facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2006. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2006. Pokaż wszystkie posty

16 marca 2017

Phobia – Cruel [2006]

Phobia - Cruel recenzja okładka review cover
Jak dotąd nie dałem się poznać jako wielki fan Phobia, choć nim jestem. Nie fanatycznym i bezkrytycznym, jak niektórzy, ale jednak. Punktem zwrotnym w postrzeganiu przeze mnie tego zespołu była opisywana właśnie płyta, która dość niespodziewanie zdmuchnęła mi łeb zajebistą nawałnicą w klasycznym stylu. Na poprzednich dwóch longplejach Amerykanie trzymali się w okolicach średniej gatunkowej, zbytnio przy tym nie porywając; "Cruel" to już poziom ekstraklasy. Album w udany sposób łączy w sobie wszystko co najlepsze w tradycyjnym grind core’owym napierdalaniu z totalnie lajtowym punkowym feelingiem (który, tak na marginesie, zaakcentowano mocniej niż w przeszłości), co w rezultacie dało materiał szaleńczo szybki, wybuchowy, pełen naturalnej furii i precyzyjnie zagrany, a przy okazji bardzo chwytliwy, przyjemny w odbiorze i zagrzewający do nieskoordynowanego szaleństwa.

10 marca 2017

Abysmal Dawn – From Ashes [2006]

Abysmal Dawn - From Ashes recenzja okładka review cover
Ludzkość od dawna poszukuje odpowiedzi na wiele dręczących ją pytań: jak zbudowano piramidy, czy lądowanie na Księżycu było mistyfikacją, co się naprawdę działo w Strefie 51... No i jakim cudem Abysmal Dawn trafił pod skrzydła Relapse po debiutanckim "From Ashes"? Serio, jak dla mnie ten zespół nijak nie pasował (i ciągle nie pasuje) do tej wytwórni, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że kontrakt podpisywano, gdy firma była w dołku/na rozdrożu i ogólnie źle się z nią działo. W moich oczach i uszach główny problem z Amerykanami polega na tym, że niczym nie szokują, niczym nie zaskakują, niczym nie wybijają się ponad death metalowe standardy i mają jakieś takie do dupy logo. Jednocześnie — co trzeba im uczciwie przyznać — swoje poletko uprawiają bardzo rzetelnie i w pełni profesjonalnie zarówno od strony wykonawczej jak i brzmieniowej.

26 września 2014

Unmerciful – Unmercifully Beaten [2006]

Unmerciful - Unmercifully Beaten recenzja okładka review cover
Amerykański Unmerciful, jak na kapelę o kilkunastoletnim stażu, dorobek ma raczej skromny. To zresztą mało powiedziane, bo zamykającej ich dyskografię debiutanckiej płycie stuknęło już osiem lat, a na następną jakoś się nie zanosi. Najważniejsze, że "Unmercifully Beaten" przez ten czas nic nie straciła ze swej mocy i wciąż jest porywającym ochłapem totalnie amerykańskiego death metalu. Jako że muzycy tworzący ten zespół mieli w swych CV mniejsze lub większe epizody u różnych rzeźniczych załóg (najbardziej znany z nich, Jeremy Turner, przewinął się nawet przez Kanibali), toteż formując coś całkowicie swojego starali się przyłoić przynajmniej tak samo brutalnie. Po pierwszych (dosłownie!) sekundach 'Masochistic Rampage' można by wskazywać na fascynację Amerykanów dokonaniami Severe Torture, ale było by to zbyt pochopne, bo już odrobinkę później wszystko staje się jasne.

5 marca 2014

Pathology – Surgically Hacked [2006]

Pathology - Surgically Hacked recenzja okładka review cover
Zdawać by się mogło — a przynajmniej zdrowy rozsądek tak podpowiada — że band powstały w 2006 roku i nawalający dość oklepane dźwięki nie ma prawa dorobić się statusu grupy wpływowej. A jednak, na inspirujący wpływ Pathology powołują się rozmaici brutaliści z całego świata. Skąd się wzięła ta ponadnormatywna atencja i zainteresowanie? Szczerze mówiąc, pojęcia nie mam, no bo przecież nie ze względu na muzykę... Materiał z debiutanckiego krążka Amerykanów to dobrze zagrane i nieźle wyprodukowane nic nowego spod znaku typowego brutal death. "Surgically Hacked" spełnia chyba wszystkie wymogi gatunku (niskie wokale, dość szybkie tempa, trochę groove, trochę niewyszukanych zwolnień i teksty w tematyce gore) i jakichś formalnych błędów nie sposób jej wytknąć, a za optymalną długość (20 minut – wychodzi przyzwoita średnia 2 minuty na kawałek) można nawet odrobinę pochwalić.

2 grudnia 2013

Anata – The Conductor’s Departure [2006]

Anata - The Conductor’s Departure recenzja okładka review cover
Sporo brunatnej breji upłynęło już w Wiśle od premiery "The Conductor’s Departure", a Szwedzi — mimo iż ponoć cały czas aktywni — wciąż nie zaatakowali z nowym materiałem. Może w ten sposób dają fanom czas na ogarnięcie ich ostatniego — i zdecydowanie najlepszego — dzieła, kto wie? Nie byłaby to wcale taka głupia taktyka, bo na tym ponad piećdziesięciominutowym albumie aż roi się od super skomplikowanych, wielowątkowych struktur, charakterystycznych dla nich dysonansowych gitar, popieprzonej rytmiki i zaskakujących melodii. Innymi słowy na "The Conductor’s Departure" muzycy A grają w całkowicie swoim stylu – może i momentami trudnym do ogarnięcia, może nawet i denerwującym, ale rozpoznawalnym i w dużym stopniu oryginalnym.

2 lipca 2013

Pitbulls In The Nursery – Lunatic [2006]

Pitbulls In The Nursery - Lunatic recenzja okładka review cover
Jak się chce, to się da i nawet Francuzi potrafią nagrać album, który zachwyci nawet najbardziej wybrednego fana deathu. Nie jest, i nie może być, zaskoczeniem fakt, że kapela raczej nie święci tryumfów grając ogólnoświatowe tournée, a co za tym idzie – zna ją 25 osób wliczając rodziny muzyków; wytłumaczenie jest proste do bólu – wszak to death metal i to dla wymagających. Ciężej byłoby pewnie tylko eskimoskim progowcom coverujacym przeboje ludowe na kościanych piszczałkach. Na szczęście są takie strony jak nasza, na której — poza mainstreamem — staramy się wygrzebać i zapromować twory eskimoskie i nie tylko, kapele, na których zalega warstwa kurzu grubości przeciętnej amerykanki, kapele, które wzbudzają wręcz paniczny strach zawiłością swoich utworów (także u wydawców) i wszelkie inne, raczej mało znane cudeńka – słowem: kapele dobre.

2 czerwca 2013

Jon Oliva's Pain – Maniacal Renderings [2006]

Jon Oliva's Pain - Maniacal Renderings recenzja okładka review cover
Tym razem obowiązkowa pozycja dla fanów szybkości, brutalnej siły, bluźnierczych tekstów, piekielnej techniki oraz flaków, mózgów i innych wnętrzności rozjebywanych o ścianę – czyli naszych szanownych czytelników, oczywiście. Ok, żartowałem – fani szybkości będą nieco zawiedzeni. A tak zupełnie na poważnie, to dziś będzie znacznie spokojniej, bardziej emocjonalnie, ale przede wszystkim "neighbours friendly". Jest to o tyle ważne, że można zapodać krążek z pełną mocą i nie obawiać się najazdu inspekcji budowlanej o niezgłoszony remont ani moherowych bab (choć z nimi nic nie wiadomo), bo Oliva dość jasno opowiada się po niebiańskiej stronie mocy, a to w Polsce znaczy więcej niż prawo (o ile baby znają angielski).

5 kwietnia 2013

Twisted Into Form – Then Comes Affliction To Awaken The Dreamer [2006]

Twisted Into Form - Then Comes Affliction To Awaken The Dreamer recenzja okładka review cover
Kapela jak na Norwegię w najwyższym stopniu niecodzienna, co jednak należy traktować, jako zaletę. Młodszy i mniej rozgarnięty brat Spiral Architect, z którym dzieli zresztą część członków, przede wszystkim zaś styl grania. Niestety bycie młodszym i mniej rozgarniętym bratem niesie ze sobą pewne przykre konsekwencje, co sprowadza się do tego, że muzyka kwartetu z Oslo tak wspaniała i powalająca już nie jest. Problem jest mianowicie taki, że TIF chciał być zarówno techniczny i pogmatwany, jak i ciężki oraz monolityczny. Kłopoty zaczynają się szybko, bo już w momencie chęci strzelenia jakimś popisem instrumentalnym. No więc psikusa sobie Norwedzy wykręcili, bo efekt tego mariażu jest taki, że miast wirtuozerskiego majstersztyku do uszu słuchacza dobiega plumkanie basu połączone z bulgoczącymi gitarami. Iście bagienna atmosfera. Problem dotyczy, jak się chwilę później człowiek orientuje, nie tylko solówek, ale właściwie całego albumu.

20 marca 2013

Calm Hatchery – El-Alamein [2006]

Calm Hatchery - El-Alamein recenzja okładka review cover
Przy okazji "Sacrilege Of Humanity" snułem przypuszczenia, że debiut ekipy z Białegostoku (naonczas) nie mógł sobą prezentować równie wysokiego, niszczącego poziomu. Przy pierwszej okazji nadrobiłem braki w znajomości produkcji zespołu, więc teraz już bez domysłów mogę stwierdzić, iż w istocie nie jest to materiał tak porywający, jak jego następca, ale w żadnym wypadku ujmy autorom nie przynosi i do niejednego odpalenia się nadaje. Inspiracje kwartetu, który podpisał się pod "El-Alamein", są dosyć wyraźne, a podzielić można je na dwie główne części: klasyczna Floryda z Morbid Aangel (z okresu "Formulas Fatal To The Flesh") na pierwszym miejscu oraz produkcje z herthowskiego ogródka z Dies Irae jako chyba nadrzędnym wzorcem. Sieczka powstała w wyniku wymieszania tych wpływów powinna sprawić trochę radochy każdemu szanującemu się miłośnikowi agresywnego death metalu w średnio-szybkich tempach.

8 lutego 2013

The Devin Townsend Band – Synchestra [2006]

The Devin Townsend Band - Synchestra recenzja okładka review cover
Można się zdrowo pogubić w całej tej Devinowej zabawie z kapelami. DTB to właśnie jedna z takich kapel-projektów; byt krótki, bo zaledwie dwupłytowy i umiarkowanie udany i właśnie przez tą "ujdzie-w-tłumie-owatość" – nie wywołujący u mnie bezsennych nocy. Co więcej, oba wydawnictwa spod znaku DTB wydano w przedziale czasowym między wspaniałymi "Terria" i "Ziltoid the Omniscient", tym razem firmowanych jedynie przed (prawie samego) Devina, dlatego zastanawiam się, czemu nie dorównują im poziomem. "Accelerated Evolution" oraz opisywany dziś krążek "Synchestra" wydano w czasie, kiedy Devinowi bardziej w sercu ambient grał, a żeby jednak trochę metalu w świat wypuścić, zebrał Devin kilku grajków i wzięli się za nagrywanie. "Synchestra" niemal dokładnie wpisuje się w styl znany z wcześniejszych wydawnictw Kanadyjczyka,

14 stycznia 2013

Ihsahn – The Adversary [2006]

Ihsahn - The Adversary recenzja okładka review cover
Krążkiem "Prometheus" potraktował Cesarz swoich słuchaczy zupełnie nie po chrześcijańsku: chociaż ci starali się i spinali by nadstawić drugi policzek i zaliczyć pierwszoligowego Kliczkę, muzycy Emperora stwierdzili "the end" i zwinęli interes. A to znaczy: noł mor longplejs. I jak tu w takim momencie nie zakurwić, tak komuś jak i pod nosem. Nie można nagrać czegoś tak wspaniałego jak "Prometheus" i na pięć lat oddać się Bóg wie czemu. Dzisiaj mogę jednak śmiało stwierdzić, że warto było czekać, bowiem "The Adversary" to album tej samej klasy. Tytułem wstępu muszę jeszcze dodać, że wszelkim fanom czystości gatunkowej i prawdziwości spod znaku piwnicy i Kasprzaka, opisywany krążek raczej nie przypadnie do gustu, ale tego się zapewne spodziewali. Jeśli ktoś jednak spędził miłe chwile nad "Prometeuszem" nie powinien narzekać, ba, będzie wniebowzięty. I jeśli ów krążek pozostawił pewien niedosyt w warstwie muzycznej, to wydaje mi się, że "The Adversary" świetnie ten niedosyt likwiduje.

14 października 2012

World Downfall – Beyond Salvation [2006]

World Downfall - Beyond Salvation recenzja okładka review cover
Jak się ma taką nazwę, to wręcz nie wypada wychodzić poza określone skojarzenia. Chwała więc Niemcom, że nie zrobili niczego głupiego i nawalają to, co powinni, i czego świat — a przynajmniej ta jego maleńka część, która wie o ich istnieniu — od nich oczekuje. Mniej kumatym wyjaśniam, że chodzi o klasycznie potraktowany grind core. Jedynym zaskoczeniem, choć to zdecydowanie za mocne słowo, jest to, że w muzyce World Downfall mamy więcej bezpośrednich odwołań do Napalm Death niż Terrorizer, ale trudno to uznać za wadę, czy też wypaczenie idei napieprzania. Niemiecki kwartet katuje słuchaczy sieczką łączącą w sobie przede wszystkim cechy "Harmony Corruption", "Utopia Banished" i "Order Of The Leech" – jest więc szybko, agresywnie, pewnie wykonawczo, selektywnie i do pewnego stopnia chwytliwie.

23 września 2012

Homicide – Accepted Pleasingly [2006]

Homicide - Accepted Pleasingly recenzja okładka review cover
Klasyczny death metal z Florydy ma fanów na całym świecie, w Ameryce Południowej też ich nigdy nie brakowało, ale tamtejsze kapele z dobiciem do poziomu swoich idoli z północy zawsze miały poważny problem. Niemłody już chilijski Homicide jest chlubnym wyjątkiem od tej reguły. Oczywiście do czołówki dużo im brakuje, ale tuszę, iż płytka "Accepted Pleasingly" powinna być atrakcyjnym kąskiem dla ludzi, którzy z lubością powracają do starych nagrań Malevolent Creation, Brutality czy Deicide, a w obecnym obliczu gatunku nie potrafią znaleźć niczego dla siebie. Album prezentuje ten sam, nieco już archaiczny sposób myślenia o ekstremalnej muzyce, co starzy wyjadacze z kraju hamburgera i coli – brutalnie, rytmicznie i z dużą dbałością o techniczne wykończenie.

29 maja 2012

My Dying Bride – A Line Of Deathless Kings [2006]

My Dying Bride - A Line Of Deathless Kings recenzja okładka review cover
Jakiś czas po premierze "Songs Of Darkness, Words Of Light" jeden z gitarzystów, bodaj był to Andrew, zapewniał o swej fascynacji nu-metalem i tego typu 'rzeczami' oraz o chęci wprowadzenia takich wesołych nowinek do muzyki My Dying Bride. Oczywiście momentalnie wywołało to popłoch wśród fanów Brytyjczyków. Rzecz miała jednak miejsce pierwszego kwietnia i zgodnie z tradycją tego dnia, była po prostu dość głupawym żartem ze strony pana Craighana. Tak czy inaczej ziarno niepewności, czy — w bardziej skrajnych przypadkach — przerażenia zostało zasiane, więc niektóre ludziska musiały czekać do premiery i w recenzowanym właśnie albumie szukać potwierdzenia swych obaw. Już na początku można powiedzieć, że "A Line Of Deathless Kings" to po prostu płyta My Dying Bride i kropka. Lepszej rekomendacji raczej nie trzeba? Krążek jest utrzymany w klimatach "The Light At The End Of The World" i "Like Gods Of The Sun", jednak znacznie mniej tu growli i szybkich/brutalnych napierduch

20 kwietnia 2012

Disgorge – Gore Blessed To The Worms [2006]

Disgorge - Gore Blessed To The Worms recenzja okładka review cover
"Gore Blessed To The Worms" jest kolejnym ordynarnym jebnięciem pogłębiającym przepaść między Disgorge a typowymi zespołami poruszającymi się w podobnych krwistych klimatach. Różnica klas to mało powiedziane. Lata mijają, a Meksykanie nadal mogą czuć się niezagrożeni na tym grząskim od jelit poletku. Każdy, kto obawiał się drastycznych zmian kursu po odejściu Antimo, już po trzech sekundach (bo wtedy wchodzi wokal) 'I Watch Myself Rot' będzie spokojny o kondycję kapeli i na luzie wysłucha całości. Korekty w muzyce – owszem, są, ale nie ma to nic wspólnego z wymiękaniem ani unowocześnianiem oblicza. Przede wszystkim zespół, już jako kwartet (dorobili się drugiego gitarniaka – wagowo mamy jednak constans, hehe), powrócił do czystej bezwzględności i trepanujących czaszkę aranżacyjnych zawijasów znanych z "Forensick".

8 września 2011

Cannibal Corpse – Kill [2006]

Cannibal Corpse - Kill recenzja okładka review cover
Wymownie i dość buńczucznie — zważywszy na poziom wtórnego "The Wretched Spawn" — ochrzcili swój dziesiąty album Kanibale. Jednak nie było w tym żadnej przesady, bo "Kill" rzeczywiście zabija! Począwszy od 'The Time To Kill Is Now', z każdym następnym mocarnym ciosem zespół potwierdza powrót do najwyższej formy. W ich przypadku to już trzecia młodość. "Kill" łączy w sobie cechy ich najlepszych, najbardziej krwawych płyt — czyli "The Bleeding" i "Bloodthirst" — ze świeżym podejściem do kwestii brzmienia i wielką przyswajalnością. Erik Rutan w swoim Mana Recordings zrobił im najlepszy sound od chwalebnych czasów współpracy ekipy z Buffalo z Colinem Richardsonem; najgęstszy i najbardziej masywny, z doskonale potraktowanymi, super precyzyjnymi gitarami rytmicznymi. Tym samym Cannibal Corpse dorobili się krążka, którego można słuchać już dla samego delektowania się dźwiękiem.

26 sierpnia 2011

Slayer – Christ Illusion [2006]

Slayer - Christ Illusion recenzja okładka review cover
Nie powiem, żebym miał jakieś ogromne oczekiwania względem "Christ Illusion", bo poprzednim krążkiem Zabójcy mnie nie zabili, a sama obecność Lombardo w składzie przecież "Reign In Blood" jeszcze nie czyni. Spodziewałem się natomiast, że szum wokół tej płyty skupi się na osobie oryginalnego pałkera, nie zaś na muzyce. Toteż z radością przyjąłem fakt, że album wyszedł Slejerkom dużo lepiej niż "Bozia nas nie lubi", choć o powrocie do starych czasów nie mogło być mowy i chyba tylko szaleńcy czekali na powtórkę z rozrywki sprzed 15-20 lat. Jako się rzekło, styl został zachowany. Tak na dobrą sprawę, "Christ Illusion" zaskakuje tylko mnogością wyjątkowo chwytliwych riffów, bo reszta w zasadzie pozostała bez większych zmian.

23 kwietnia 2011

Aghora – Formless [2006]

Aghora - Formless recenzja okładka review cover
Długo kazała na siebie czekać ekipa pod wezwaniem Santiago Dobelsa, ekipa zupełnie odmieniona, zbudowana całkowicie od podstaw. Do wymiany poszli wszyscy poza samym Dobelsem, który — parafrazując Ludwika XIV — powiedział "Aghora to ja". Tym sposobem z zespołem pożegnała wokalistka Danishta, Cyniczna sekcja rytmiczna z oraz drugi wiosłowy Charlie. Biorąc pod uwagę zajebistość debiutu, takie roszady mogły budzić pewne zdziwienie (w końcu nie zmienia się zwycięskich składów) oraz obawy o poziom nowego albumu. Ubiegając jednak fakty powiem, że po dobrych dziesiątkach przesłuchań i mimo początkowego rozczarowania, udało się zespołowi wyjść z personalnych zawieruch obronną ręką i nagrać album, który, może nie tak wybitny, wciąż jednak dla miłośników progowo-jazzowych nut w orientalnych klimatach powinien być nie lada kąskiem. Ale po kolei.

11 marca 2011

Canvas Solaris – Penumbra Diffuse [2006]

Canvas Solaris - Penumbra Diffuse recenzja okładka review cover
Jakim pytaniem można przyprawić filozofa o ból głowy (a, za przeproszeniem, filozofkę o ból łokcia)? "Czy ty?" Pytanie równie zawiłe można skierować do muzykologów – czy nie jest tak, że kapele grające instrumentalny prog to ubożsi kuzyni tych wyposażonych w gardłowego? W dalszej części tekstu postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie, zrobię to jednak tak, że ni cholery nie będzie można powiedzieć, jakiej odpowiedzi udzieliłem (trochę jak filozofowie). "Penumbra Diffuse" to drugi longplej amerykańskich instrumentalistów – tak w karierze, jak i opisywany na blogu. Po dwóch latach od debiutu muzyka trio uległa pewnym przeobrażeniom, choć powiedzieć, że jakoś specjalnie się rozwinęła to ciut za wiele. To, co wychwytywalne po pierwszych dziesięciu przesłuchaniach to spuszczenie z progowo-technicznego tonu, co oznacza mniej więcej tyle, że przestali chłopaki pokazywać kto ma jakiego i kto dalej nasika. O ile debiut naszpikowany był instrumentalnymi i kompozytorskimi cudeńkami i potworkami, o tyle "Penumbra..." nieco wyładniała i teraz przypomina już nie nrd-owską pływaczkę a lekkoatletkę.

26 stycznia 2011

Deicide – The Stench Of Redemption [2006]

Deicide - The Stench Of Redemption recenzja okładka review cover
Pierwszy album "nowego" Deicide to pozycja stosunkowo kontrowersyjna i wzbudzająca różne emocje, ale ... Tak się jakoś składa, że w paru miejscach (czyli w sumie gdzie się tylko da) będę dorzucał przedrostek "naj", bo w kontekście tejże płytki pasuje on dość dobrze, co jest dla mnie — przyznaję — pewnym zaskoczeniem. Pierwsza sprawa, jaka rzuca się w oczy to czas trwania płyty – ponad 38 minut! Kto by pomyślał, że zespół (już abstrahując od tego, że w innym składzie), który rzadko kiedy delikatnie wykraczał poza pół godziny, nagra tak długi materiał? I nie ma to nic wspólnego ze zmniejszaniem obrotów – w blastujących partiach szybkości są większe niż to wcześniej bywało, jednak mając w pamięci 'kulisy' "Blizn krzyża" ujawnione przez Erica Hoffmana i kilka ujęć z DVD, mam wątpliwości, czy one aby na pewno są w pełni zasługą Steve’a. Ale chuj z tym, bo nakurw w takim 'The Lord’s Sedition' naprawdę robi wrażenie.