29 sierpnia 2014

Origin – Omnipresent [2014]

Origin - Omnipresent recenzja okładka review coverAlbo rządowa propaganda ma zasięg międzynarodowy albo Polska naprawdę wybiła się na mityczną Zieloną Wyspę. No bo jak inaczej wytłumaczyć, że zespół klasy Origin trafia do naszej skromnej Agonii? Dotacją z Unii na rozwój obszarów wiejskich? Fakt, gwiazda Amerykanów ostatnio jakby lekko przygasła, ale bez przesady – wszak ciągle — i nie bez powodu — wymienia się ich wśród liderów brutalnego i technicznego do bólu death metalu. Tyle tytułem niepotrzebnego wstępu. Dupa tam, bardzo potrzebnego, bo każde zdanie jest tutaj na wagę złota, a to dlatego, że zasadniczy opis "Omnipresent" mógłbym (i chyba powinienem...) sprowadzić do zdania, którym deaf posłużył się już w recce "Entity" – ta muzyka się osłuchała. Tym jednym stwierdzeniem da się spokojnie zamknąć temat, ale z daleka głupio by to wyglądało. No to jedziemy dalej. Origin to mistrzowie w swojej dziedzinie i mało kto może im podskoczyć, co jednak nie oznacza, że gdy oni milczą, to inni nie produkują w międzyczasie podobnych dźwięków. Co więcej, znalazłoby się kilka kapel, które nagrywały bardziej originowe płyty niż sam Origin. Nie o to jednak chodzi, żeby klepać w kółko to samo, no i Amerykanie nie klepią, będąc ciągle krok przed wspomnianymi "innymi", ale kto oczekiwał wielkich różnic między "Omnipresent" a poprzednimi krążkami, ten najpewniej się zawiedzie, bo — że skradnę deafowi kolejne kluczowe zdanie — zmiany mają charakter ewolucyjny niż rewolucyjny. Album jest bodaj najbardziej zróżnicowanym w dziejach zespołu – panowie śmielej sięgają po zwolnienia i proste rytmy (w takim 'Redistribution Of Filth' momentami technicznie schodzą prawie do poziomu kapeli punkowej, co jest ewenementem jak na nich), inkorporują klimatyczne zagrywki, a na koniec ładują cover S.O.D., który brzmi w ich wykonaniu jak miks starego Brutal Truth i Napalmów. Nie zmienia to faktu, że jakieś 80% (lekko licząc) płyty to dobrze znany, bardzo typowy Origin – piekielnie szybki, brutalny i zagmatwany; taki, którego najlepiej się słucha, bo — o czym każdy przekona się już w czasie pierwszego przesłuchania — z nowymi elementami w większości nie jest za wesoło. Gdy jeszcze gniotą ciężkimi riffami, to wszystko jest w najlepszym porządku, ale próby uprzestrzennienia muzyki klawiszami i melodyjkami wyciśniętymi tappingiem ('Continuum') w wykonaniu tego zespołu brzmią groteskowo i co najmniej nie na miejscu. To sprawia, że pojawiają się niepotrzebne zgrzyty, a to z kolei oznacza, że o poziomie "Antithesis" czy "Entity" można zapomnieć.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Origin

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 sierpnia 2014

Devin Townsend – Physicist [2000]

Devin Townsend – Physicist recenzja okładka review coverKolejny, jeszcze nie fantastyczny, ale na pewno całkiem udany, krążek kanadyjskiego wizjonera tym razem stawia na szybkość i dziką jazdę bez trzymanki. O ile dobrze kojarzę (a kojarzę całkiem, całkiem) tak bezpośredniego, nie bawiącego się w podchody krążka w dyskografii artysty nie było ani wcześniej, ani później, wiec powinni się nim szczególnie zainteresować fani bardziej punkowo-thrashowej strony Devina. Zawiedzeni będą natomiast ci, którzy w Devinie najbardziej cenią melodie i pojechane, surrealistyczne klimaty; na szczęście nie całkowicie zawiedzeni. Krążek rozpoczynają dwa, dość zwarte, głośne jak diabli i równie intensywne "Namaste" oraz "Victim". Utrzymane w ekspresowym tempie, nieco industrialnie brzmiące raczej nie należą do najlepszych kompozycji albumu, tym bardziej, że są dość do siebie podobne. Kolejny utwór "Material" to zwrot w stronę melodii i bardziej rockowej części jestestwa. Naprawdę można się pobujać, nawet ponucić pod nosem. Pomimo całej swojej melodyjności i pozytywnego wydźwięku, nie jest jednak zbyt cukierkowy, więc wchodzi lepiej niż dobrze. Następny w kolejności – "Kingdom" – najłatwiej chyba opisać jako połączenie wcześniejszych ekstremów – jest bowiem bardziej melodyjny i zróżnicowany niż dwa pierwsze numery, a jednoczenie szybszy niż "Material". Pod względem proporcji zdecydowanie jeden z lepiej skomponowanych kawałków na "Physicist". Pewne problemy mam za to z "Death", nie ze względu na jego proweniencję, bo kawałek jest kurewsko intensywny, mocno elektroniczny i dziki, ale problemy z jego przetrawieniem. Nie wchodzi mi, męczy i irytuje, aczkolwiek od strony technicznej zrobiony jest całkiem porządnie. Na szczęście kawałek jest raczej krótki i kończy się nim na dobre szlag mnie trafia. Po nim następuje krótka, w większości instrumentalna, miniatura, która ma w sobie wszystkie cechy rozwiniętego stylu muzyka. Zaraz po niej kolejny szybki numer, trochę jednak bardziej urozmaicony, z większą ilością zmian tempa i ciekawszymi aranżacjami. "The Complex" znowu bierze na warsztat melodie i jest obok "Kingdom" jednym z ciekawiej przygotowanych utworów. Końcówka albumu trochę spowalnia i większy nacisk kładzie na aranżacje, zróżnicowanie i typowe dla rozwiniętego stylu rozległe pejzaże. Ostatnią pozycją na płycie jest "Forgotten" będąca wariacją na temat jednego z kawałków z poprzedniej płyty Devina. Jako że dla mnie Devin to przede wszystkim awangarda i kompozycyjne jechanie po bandzie, "Physicist" trochę mnie nudzi. Niemal połowa albumu jest spokojnie pomijalna bez straty, a w sumie nawet z zyskiem, dla całości. Nie można oczywiście nie docenić dwojącego się i trojącego Gene Holgana, który nakurwia jak opętany, ale to trochę za mało, by jakąś większą radość odnaleźć w tych pędzących na złamanie karku numerach. I mimo iż spora część albumu wchodzi naprawdę dobrze, tych kilka pozycji potrafi trochę rozczarować. Dlatego sprawiedliwie idzie siódemka.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.hevydevy.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 sierpnia 2014

Incantation – Dirges Of Elysium [2014]

Incantation - Dirges Of Elysium recenzja okładka review coverStrasznie się napaliłem na ten krążek, bo okładka autorstwa Elirana Kantora jest naprawdę kapitalna, więc oczekiwałem czegoś równie ohydnego i posranego w muzyce. O dziwo, moje życzenia zaczęły się spełniać dość szybko, bo już przy okazji wybornego, lekko melodyjnego intra utrzymanego w zatęchłym klimacie Autopsy. Zapowiadało się zatem arcyciekawie. Kolejne minuty potwierdzają pierwsze wrażenie, bo w 'Debauchery' i 'Bastion Of A Plague Soul' muzycy Incantation napierają ile sił w podstarzałych kończynach – lunatycznie wręcz szybko, barbarzyńsko i chaotycznie. Za taki początek płyty wielu dałoby się pochlastać. Niestety, w 'Carrion Prophecy' napięcie wyraźnie siada, a to za sprawą dużo wolniejszego tempa, po które zespół sięga później jeszcze wielokrotnie. Ciężar się zgadza, ilość brudu na nutę również – miazga w starym stylu, tylko — co dawniej nie było problemem — trudniej skupić na niej uwagę. Moje utyskiwania (nie mylić z utuskiwaniem) może mieć związek z tym, że tych wolnych czy nawet ślamazarnych (stricte doomowych) numerów/fragmentów doprawionych prawdziwie grobowymi wokalami jest ciut za dużo i przez to proporcje tradycyjnych składników muzyki Incantation nieco się zaburzyły. Zresztą sami spójrzcie – wygar w czystej formie wraca już tylko w 'Impalement Of Divinity' i 'Dominant Ethos', które do tasiemców z pewnością nie należą. Mimo to "Dirges Of Elysium" spełnia właściwie wszystkie wymogi rasowej płyty Incantation i słucha się jej naprawdę dobrze, choć nie robi aż tak dużego wrażenia jak poprzednia. Po części — niewielkiej — wynika to z brudniejszego, nie tak monumentalnego jak na "Vanquish In Vengeance" brzmienia, które cofa zespół do demówkowych początków gatunku (tu znowu należy wskazać na Autopsy). Oczywiście nie należy go traktować jako wady czy wypadku przy pracy – mixem i masteringiem zajmował się ponownie Dan Swanö, więc efekt był zamierzony. Inna sprawa to przeszło 16-minutowy (nie nagrali takiego kolosa od czasów "Diabolical Conquest") 'Elysium (Eternity Is Nigh)', który może i jest utworem rozbudowanym, ale nie w każdej części jednakowo fascynującym. Jak dla mnie muzycy zbyt wiele miejsca poświęcili na wybrzmiewanie kolejnych fraz, przez co numer momentami zamula zamiast uczciwie się skończyć. Kolejna, chyba najważniejsza, kwestia to fakt, że "Vanquish In Vengeance" był poprzedzony długą ciszą, toteż był bardziej wyczekiwany. Z "Dirges Of Elysium" natomiast Incantation uwinęli się w zaledwie dwa lata. Aaa, i jeszcze coś – ten album tak zwyczajnie może być odrobinę słabszy od poprzedniego.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.incantation.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 sierpnia 2014

Obliveon – From This Day Forward [1990]

Obliveon - From This Day Forward recenzja okładka review coverDzisiejsza recenzja powinna zainteresować w szczególności wszystkich, a już na pewno wielbicieli takich aktów jak Sadus, Death bądź Nocturnus – czyli kultowego, amerykańskiego technicznego death/thrashu, bardziej lub mniej znanego. Obliveon amerykański nie jest, jeno kanadyjski (ale ni chuja wadą to nie jest i nigdy nie było) i jak na kanadyjskie kapele przystało – porypany jest konkretnie. Porypanie jest to dwojakiego rodzaju, bo in plus oraz in minus. Na pochwałę zasługuje niemal wszystko, więc zacznę od zjebki. Niemniej jednak będzie ona raczej krótka, bo powody są zasadniczo dwa, może nawet półtora, a są nimi dwa pierwsze kawałki albumu. Problem z nimi jest taki, że są słabe i to nie tylko w porównaniu z resztą krążka, ale w ogóle. Jeszcze "Fiction of Veracity" ratuje się jako całość, bo rozkręca się całkiem sensownie i w zadowalającym kierunku, o tyle tytułowy "From This Day Forward" kończy się wraz z końcem czwartego wersu. Potem następuje raczej nieprzyjemna, bezładna zbieranina dźwięków, dosyć ciężkostrawna i okropnie amatorsko brzmiąca. Czemu, do jasnej cholery, próbuje się eksperymentować w kierunku amatorki i toporności, nie mam zielonego pojęcia. Taka awangarda do zerzygu. Najgorsze jest zaś to, że nawet w takich kawałkach da się odnaleźć kilka technicznych perełek, które się tam zwyczajnie marnują. Sytuacja z "Fiction of Veracity" jest inna o tyle, że osiem minut kawałka pozwala zatrzeć nieciekawe pierwsze wrażenie, pozwala nawet utwór polubić, co wydatnie ułatwiają kapitalne riffy. I tym sposobem przechodzę do zalet. Riffy, riffy i jeszcze raz riffy – tak wielu, tak niesamowicie różnorodnych, tak kanonicznie technicznych zagrywek nie można nie docenić. Ścieżki gitar kilku kawałków brzmią niczym zapożyczone wprost z "The Key", a że oba albumy są z tego samego roku, porównanie należy rozumieć wyłącznie jako zestawienie z bardziej znanym tytułem. Inne ścieżki potrafią brzmieć całkowicie odmiennie, co odmienia nie tylko atmosferę kawałka, ale niemal jego styl. Przekłada się to oczywiście na frajdę z albumu, a wymiarze bardziej muzycznym oznacza jedno - kompleksowość przedsięwzięcia i jego rozległość. Naprawdę nie tak łatwo znaleźć zespół, który będąc spójnym w swoim przekazie, jest jednocześnie tak zróżnicowany i posiadający tak wiele oblicz. Bardzo dobrze prezentuje się kwestia basu, który odpowiednio nagłośniono i zaprzęgnięto do roli nie tylko ozdoby, ale pełnoprawnego uczestnika muzycznego zamieszania. Nie gorzej radzi sobie perkusja, co i rusz zarzucając mniej oczywistym pasażem albo zupełnie znienacka – cholernie motoryczną galopadą. Nad tym wszystkim unosi się wczesno-deathowy wokal Stéphane Picarda, dodając całemu projektowi odpowiedniej agresji i bezkompromisowości. Krążek trwa niecałe 40 minut, po brzegi wypchanych geniuszem i błyskotliwym wykonaniem, więc wybór ulubieńców jest nieco utrudniony, aczkolwiek "Droidomized" oraz "Chronocraze" mogą śmiało kandydować i ubiegać się o tytuł. Na zakończenie napiszę tak – "From This Day Forward" to jedna z tych płyt, które mieć należy, choćby po to, by nie uchodzić za ostatniego buca i niewyedukowanego prostaka. Zapomniane arcydzieło.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/obliveonmusic

podobne płyty:

Udostępnij:

17 sierpnia 2014

Misery Index – The Killing Gods [2014]

Misery Index - The Killing Gods recenzja okładka review coverO sile i nielichym potencjale Misery Index mogliśmy się już nieraz przekonać, ale to, czego dokonali na najnowszym krążku to kompletna masakra. "The Killing Gods" dla Amerykanów jest w moich oczach i uszach albumem równie ważnym co "All Guts, No Glory" dla — nie tak przecież odległego muzycznie — Exhumed. Chodzi mi o to, że oba zespoły na tych płytach stylistycznie nie odeszły zbytnio od tego, co robiły wcześniej, ale podały swój materiał nieco inaczej (jedynie rozszerzając środki wyrazu), z większym polotem i przede wszystkim z zakurwistą świeżością, o którą można by podejrzewać jedynie debiutantów. Naprawdę, chylę czoła, bo w pewnym wieku wykrzesanie z siebie takiej ilości skumulowanej energii nie należy do zadań prostych. Panowie z Misery Index może poczuli drugą młodość, może nachlali się enerdżidrinków, może coś tam jeszcze – faktem jest, że jakoś tego dokonali, dzięki czemu prawie każdy (o tym za moment) kawałek na "The Killing Gods" to urywająca dupę petarda. Powiadam wam, jeśli już mieszać death metal nowej daty z wpływami grind i hard core to tylko w ten sposób! Tak piękna intensywność w połączeniu z technicznym zaawansowaniem budzi uznanie, a jeśli dołożymy do tego pełną czytelności struktur – opad kopary gwarantowany. Brzmi to wszystko strasznie rajcownie, bo i realizacja to prawdziwy wypas – napierdalają niemal non stop, a nic nie tracą z dynamiki (szczególnie mocno uwypuklono pracę perkusji), przez co każdy dźwięk wali prosto w pysk. Wspomniane wcześniej 'inaczej' w kontekście modyfikowania narzędzi death-grindowej zbrodni oznacza oczywiście większą niż zwykle dawkę wpadających w ucho melodii, które udanie ubarwiają utwory i czynią je bardziej rozpoznawalnymi, choć na pewno nie mniej ekstremalnymi. Najlepsze przykłady to mój ulubiony 'The Calling' oraz 'The Harrowing' i 'Gallows Humor'. Rozmieszczono je tak zmyślnie, że "The Killing Gods" nie nudzi i prawie (chodzi o to samo 'prawie', co wyżej) nie traci rozpędu. Główny i zasadzie jedyny problem tej płyty to instrumentalny 'The Oath'. Pewnie przesadnie dramatyzuję i jest to tylko mój problem, bo numer nie trwa nawet półtorej minuty, ale zupełnie mi nie pasuje do zajebistej reszty – nic nie wnosi, niczym nie intryguje, niepotrzebnie rozprasza uwagę i zamula. Ale luz, najważniejsze, że zawartość "The Killing Gods" jest naprawę klasowa i robi porządne spustoszenie między uszami.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/miseryindex

podobne płyty:




Udostępnij:

14 sierpnia 2014

Equinox – Auf Wiedersehen [1989]

Equinox - Auf Wiedersehen recenzja okładka review coverDebiutancki krążek norweskich thrashersów niemal na dobre przepadł w mrokach dziejów. O kapeli wie niewielu, jeszcze mniej cokolwiek, kiedykolwiek słyszało, a fakt, że krążek wydano w nienajoczywistszym dla gatunku kraju, w czasach, kiedy na metalowej scenie działo się naprawdę wiele, choć niekoniecznie w thrashu, raczej nie ułatwił mu zadania. A szkoda, bo "Auf Wiedersehen" to naprawdę zabójczo dobry album, nie ustępujący na krok bardziej znanym wydawnictwom. Nieprzesadnie długi, bo trwający niecałe 40 minut, ale za to niesamowicie żywiołowo i agresywnie nagrany krążek kopie z mocą swoich starszych, amerykańskich kolegów z Bay Area, będąc przy tym nieco bardziej technicznym. Nie jest tak łatwo przekonać się o tym biorąc pod uwagę poziom realizacji przedsięwzięcia (płytka brzmi, jakby była nagrywana przez szkolny radiowęzeł), ale po kilku dobrych przesłuchaniach wszystkie smaczki wychodzą z ukrycia i sprawa staje się jasna. Nie pożałowali muzycy talentu i od początku czeszą rasowy, gitarowy thrash według najlepszych recept. Są wiec urywające jaja riffy, sporo kapitalnych rytmów, jeszcze więcej solówek, agresywnie-wkurwiony wokal oraz szczypta ironii, a wszystko wymieszane w idealnych proporcjach i podane na tacy, co by nawet najwięksi ignoranci nie mieli wątpliwości, że gra kapela z klasą. Żaden tam swag, żadna moda, żadne yolo, wyłącznie czysta napierdalanka w średnich tempach przystająca tylko prawdziwym dżentelmenom. Klasycznie, ale świeżo i z takim rozjebem, że nawet Gandhi, Dalaj Lama i święty turecki razem wzięci poczuliby się zmotywowani do zrobienia czegoś nieodpowiedniego, czegoś niekoniecznie moralnego. Praktycznie każdy utwór to hicior, dobry zarówno w pojedynkę, jak i jako cześć większej całości. "Auf Wiedersehen", "The Floating Man", "Realm of Darkness" oraz "Dead by Down" to tylko niektóre z wyróżniających się pozycji. Każda z nich wkręca się w pamięć jak kleszcz w dupę i trzyma przez długie godziny. Pozostałe trudno nazwać gorszymi, więc jest to raczej kwestia indywidualnych gustów i preferencji, niż jakichś oczywistych niedociągnięć. Tym niemniej, jeśli miałbym wskazać tylko jeden tytuł, utwór, który jest esencją całego krążka, ma w sobie wszystkie wymienione powyżej cechy, wskazałbym "Auf Wiedersehen". Zresztą od tego numeru rozpoczęła się moja przygoda z Equinox, przygoda, która trwa do dziś, która ani na moment mnie nie znudziła i która pozwala przeboleć się przez te wszystkie nowości i objawienia na metalowej scenie drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku. A więc "Auf Wiedersehen".


ocena: 9/10
deaf
Udostępnij:

11 sierpnia 2014

Acheron – Kult Des Hasses [2014]

Acheron - Kult Des Hasses recenzja okładka review coverUczciwie przyznaję, że nie spodziewałem się już usłyszeć nowej muzyki z obozu Acheron. Przez dziesięć ostatnich lat Amerykanie mocno wyhamowali wydawniczo i generalnie niewiele się u nich działo — oprócz obowiązkowych zmian składu — więc miałem pełne podstawy przypuszczać, że długo już nie pociągną. Dlatego też na wydany jakiś czas temu "Kult Des Hasses" nie zwróciłem większej uwagi, bo z daleka zalatywało to łabędzim śpiewem, ewentualnie przedśmiertnymi drgawkami, na które przykro patrzeć. Zwątpiłem w nich, taka prawda. A tu, kurwa, niespodzianka! I to jak na razie największa w tym roku. Panowie kupili mnie już pierwszym riffem, który ma w sobie duuużo z "Leprosy", a to nie koniec atrakcji, bo później jest jeszcze lepiej, ale wciąż do bólu klasycznie, choć nie tylko za sprawą bezpośrednich wpływów Death. Co więcej, zajebistości na "Kult Des Hasses" jest na tyle, że bez dłuższego zastanowienia można ten krążek określić najlepszym w dyskografii Acheron! Wiem, mocne słowa, ale nowe dzieło Amerykanów ma tyle atutów, że taka śmiała opinia jest do wybronienia. Co najbardziej przemawia za albumem? Zacznę od najprostszego – zabijająca jakość kompozycji. Każdy numer jest osobnym tworem, każdy ma to coś, co go odróżnia od pozostałych, a jednocześnie nie narusza spójności materiału. Jedyne odstępstwo od klasycznej amerykańskiej jazdy to 'Devil’s Black Blood', który jest niczym innym jak ukłonem Acheron w stronę brudnego rocka i Motörhead, ale też fajnym, więc problemu z jego obecnością w zestawie robić nie można. Najważniejsze, że trzon "Kult Des Hasses" to doskonale zaaranżowane, rozbudowane i mega chwytliwe utwory, które po prostu płyną – są bardzo naturalne, urozmaicone, wyważone i na pewno nie przekombinowane. Umiejętności muzyków nie podlegają najmniejszej dyskusji, ale są dla nich tylko zapleczem, nie pchają się z nimi na pierwszy plan, co jest bolączką większości nowych kapel. W riffach i solówkach (swoją drogą sporo ich upchnięto) liczy się przede wszystkim gęsty od siarki klimat. Na pochwałę zasługuje zmysł zespołu do wstrzeliwania się z danym pomysłem w odpowiednie miejsce, dzięki czemu nawet proste z pozoru patenty urastają do rangi objawień. Weźmy choćby genialne zwolnienie w 'Daemonium Lux', melodie w 'Raptured To Divine Perversion', solówkę w 'Thy Father Suicide' czy refren 'Jesus Wept (Again and Again)' – niby nic niezwykłego, ale jakie to robi wrażenie! Na koniec wspomnę tylko, że chociaż zespół w wysiłkach wspiera (głównie wokalnie) plejada mniej lub bardziej znanych gości, to album wymiatałby także bez ich udziału.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/acheron
Udostępnij:

8 sierpnia 2014

Embryonic Devourment – Reptilian Agenda [2014]

Embryonic Devourment - Reptilian Agenda recenzja okładka review coverSpotkałem się z wieloma bardzo pochlebnymi czy nawet euforycznymi opiniami na temat tego zespołu i jego twórczości, toteż przy okazji "Reptilian Agenda", ich trzeciej płyty, postanowiłem osobiście je zweryfikować. Pierwsze przesłuchanie i co? Ktoś tu przesadza. Kolejne, bardziej wnikliwe przesłuchania – ktoś tu bardzo przesadza albo pomroczność jasna odebrała mu trzeźwy osąd. Owszem, ogólna charakterystyka Embryonic Devourment się zgadza – kolesie zapodają techniczny death metal, a instrumentalnie są całkiem sprawni. Ale, ale – wciąganie ich za uszy do czołówki gatunku to grube nieporozumienie, w dodatku niczym nieuzasadnione. Amerykanie obracają się w ramach stylu, jaki znamy z płyt przede wszystkim Spawn Of Possession, ale też Necrophagist (z "Epitaph"), Gorod czy nawet totalnie przereklamowanego Decrepit Birth, jednak od wymienionych zespołów — poza ostatnim — są przynajmniej o klasę-dwie słabsi. Chłopaki kompletnie niczym (poza konceptem w tekstach) się nie wyróżniają, a ich wysiłki szybko rozchodzą się po kościach, no i w efekcie w uszach po kontakcie z "Reptilian Agenda" nic konkretnego nie osiada, w czym zresztą udział ma dość płaskie i stonowane brzmienie. Co z tego, że wyeksponowali sobie bas, jeśli ogólnie dźwięk jest niezbyt brutalny i nie obija się po bebechach?? Na razie tylko niekiedy zdarzają im się przebłyski czegoś ciekawszego i mniej sztampowego. Jeśli potraktują te fragmenty jako punkt wyjścia do dalszego rozwoju, to kto wie, może jeszcze sensownie się wyrobią. To zresztą dla nich jedyne wyjście, żeby nie utonąć w morzu bardzo podobnych zespołów, których i tak jest za dużo. I których każdy mógłby wymienić dziesiątki... gdyby tylko dało się je jakoś zapamiętać. Embryonic Devourment balansują między czymś fajnym a oklepanym i tylko od ich determinacji zależy, na którą stronę się gibną.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.embryonicdevourment.com
Udostępnij:

5 sierpnia 2014

Testament – The Gathering [1999]

Testament - The Gathering recenzja okładka review coverAmerykańscy weterani thrash’u, pomimo niezłej popularności, nie dorobili się w latach 80. XX w. statusu kapeli wpływowej, co było udziałem chociażby Metallicy, Slayera, Kreatora czy Sepultury. Na taki moment musieli naprawdę długo poczekać – aż do przełomu wieków. Świadomie czy nie, wybrali bardzo dobry moment, bo i materiał sprokurowali przełomowy. Co ważne – nie tylko dla siebie, gdyż bez większego deliberowania można skonstatować, że z pomocą "The Gathering" przewartościowali gatunek i przystosowali go do nowych, brutalnych czasów. Powiewem świeżości i przejściem na właściwe tory był już "Low", tendencję do radykalizacji oblicza potwierdził (przy pewnych ubytkach w finezji) wściekły "Demonic", zaś "The Gathering" jest już w pełni świadomie dopieszczoną syntezą co lepszych patentów z thrash i death metalu podaną w takim brzmieniu i zagraną z takim wykopem, że kolana miękną, a pęcherz — z wrażenia czy radości — przestaje trzymać. Zresztą podobne reakcje powoduje poziom wykonawczy – w tak przejebanym składzie — a przypominam, że obok trzonu Billy-Peterson udzielają się tu jeszcze DiGiorgio, Lombardo i Murphy — nie mogli odwalić fuszery, choćby nawet bardzo się starali i mieli za sobą maraton "Mody na sukces". Co istotne, w parze z instrumentalnym mistrzostwem idą umiejętności czysto kompozytorskie, dzięki czemu album rozwala rozpasaniem aranżacyjnym, ale bez zbędnego popisywania się. Już początek płyty wgniata w ziemię kapitalnym intrem, przechodzącym się w masywne, przepotężne pierdolnięcie w postaci 'D.N.R. (Do Not Resucitate)' – totalny wykurw, za który wiele kapel z ekstremalnej czołówki dałoby się pokroić na plasterki. O jego zajebistej intensywności świadczy choćby to, że nijak nie dało się w niego wcisnąć solówki. Kolejne minuty tego wybuchowego materiału także nie dostarczają powodów do narzekań, ale powiedzcie sami – jak tu się przyczepić do 'True Believer', 'Legions Of Dead', 'Eyes Of Wrath' albo 'Allegiance'? Zwyczajnie się, kurwa, nie da, bo to prawdziwe perły inteligentnego, nowoczesnego metalu! Na upartego, jako jedyny minusik tej płyty mógłbym wymienić zbyt małą ilość solówek Murphy’ego, ale to już moje prywatne spaczenie, bo mam pierdolca na punkcie jego gry. Każdy inny element "The Gathering" powala i zachwyca.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.testamentlegions.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 sierpnia 2014

Ihsahn – Eremita [2012]

Ihsahn - Eremita recenzja okładka review coverIhsahn – posiadacz jednego z najcharakterystyczniejszych wokali na metalowej scenie – żyje i ma się całkiem dobrze. Jego pozycja w półświatku wydaje się niezachwiana i utrwala się z każdym kolejnym wydanym krążkiem. Przy okazji recenzji jednego z wcześniejszych albumów muzyka, napisałem, że "Eremita" – bohater dnia dzisiejszego – nie należy do tych, w których można się zakochać od pierwszego usłyszenia. Dzieje się tak nawet (a może zwłaszcza wtedy), kiedy podchodzi się do niego z pewnymi założeniami i oczekiwaniami. I jest to ciekawe, bowiem "Eremita" żadną rewolucją nie jest. Co więcej, brzmi jakby został nagrany wraz z "After", i tylko dla jaj wydany kilka lat później. Zachowały się niemal wszystkie elementy, nad którymi tak bardzo rozpływałem się wówczas, a zmiany, i to bardzo kosmetyczne, dotyczą zaprzęgnięcia większej ilości krewnych i znajomych. I tak np. żeńskiego wokalu użyczyła partnerka Vegarda – Heidi, zaś w ramach barteru gościnnie wystąpili Jeff Loomis oraz Devin Townsend. Niestety, zupełnie jak w przypadku "AngL" i gościnnego udziału frontmena Opeth, obecność szczególnie ostatniego z wymienionych jest niemal całkowicie niesłyszalna, a więc, na dobrą sprawę, pomijalna. O ile Loomis coś tam jeszcze pobrzdąkał, o tyle Townsend nie wniósł prawie nic charakterystycznie swojego i gdyby jego nazwisko nie pojawiło się we wkładce – nikt by się nawet nie domyślił, że był na nagraniu obecny. Jest zresztą pewne podobieństwo między "Eremitą" oraz "AngL", w tym sensie, że są one swojego rodzaju ciut słabszą wersją swoich bezpośrednich poprzedników. Głównie w sferze kompozycji. Wspomniałem na wstępie, że opisywany dziś album raczej nie wnosi nic nowego do stylu Ihsahna, utrwalając raczej zmiany, które dokonały się dwa lata wcześniej, jakościowo jednak – trochę słabuje. Znów trzeba porządnie wgryźć się w płytę, przesłuchać po wielokroć, by pierwsze, dość mdłe wrażenie, zatarło się. Znów sporo jest jęczenia i zawodzenia i znowu trzeba je odnieść do całokształtu, by zrozumieć ich sens. Może to na dłuższą metę męczyć i nieco zniechęcać. A szkoda, bo jest kilka naprawdę wyśmienitych numerów: "Arrival", "The Paranoid", "The Eagle and the Snake", czy choćby późno-Emperorowy "Something Out There". Nie jest więc tak, że płyta nie ma kopnięcia, niemniej jednak "After" oferował większy rozkurw. I teraz to pokutuje. Zbliżając się ku końcowi, pozwólcie raz jeszcze wyrazić olbrzymi zachwyt dla saksofonisty i ogólnie idei wplecenia tego instrumentu do muzyki ekstremalnej. Pomysł jest to naprawdę genialny, a robota odwalona przez Jørgena Munkeby nie do przecenienia. Jest on odpowiedzialny za grubo ponad połowę ogólnego odjechania, rozjebania twarzo-czaszkowego i wywleczenia na drugą stronę. Całość dopełnia skrzek Ihashna. Płyta trochę słabsza, ale wciąż najwyższa półka.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.ihsahn.com/a

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: