że oprócz — widocznej na pierwszy rzut oka — ciut naiwnej stylistyki, jest w niej sporo dogłębnie przemyślanych rozwiązań aranżacyjnych i kompozycyjnych. Nie trzeba geniusza, żeby odnaleźć w muzyce Portugalczyków folkowe motywy, trzeba jednak mieć nieco oleju w głowie i ogólnej wrażliwości, by docenić ich znaczenie. Bez nich Moonspell byłby suchy, poobdzierany i na wskroś ciotowaty. Obecność wzorów folkowych sprawia jednak, że muzyka nabiera barw, staje się żywa i autentyczna. Powiedziałbym nawet, że to właśnie one warunkują całą muzykę i mają wpływ na wszystko – począwszy od wokali, a na tempach skończywszy. Jest więc raczej spokojnie, z okazjonalnymi tylko przyśpieszeniami, raczej oszczędnie z dźwiękami niźli nawałnicą decybeli oraz bardzo, ale to bardzo melodyjnie. To, co szczególnie mnie urzekło, to bardzo głęboko brzmiące i czytelne instrumenty. Imponują również umiejętności wokalne pana Ribeiro, który sprawnie porusza się pomiędzy stylami i bez większych spinek serwuje tak czyste linie, jak growle oraz blackowe skrzeki. Wspomnę jeszcze moich faworytów: "Trebaruna" oraz "Alma Mater", bez których "Wolfheart" straciłby połowę swojej wyrazistości i większość klimatu, a na zakończenie dodam, że do krążka warto sięgnąć nawet, jeśli nie jest się wielkim fanem klawiszowo-blackowej sztuki.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/moonspell
Udostępnij:

20 listopada 2010

Asphyx – On The Wings Of Inferno [2000]

Asphyx - On The Wings Of Inferno recenzja okładka review coverAsphyx w połowie lat 90-tych zaliczył wyraźny spadek formy, który doprowadził muzyków do próby odświeżenia stylu pod nazwą Soulburn. Epizod był jednopłytowy, do tego średnio przekonywający, więc nic dziwnego, że panowie szybko wrócili do starej nazwy (zapewne nie bez sugestii nieco radykalizującej się wytwórni) i starego grania. Trwało to krótko, bo tarcia wewnątrz kapeli położyły kres zabawie. Jedyny plus jest taki, że przed zejściem do grobów (w jednym pewnie by się pozabijali) zdążyli wydać świeży studyjny materiał. I to nie byle jaki! Płyta "On The Wings Of Inferno" jest zajebiście klasycznym death metalowym kąskiem, dostarczającym Asphyx w najlepszym wydaniu. Ten powiew cudownej starości czuć już od pierwszych sekund. Zresztą – przecież pierwsza solówka została żywcem przeniesiona z 'Evocation' (mniemam, iż świadomie, hehe...). Muzyka jest prosta, brzmienie ciężkie i zasyfione, a zwolnienia oczywiście powalające. Nawet głos Gubbelsa niekiedy podchodzi pod dawne wyziewy Martina van Drunena. Obok ośmiu 'normalnych' death’owych kawałków Holendrzy dorzucili akustyczną miniaturę '06/06/2006' i chyba stało się tak tylko dlatego, by rozciągnąć nieco album. Nie udało się, bowiem nawet pomimo tego zabiegu płyta i tak trwa niecałe pół godziny!!! Nie muszę raczej wspominać, że jest to stanowczo za mało, szczególnie jak na muzykę, która z założenia do najszybszych nie należy. Tak więc długość tego materiału jest dla mnie jego jedyną zauważalną wadą. Cała reszta to zajebicha najwyższych lotów, utrzymana w przepięknym pierwotnym stylu. Co interesujące – krążek ma zdecydowanie bliżej do debiutu niż "Last One On Earth", więc powrót do korzeni jest bardziej niż wyraźny. Każdy zapewne zdaje sobie sprawę, że "On The Wings Of Inferno" odstawał od ówczesnych produkcji death metalowych (teraz tym bardziej odstaje), które przebijały go brzmieniem, techniką, brutalnością, itd., ale Holendrzy skutecznie to nadrabiali wspaniale oddanym duchem death metalu z początku lat 90-tych, a tego się nie da podrobić!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 listopada 2010

Mayhem – Grand Declaration Of War [2000]

Mayhem - Grand Declaration Of War recenzja okładka review coverBlack metal to zło, nienawiść i bluźnierstwo... Toteż na początek trochę pobluźnię w temacie. Jak dla mnie "De Mysteriis Dom Sathanas" i cała wczesna true bzycząco-mamrotana działalność Mayhem oraz to, co wyczyniają po "Chimerze" (czyli również bzyczenie i bzdurne mamrotanie) to jeden wielki, nieciekawy, nudny, lepiony na siłę co i raz dorabianą ideologią syf. Akceptuję tylko ich środkowe, untrue, skurwione i sprzedajne oblicze — tak od "Wolf’s Lair Abyss" do trzeciej płyty — którego szczytowym, lśniącym punktem jest właśnie znienawidzony przez wielu "Grand Declaration Of War". Ten krążek, rozwinięcie i dokończenie tematu ze wspomnianej epki, to jebana potęga! Norwegowie poszli w awangardę, ale w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków nie wskoczyli w bagno pedalskich przyśpiewów, klawiszowego lukru, wsiowej folkowizny czy anielsko zawodzących panienek, tylko z premedytacją stworzyli pojebany materiał godny przełomu wieków: rozbudowany, szalenie odważny, różnorodny, drwiący ze sztucznych barier, agresywny, wizjonerski, niepowtarzalny i w sumie niemożliwy do zagrania – a już na pewno nie do odtworzenia przez nich za żywo. Pomysłowość, zdolność zbudowania skomplikowanego konceptu i indywidualne umiejętności to jedno, ale bez zdobyczy nowoczesnej techniki studyjnej "Wielkie Wypowiedzenie Wojny" wypadłoby — i to jest więcej niż pewne — nieprzekonywająco. Raz, że muzyka sama w sobie jest bardzo złożona i wymaga od grających więcej niż potrafią (szczególnie od Hellhammera – aż tak dobry nigdy nie był, jak tu pokazał), a dwa, że przy takiej ilości ścieżek i mnogości rozmaitych efektów łatwo zatracić sens i czytelność całości. Ekipa studyjno-grająca stanęła jednak na wysokości zadania, bo płyta brzmi po prostu zajebiście: krystalicznie czysto, brutalnie i wyjątkowo chłodno, tym samym świetnie oddając klimat tekstów, zwłaszcza tego, co "po" – do tej części sterylność dźwięku pasuje idealnie. Soundtrack do wojny wypada znakomicie (acz dość klasycznie), bo wypełniony jest utrzymaną w (głównie) przejebanych tempach ekstremą, z częstymi zwrotami 'akcji', wściekłymi wokalami (Maniac nie musiał się ograniczać, toteż jego partie zaskakują rozmachem – są naprawdę maniakalne) i ciekawymi zagrywkami Blasphemera. Marszowe rytmy wygrywane przez Hellhammera również dają pojęcie, że to nie podkład pod majowy piknik – no, kurwa, rozpierducha na całego, którą każdy powinien wchłonąć jak tabletkę rutinoscorbinu albo viagry. Prawdziwe cuda/ekstrawagancje/powody do oburzenia pojawiają się wraz z końcem wojny, czyli po wielkim wybuchu. Ortodoksi wkrótce schodzą na zawał za sprawą drugiej części 'A Bloodsword And A Colder Sun', a przy odtwarzaczach pozostają jedynie nienadgryzieni zębem zmutowanego szczura osobnicy żądni ambitnego postapokaliptycznego szaleństwa. Do gry wkracza bowiem elektronika, klimat ochładza się i zagęszcza, a muzyka staje się naprawdę pogięta i wielowymiarowa. Syntetyczne dźwięki, doomowe tempa, mordercze blasty, cisza... – na wszystko jest miejsce, wszystko w tym spektaklu ma uzasadnienie. O ile prawie każdym utworem można się sycić w oderwaniu od pozostałych, to dopiero przejście przez cały "Grand Declaration Of War" pozwala dostrzec wszystkie atuty tego nieprzeciętnego materiału. A jak ktoś nie ogarnia tej kuwety – zawsze może odnaleźć się w bzyczeniu i mamrotaniu.


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/officialmayhem
Udostępnij:

14 listopada 2010

Immolation – Here In After [1996]

Immolation - Here In After recenzja okładka review cover"Here In After" chyba można uznać za najbardziej optymalny materiał Immolation – osiem utworów w 37 minut, zero niepotrzebnych dłużyzn, wszystko dobrane i zagrane z iście aptekarską dokładnością; pół na pół walcowania i napieprzania, po równo brutalności i klimatu – jak od iwolicznego szablonu. Od sławnego debiutu minęło trochę czasu, bo dobre pięć lat (a ponoć to ja, kurwa, jestem leniwy!), więc siłą rzeczy i w muzyce musiało się coś niecoś pozmieniać. Na szczęście nadal jest to potężny death metal, nadal odległy od średniej gatunkowej, a tym razem także ostro pojebany. Panowie odwrócili się od typowego dla "Dawn Of Possession" ładowania, skupiając się na budowaniu przesranych aranży i jeszcze większej dawce oblepiającego, ponurego klimatu. Muza jest ciężka, potwornie zawiła, niezaprzeczalnie brutalna, ale pomimo tego "Here In After" słucha się wyjątkowo łatwo, bezproblemowo, bez zmuszania się do brnięcia przez kolejne numery. Bezproblemowo, ale nie znaczy to, że płyta może sobie popylać gdzieś w tle, służąc jako podkład do dłubania w nosie małym palcem lewej nogi. Żeby ją lepiej zrozumieć, należy poświęcić jej trochę więcej czasu sam na sam i w pełnym skupieniu. Zaręczam, że efekt takiego posiedzenia będzie znakomity i do świadomości przedrze się coś więcej, niż tylko ściana bluźnierczego dźwięku. Utwory w zdecydowanej większości mają po cztery minuty z hakiem, i choć teoretycznie nie jest to dużo, muzykom Immolation wystarcza w zupełności, żeby dokonać zmasowanego ataku na chrześcijańskie cnoty i wartości, a przy tym ostro sponiewierać muzyką. Zresztą, czy same tytuły — 'Burn With Jesus', 'Away From God', 'Christ`s Cage' — nie mówią o zawartości lirycznej? "Jesus, you couldn't save me / You couldn't save them / You couldn't save the world from misery" albo "Where is the Holy Spirit, I feel nothing / As I stare upon the crucifix, I feel nithing for a God I never knew" – to nie tylko dobre przykłady na jasne określenie się ideologicznie, ale także na to, że dupska można kopać w sposób wysublimowany, bez obwoływania się kolejnym Mieczem Lucyfera. Pojebane riffy, jeszcze bardziej przejebane solówki ('Here In After', 'Towards Earth') i połamana perkusyjna nawałnica (w tempach rozsądnych, lecz nie zabójczych), do tego jeszcze przejmujący wokal Rossa Dolana i... tak przedstawia się zagłada, której nośnikiem jest Immolation!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 listopada 2010

Wolf Spider – Hue Of Evil [1991]

Wolf Spider - Hue Of Evil recenzja okładka review coverOstatni album niedoścignionych magików z Wolf Spider ujrzał świat kilka miesięcy później niż rewelacyjny "Drifting in the Sullen Sea". Słychać to bardzo wyraźnie, że krążek należy do okresu schyłkowego w działalności zespołu, słychać też doskonale, że co lepsze kawałki zapodano na — wspomnianym powyżej — poprzednim albumie. Tak sobie jednak myślę, że jeśli tak mają brzmieć 'odpadki', to życzę wszystkim dzisiejszym kapelom takich singli. I mówię to poważnie. Sama muzyka nie zmieniła się wiele w stosunku do "Drifting...", stała się — że użyję takiego niemuzycznego określenia — bardziej kwaśna. Nadal jest jednak solidnie umocowana w typowo thrashowych klimatach, tym razem nieco bardziej siermiężnych i grubo ciosanych i nadal jest konkretnie popieprzona technicznie. Zastanawiam się, ile dzisiejszych kapel byłoby w stanie zagrać coś podobnie kompleksowego, nie mówiąc już o skomponowaniu i w sumie wychodzi mi, że niewiele – choć to i tak bardzo eufemistyczne określenie. Niebanalne riffy, wirtuozerskie solówki, przyjemnie plumkający i bardzo selektywny bas oraz na poły dzika i punkowa, na poły techniczna perkusja – tak właśnie brzmią "Barwy Zła". Żeby nie być gołosłownym powołam się tylko na "Homeless Children" oraz "Down the Drain". Zaledwie dwa kawałki, ale wystarczy, żeby zobrazować o czym mówię. Wspomniana kwaśność krążka jest wynikiem barwy i ekspresji wokaliz, które — moim zdaniem — zniżkowały w porównaniu z "Drifting...". Jest to jednak chyba jedyny mankament natury, nazwijmy ją, technicznej, do pozostałych elementów nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń. Natomiast główny zarzut w stronę płyty sformułowałem na początku, więc nie będę się powtarzał. Na podsumowanie nie pozostaje mi powiedzieć nic innego jak tylko, iż to wielka szkoda, że kapela nie wytrzymała starcia z komercją. Bowiem nawet album niższych lotów, odczuwalnie słabszy, oscyluje w granicach nieosiągalności znakomitej większości kapel.


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: www.wolfspider.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 listopada 2010

Pestilence – Consuming Impulse [1989]

Pestilence - Consuming Impulse recenzja okładka review cover"Consuming Impulse" to pierwsza prawdziwie death’owa, odarta z bezpośrednich wpływów thrash’u produkcja wielkiego Pestilence. Radykalizacja w muzyce jest wyraźna: mniej tu melodii, a poziom brutalności zwiększył się znacząco, choć nie poszło za tym zwiększenie obrotów. To nie wszystko, bowiem w paru miejscach z agresywnego pnia wyrastają również gitarowe patenty niekoniecznie kojarzone z metalem (choć podane na ostro), za to solidnie udziwniające muzykę Holendrów. Album posiada dziwny, duszny, przesycony stęchlizną i nieco schizofreniczny klimat. Wpływ na to ma kilka czynników: wspaniale wykorzystane klawisze (najlepsze są w 'Suspended Animation' i 'Echoes Of Death'), wolne, zamulające tempa, brudne brzmienie, przytłaczająca produkcja (uzyskano efekt niewietrzonej latami piwnicy, tudzież bunkra), wspomniane gitarowe zagrywki oraz ekstremalne wokale. Skład, w porównaniu z jedynką, uległ zmianom, doszło bowiem do małych przetasowań na stanowisku gitarzysty. Oczywiście Pestilence to nie jakaś blackowa kapelka osiedlowych łamagów, więc nie było mowy o łapance! Wydaje mi się, że to właśnie zmiany personalne miały wpływ na brutalność płyty. Randy, mimo iż wirtuoz, był chyba dla zespołu zbytnio 'okiełznany' i nastawiony (neo)klasycznie. Patrick Uterwijk, jego następca, takich skłonności nie zdradza. Sprawna i cholernie techniczna gra całego zespołu każdego wprawi w zachwyt. Swoją drogą nie przypominam sobie żadnej innej death’owej kapeli, która w tamtym czasie grała równie brutalnie i technicznie zarazem. Tu nie ma miejsca na przypadek i nawet 'oderwane od rzeczywistości' popisy solowe doskonale wpasowują się w potężny fundament sekcji rytmicznej – inteligentnie nawalający Foddis i nie mniejszy basowy wypierdalaka Mameli (tak, także basowy!). Linie wokalne (Martin Van Drunen – po amerykańskiej trasie dostał kopa i wylądował w Asphyx) również zasługują na uwagę; nie jest to może typowy growl, ale niesamowicie wyziewny ryk. Naprawdę baaardzo wyziewny! Chcąc uchodzić za autentycznego miłośnika europejskiego death’u, po prostu trzeba znać takie klasyki jak 'Dehydrated', 'Out Of The Body' (największy hicior z tej płyty), 'Reduce To Ashes', czy te wcześniej wymienione! I nie ma, że nie wiedziałem, że trudno zdobyć, że to stare i że zupa była za słona! "Consuming Impulse" to materiał do słuchania często i z niekłamaną przyjemnością!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

5 listopada 2010

The Crown – Deathrace King [2000]

The Crown - Deathrace King recenzja okładka review coverPo dłuższym zastanowieniu, wielce skomplikowanej analizie (albo z telewizyjna – annalizie), odwołaniu się do wiedzy zapisanej w gwiazdach i pory zbiorów zbóż w FarmVille, wyszło mi — tzn. głosy mi powiedziały — że najlepszym krążkiem ożywionego nie tak dawno temu The Crown jest wydany dekadę temu "Deathrace King". Owszem, wcześniejsze wydawnictwa są fajne, a i następnym niczego nie brakuje, ale — jak dla mnie, a pewnie nie tylko — największego kopa i potencjał rozrywkowy (oraz rozwałkowy) ma właśnie ten materiał. Największymi atutami tych jedenastu utworów są występujące w wieeelkich ilościach świetne melodie i niepodrabialny thrash-rockowy feeling. Co ważne – chłopaki zaczynają z hukiem i z hukiem kończą, a w międzyczasie poziom nie opada im nawet na milimetr, przez co tych prawie 50 minut słucha się z ogromną przyjemnością i bez ciągłego zerkania na zegarek. A gdy w grę wchodzą jeszcze wpadające w ucho refreny... nie ma bata, po kilku przesłuchaniach gardło idzie do wymiany! Kapitalnie ze swych obowiązków wywiązuje się szwedzka inkarnacja Elvisa czyli Johan Lindstrand, wrzeszcząc wyraźnie i z pazurem. Dodatkową atrakcją jest jego kooperacja z szalonym Miką Luttinenem (wokale w Impaled Nazarene, jakby świeżaczki i fani In Flames nie wiedzieli) w maniakalnym 'Total Satan', gdzie obaj panowie dają takiego ognia, że dym z dupy leci jak z niegaszonego Tu-polewa. Hiciorów tu co nie miara, większość przelatuje w szybkim lub bardzo szybkim tempie, ja szczególnie gorąco polecam 'I Won’t Follow' (kładzie mnie na łopatki za każdym razem, czysty geniusz!), 'Back From The Grave', 'Executioner – Slayer Of The Light', wspomniany 'Total Satan' oraz 'Blitzkrieg Witchcraft' i 'Deathexplosion'. Ogólnie jest z czego wybierać, bo poziom wszystkich kompozycji jest zajebiście wysoki. Na plus należy zaliczyć wręcz wzorcowe brzmienie wypracowane z Fredrikiem Nordstromem w Fredman – powala mocą i uwypukla wszystkie smaczki, których w muzyce (zwłaszcza w gitarach) Szwedów jest całe mnóstwo. Miłośnicy death-thrash’owego wygaru powinni jak najszybciej zainwestować w ten album, bo The Crown właściwie sięgnęli absolutu jeśli chodzi o takie granie. Mniej wkręconym pewnie też się spodoba.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/thecrownonlineswe

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

2 listopada 2010

Haggard – And Thou Shalt Trust... The Seer [1997]

Haggard - And Thou Shalt Trust... The Seer recenzja okładka review coverNieczęsto się zdarza, by zespół już na pierwszym longpleju zaserwował muzykę, którą można porównywać tylko do niej samej, czy wręcz potraktować jako punkt odniesienia dla innych nagrań – nowo powstały kanon. A z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na debiutanckim krążku niemieckiej formacji Haggard, krążku, który stał się podwaliną dla nowego subgatunku w metalu – a mianowicie symfonicznego dm bazującego na melodiach średniowiecza. Krócej chyba się tego nie da ująć nie ujmując jednocześnie zespołowi jego osiągnięcia. A jest się czym chwalić – bez zażenowania, niezasłużonego chodzenia z podniesionym czołem czy fałszywej dumy z własnego dzieła. Debiut marzeń – można powiedzieć. "And Thou Shalt Trust... The Seer" to nieco ponad czterdzieści minut średniowiecznych melodii zmiksowanych z ciężarem jak najbardziej współczesnych gitar, garów i potężnych growli. Miks dobrze wyważony, bez zbędnych wycieczek w orkiestrowy patos ani bezkształtnych gitarowych popierdywań. Z jednej strony rasowy death pełną gębą, a jednocześnie bardzo zwiewny i ulotny. I jest to niewątpliwie jedna z większych zalet debiutu Niemców – fakt, że umieli pogodzić te dwa światy w sposób tak inteligentny, że muzyka wydaje się jednocześnie krucha i cicha oraz ciężka i destrukcyjna. Owe dwie emocje wzajemnie się przeplatają i uzupełniają i dają słuchaczowi możliwość zagłębienia się w świat niesamowitych doznań akustycznych. Na szczególne wyróżnienie zasługuje brzmienie oraz wyczucie gitar, które ostro wżynając się w strukturę utworów zapewniają jednocześnie porządną dawkę energii i wspomnianego ciężaru. Kwestia wokali to temat na osobny rozdział, gdyż ich różnorodność oraz sposób zaprezentowania są zdumiewająco obfite, a jednocześnie stanowią oś, wokół której tworzona jest tkanka numeru, a w większej skali – albumu. To w głównej mierze właśnie one odpowiadają za emocjonalną stronę nagrań. Bo Haggard to przede wszystkim emocje i wyobraźnia. Jest to rodzaj muzyki zdecydowanie wymagający skupienia, zainteresowania się nią w stopniu większym niż mp3-kowym. Wchodząc na coraz subtelniejsze poziomy muzyki, rzeczy takie jak nie najlepsza jakość nagrania bądź amatorskie brzmienie przestają interesować. Ba, nawet przeszkadzać. Nie zmienia to jednak faktu, że lepsza realizacja jeszcze nikomu na złe nie wyszła. Ale nie to się liczy – ważne jest to, że "And Thou Shalt Trust... The Seer" jest albumem, który dobrze się słucha, sprawia słuchaczowi mnóstwo frajdy i — co bardzo ważne — nie wkurza bezmyślnym odtwórstwem.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.haggard.de

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 października 2010

Vital Remains – Into Cold Darkness [1995]

Vital Remains - Into Cold Darkness recenzja okładka review coverCałkiem trafnie i zabawnie wyraził się ongiś o "Let Us Pray" szanowny kolega Trup. Otóż skonstatował on, iż rzeczona płytka jest... "mało witalna"... Na szczęście z "Into Cold Darkness" sprawa wygląda zdecydowanie inaczej. Poprawie uległo właściwie wszystko, co poprawie ulec mogło, przy jednoczesnym zachowaniu wcześniejszego klimatu. Słychać, że Vitalom przydarzyła się możliwość przywalenia mocniej i ze zdecydowanym death’owym wykopem. Co prawda w 'Immortal Crusade' — nota bene jednym z lepszych na krążku — nie rzucają się jeszcze do szaleńczych blastów, stawiając bardziej na strukturę kawałka i nastrój, ale w kolejnych numerach brutalnego napieprzania jest już sporo i nikt nie powinien mieć powodów do narzekań. Zwłaszcza utwory krótsze ukierunkowane są na szybkości i bezpośrednie atakowanie falą bluźnierczego wymiotu. Warto chwilę przysiąść i dokładniej się przysłuchać, bo w kilku miejscach — np. w 'Crown Of The Black Hearts' — pojawiają się przebłyski ich późniejszej genialności oraz patenty stosowane przez nich do dziś. Lepsze, w porównaniu z debiutem, jest brzmienie materiału – dużo cięższe i bardziej przejrzyste, choć niektóre solówki są jak dla mnie za cicho. Jedna większa wada to stosunkowo krótki czas trwania płyty – muza jest naprawdę dobra, więc chciałoby się więcej. Na sam koniec Vital Remains proponują numer 'Dethroned Emperor' z repertuaru nudnych dziadków z Celtic Frost. Wypadł całkiem nieźle, ja jednak wolałbym zamiast niego jedną kompozycję autorską więcej. Co innego z 'Countess Bathory' (sie ma digipacka, se można poszpanować), bo to wykonanie jest już całkiem zajebiste, szczególnie za sprawą fajnego feelingu i świetnych wokali. Zdecydowanie polecam!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vitalremains

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 października 2010

Venom – Resurrection [2000]

Venom - Resurrection recenzja okładka review cover"Resurrection" to najbardziej nowoczesne, profesjonalne, a i chyba ekstremalne oblicze kultowych Anglików. Oblicze niestety niedocenione, ale o tym za chwilę. Oczywiście nowoczesne w przypadku Venom znaczy tyle co współczesne – bez dziwactw, awangardy i stawania na łysej głowie. Nie musieli eksperymentować, a tylko zgrabnie wpisać się w nowe czasy. Misja zakończyła się powodzeniem, bo muzyka zyskała na wyrazistości, a jej oprawa wymiata – wystarczy porównać z reunionowym "Cast In Stone", różnica jest kolosalna. Dźwięk to jeden z większych atutów albumu, ale nie może być inaczej skoro rozpierdala. Zajebisty ciężar gitar przy ich totalnej selektywności robi spore wrażenie, szczególnie, że wciąż przebija się z nich charakterystyczny bulldozer bas Cronosa – nie ma bata, już po kilku sekundach wiadomo, że to oni. Porządnie pracujące wiosła w połączeniu z gęsto nawalającymi i tłusto brzmiącymi garami nie raz dają solidnego kopa, bo momentów ostrego thrash’owego nakurwiania jest na "Resurrection" bez liku. Skrzętnie z tego korzysta debiutujący na stanowisku perkmana Antton (wcześniej robił jako techniczny grupy, prywatnie to brat Conrada), który bez trudu przebija swojego poprzednika umiejętnościami i zaangażowaniem, dodając do stylu Venom szczyptę obcego im przecież perfekcjonizmu. Chłop napieprza naprawdę fachowo i to dzięki niemu takie utwory jak 'Pain', 'Loaded' (jawna kpina z Metallicy) czy 'Vengeance' są prawdziwymi killerami. Oprócz brzmienia, powiew nowości stanowią wykorzystane w kilku kawałkach klawisze (nie ma obciachu) oraz odświeżona formuła niektórych riffów. Mnie to pasuje, ale die-hardzi mogli to odebrać jako zdradę jakichś piekielnych ideałów. Niestety, na krążku trafiło się też kilka niekoniecznie rewelacyjnych (czytać: słabszych) kawałków — 'Pandemonium', 'Thirteen' i 'Leviathan' — w których szwankują głównie refreny, zwłaszcza od strony wokalnej. Bez tych trzech numerów mogłoby się spokojnie obejść, a płytka stałaby się równiejsza i bardziej treściwa (55 minut to jednak sporo). Mimo to, "Resurrection" całościowo i tak wypada znakomicie, bo poziom tych lepszych utworów jest na tyle wysoki, że pozwala przymknąć oko nawet na kompozycyjne potknięcia. Zrewitalizowany Venom pokazał się tutaj z najlepszej strony – agresywnie, klasycznie i świeżo zarazem. Szkoda tylko, że nie miał odpowiedniego brania i skończyło się na jednorazowym wybryku.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.venomslegions.com
Udostępnij:

23 października 2010

Rotting Christ – Aealo [2010]

Rotting Christ - Aealo recenzja okładka review coverLata mijają, a ja nadal nie wiem, co to ten cały "suicide black metal". Podejrzewam, że to może być coś na kształt tego, co na "Aealo" zrobili Grecy. No bo jak inaczej nazwać poupychane tu i ówdzie (w tym na samym, kurwa, początku!) partie wyjących z wiejska bab, jeśli nie działaniem samobójczym? A to niestety nie jedyny element tego materiału, który sprawił, że Rotting Christ z hukiem wyleciał z mojej listy pewniaków na płytę roku. Jest to o tyle przykre, że przez ostatnią dekadę byli na fali wznoszącej, płodzili przynajmniej bardzo dobre krążki i nic nie zapowiadało upadku. No dobra, trochę się zagalopowałem z tym upadkiem, bo "Aealo" nie jest kaszaną, ani też powtórką z "A Dead Poem" (jakkolwiek 'Thou Art Lord' budzi takie skojarzenia), a udanie popsutym kawałkiem fajnie zapowiadającej się muzy – czyli mimo wszystko dużym rozczarowaniem. Jak już otrząśniemy się z tego paskudnego wycia (a to niełatwe, bo powraca jak tępa morda Kurskiego), do naszych uszu dociera naprawdę niezła rottingowa muzyka. I tylko niezła, bo przełomu, czy jakiegoś wyraźnego kroku w przód (albo w bok) brak, a to trochę za mało na zespół tej klasy, który właściwie na każdej płycie prezentował się z nieco (mniej, lub bardziej) innej strony. Tym razem poczynione przez nich ruchy można nazwać tylko uwstecznieniem. Nie zmienia to faktu, że na "Aealo" trafiają się całkiem udane momenty. Wyróżnić można przede wszystkim '...Pir Threontai' (świetne melodie, odpowiedni klimat, oryginalna solówka) oraz 'Santa Muerte' (dobra konstrukcja i odpowiednia dawka agresji). Z kolei uwagę zwraca i dziwne odczucia powoduje 'Demonon Vrosis', który jest właściwie kopią 'Athanti Este'. Wypadł fajnie, bo i pierwowzór fajny (można je słuchać zamiennie), ale pewien niesmak pozostaje, bo Grecy w tym miejscu ewidentnie chapnęli się siekaczami za ogon. Pozostałe utwory sprawiają wrażenie jakichś odpadów powstałych podczas prac na "Theogonia" – powtarzają znajome patenty, ale ich poziom jest niższy. Niewiele też wnosi cover i obecność nawiedzonej czarownicy, znanej wśród żywych jako Diamanda Galas, bo więcej z niego monotonii niż klimatu, choć tu akurat mogło być inaczej. Kolejny minus – brzmienie gitar w dolnych rejestrach, które zupełnie mi nie robi – miało być ciężko, a wyszło sztucznie. Cóż, nie wszystko złoto, co siedmiostrunowe. Ech, no i weź się tu człowieku zachwyć tym krążkiem. Nie da się, po prostu się nie da. Jeżeli jednak ktoś posiada dobrze rozwiniętą zdolność słuchania selektywnego, to niewykluczone, że "Aealo" dostarczy mu niemało wrażeń. Ja na tym polu jestem cienias i puścić mimo uszu tego chóralnego wycia niestety nie potrafię.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 października 2010

Misanthrope – Miracles: Totem Taboo [1994]

Misanthrope - Miracles: Totem Taboo recenzja okładka review coverJakoś nie mam szczęścia do francuskich kapel; na każdą tamtejszą sensowną ekipę przypada tuzin nieudaczników, którzy samą swoją obecnością na scenie przyprawiają o solidne wzdęcia. Czy wiecie, że Misanthrope (ten francuski) istnieje już od 22 lat? Nie? Ja też nie widziałem, a co więcej – spokojnie mógłbym nadal tego nie wiedzieć i tylko rzetelność recenzencka oraz uczciwość względem was, czytelników, sprawiła, że się tym zainteresowałem. Ale luzik, niedługo o tym zapomnę;]. Zapomnę szybko i nawet mi brewka nie tyknie. Żeby jednak owej rzetelności stało się zadość, napiszę kilka zdań o bohaterze dzisiejszego dnia. "Miracles: Totem Taboo" to drugi studyjny album pobratymców Pepé Le Swąda; drugi z dziewięciu, mój zapewne ostatni... Niestety nie potrafię znaleźć wystarczająco wielu powodów, by powęszyć w poszukiwaniu innych 'dzieł'... ale ja znów nie o tym. Muzyka zaprezentowana na "Cudach..." to progresywny (podobno) death w swojej melodyjnej odmianie. Jeśli przez progresywny rozumiemy (dziś) niebrzmiący i działający na nerwy, to definicja wydaje się bardzo trafna; melodyjny rozumie się samo przez się, więc nawet nie ma co komentować. Pewne skojarzenia mam z muzyką Sculptured oraz polskiego Cold Passion, z tą wszakże różnicą, że dwóch ostatnich da się słuchać. Największy problem z tym pierwszym jest natomiast taki, że jest generalnie słaby, no i nie za bardzo trawię wokale. Słaby dlatego, że rozklekotany, nie do końca przemyślany i dupowato brzmiący. Przyznać jednak muszę, że pozytywne wrażenie sprawiają na mnie niektóre fragmenty niektórych kawałków, wybrane pokazy technicznych umiejętności oraz poszczególne partie gitarowe (czyli nie za wiele). Sęk w tym, że zostały one źle skanalizowane, a wystarczyłoby bardziej się przyłożyć i byłby z tego kawałek solidnego materiału. A tak, dobrze mi służy za kurzochwyt. I tyle.


ocena: 4/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/misanthropeofficial
Udostępnij:

17 października 2010

Behemoth – Demigod [2004]

Behemoth - Demigod recenzja okładka review coverSiódmy w ogóle, a piąty słuchalny, album "Demigod" to niespełna 41 minut brutalnego death metalu zagranego w charakterystyczny dla zespołu sposób. Charakterystyczny, bo — czy to się komuś podoba czy nie — Behemoth już od kilku lat jest uznaną firmą, dostarczającą produkty najwyższej jakości, obok których nie sposób przejść obojętnie. Na zachwianie poziomu nie mają też wpływu zmiany personalne – na tym krążku Havoca na stanowisku drugiego gitarzysty zastąpił sesyjnie Seth z zespołu Nomad, natomiast basistę Novego niejaki Onion (czy jakoś tak) z takiej bidnej kapelki, która rżnie z kogo popadnie, w tym także z Behemotha. Faceci w spódnicach (a może i rajtuzach – strach zaglądać) odczuwalnie zredukowali wpływy Morbid Angel (importowali za to odrobinę oryginalnego Nile), choć absolutnie nie można powiedzieć, że zarzucili złożone granie. Owszem – prostych, a zarazem chwytliwych riffów ('Conquer All', 'Towards Babylon', 'Demigod') jest więcej, ale to nie jedyne pomysły na gitary (warto zaznaczyć, że ich dźwięk jest zdecydowanie mocniejszy niż w przeszłości), bowiem mamy tu jeszcze akustyki, sporo czysto technicznych zagrywek i zupełnie niczego sobie solówki. Perkusyjna siekanina — tak wyziewne blasty, jak i gęstwina rozmaitych przejść — oczywiście budzi respekt, co nie zmienia faktu, że można by ją lepiej wyeksponować. Uwagę zwraca także odmieniony wokal Adama – bardziej nienawistny i wściekły. Szczególnie dobrze to słychać w 'Slaves Shall Serve' i 'Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)' – świetna robota! Zastanawiający jest dla mnie na "Demigod" udział Karla Sandersa (solówka w 'XUL') – chłop potwierdził, że gościnnie to tylko jakieś dziadostwo potrafi nagrać, zaś prawdziwe wrażenie robi to, jak w podkładzie napiera Inferno. No, ale te szarpidruckie wyczyny przynajmniej słychać, w przeciwieństwie do chłopięcego chóru, do wychwycenia którego potrzebne są chyba zdolności nietoperza-radiotelegrafisty z praktyką na radzieckiej łodzi podwodnej. Enyłej, materiału słucha się z przyjemnością, choć nie jest on pozbawiony pewnych wad. O jednolitość nie ma się co specjalnie rzucać (jakkolwiek niektórzy mogą mieć z nią problem), bo towarzyszy jej odpowiednia dawka przebojowości. Od stawki jednak odstaje i poziom lekko zaniża niewyraźny 'The Reign Ov Shemsu-Hor', którego formuła jest jak dla mnie dosyć naciągana. "Demigod" pod paroma względami przewyższa poprzedni krążek, choć całościowo nie jest od niego lepszy. Mimo to należy go uznać za bardzo udany.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

14 października 2010

Myopia – Enter Insect Masterplan [2007]

Myopia - Enter Insect Masterplan recenzja okładka review coverZa recenzję Myopii zabierałem się od kilku miesięcy, dopiero teraz jednak miałem na tyle dobry humor, by zmusić się do napisania kilku słów na temat ich debiutanckiego longpleja zatytułowanego "Enter Insect Masterplan". Muzyka bielszczan to nokautująca dawka matematycznawego thrashu w klimatach Meshuggah (czyli absolutnie bez szału), z zerżniętym z Voivod pomysłem na logo. Widać więc doskonale, że potencjalny krąg odbiorców jest wąski jak dupa Dody. Nie bez przyczyny tak jest (i nie mam na myśli dupska królowej, co ona tylko jedna, bo tego akurat nie wiem), bowiem zdzierżyć więcej niż kwadrans takiej muzyki bez przerwy na fajkę (nawet jeśli nie jarasz) jest wyczynem niesamowitym. Oczywiście, znajdzie się grupa ludzi, którzy stwierdzą, że oto mamy do czynienia z muzyką totalną. Totalny to jest w niej hałas i ogólny bezsens. I być może właśnie o to chodzi. Mnie to jednak w żaden sposób nie przekonuje, a co więcej – czyni taką twórczość zupełnie niestrawną. Chyba mogę nawet wskazać, co mnie tak bardzo irytuje. Gdyby przyjrzeć się poszczególnym elementom muzyki bielskiego trio osobno, ciężko byłoby się do czegoś przyczepić. Kawałki są przemyślane i dopracowane, kompozycje wymagające technicznie i zmuszające do skupienia, instrumenty wyczute do granic umiejętności i z oddaniem nagrane. Wydaje się więc, że dodając wszystkie elementy do siebie, powinniśmy otrzymać arcyzajebisty kawałek muzyki. Tak się jednak nie dzieje, bo wynik końcowy jest wyraźnie mniejszy od sumy poszczególnych składników i całość brzmi zatrważająco beznadziejnie. Prawda jest taka, że poszczególne elementy po prostu ze sobą nie grają. Proste jak metr druta w kieszeni. Nic jeszcze nie wspomniałem o wokalu, ale bez srania, nie zapomniałem – po prostu jest tak tragiczny i wkurwiający, że należy mu się osobne zdanie dezaprobaty, a wokaliście opieprz wysokiej klasy. Nie dość więc, że całość nie gra dobrze, to jeszcze wokalista — z uporem godnym lepszej sprawy — wydziera się wniebogłosy, dożynając już nie najlepszy album. I takie jest moje spojrzenie na debiut Myopii – niby powinno być cacy, a jest ledwo szkolna trójczyna.


ocena: 5/10
deaf
oficjalna strona: www.myopia.pl
Udostępnij:

11 października 2010

Anorexia Nervosa – New Obscurantis Order [2001]

Anorexia Nervosa - New Obscurantis Order recenzja okładka review coverO ile "Drudenhaus" — poprzednia duża produkcja Żabojadów — była płytą nietuzinkową i bardzo ciekawą, to "New Obscurantis Order" jest już niemalże pieprzonym monumentem! I to kolejny już przykład na naciąganą "magię trzeciej płyty". Kilkunastosekundowe napieprzanie instrumentów smyczkowych, błyskawiczne przejścia i cholernie szybkie blasty – tak wygląda początek tego albumu. Umalowani Anorektycy udowadniają, że absolutnie nie należą do bandy pitoleńców i — niczym tornado tekturowe amerykańskie domki — rozrywają słuchacza na strzępy swą niezwykle ekspresyjną, nasyconą emocjami muzą. Bardzo dobry i przede wszystkim szybki gitarzysta oraz grający zaskakująco wymagające partie perkusista (kapitalne przejścia i przepięknie nabijany ride podczas blastów) generują muzę agresywną i zarazem dosyć techniczną – po prostu zajebiście wspaniałą i szybko trafiającą do łba. Przemyślane podkłady klawiszowe umiejętnie tworzą tajemniczy, podniosły klimat. Nawet mnie zachwyciły – zero sztampowych rozwiązań, za to pełna — i nie taka znowu oczywista w tym gatunku — pompa. Świetne, różnorodne wokale: emanujący wściekłością czytelny black’owy wrzask (przechodzący momentami w nieludzki pisk) w połączeniu z czystym hmm... 'śpiewem', rozmaitymi przepełnionymi rozpaczą jękami oraz chórkami (zapodającymi zazwyczaj po francusku lub łacinie). Mnie takie rozwiązanie bierze, bo udanie wpływa na złożoność płyty. Znakomite, przepełnione erotyką i odśpiewane z pełnym zaangażowaniem teksty (wszystkie są godne wyróżnienia, przynajmniej fragmenty po angielsku), wraz muzyką i oprawą wydawnictwa stanowią spójną całość. Zawartość krążka to — w przeważającej części — niezwykle ekstremalna, pierońsko rozpędzona rzeź ('Black Death, Nonetheless' i 'The Altar Of Holocausts' – oto najbardziej mordercze fragmenty płyty), lecz samo zakończenie albumu (w wersji rozszerzonej) — cover 'Solitude' — jest już dużo spokojniejsze, bardziej wyciszone, choć ciągle w klimacie. Ale nawet bez numeru Candlemass "New Obscurantis Order" może zaskoczyć wyjątkowo rozbudowanymi strukrurami, z czym mamy do czynienia szczególnie w utworze tytułowym i 'Ordo Ab Chao: The Scarlet Communion'. Ciekawie wypada również inna przeróbka — 'Hail Tyranny' Rachmaninowa — która, moim zdaniem, stanowi niezły kontrast i podkreśla moc oraz brutalność wałków własnych. Brzmienie zostało dokładnie wyważone, dzięki czemu każdy instrument jest odpowiednio czytelny, co przy takim natłoku dźwięków (także z różnych parafii) musi budzić podziw. Zresztą, podobno kosztowało to zespół sporo pracy w studio – sami ten album wyprodukowali. Zdaję sobie sprawę z mojej nieukrywanej egzaltacji, ale przy takiej płycie naprawdę trudno się nie podniecać! Francuzi pozamiatali, konkurencji brak.


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/motheranorexia

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 października 2010

Sadist – Season In Silence [2010]

Sadist - Season In Silence recenzja okładka review coverSpokojnie mogą spać wszyscy ci, którzy o Sadyście nie mają bladego pojęcia, ale także ci, którzy — pamiętając do czego chłopaki są zdolni — z pewnym niepokojem wypatrywali nowego albumu. Leszcze wymienieni jako pierwsi mogą sobie nawet kupić trochę dopalaczy, co by — mam nadzieję — w spokoju i pokoju ze światem opuścić ten padół łez i oczyścić pulę ze swoich genów. Ci drudzy zaś mogą odetchnąć, bowiem "Season in Silence" to album na miarę Sadistowych możliwość i godny następca bardzo udanego selftajtla. Jest to również album, który pokazuje, że wyobraźnia chłopaków z Apenińskiego nie zna granic, także (w końcu) od tej prawidłowej strony. O ile "Sadist" był albumem bez wyraźnego motywu przewodniego, o tyle "Season..." to krążek niemal koncepcyjny, wizualnie i tekstowo podporządkowany nowemu image’owi, bardzo ciekawemu image’owi. "Season..." to zima widziana oczami człowieka na bardzo złym odlocie – przerysowana, groteskowa, rodem z "Alicji w krainie czarów" – jednym słowem: urzekająca. Jednak najlepsze jest to, że ten nowy wizerunek bardzo wyczuwalnie przekłada się na muzykę. Nie muszę chyba wspominać, że death proponowany przez Włochów do pospolitych nie należy, że wiele w nim progresywnych i jazzowych aranżacji, niecodziennych melodii i połamanych temp. Nie muszę chyba dodawać także, że tym, co nadaje Sadystom ich oryginalnego posmaku, jest niebanalna rola klawiszy, ich znaczenie dla całości przedsięwzięcia oraz ogólny rozmach. Niewiele było w historii deathowych kapel, które potrafiły wykrzesać z klawiszy cokolwiek więcej niż kiczowate pitolenie, a Sadist zawsze należał (i wciąż należy) do tego elitarnego grona, którym się to udawało. Przechodząc do sedna tego wywodu, chciałbym odnieść się właśnie do klawiszy z "Season...", którym to — w znakomitej większości — album zawdzięcza swój schizo-zimowy klimat. To właśnie w tym elemencie najdobitniej czuć metamorfozę Włochów, ów nowy image, o którym wspomniałem. Image imagem, ale bez solidnych podstaw nawet Salomon nie ma co jeść. Na szczęście tym razem Sadist nie przekombinował i cała sekcja, gitary oraz wokale pozostały bez większych zmian jakościowych w porównaniu z poprzednim krążkiem. W skrócie znaczy to, że jest soczyście, gęsto i zajebiście technicznie. Przez całe dwanaście kawałków. Delikatnie od poziomu odstają "Night Owl" oraz "The Abyss", pozostałe osiem kompozycji plus in/out trzymają niemiłosiernie wysoki level i pokazują wszem i wobec, że ekipa z Kozak rządzi na tym osiedlu. I to jest chyba jedna z lepszych wiadomości dla tych wszystkich, którzy w oczekiwaniu na "Season in Silence" wyrwali sobie włosy i ogryźli paznokcie do kości. Nie było potrzeby ;]! Bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 października 2010

Beheading Machine – Narcobiological Upgrade [2010]

Beheading Machine - Narcobiological Upgrade recenzja okładka review coverZaczyna się od zgrzytu, bo w introsa chłopaki wmontowali te same sample, które słyszałem trochę wcześniej — i w ciekawszej oprawie — u Neverending War. Bywa. Dalej jest już jednak inaczej, co nie oznacza, że mamy do czynienia z graniem tkwiącym korzeniami w klasyce. Nic z tych rzeczy! Beheading Machine proponują death metal w wersji nowomodnej – rwany, zrytmizowany, rozbudowany wokalnie (schyłkowy Aborted się kłania), dobry od strony technicznej oraz brzmieniowej, a przy tym odrobinę odhumanizowany, czy jak sugeruje nazwa – mechaniczny. Wynika z tego, że oparty w dużej części na wybitnie nierajcujących mnie wzorcach, do których mogę zaliczyć przereklamowany Decapitated, falę amerykańskiego metalcore’a (albo i deathcore’a, jak kto woli – jeden pies) i post-thrash’ową szarpaninę. Rozumiem, że takie dźwięki nie są adresowane do mnie, ale trudno mi oprzeć się wrażeniu, że sami w ten sposób robią sobie krzywdę, bo nadużywany schemat: proste, rwane riffy, a po nich kilka zawijasów, szybko się nudzi, a kawałki tak zbudowane — zwłaszcza, gdy są przegadane — zwyczajnie się ze sobą zlewają – choćby nawet płyta trwała dziesięć minut. Warto by takie patenty stosować z umiarem i doprawiać czystym napierdalaniem, ale aby tak się stało, chłopaki pierwej muszą olać/zweryfikować dotychczasowe inspiracje, a potem uważnie posłuchać Traumy i Kronosa. Obrana stylistyka jednak nie przekreśla całkowicie kapeli w moich oczach, a to za sprawą siódmego numeru o tajemniczym i niezwykle rozwlekłym tytule '6', w którym niezłymi liniami gitary młodzieńcy wytworzyli ciekawy, niepokojący i rozbudzający apetyt klimat. W takim graniu to wyjątkowa rzadkość, więc nie zaszkodziłoby pójść dalej w tym kierunku, bo efekty mogą mile zaskoczyć. Na obecnym etapie Beheading Machine głów nie ucina. Czy kiedyś to się zmieni? Ano może, tylko to wymaga sporo pracy. Miałem dać 6, ale skoro to debiutanci, do tego nieźle rokujący, niech będzie pół punktu więcej – tak na zachętę.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/beheadingmachineband
Udostępnij:

2 października 2010

Blind Guardian – At The Edge Of Time [2010]

Blind Guardian - At The Edge Of Time recenzja okładka review coverWypuszczając "ATitM" Blindzi doszli do skraju przepaści, natomiast wraz z wydaniem "At The Edge Of Time" zrobili krok do przodu. Dobrze chociaż, że owej przepaści było niewiele, bo nie więcej niż — nie przymierzając — dołek z gównem. Taka bowiem jest prawda, że najnowszy krążek Niemców jest kontynuacją i rozwinięciem pomysłów z poprzedniego wydawnictwa, a tamto — choć przyjemne w odbiorze i całkiem miodne — miało pewien odchył w stronę lajtowości. Ma to swój urok, kiedy nad muzą nie trzeba za bardzo móżdżyć, ale bez przesady. Optymalna dawka lekkości była właśnie na "ATitM", najnowszy krążek jest natomiast zdecydowanie przegięty, to znaczy niedojebany – że tak to ujmę. Nie wiem, czy ludzie dziś tacy zdebilowaciali (czy może zniewieściali), że trzeba im taką prostotą jechać, ale jak dla mnie, to szału nie ma. Tragedii też nie, bo to jednak wciąż Blindzi i poniżej pewnego poziomu nie schodzą, ale powiem wprost – zaciągnęli się z lekka mułem. Nie jestem w stanie w pełni radować się muzyką, która jest prostawa jak — sorry za porównanie — popowe wypociny herr Wiśniewskiego. A jeszcze ta, rozdmuchana niczym nagonka na dopalacze (swoją drogą niezły temat zastępczy), oprawa symfoniczna. Panowie, do kurwy nędzy, opanujcie się! Jesteście tak wyśmienitymi instrumentalistami, a połowę kawałków zagłuszają orkiestrowe pitu-pitu i partie smyczkowe. Zrozumiałe więc, że grać się nie chce i — siłą rzeczy — muzyka się upraszcza. I takie niestety jest pierwsze, drugie, trzecie, a nawet dziesiąte wrażenie z przesłuchań. Trzeba się bardzo mocno wysilić, by pod tą warstwą mdławego pitolenia odnaleźć typowo Blindowe, a więc solidne, granie. Obawiam się nawet, iż niekiedy jest to wręcz niewykonalne, bowiem kawałek (taki np. "Tanelorn (Into the Void)") od początku do końca kuleje. Jest Blindowy — to fakt — ale brakuje mu jaj. Żeby jednak oddać cesarzowi, co cesarskie, muszę powiedzieć, że mimo dość krytycznej oceny (co zresztą widać powyżej) album ma swoje momenty (nawet niemało), a jeśli się przywyknie do wspomnianych zmian, można się złapać na podśpiewywaniu refrenów. Sęk w tym właśnie, że trzeba się polubić z nowym imidżem Niemców. Jeśli ktoś gustuje w większej pałerowatości, to możne nawet uznać "At The Edge Of Time" za album fenomenalny, ja tam jednak wolę, gdy jest więcej kombinowania i nietuzinkowości i stąd pewnie tyle narzekań. Ma bowiem człowiek ochotę na powtórkę z "Nightfalla..." albo "Nocy w Operze". Nie tym razem jednak... może następnym. I tego się będę trzymał. Tymczasem zaledwie dobrze.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.blind-guardian.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

29 września 2010

The Dillinger Escape Plan – Ire Works [2007]

The Dillinger Escape Plan - Ire Works recenzja okładka review coverBardzo ciekawie miksowały się moje odczucia względem "Ire Works" podczas pierwszego odsłuchu zaraz po premierze płytki – na zmianę pojawiały się refleksje, że "to już było", które po chwili ustępowały miejsca "a to coś nowego". Czyżby więc The Dillinger Escape Plan zaczęli zjadać swój ogon? Nic podobnego! To po prostu wypracowany i szybko rozpoznawalny styl Amerykanów. Powtarzają się tylko w jednym – ich krążki za każdym razem powalają. Nie inaczej jest z tym albumem – utwory skrzą się od połączenia skrajnie różnych pomysłów, są wyładowane sprzecznymi emocjami i dalekie od banału. Podobnie jak na "Miss Machine", tak i tym razem obok fragmentów ziejących brutalnością zafundowano trochę odjazdów w kierunku muzyki stosunkowo łagodnej. Wszystkie te elementy są jednak tak wymieszane, że nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu powiedzieć jakie są proporcje. Cokolwiek by muzycy nie wyczyniali, brzmi to świeżo i cholernie atrakcyjnie. Z wyłapanych nowinek najbardziej do gustu przypadło mi pianino, które w kilku kawałkach odgrywa dość znaczącą rolę, a najlepiej wypada w jazzowym 'Mouth Of Ghosts'. The Dillinger Escape Plan ponownie stworzyli materiał arcyciekawy, wielowątkowy i nieszablonowy, w który każdy miłośnik ambitnej muzy powinien się zaopatrzyć. Pozostaje się tylko cieszyć, że takie granie przynosi zespołowi jakiś sukces komercyjny, zdecydowanie im się to należy. Zatem jeśli The Dillinger Escape Plan są w stanie skretyniałych rodaków nawracać na porządną muzykę, to ja spokojnie mogę im życzyć milionowych nakładów, a za "Ire Works" postawić co następuje...


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.dillingerescapeplan.org

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij: