Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2018

Pestilence – Hadeon [2018]

Pestilence - Hadeon recenzja okładka review coverKolejny powrót Pestilence, kolejny w kompletnie nowym składzie, kolejna próba unowocześnienia "Testimony Of The Ancients"... Czy my przypadkiem już tego wszystkiego nie przerabialiśmy? No właśnie. Mnie ten zestaw informacji w zupełności wystarczył, by z rezerwą podchodzić do zawartości "Hadeon", bo czy ta płyta tak naprawdę była komukolwiek potrzebna do szczęścia? Przed premierą materiału byłem zdania, że nie. Po zapoznaniu się z nim... opinię podtrzymuję, tym bardziej, że wolałbym rozwinięcie "Obsideo". Nic złego naturalnie się nie stało, wszak krążek jest utrzymany na stosunkowo wysokim poziomie, ale nowości to się nikt na nim nawet z miotaczem ognia nie doszuka. Dodatkowy problem tego albumu polega na tym, że trudno do niego zapałać uczuciem od pierwszych przesłuchań. Chwała Mameliemu, że z czasem jest tylko lepiej, choć do szczerych zachwytów ciągle trochę brakuje. Podwaliny "Hadeon", czyli podstawowy sposób riffowania i rozwiązania rytmiczne to pozostałości po "Testimony Of The Ancients", zaś cała reszta to esencja Pestilence wyciśnięta z trzech ostatnich płyt zespołu. Znaczących (jakichkolwiek?) innowacji tu nie odnotowałem, jednak pewne różnice między tymi materiałami występują, co więcej – jest ich dość dużo. Pierwsze, co szybko rzuca się w uszy, to bardziej klasyczne podejście Patricka do produkcji. Tym razem pozwolił sobie na więcej brudu i szorstkości, w osiągnięciu których pomocny okazał się mastering u Dana Swanö. Kolejna zmiana to skręcenie tempa większości utworów do średniego. Blasty występują jedynie w 'Non Physical Existent' i 'Electro Magnetic' i są tylko dodatkiem pod kilka najszybszych riffów, bo na pewno nie pełnią roli przewodniej w tych utworach. Skoro już przy perkusji jestem, ponarzekam na Septimiu Hărşana, po którym spodziewałem się znacznie więcej. Mimo iż chłop potrafi zacnie napierdalać, jego partie na "Hadeon" zostały przygotowane po linii najmniejszego oporu – są zadziwiająco proste i niezbyt urozmaicone. Rozumiem, że struktury (nie riffy!) nowych kawałków Pestilence nie należą do skomplikowanych, ale mógł się pokusić o trochę finezji i fristajla. Na plus materiału mogę natomiast odnotować jego ogromną dynamikę i 'koncertowość' – wszystkie numery oparto na jednym-dwóch konkretnych motywach, przez co są krótkie, bardzo spójne i łatwe do rozpoznania. Pikanterii "Hadeon" dodały gęsto upakowane partie solowe, bo obaj gitarzyści w tej dziedzinie ostro zaszaleli, co w rezultacie dało chyba najbardziej popieprzone i progresywne popisy od czasów "Spheres". Wokale Patricka także nie budzą najmniejszych zastrzeżeń – są równie mocne co czytelne, zaś częste powtórzenia tytułów/refrenów przydają płycie chwytliwości. Ogólnie rzecz biorąc, krążek sprawia bardzo dobre wrażenie, choć mógłby jeszcze lepsze, gdyby nie zgrzyty w jego środkowej części. Mam tu na myśli irytujący zniekształcony elektronicznie wokal w 'Astral Projection', solówkę Doblesa w 'Discarnate Entity', która istnieje sobie w całkowitym oderwaniu od reszty numeru oraz zupełnie niepotrzebne basowe solo pod tytułem 'Subvisions'. Te trzy elementy wydają mi się niezbyt przemyślane, ale na szczęście są otoczone na tyle porządnym graniem, że można na nie przymknąć oko.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 kwietnia 2018

Asphyx – Last One On Earth [1992]

Asphyx - Last One On Earth recenzja okładka review coverZdarzyło mi się już kiedyś wskazać paluchem najlepszy album w historii Asphyx, teraz słów kilka na temat płyty, którą wielu — jak zaraz udowodnię – niesłusznie — uważa za tą naj. Ale po kolei. Do nagrania "Last One On Earth" Holendrzy mieli przystąpić w skorygowanym składzie – nie udało się; później, już w trakcie sesji, kopa miał dostać van Drunen – nie dostał, bo spisał się na tyle dobrze, że postanowiono wykorzystać nagrane przez niego partie. To była słuszna decyzja, bo jego rozpaczliwe wokale są niewątpliwie ozdobą tego krążka. Wprawdzie wyziewnością ani dzikością nie dorównują tym z debiutu, jednak są na tyle mocne i patologiczne, że muszą się podobać. Równie dobrze prezentuje się brzmienie – stało potężniejsze, a także wyraźnie bliższe szwedzkiej szkole (choćby Grave), choć jak dla mnie brakuje mu wspaniałej syfiastości "The Rack", mimo iż zespół ponownie skorzystał ze studia Harrow. Co do muzyki – na pierwszy rzut ucha wydaje się, że doszło tu do wielu zmian, a tak naprawdę jej rdzeń pozostał nienaruszony. "Last One On Earth" jest z całą pewnością lepiej przemyślany od poprzednika, bardziej dopracowany w szczegółach (o czym świadczą chociażby dość ambitne niuanse w drugich riffach 'M.S. Bismarck' i 'The Incarnation Of Lust') i pewniej wykonany. Słychać, że zespół sprawniej opanował instrumenty, więc częściej pozwala sobie na szybkie partie, nie stroni także od komplikowania riffów ponad wcześniejsze standardy. Za chęć rozwoju należy Asphyx oczywiście gorąco pochwalić, problem w tym, że właściwie cały progres sprowadza się do kwestii technicznych, nie kompozycyjnych. Na "Last One On Earth" zespół nie proponuje niczego nowego i w głównej mierze skupia się na powielaniu wykorzystanych już wcześniej patentów i to w sposób ocierający się nieraz o autoplagiat. W konsekwencji tej zachowawczości Asphyx stworzyli materiał dość wtórny i niezaprzeczalnie schematyczny, choć całkiem przyjemny w odbiorze. Oprócz świeżości brakuje mi tu jeszcze przytłaczającego klimatu debiutu i jego nie do końca kontrolowanego szaleństwa w szybkich fragmentach, czyli rzeczy które już od 'Vermin' mocno chwytały za serce i jaja. "Last One On Earth", nie przeczę, może się podobać, ale ani przez moment nie zachwiał moim uwielbieniem dla "The Rack".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

30 października 2017

Ceremony – Tyranny From Above [1993]

Ceremony - Tyranny From Above recenzja okładka review coverCeremony to już nieco zapomniany przedstawiciel holenderskiego death metalu. Zaczynali pod koniec lat 80-tych, by jeszcze w pierwszej połowie następnej dekady być już tylko wspomnieniem dla garstki fanów, którzy poznali się na ich talencie. Dorobek zespołu, choć dość skromny, jest w całości wart uwagi, a już zwłaszcza ta jedyna płyta długogrająca. Holendrzy umiłowali sobie death metal o solidnym współczynniku brutalności i z wyczuwalnym technicznym odchyłem, który zgrabnie łączy w sobie wpływy zarówno szkoły amerykańskiej, jaki i europejskiej. Z tą pierwszą Ceremony łączą bardzo zbliżone patenty na bezkompromisowe napieprzanie i skłonność do komplikowania struktur, zaś z drugą podejście do surowej produkcji. Należy przy tym zaznaczyć, że muzycy nie dali się porwać bardzo wówczas popularnym u ich rodaków wpływom doom metalu, stąd też "Tyranny From Above" w przeważającej części jest materiałem opartym na szybkich tempach i odpowiednio ciężkich riffach – czystym gatunkowo, pozbawionym eksperymentów i zmiękczaczy (delikatne i nieistotne dla całości plamy klawiszy pojawiają się bodaj w jednym kawałku), choć nie pewnego elementu zaskoczenia. Ceremony nie silą się na przesadnie subtelne rozwiązania, od pierwszego kawałka dając jasno do zrozumienia, że nie mają zamiaru się pierdolić z słuchaczem jak matka z łobuzem. Główna w tym zasługa intensywnie pracujących gitar, których partie są stosunkowo złożone, z wieloma zmianami motywów i pokręconymi wstawkami, dzięki czemu nie tak łatwo znudzić się "Tyranny From Above". W związku z powyższym zastanawia mnie, dlaczego solówki w stosunku do riffów potraktowano ewidentnie na odwal się – tylko dwie trzymają się struktur utworów, natomiast reszta jest wstrzelona byle gdzie i byle jak – ot, takie zwykłe molesty gryfu bez specjalnej inwencji. Szkoda też, że perkman nieco odstaje poziomem (pomysłowością?) od gitarzystów, bo choć potrafi przywalić (i to zdradzając nawet grindowe inspiracje), to do jego gry wkradają się proste schematy, kiedy akurat mógłby bardziej zaszaleć. Co do wspomnianego elementu zaskoczenia – jest to coś na kształt czystych wokali/wrzasków w damskim wydaniu, które ni z tego ni z owego pojawiają się w 'Beyond The Boundaries Of This World' i 'Tribulation Foreseen', będąc mocnym kontrastem dla tradycyjnego growlu. Pierwsza reakcja: o co, kurwa, chodzi? A chodzi o to, że... nie mam bladego pojęcia... Mimo to "Tyranny From Above" jako całość jest dość zwartym i dobrze skomponowanym materiałem, którym powinni się zainteresować szczególnie fani Torchure, Mercyless i wczesnego Atrocity.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ceremony-The-Netherlands-772478876162300/
Udostępnij:

24 października 2017

Thanatos – Emerging From The Netherworlds [1990]

Thanatos - Emerging From The Netherworlds recenzja okładka review coverPowstały w 1984 roku Thanatos szczyci się mianem pierwszej prawdziwie ekstremalnej załogi w Holandii – IPN ze swoimi teczkami i agentami chyba się w to nie mieszał, więc można przyjąć, że to kwestia obiektywna i nie podlegająca dyskusji. Jakby tego było mało, w niektórych kręgach zespół jest rozpatrywany również w kategorii kapeli prawdziwie kultowej – a to już, jak dla mnie, temat do polemiki. Oczywiście nie sposób odmówić Holendrom wkładu w rozwój tamtejszej sceny, jednak jej największy rozkwit miał miejsce już bez ich udziału. To raz. Druga sprawa, która podkopuje wspomnianą kultowość to fakt późnego wydania "Emerging From The Netherworlds", który niejako przesunął zespół do drugiej fali brutalnego grania, stawiając go w jednym szeregu z kompletnymi nowicjuszami. Po trzecie w końcu – sama muzyka. Po oficjalnym wydawnictwie kapeli, która tak wcześnie zaczynała można by oczekiwać czegoś na wysokim poziomie (także pod względem produkcji), z charakterem i w dużym stopniu oryginalnego. Tymczasem Thanatos na debiucie proponuje agresywny thrash-death, jakiego wokół było wówczas pełno, w tym także sporo tego lepszego. Sepultura, Massacra, Cancer, Incubus a nawet nasz Dragon to tylko niektóre z nazw, które przychodzą do głowy w czasie słuchania "Emerging From The Netherworlds" – materiału, który spełnia praktycznie wszystkie wymogi gatunku, choć w żadnym elemencie tak naprawdę nie zachwyca i nie wybija się ponad średnią. Nie znaczy to jednak, że album nie sprawia pewnej przyjemności. Do mnie Thanatos najbardziej przemawia, gdy zapieprza w szybkich tempach (które, swoją drogą, ładnie uwydatniają warsztat perkusisty), korzystając z nieskomplikowanych acz chwytliwych riffów i fajnego thrash’owego feelingu, co dobrze słychać zwłaszcza w 'Progressive Destructor', 'Outward Of The Inward', 'Bodily Dismemberment' czy 'Omnicoitor'. W takich momentach — dodam, że będących w przewadze — łatwiej przymknąć oko na znikomą oryginalność "Emerging From The Netherworlds" i skupić się czymś pożytecznym – np. trząchaniem dynią. Wtedy też album brzmi najlepiej, bo wszelkie zwolnienia obnażają niedostatki produkcji – zwłaszcza bzyczący dźwięk gitar, które równie dobrze mogli nagrać w studiu Giełda w Poznaniu w 1989 roku. Ponadto zastanawiający jest dla mnie poziom niektórych solówek Erwina – vide kaleki początek 'The Day Before Tomorrow' – albo to próby pójścia w awangardę albo, co bardziej prawdopodobne, techniczna nieporadność. Pomimo tych paru uwag uważam, że warto dać debiutowi Thanatos szansę. Wprawdzie to nie klasyk przez duże K, ale daje radę.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.thanatos.info

podobne płyty:

Udostępnij:

6 października 2017

Phlebotomized – Immense Intense Suspense [1994]

Phlebotomized - Immense Intense Suspense recenzja okładka review coverPhlebotomized to zespół wyjątkowy, nietuzinkowy i oryginalny. I jak to z takimi bywa – niedoceniony. Holendrzy wystartowali bardzo udaną demówką "Devoted To God", później przyszła pora na dwie jeszcze lepsze epki, zaś apogeum zajebistości swojego stylu osiągnęli w na debiucie "Immense Intense Suspense", po którym zdołali nagrać już tylko jeden, w dodatku zupełnie inny album. Opisywany krążek z jednej strony jest logicznym rozwinięciem tego, co zespół robił na poprzednich wydawnictwach — co zrozumiałe, bo kilka starszych utworów nagrano na nowo — z drugiej zaś zadziwiającym konglomeratem mnóstwa odważnych/nietypowych rozwiązań i inspiracji, których wcześniej próżno było szukać w twórczości zespołu. Całość można w wielkim uproszczeniu określić jako progresywny death-doom, ale ta etykieta w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu. Przy pierwszym kontakcie płyta Phlebotomized sprawia wrażenie potwornie niespójnej, chaotycznej i poskładanej bez pomysłu z kompletnie niepasujących do siebie części, no bo jak tu sensownie pogodzić wpływy Napalm Death, Morbid Angel, Nocturnus, My Dying Bride, czegoś na kształt folku i jazzu. Awangarda dla wytrwałych, ot co. Nic więc dziwnego, że dla większości ówczesnych słuchaczy materiał był kompletnie niezrozumiały i niestrawny, a ze względu na osobliwą okładkę – odpychający. Tymczasem by w pełni docenić kunszt "Immense Intense Suspense", trzeba poświęcić temu albumowi naprawdę sporo czasu, uwagi i... cierpliwości. To jedna z tych płyt, które zyskują z każdym kolejnym odpaleniem, aż w końcu trafiają do kategorii "ulubione", dając sporo takiej snobistycznej satysfakcji, wynikającej z obcowania z czymś niepospolitym. Phlebotomized na debiucie stworzyli muzykę bez zamykania się w jakichś sztywnych ramach, czerpiąc zarówno z metalu, klasyki czy rocka, przez co nabrała ona zajebiście progresywnego charakteru, stała się wielowymiarowa, a spodziewać się po niej można dosłownie wszystkiego. Ekstremalne britcore’owe napierdalanie? Nie ma sprawy! Subtelne klawiszowe pasaże z czystymi wokalami? Czemu nie! Na "Immense Intense Suspense" skrajność goni skrajność, a przeciwieństwa — zgodnie ze starym powiedzeniem — się przyciągają, sprawiając, że cały materiał jest nieszablonowy, szalenie skomplikowany (nie mylić z techniczny) i po prostu epicki. Od bogactwa klimatów na przestrzeni nawet jednego utworu może zakręcić się w głowie, natomiast przebrnięcie przez wszystkie wywołuje u słuchacza już tylko chęć sięgnięcia po aviomarin. Czegóż chcieć więcej od prawdziwie eklektycznej muzyki? Następnego przesłuchania, a jak!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.phlebotomizedmetal.com
Udostępnij:

15 maja 2017

Antropomorphia – Sermon Ov Wrath [2017]

Antropomorphia - Sermon Ov Wrath recenzja okładka review cover"Sermon Ov Wrath" to już czwarty krążek z logo Antropomorphia jaki mam na półce; czwarty, z którego jestem bardzo zadowolony. Zdumiewa mnie łatwość, z jaką Holendrzy tworzą tak dopracowane i wpadające w ucho materiały – niby wszystkie są utrzymane w tym samym stylu z lekka przestarzałego europejskiego death metalu, a jednak nie można o nich powiedzieć, że są identyczne czy wtórne. Formuła wypracowana przez zespół lata temu wciąż sprawdza się wybornie, a wszelkie korekty w obrębie stylu na kolejnych płytach sprowadzają się wyłącznie do detali. Innymi słowy zmian nie ma dużo, ale jeśli już się pojawiają, to są trafione i gładko wpisują się w klimat całości. Jeśli dla kogoś to za mało, to sorki – proponuję szukać szczęścia gdzie indziej. Podobnie jak na poprzednikach, na "Sermon Ov Wrath" proporcje mielonki i szybkiej sieczki ustalono na korzyść motorycznych walców o przeznaczeniu koncertowym (gdyby, kurwa, jeszcze grali w Europie z jako taką częstotliwością!), bo w takich tempach Antropomorphia sprawdza się najlepiej i najmocniej oddziałuje na kark słuchacza. Tym mocniej, że Holendrzy potrafią pisać fajne refreny (czy raczej frazy), które można później w lot podłapać – wszak mało co ma taki potencjał jak necro-lezbijskie klimaty w diabelskim sosie. Spore wrażenie — tak jak na "Rites Ov Perversion" — robi na mnie kapitalna dynamika nowego materiału: te wszystkie urozmaicenia w obrębie zdawać by się mogło prostych rytmów, doskonale przemyślane pauzy i subtelne zmiany tempa, dzięki którym "Sermon Ov Wrath" ma zajebisty flow i żadnych znamion monotonii. Nie mogło być inaczej, bo ponownie za aranżacje odpowiada niepozorny Marco Stubbe. Listę zalet krążka można jeszcze uzupełnić o paskudny wokal, organiczne brzmienie i rozsądne ilości melodii w riffach. Wszystko to zebrane do kupy przekłada się na potencjalne hity, których muzycy Antropomorphia stworzyli... osiem. Tu naprawdę prawie każdy kawałek ma się czym wyróżnić, i prawie każdy może zostać uznany tym ulubionym – czy to wyziewny 'Suspiria De Profundis' (im szybciej grają, tym bardziej zbliżają się do Incantation), posępny 'Murmur Ov The Dead', chwytliwy 'Within Her Pale Tomb Ov Putrid Lust' (tu z kolei podlatuje Behemothem) czy rozbudowany 'Crown Ov The Dead' (z udanie inkorporowanymi damskimi wokalami). Jedyny zgrzyt widzę w krótkim instrumentalnym 'Ad Me Venite Mortui', który robi za wstęp do ostatniego z wymienionych utworów – 'Crown Ov The Dead' i tak ma swoje wprowadzenie, więc kolejne w ogóle nic nie wnosi. W kontekście całego albumu ten minus jest jednak nieistotny, bo klasowego death metalu na "Sermon Ov Wrath" nie brakuje.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.antropomorphia-official.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

16 listopada 2016

Asphyx – Incoming Death [2016]

Asphyx - Incoming Death recenzja okładka review coverOd momentu reaktywacji w 2007 Asphyx utrzymuje równy i wysoki poziom. Nie najwyższy, jak na pamiętnym debiucie, ale dość wysoki, żeby w ciemno kupować kolejne płyty z charakterystycznym logotypem. Szczerze przyznaję, że mnie dużo lepiej słucha się tego zespołu, odkąd luźniej podchodzę jego działalności i pogodziłem się z faktem, że do majestatu "The Rack" już nie nawiążą. Od braku podniet ważniejsza jest w tym przypadku świadomość, że na Holendrach można polegać, że nie rozmieniają się na drobne i wciąż potrafią dostarczyć fanom porcję solidnej miazgi w (prawie) niezmiennym death-doomowym stylu. Drobne różnice między "Incoming Death" a dwoma poprzednimi albumami wynikają tylko i wyłącznie ze zmian składu. W zespole nie ostał się już nikt ze starych kompozytorów, w związku z czym ciężar przygotowania materiału spadł przede wszystkim na barki Paula Baayensa, któremu nie można odmówić talentu, ale także pewnych przyzwyczajeń wyniesionych z jego pozostałych kapel, zwłaszcza z tej najpopularniejszej. To dlatego muzyka na "Incoming Death" nieraz bardzo wyraźnie dryfuje w stronę Hail Of Bullets. Czy to dobrze? Na to nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony dodało to płycie odrobinę różnorodności — którą zachwalał van Drunen — a z drugiej można tu mówić o lekkim rozmyciu w sferze tożsamości. Ponadto na krążku pojawiły się również inne zapożyczenia, w tym takie, które są dla Asphyx czymś kompletnie nowym i zaskakującym. I o ile melodie w stylu Bolt Thrower circa 1994 (choćby w 'The Grand Denial') przyjmuje się od razu, bo to ta sama parafia, to 'Death: The Only Immortal', którego fragmenty niemal żywcem przeniesiono z 'Unearthly Kingdom' Immortal, początkowo budzi konsternację. Tym większą, że te podobieństwa są zbyt duże, żeby były przypadkowe. Nie oznacza to jednak, że numer jest słaby, po prostu trochę bardziej chwytliwy. Mimo takiej różnorodności płyta trzyma się kupy, a słucha się jej naprawdę dobrze, lepiej (łatwiej) nawet niż "Deathhammer". Nikogo zatem nie powinno dziwić, że na "Incoming Death" zachowano sprawdzony podział na kawałki, w których zespół gniecie typowym wolnym tempem i krótkie, szybkie death’owe strzały (numer tytułowy to nawet petarda jak na Asphyx). O monotonii nie ma mowy, więc z przebrnięciem przez te 47 minut nikt nie powinien mieć problemów.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:




Udostępnij:

4 listopada 2016

Gorefest – Erase [1994]

Gorefest - Erase recenzja okładka review coverW połowie lat 90-tych ubiegłego wieku grunt pod death metalem w Ameryce gwałtownie się załamał, sprawiając, że na powierzchni pozostały tylko najwytrwalsze kapele: Deicide, Cannibal Corpse, Obituary, Incantation, Malevolent Creation... W Europie sytuacja wyglądała jeszcze gorzej, bo albo zespoły drastycznie zmieniały swój styl (Szwecja) albo jak muchy padały jeden po drugim (reszta kontynentu). W tej degrengoladzie, spotęgowanej dodatkowo modą na black metal, Gorefest wydał przełomowy — choć dla wielu już kontrowersyjny — "Erase". Dla mnie trzecie dzieło Holendrów to najlepszy (a przynajmniej jeden z trzech) album na death metalowym poletku jaki powstał w 1994 na starym kontynencie. Bestseller w swoim czasie, później – krążek wyjątkowo niedoceniany i, o zgrozo, deprecjonowany także przez samych muzyków. W moich oczach wyjątkowość "Erase" wynika przede wszystkim z tego, jak doskonale ten materiał łączy w sobie death’owe korzenie zespołu z jego nowymi fascynacjami z kręgów hard rocka. Taki gatunkowy mariaż nie był może czymś specjalnie odkrywczym (wcześniej wpadli na to choćby w Finlandii i Szwecji), ale rezultat uzyskany przez Gorefest zwyczajnie zwala z nóg – i to już w pierwszej minucie 'Low'. Zajebisty ciężar gitar (przysłuchajcie się ostatniemu riffowi w 'To Hell And Back' – miaaazga), wyborne technicznie melodyjne solówki, charakterystyczne gorefestowe melodie, wyraźny bas, potężna perkusja, zaczepna rockowa motoryka, mocarny wokal i w końcu niepodrabialny feeling – oto wizytówki tego albumu. Od pierwszego do ostatniego utworu płyta wgniata w fotel i nawet odczuwalnie lżejszy i nieco eksperymentalny 'Goddess In Black' (dwa lata później doczekał się wersji orkiestralnej) tego nie zmienia. Ja naprawdę nie widzę ani nie słyszę tu czegokolwiek, do czego można by się przypieprzyć. Ja. Bo wielu tego entuzjazmu nie podzielało. OK, jeszcze rozumiem zarzuty dotyczące złagodzenie muzyki – z nimi polemizować nie można, bo "Erase" to absolutnie nie ten poziom brutalności co "False" czy "Mindloss". Żeby jednak oddać Holendrom sprawiedliwość – przyłoić też potrafią, czego najlepszy przykład mamy w killerskim 'Peace Of Paper'. Natomiast kompletnie nie pojmuję narzekań na rzekomo słabe brzmienie albumu. Przecież tak potężną, krystalicznie czystą i pełną przestrzeni produkcją mogły się wówczas pochwalić jedynie kapele rockowe, w dodatku te z wyższej półki. Że mało w tym brudu? Ano mało, ale taki Gorefest i tak łeb urywa! Zresztą, czym tu się przejmować, skoro sam Jan-Chris de Koeijer ucisza malkontentów na początku wiele mówiącego 'I Walk My Way': "I won’t run or hide / Nor apologize". Pozamiatane.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: myspace.com/gorefest

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

18 października 2016

Pestilence – Reflections Of The Mind [2016]

Pestilence - Reflections Of The Mind recenzja okładka review coverTakie wykopaliska to ja lubię! Po ubiegłorocznej kompilacji pierwszych demówek Pestilence Vic Records oddaje w nasze ręce kąsek jeszcze ciekawszy. No, przynajmniej dla maniaków zespołu i różnej maści kolekcjonerów. "Reflections Of The Mind" to również zbiór nagrań demo (i tak jak poprzednio zremasterowanych przez Dana Swanö), ale takich, do których mało kto miał dotychczas dostęp. Danie główne, a przynajmniej największa atrakcja (kłamię, tu wszystko jest zajebiście atrakcyjne), to dość profesjonalnie zarejestrowane demo z 1992 zawierające zaawansowane (ale nie ostateczne) wersje 'Reflections Of The Mind', 'Searching The Soul' i 'Times Demise', które pod nieco zmienionymi tytułami trafiły na "Spheres". Te trzy kawałki nagrane dla Roadrunnera (te pazerne świnie domagały się próbek nowego materiału niemal od każdego podopiecznego, żeby ocenić potencjał komercyjny muzyki) brzmią raczej surowo, jednak oddziałują na słuchacza bardziej bezpośrednio niż ich późniejsze wersje, a to dlatego, że nie zostały dopieszczone studyjnie ani też nie ma w nich śladu znienawidzonych przez niektórych syntezatorów i pozostałej elektroniki. Kiedy człowiek słucha tych numerów, zaczyna się zastanawiać, co by było, gdyby Pestilence zostali na tym poziomie szaleństw i udziwnień. Może wtedy "Spheres" byłby lepiej przyjęty? Może zespół nie sczezłby chwilę po jego wydaniu? Te domysły przerywa dalsza, równie ciekawa część "Reflections Of The Mind" poskładana z nagrań zarejestrowanych przy okazji rozmaitych prób, jakie muzycy Pestilence odbywali w latach 1991-1993. Mamy tu zatem kilka utworów szlifowanych z myślą o "Spheres", kilka z "Testimony Of The Ancients" przygotowywanych na koncerty oraz 'Echoes Of Death' z "Consuming Impulse" w nieco odświeżonej (składem) wersji. Rewelacyjnym dopełnieniem pyty są natomiast kawałki będące kolażem pomysłów/motywów zbieranych pod kątem "Testimony Of The Ancients" – w nich wreszcie można wreszcie usłyszeć pierwsze (i to niekiepskie!) blasty w wykonaniu Marco Foddisa. Jak więc widać, "Reflections Of The Mind" stanowi fajne uzupełnienie oficjalnej dyskografii Holendrów, a także — co bardziej istotne — pozwala łatwiej zrozumieć, skąd się wzięły w stylu zespołu takie wielkie zmiany pomiędzy krążkami numer trzy i cztery. Nie daje mi spokoju tylko skład podany we wkładce, bo Jeroen Paul Thesseling dołączył do Pestilence dopiero w drugiej połowie 1992 roku, zastępując Jacka Dodda, który — z tego co mi pisał jakieś dwanaście lat temu — w żadnych nagraniach (z wyjątkiem bootlegowych) nie uczestniczył. Na mój rozum tylko Tony Choy mógł szarpać cztery struny na tych najstarszych materiałach, ale jeśli ktoś zna właściwą wersję wydarzeń, to ja z chęcią uzupełnię braki.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 stycznia 2016

Disavowed – Stagnated Existence [2007]

Disavowed - Stagnated Existence recenzja okładka review coverHolendrzy z Disavowed, zabierając się za płytę numer dwa, najwyraźniej doszli do jedynie słusznego wniosku, że w tak hermetycznej stylistyce jaką jest brutalny amerykański death metal już nic ponad to, co zrobili, zrobić się nie da. To dlatego "Stagnated Existence" jest materiałem świeższym, z nieco inaczej rozłożonymi akcentami, choć na pewno nie mniej bezwzględnym niż debiut. Chłopaki mogli sobie pozwolić na mniej lub bardziej odważne zmiany, bo przez te kilka lat, które dzielą obie płyty, nabrali doświadczenia (także w innych kapelach) i wyraźnie rozwinęli umiejętności kompozytorskie i czysto techniczne. No i chyba mogli liczyć na przyzwoity budżet od Neurotic... Ale po kolei. "Stagnated Existence" to bardzo dobrze przemyślane oblicze sonicznej brutalności – z często zmienianym tempem (dominuje oczywiście szybki wygar – nawet szybszy niż poprzednio, bo nawala Romain Goulon), urozmaiconymi rytmami i atakującymi ze wszystkich stron popieprzonymi riffami. To już nie jest napierdalanie dla samej idei napierdalania i ku chwale Disgorge, a dość złożona i precyzyjnie odegrana muzyka, która potrafi zamęczyć swoją intensywnością. Album odbiera siły już za sprawą super przejrzystego brzmienia – dzięki niemu, każdy detal mocniej uderza w mózgownicę, jakkolwiek ogarnięcie ich wszystkich zajmuje trochę czasu. Żeby jednak ekstremalność "Stagnated Existence" nie odstraszyła mniej wyrobionych słuchaczy, ekipa Disavowed zawarła na płycie dwa haczyki, które w oczach fanatyków brutal death mogą uchodzić nawet za zdradę gatunkowych ideałów. Po pierwsze, kilka riffów ociera się o coś, co przy odrobinie dobrej woli można nazwać melodią – w skali całego albumu nie ma ich wprawdzie wiele, ale gdzieś tam się pojawiają. Po drugie, wokalista wyrzuca z siebie garstkę zrozumiałych słów, które w żaden sposób nie pozwalają połapać się w tekstach, ale — uwaga, bis! — gdzieś tam się pojawiają. Oba te elementy zebrane do kupy nie osłabiają muzyczno-lirycznego przekazu Disavowed, więc fani debiutu powinni bez obaw sięgnąć także po "Stagnated Existence".


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.disavowed.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

3 grudnia 2015

Pestilence – The Dysentery Penance [2015]

Pestilence - The Dysentery Penance recenzja okładka review coverVic Records od paru lat oddają się misji krzewienia nieco zapomnianego dziedzictwa kulturowego krajów Beneluxu i okolic (w tym bardzo dalekich okolic – vide USA) i chwała im za to, bo jest co przypominać, a namacalne rezultaty ich starań są jak dotąd co najmniej pozytywne. Tym razem sięgnęli do absolutnych początków ekstremalnej muzy na holenderskiej ziemi – demówek wielkiego Pestilence. Przyznaję, że dawno nie odpalałem tych materiałów, ale skoro trafiła się niezła okazja — oficjalna i zgrabnie wydana kompilacja "The Dysentery Penance" z dźwiękiem poprawionym przez Dana Swano — to wykorzystałem ją do przypomnienia sobie tego i owego. No i cóż, w mojej ocenie zarówno "Dysentry" jak i "The Penance" nadal trzymają się całkiem dobrze, a już na pewno lepiej niż większość odgrzewanych ostatnio niby legendarnych staroci. Przyczyny tego stanu rzeczy są co najmniej dwie. Po pierwsze obie taśmy w swoim czasie mogły się pochwalić naprawdę dobrą, dość profesjonalną realizacją, a po drugie poziom techniczny/kompozytorski u Pestilence od zawsze był bardzo wysoki, co zresztą w niedługim czasie zaowocowało kontraktem z Roadrunner. Zanim jednak Holendrzy trafili do dużego wydawcy, swoimi brutalnymi thrash’owymi wyziewami mogli śmiało konkurować z ówczesną Sepulturą, Possessed, czy Death – niektórych z nich nawet deklasowali umiejętnościami. "The Penance" ma ponadto tę wartość, że jest pierwszym nagraniem z kultowymi wrzaskami Martina van Drunena – i tylko wrzaskami, bo w studiu jegomość był zbyt napruty, żeby w ogóle utrzymać w rękach bas. Dodatkową atrakcją na "The Dysentery Penance" — a zarazem haczykiem na starych fanów, którzy starocie znają na pamięć — są dwa nagrania lajf ('Before The Penance' i 'Fight The Plague') zarejestrowane na festiwalu w Eibergen w... 1988 roku – o dziwo dość przyzwoitej, a przynajmniej nadającej się do słuchania, jakości. Podsumowując, płytka stanowi miłe uzupełnienie kolekcji, toteż żaden szanujący się miłośnik Pestilence nie powinien się "The Dysentery Penance" oprzeć.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

30 marca 2015

Eternal Solstice – The Wish Is Father To The Thought [1994]

Eternal Solstice - The Wish Is Father To The Thought recenzja okładka review coverWielokrotnie już rozpisywaliśmy się o zespołach niedocenionych i zapomnianych, choć nietuzinkowych. Teraz, dla równowagi, będzie o kapeli z drugiego bieguna. Wprawdzie nie jest to przykład krańcowy, ale jednak. Odnoszę bowiem wrażenie, że legendarny status Eternal Solstice, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest zdecydowanie przesadnie napompowany, a po chłopsku i uczciwie mówiąc – z dupy wzięty. Tak na dobrą sprawę, to nawet na upartego nie znajduję niczego, co kultowość Holendrów mogło by w wiarygodny sposób uzasadnić. Wiekowość? Owszem, zaczynali dość wcześnie, ale nie na tyle, żeby załapać się do forpoczty gatunku. Zawirowania personalne? Owszem, mieli pewne problemy ze skompletowaniem sensownego składu, ale kto ich wtedy nie miał. Fakt, że nie zawojowali świata? Owszem, sukcesy dla Eternal Solstice to coś całkowicie obcego, ale głównej przyczyny tego stanu rzeczy upatrywałbym w... muzyce, nie zaś w braku koniunktury, kiepskim zaangażowaniu wytwórni czy nieprzychylności mediów. Taka prawda. Wydany w 1994 roku debiut Eternal Solstice to proste granie na naprawdę dobrym poziomie i tak też brzmiące (przy okazji – bardzo typowo dla Excess), jednak nie prezentujące sobą niczego niezwykłego, zaskakującego czy wybijającego zespół ponad średnią gatunkową. Naonczas tak podany death metal, zwłaszcza na tle holenderskiej sceny, był już nieco nie na czasie, a z upływem lat wcale nie nabrał uroku ani dodatkowej świeżości. Próżno na "The Wish Is Father To The Thought" szukać wizjonerstwa Pestilence, eklektyzmu Phlebotomized, topowej produkcji Gorefest, brutalności Sinister czy komercyjnego rysu The Gathering. Nie oznacza to jednak, że z tą płytką nie można spędzić kilku miłych acz niezobowiązujących chwil. Można, chociaż materiał zauważalnej podniety nie wywołuje – jak to zwykle bywa w przypadku rzemieślniczych wyrobów. Wykonawczo wszystko jest OK, kompozycyjnie co najwyżej średnio. Patenty zapożyczane od Massacre i starego Death oraz wyraźniejsza praca basu tego obrazu zbytnio nie zmieniają – "The Wish Is Father To The Thought" tylko z rzadka zwraca uwagę słuchacza.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Eternal-Solstice/384594534885754
Udostępnij:

8 lutego 2015

Pyaemia – Cerebral Cereal [2001]

Pyaemia - Cerebral Cereal recenzja okładka review coverPisząc o amerykańskim brutalnym death metalu w wydaniu europejskim nie sposób nie wspomnieć o morderczym tworze o nazwie Pyaemia. Tak się bowiem składa, że wydany przez Unique Leader debiut Holendrów jest jedną z najlepszych pozycji w przepastnym worze z takim graniem. A może i najlepszą – mega pozytywne reakcje maniaków totalnych wyziewów — do których i ja się chętnie przyłączam — zdają się to potwierdzać. Recepta na sukces "Cerebral Cereal" była stosunkowo prosta. Chłopaki wzięli najbrutalniejsze i najbardziej pojebane elementy z twórczości Suffocation (nawet im ten album zadedykowali!), Disgorge, Deeds Of Flesh, Pyrexia i paru innych, dla niepoznaki wywrócili je na drugą stronę, zintensyfikowali, zagęścili i podali w bardziej podziemnym sosie. Ze względu na brzmienie (Excess...) i koneksje personalne na "Cerebral Cereal" można się również dopatrzeć sporo punktów wspólnych z — wcześniej wydanym, choć nieco później nagranym — pierwszym krążkiem Disavowed, mimo iż całościowo Pyaemia uprawiają sztukę odrobinę szybszą (albo to tylko wrażenie spowodowane większymi kontrastami), bardziej techniczną i mocniej zróżnicowaną. Z kim by się jednak ta muzyka nie kojarzyła, jakiejkolwiek namacalnej oryginalności nie należy się w niej doszukiwać – Holendrzy zrobili to samo, co inni, tylko lepiej. Tu się rozchodzi o coś innego, o ogólne wrażenie – sieczka jest wprost nieprawdopodobna, po prostu bezlitosna, a przy tym odbierająca siły już po kilku minutach styczności z nią. "Cerebral Cereal" to niespełna półgodzinne krwawe słuchowisko z elementami tortury. Pyaemia każdego sponiewiera, ale nie można mieć im tego za złe, w końcu czasem korzystanie jest się przepuścić przez młynek do mięcha. Taaak, to byli mistrzowie w swojej dziedzinie!


ocena: 9/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

14 grudnia 2014

Pestilence – Mind Reflections [1994]

Pestilence - Mind Reflections recenzja okładka review coverDebestofy to jak wiadomo doskonały sposób na zarobienie szybkiej kasy – koszt przygotowania czegoś takiego jest niewielki, nakłady pracy również, a zawsze jest pewność, że wpadnie z tego tytułu trochę grosza. Nic więc dziwnego, że tony takich wydawnictw zalegają na sklepowych półkach. Jednak pośród tego szamba czasem można wyłowić coś ciekawego – czymś takim na pewno jest "Mind Reflections". Nikomu nie muszę tłumaczyć, że na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku Pestilence wielkim zespołem był i pozostawił po sobie genialne nagrania, toteż od razu przejdę do zawartości płytki. Pierwsza część to 10 kawałków na maxa standardowego 'the best of'. Wśród nich znajduje się 'Hatred Within', który jako pierwszy numer Zarazy doczekał się wydania na winylu (na składance "Teutonic Invasion Part II" – i tylko tam) i przy okazji zapewnił chłopakom kontrakt z Roadrunner Records. Niewiele odbiega on od materiału znanego z "The Penance", oprócz tego, że jest znacznie bardziej złożony i lepiej nagrany. Już chociażby dla tego utworu warto kupić "Mind Reflections". Pozostałe wałki to m.in. takie cuda jak 'The Process Of Suffocation', 'Parricide' czy doskonały 'Land Of Tears'. Każdy średnio zorientowany fan powinien natychmiast zauważyć, że różnią się one od oryginałów znanych z płyt – zostały bowiem zremasterowane, a to niezwykle dobrze wpłynęło na ich jakość. Druga część "Mind Reflections" to kawałki live — sztuk sześć — zarejestrowane podczas Dynamo Open Air w 1992 r. Znakomity dowód na to, że Pestilence i na żywo zabijali każdym dźwiękiem, szczególnie że precyzja wykonania poraża (na kolana przed Mamelim!). Szkoda tylko, że dwa numery (oba z "Consuming Impulse") się dublują i umieszczono je zarówno w wersji studyjnej jak i koncertowej. Można było tego spokojnie uniknąć, bo na Dynamo zagrali nieco więcej (m.in. 'Stigmatized'!), więc było z czego wybierać. Bajdełej, polecam bootleg z tego wydarzenia. Pewne zastrzeżenia mam także do biografii i notki umieszczonych we wkładce, bo raz, że są zdawkowe i uproszczone, a dwa że zawierają błędy. Mimo to jak najbardziej mogę polecić "Mind Reflections" każdemu miłośnikowi technicznego death metalu, ta muzyka broni się od lat!


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.pestilence.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 października 2014

Antropomorphia – Rites Ov Perversion [2014]

Antropomorphia - Rites Ov Perversion recenzja okładka review coverZajebisty powrót Antropomorphii sprawił, że "Rites Ov Perversion" była jedną z najbardziej — jak nie najbardziej — wyczekiwanych przeze mnie płyt tego roku. Z miesiąca na miesiąc moje oczekiwania rosły, nastawiłem się bardzo ostro i... nie zawiodłem się! Podopieczni Metal Blade rozbudowali skład o drugą gitarę, wyciągnęli co najlepsze z wcześniejszego krążka, zadbali o bardziej nośne riffy, no i proszę – wyszedł im album, który po prostu musi przekonać każdego fana klasycznego europejskiego death metalu. Wszelkie rozbudowane i wymyślne opisy są w tym miejscu zbędne, toteż i ja przynudzać nie mam zamiaru, bo "Rites Ov Perversion" jest dokładnie taka, jaka być powinna — ciężka, motoryczna (skoro za większość aranżacji odpowiada perkman...), klimatyczna i brutalna — a w ramach bonusa zaskakuje wyłącznie ponadprzeciętną chwytliwością. Tak na dobrą sprawę tylko ten ostatni element mocniej różni krążek od poprzedniego, bo nawet do zdjęć panowie skorzystali z tych samych rekwizytów, co ostatnio. Holendrzy, z rozmysłem czy też nie, poszli w kierunku najbardziej wpadających w ucho patentów z 'Psuchagogia' i 'Debauchery In Putrefaction', dzięki czemu czas spędzony z płytką mija naprawdę niepostrzeżenie, a cały materiał wchodzi gładko i bez popitki już od pierwszego razu. Radziłbym szczególnie zwrócić uwagę na 'Nekrovaginal Secretions', bo to potencjalny szlagier o zajebistym potencjale koncertowym i 'teledyskowym', ale przypuszczalnie z taką tematyką przyniesie zespołowi więcej kłopotów niż pożytku. Enyłej, warto się powtórzyć – takie granie musi się podobać! Na dokładkę dostajemy cover Death. Wprawdzie 'Open Casket' nie da się zrobić lepiej od oryginału, ale Holendrzy i tak mogą być z siebie dumni, bo ich wykonanie jest bardzo wierne i brzmi cholernie naturalnie – udany finał znakomitej, rajcownej płytki. Ponownie jestem pod wielkim wrażeniem konsekwencji i umiejętności kompozytorskich tej kapeli, toteż "Rites Ov Perversion" polecam wam bez mrugnięcia okiem. Spieszcie się kupować Antropomorphię zanim ich zdelegalizują.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.antropomorphia-official.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

11 września 2014

Decision D – Razón de la Muerte [1992]

Decision D - Razón de la Muerte recenzja okładka review coverTylko nie wczytujcie się zbyt głęboko w teksty, bo jeszcze spłynie na was łaska boska i dostaniecie kurzajek przy lekturze Behemotha. Tak się bowiem składa, że holenderski Decision D, poza graniem technicznego death/thrashu (na czym się dzisiaj skoncentruję), zabrał się za ewangelizowanie. Jeśli więc dostajecie torsji na samą myśl o chrześcijańskim metalu, proponuję prewencyjnie unurzać się w smole przy akompaniamencie najbardziej bluźnierczych kawałków Deicide przed przystąpieniem do słuchania. A warto, jak jasny skurwysyn warto. Debiutancki krążek Holendrów wart jest największych poświęceń, gdyż zawarta na nim muzyka po prostu rozjebuje. Krążek brzmi nie gorzej niż rodzimy Wolf Spider, opisywany ostatnio Obliveon, a nawet Death z podobnego okresu. Jest więc wszystko, czego wytrawny słuchacz technicznej muzyki mógłby kiedykolwiek potrzebować. Holenderski zespół postarał się, by muzyka była odpowiednio techniczna i ambitna, nie zapominając przy tym o starej, dobrej przebojowości. Przy takim nagromadzeniu wirtuozerskich i kompozytorskich bajerów, jak to się dzieje w przypadku "Razón de la Muerte", sztuką jest utrzymać muzykę na poziomie trafiającym do przeciętnego słuchacza i ta sztuka Decision D się znakomicie udaje. Płyta wchodzi naprawdę leciutko, niemal za lekko, przez co trzeba się przez nią przegryźć kilka razy, by wyłapać wszystkie fajerwerki. Przywodzi to nieco na myśl, wspomnianego już Wolf Spidera, który humorem skutecznie odwracał uwagę od karkołomnych aranżacji. Z Decision D jest de facto podobnie, bowiem całość krążka podszyta jest swoistą zabawą z muzyką i ze słuchaczem. Opisując stronę techniczną ograniczę się do kilku ledwie stwierdzeń: (a) kapitalne gitary – tak riffy jak i solówki, (b) ciekawe, zróżnicowane wokale, swobodnie operujące w przedziale od głębokich growli a’la Asphyx, a skończywszy na wysokich zaśpiewach (w dodatku zmanierowanych) oraz (c) sprawiająca wrażenie zrobionej od niechcenia zabawa z tempami. To wszystko do kupy razem wzięte sprawia, że "Razón de la Muerte" słucha się fenomenalnie, z wypiekami na twarzy i — w zależności od konfesji — wkurwem połączonym z zachwytem bądź tylko zachwytem. Zdecydowanie polecam.


ocena: 9/10
deaf

podobne płyty:

Udostępnij:

11 lipca 2014

Sinister – The Post-Apocalyptic Servant [2014]

Sinister - The Post-Apocalyptic Servant recenzja okładka review coverPowiedzmy sobie jasno – Sinister już się nie zmieni. Jeśli ktoś chce ostatecznego potwierdzenia – oto "The Post-Apocalyptic Servant", płyta, która równie dobrze mogła się ukazać zamiennie z "The Carnage Ending" albo "The Silent Howling"... albo "Legacy Of Ashes". Dokładnie tak. Cztery ostatnie krążki można zamieniać miejscami, tasować na wszelkie sposoby, nawet któryś usunąć z talii – jaka by nie była ich kolejność po tych zabiegach, to nic by nas nie ominęło, nikt by się spisku nie doszukał, o zaskoczeniu nie wspominając. Ba, nawet bonusowa płytka z coverami — w wersji ekskluziff — nie jest dla tego zespołu niczym nowym. Od dobrych sześciu lat Sinister gra dokładnie to samo choć pod różnymi tytułami, a że czyni to na bardzo równym, wysokim poziomie, to i na poważniejszą zjebkę nie zasługuje. Ci, którzy u zespołów cenią przede wszystkim konsekwencję, będą "The Post-Apocalyptic Servant" zachwyceni, bo cały materiał skomponował Bastiaan Brussaard, teksty napisał perkman Toep Duin, aranżacje wokalu to robota Aada, płytę nagrał Jorg Uken w niemieckim Soundlodge, a straszno-szpetna okładka to dzieło znanego tu i ówdzie Mike'a Hrubovacka – to wszystko i w takiej samej konfiguracji znamy z "The Carnage Ending". Są jeszcze wrażenia ze słuchania – nie zdziwicie się chyba, jeśli napiszę, że od lat takie same, czyli dostatecznie pozytywne, żeby dać im zarobić. Ja okres największej podniety tym zespołem mam już daleko za sobą, kilka razy zdążyli mi się nawet znudzić, ale mimo to ich kolejne albumy jednak lądują na mojej półce, bo najzwyczajniej w świecie są bardzo solidne, w pewnym sensie klasyczne. Inne wytłumaczenie może być takie, że jestem pierdolnięty, ale to nie należy do sprawy... Holendrzy trwają na posterunku i tłuką ten swój firmowy death metal, jakby inna muzyka na świecie nie istniała, pod żadnym pozorem nie dając dupy. Wyraźniejsze nawiązania do Kanibali (najbardziej w 'The Macabre God') i starych Morbidów (te wpływy przewijają się przez całą płytę) wiele na "The Post-Apocalyptic Servant" nie zmieniają, bo są podane w gęstym sinisterowym sosie. Czy to może być atrakcyjna muzyka dla młodszych fanów, tego nie wiem, mam za to pewność, że wśród setek brutalnych kapel — choćby tylko z Niderlandów — Sinister się wyróżnia, ma charakter i jest jakiś. W sytuacji, gdy nawet najwięksi mają problemy ze swoją muzyczną tożsamością, taka postawa budzi szacunek.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.sinister-hailthebeast.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 czerwca 2014

Prostitute Disfigurement – From Crotch To Crown [2014]

Prostitute Disfigurement – From Crotch To Crown recenzja okładka review coverPierwszy kontakt z "From Crotch To Crown" był dla mnie kompletnym rozczarowaniem. Nie chodzi o to, co i jak zagrali Holendrzy na swoim nowym krążku, ale czego i jak nie zagrali. Całkowicie egoistycznie liczyłem bowiem, że stworzą dokładną kopię wspaniałego "Descendants Of Depravity" i tylko dla niepoznaki zmienią kilka tytułów, resztę pozostawiając bez najmniejszych zmian. Przy tak fanatycznym podejściu "From Crotch To Crown" po prostu nie mógł mi się spodobać, należało więc dla otrzeźwienia kilka razy jebnąć łbem o ścianę. Po tej kuracji i paru kolejnych przesłuchaniach okazało się, że Prostitute Disfigurement ponownie nie zawiedli, choć też na pewno nie przebili opusu sprzed sześciu lat. "From Crotch To Crown", choć muzycznie nieprzesadnie odległy od doskonałego poprzednika, jest albumem bardziej szorstkim, brudnym, a także znacznie mniej melodyjnym, przez co w ogólnym odczuciu wypada brutalniej, a momentami nawet i nieco chaotycznie. Innymi słowy jest ostro jak kurwa mać, więc wielbiciele wszelkiej maści wyziewów powinni być płytką usatysfakcjonowani. Prostitute Disfigurement reaktywowali się z nowymi gitarniakami w składzie (z których jednego wymienili jeszcze przed premierą), więc siłą rzeczy i w podejściu do muzyki musiało się coś zmienić. I zmieniło, acz niewiele, na pewno nie na tyle, żeby nie poznali ich starzy fani. Co by jednak nie mówić o różnicach, Holendrzy są już rozpoznawalni od pierwszych taktów: obrzydliwy choć czytelny growl Nielsa Adamsa (plus teksty z mnóstwem wesołych rymowanek), intensywne riffowanie bliskie starej szkole, porządna dynamika utworów utrzymywana przez Michiela van der Plichta i dobrze wciśnięty bezprogowy bas – to wszystko przesądza o sile i wyjątkowości zespołu. Od strony technicznej wszyscy oczywiście trzymają wysoki poziom i pod tym względem mamy pełen wypas, ale najlepsze jest to, że ciągle próżno się u nich doszukiwać większych zjazdów w kierunku nowoczesnego i typowego jak diabli brutal death metalu. To, co dla innych kapel stanowi podstawę kompozycji (choćby sweepy), dla Prostitute Disfigurement jest zaledwie dodatkiem, stanowiącym procent urozmaiceniem – za to mają u mnie ogromnego plusa. Natomiast jako krok wstecz poczytuję brzmienie "From Crotch To Crown". Panowie nagrali album w na poły domowych, na poły profesjonalnych warunkach, a wyjściowy materiał poskładali do kupy i obrobili Yuma van Eekelen i Bart Hennephof znani jako tako z Brutus, a bardziej z odpowiednio Pestilence i Textures. Jak na taką produkcję panowie dokonali niemal cudu, ale w konfrontacji z tym, co zmajstrował onegdaj Andy Classen, wypada zdecydowanie słabiej. No, może nie aż tak zdecydowanie, bo coś mi się wydaje, że mój fanatyczny stosunek do "Descendants Of Depravity" znów bierze górę. A przecież gdy w takiej rzeźni da się wyodrębnić bas, to źle być nie może. Na koniec, zamiast wyliczanki najlepszych kawałków, zarzucę tylko jeden haczyk w postaci 'Glorify Through Cyanide' – łeb urywa. Właśnie takich doznań możecie się spodziewać po "From Crotch To Crown".


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.prostitutedisfigurement.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 czerwca 2014

Disavowed – Perceptive Deception [2001]

Disavowed - Perceptive Deception recenzja okładka review coverHolenderskie kapele na przełomie wieków podejrzanie tłumnie rzuciły się na brutalny amerykański death metal drugiej fali, dorabiając się w tej dziedzinie przynajmniej kilku przedstawicieli deklasujących ich kolegów zza oceanu. Do absolutnej czołówki tamtejszej sceny i w sumie podgatunku jako takiego już za sprawą debiutu władowali się niszczyciele z Disavowed. "Perceptive Deception" to niewiele ponad pół godziny pozbawionego litości mega brutalnego wypierdolu korzeniami tkwiącego głęboko w twórczości amerykańskiego Disgorge (albo Suffocation i Cannibal Corpse, jeśli drążyć jeszcze głębiej). Holendrzy zaczerpnęli sobie od nich ogólny koncept napieprzania, zbrutalizowali go (sic!) i podali w jeszcze bardziej niszczącym brzmieniu (nagrywali w studiu Excess w Rotterdamie, jak połowa holenderskich kapel). Melodie, klimat, zwolnienia, przejrzyste struktury – to wszystko jest im kompletnie obce. "Perceptive Deception" to jednolita, pozbawiona powietrza, przestojów, oryginalności, ornamentów i urozmaiceń wgniatająca w ziemię ściana dźwięku z wokalnym bulgotem daleko poza skalą nieczytelności. Czysty wyziew. No i cóż, w tym miejscu dalsze opisy są zbędne, bo dla zwolenników takiego grania – wymieniłem wszystkie jego zalety, dla przeciwników zaś – wady. Ja osobiście dzielę płyty z gatunku brutal death na te robiące wrażenie i te nudne, a debiut Disavowed zaliczam do tej pierwszej, niezbyt licznej grupy. Maniaków amerykańskiej szkoły przekonywać nie muszę, o opinie pozostałych nie dbam.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.disavowed.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

14 lutego 2014

Ayreon – The Theory Of Everything [2013]

Ayreon - The Theory of Everything recenzja okładka review coverPłytkę tę możecie śmiało zapodać swoim starszym, o ile jeszcze żyją oczywiście. I pod warunkiem, że wciąż mają ochotę na dobrą muzykę. Ale kluczowym warunkiem jest to, by w czasach kiedy byli w wieku, w jakim wy teraz jesteście, ślinili się do zachodnich, imperialistycznych kapel pokroju King Crimson, Yes, Emerson, Lake & Palmer, tudzież Genesis. Czyli mieli słabość do rocka, w dodatku tego bardziej progresywnego i psychodelicznego. Tym razem bowiem set gwiazd sproszonych do udziału w najnowszym przedsięwzięciu Lucassena, wraz ze swoimi talentami, pojawił się w studio z Geriavitem i wnuczętami. Ale set to jest doprawdy wyborny. Nawet mniej obeznani z muzyką lat 70tych i 80tych nie przejdą obok takich nazwisk jak Emerson, Wakemann, bądź bardziej współczesny Rudes obojętnie. Trudno się więc dziwić, że muzyka na albumie nie tyle trąci, co jest żywcem przeniesiona z tamtych lat, na prawo i lewo sprzedając psychodelę i organy Hammonda. Wcale nie oznacza to jednak, że trąci myszką i generalnie jest passe. Pewne patenty się po prostu nie starzeją, a Lucassen już wielokrotnie udowodnił, że potrafi w mistrzowski sposób ożenić ze sobą, wydawałoby się najodleglejsze, muzyczne klimaty i narracje w jedną, spójną całość. Trzeba się jedna przygotować na trochę wyrzeczeń, bo — do czego także zdążył już wszystkich przyzwyczaić — do zwięzłych nie należy. Niemal półtorej godziny potrafi zniechęcić, ale przy odrobinie samozaparcia i dobrej woli może się okazać, że ani się człowiek obejrzy, a kolejne okrążenie już w połowie. Pozostając na moment w klimatach wytykania palcem, wytknę jeszcze Holendrowi banalność tekstów ukrytą w pseudonaukowych rozważaniach natury filozoficzno-moralnej polanych gęstym sosem Teorii Wszystkiego. Ale i tego nie można ostatecznie uznać za prawdziwy minus, bo nie jest żadną nowością w jakie klimaty wiodą dywagacje muzyka. Ogólnie rzecz ujmując, album jest bardzo, ale to bardzo ayreonowski, będący aż do najdrobniejszych detali zgodny z poprzednimi dziełami, i tak, jak w pewnym stopniu jest odmienny w warstwie muzycznej, tak pozostaje od lat niezmienny w sferze koncepcyjnej i w celu, w jakim powstał. Taki trochę kaznodziejski zapał kieruje Lucassenem, czy to się komu podoba czy nie. Odkładając jednak na bok bajania i koncepty filozoficzne, nieodmiennie wychodzi, że muzyka jest po prostu fantastyczna. Nie do słuchania na co dzień, bo nie zawsze ma się wolne półtorej godziny, a zaczynanie w połowie jest równie bez sensu jak wuzetka bez kawy, ale gdy już się znajdzie odpowiedni czas – frajdy jest co niemiara. Mimo całej swojej długości i specyficznego klimatu, muzyka wchodzi gładko, bezpardonowo wpraszając się do mózgownicy i rozgaszczając się jak panisko. Udało się Lucassenowi dobrać takich artystów, którzy świetnie wpasowali się w role i wypełnili album życiem i prawdziwością. Może nie jest to powód do dumy, ale wokalistów powyciągał z najpopularniejszych powerowych kapel i choć można się z nich nabijać, robotę swoją wykonali perfekcyjnie. Na zakończenie nie wypada stwierdzić nic innego jak tylko to, że kolejny raz Ayreon wydał album totalny, przemyślany i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Zaczerpnięcie z doświadczeń tuz rocka progresywnego okazało się strzałem w dziesiątkę i dodało do już i tak rozbudowanej muzyki, kilka dodatkowych patentów i smaczków. Tam, gdzie zbrakło na intensywności i metalowości poprzedniego "01011001", tam pojawiły się wspomniane lata 70te. Końcem końców, album wyszedł równie dobry, choć z nieco innych powodów.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.arjenlucassen.com/content/arjens-projects/ayreon

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: