Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thrash metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thrash metal. Pokaż wszystkie posty

2 czerwca 2024

Ecocide – Metamorphosis [2023]

Ecocide - Metamorphosis recenzja reviewHolendrzy z Ecocide nie zawojowali świata za sprawą całkiem przyzwoitego „Eye Of Wicked Sight” i to na tyle podkopało ich motywację, że niedługo po oficjalnym wydaniu debiutu padli na pysk. Po jakimś czasie ponownie spróbowali szczęścia i… ponownie szybko zaliczyli glebę. Czy za trzecim razem los się do nich uśmiechnie? Tego nie wiem, ale biorąc pod uwagę ich obecną formą — już mniejsza o zmiany w składzie — nie powinno być wcale źle.

„Eye Of Wicked Sight” i Metamorphosis dzieli równa dekada poświęcona nieróbstwu i szarpaninie z realiami, więc nie powinno nikogo zaskakiwać, że u Ecocide co nieco się zmieniło. I to jak! Zespół poprawił się dosłownie w każdym aspekcie, począwszy od wykonania, przez produkcję, a na okładce skończywszy. Styl Holendrów uległ pewnej ewolucji, czy może raczej został dookreślony, dzięki czemu całość jest spójna i podąża w jednym sensownym kierunku. O oryginalności należy zapomnieć, bo baaardzo duże wpływy Death słychać już w pierwszym (po ominięciu niepotrzebnego intra) kawałku. Te oczywiste inspiracje są ponadto uzupełnione nie mniej oczywistymi naleciałościami Morgoth, Sepultury, Pestilence, Asphyx, Loudblast czy nawet Testament – innymi słowy dostajemy tu zajebiaszczo klasyczny death metal ubarwiony równie klasycznym thrash’em. Palce lizać!

W porównaniu z niemal identycznym objętościowo debiutem Metamorphosis wypada znacznie okazalej, a przede wszystkim mocniej angażuje uwagę słuchacza. Muzyka jest bardziej zwarta, zaczepna i podana z lepszym feelingiem, a uzupełnia ją mistrzowski wokal, jakiego wręcz należy oczekiwać po holenderskiej kapeli. Choć Ecocide nie korzystają z przesadnie technicznych rozwiązań, to nowy materiał jest też odczuwalnie ciekawszy – więcej się tu dzieje, aranżacje są bogatsze i odpowiednio urozmaicone, zaś same utwory — co jest zasługą m.in. melodyjnych riffów i ogólnej chwytliwości — zyskały na wyrazistości. Umiarkowane tempa i porządna motoryka sprawiają natomiast, że całość — a już zwłaszcza „Metamorphosis”, „Corrupted Reality” i „The Flayed” — ma spory potencjał koncertowy.

Uwag mam niewiele, w dodatku są małego kalibru. Po pierwsze – zapychacze. Intro już wymieniłem, a jest jeszcze minuta ambientowego nica z jakiegoś względu podczepiona do „Transcendence Of The Mind”, która tylko zaburza płynność albumu. Po drugie – brzmienie. Samo w sobie jest cacy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że produkcja jest dziełem zespołu, aleee chłopaki mogli nagrać to trochę głośniej. Tyle od czepliwego mnie.

Na Metamorphosis Ecocide dokonali dużego postępu, więc tym razem naprawdę warto się ich muzyką zainteresować, do czego zresztą gorąco zachęcam. Nie jest to jeszcze poziom najlepszych w gatunku (tych z Ameryki), ale bez wątpienia jest tu na czym ucho zawiesić.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/EcocideMetal

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

30 kwietnia 2024

Messiah – Christus Hypercubus [2024]

Messiah - Christus Hypercubus recenzja reviewSzwajcaria nie tylko Celtic Frostem stoi. Wśród perełek znajduje się Messiah – thrash/death metalowy twór, który działał od 1984 do 1995 roku. Potem przez niemalże 20 lat Szwajcarzy skupili się na innych projektach. Dopiero w 2017 Mesjasz powrócił na dobre wydając od tamtego czasu dwa albumy. Tyle historii w dużym skrócie. My zaś skupimy się na najnowszym dziele z 2024 roku Christus Hypercubus.

Technicznie w 45 minutach upychamy 10 utworów, zatem mają one przeważnie ponad 4 minuty. Wyjątkiem jest tu tylko jeden kawałek trwający niecałe 2 minuty. No, ale czas sprawdzić z czym do nas Mesjasz przychodzi.

Płytę otwiera „Sikhote Alin” i jest tu nie lada „suprajs”. Początek brzmi niemal jak folk metal. Jak to? Ano tak to, ćwierkają ptaszki, szum lasu – klimat stricte leśny. Jednakże już po minucie dostajemy z glana w ryj i nie będzie wątpliwości, z jakim gatunkiem mamy tutaj do czynienia. Nowy wokalista Marcus Seebach ma tu nieliche zadanie zastąpić zmarłego 2 lata wcześniej Andy Kaina, który po zawale odszedł z tego świata, a trzeba wiedzieć, że odpowiadał on za wokal na 3-ech ostatnich płytach Messiah. Osobiście uważam, że już w pierwszym utworze rozwieje on wątpliwości odnośnie jakości wokali. Growl Marcusa jest mocny, ale też bardzo „czytelny”. Drugi tytułowy kawałek nieco zwalnia wchodząc w rejony bardziej thrash’owe. Warto zaznaczyć, że zespół bardzo zgrabnie żongluje między gatunkami, czego dowodem jest 3-ci utwór „Once upon a Time… Nothing”, który celuje w bardziej deathmetalowe nuty. Choć przyznać muszę, że ten numer jest przydługawy i słysząc po raz setny słowo „nothing” ma się chęć przewinąć. „Speed Sucker Romance” to (paradoksalnie biorąc pod uwagę słowo „speed”) najwolniejszy utwór na płycie. Wolny death metal bynajmniej nie jest tutaj tak bolesny, aczkolwiek ponad 5 minut doom/deathu zaczynało przynudzać. No i ponownie kwestia liryczna. Refreny są tutaj również za często powtarzane, przez co wkrada się zwykłe znużenie utworem. „Centipede Bite” wraca do prawidłowego thrash’owego łojenia, które nas niejako obudzi z lekkiego marazmu poprzedniego tracku. Najkrótszy „Please Do Not Disturb (While I'm Dying)” to utwór dedykowany zmarłemu Andy’emu. Jest bardzo stonowany i „opowiada” (praktycznie dosłownie, gdyż nie ma tutaj śpiewu) o ostatnich chwilach w czasie trwania zawału, jakoby z perspektywy Kaina. Bardzo fajna „wkładka” w połowie albumu. „Soul Observatory” to z początku wolniejszy niemal klimatyczny utwór przeplatany z mocnymi przyśpieszeniami. Nie da się tutaj nudzić i trwa nieco ponad 3 minuty, co według mnie w przypadku tej płyty wystarczy. „Acid Fish” to bardziej deathmetalowe dzieło. Prawie 5 minut jest całkiem zgrabnie rozbudowane, głównie dzięki długiej solówce. Potem następuje największa chyba wada całej płyty, czyli powtarzalny refren i muzyka przez prawie 2 minuty. Ostatnie dwa utwory to „The Venus Baroness I” i „The Venus Baroness II”, zatem opiszę je razem. Opowiadają one o znalezionej w Egipcie z okresu tzw. „Średniego Państwa” (czyli gdzieś 2000 lat p.n.e.) trumnie i znalezionym w niej poemacie do bóstwa Thota z modlitwą o pomyślne przejście na drugą stronę „życia”. Akurat te dwa dość mocno rozbudowane utwory choć trwają w sumie ¼ całości to są najciekawsze i najmniej nudzą. Jest to bardzo dobre i pomysłowe zamknięcie płyty Christus Hypercubus.

Podsumowując: jeśli ktoś czyta te moje wypociny, zauważy, że rzadko kiedy opisuję każdy utwór z osobna, skupiając się raczej na całości. W tym wypadku niemal każdy utwór różni się, ale wciąż wpisuje się w koncepcję albumu. Wrzucając wszystko do wora czułbym, że nie spełniłem swojego recenzenckiego obowiązku przedstawienia całości. W żadnym wypadku nie mówię, że nie-różnorodność jest wadą. Zwłaszcza deathmetalowcy wiedzą, że to może być ogromny atut produkcji. Messiah jest jednak zespołem, który miksuje gatunki i trudno jednoznacznie ocenić całość, nie rozbierając jej na czynniki pierwsze. Potem te części sklejamy i wychodzi (przynajmniej mnie) naprawdę niezła płyta. Szkoda, że nie jest nieco krótsza, gdyż warstwa liryczna cierpi przez powtarzalność. Produkcja jest oczywiście bardzo dobra, a wszelkie instrumentarium brzmi soczyście. Osobiście dodam połówkę za dobrą robotę Marcusa na wokalu, który należycie oddał hołd poprzednikowi, godnie go zastępując.


ocena: 6,5/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/MESSIAHthrashingmadness

Udostępnij:

9 stycznia 2024

F.K.Ü. – 1981 [2017]

F.K.Ü. - 1981 recenzja reviewA teraz dzieciaczki, czas na coś z zupełnie innej beczki – Gatki Freddy’ego Kruegera. Przyznaję, że początkowo zdarzało mi się odczytywać ich nazwę jako FUK, co pewnie było zamierzone. Grupa gra niemodny Crossover/Thrash, który mi chwilami przypomina Hirax (zwłaszcza wokalnie, choć wokaliście Larry’emu bardzo daleko jest do umiejętności Katona), ALE zdarza się krwisty growling, a i szorstkość riffów potrafi się otrzeć o Death/Thrash, więc nie odchodzimy aż tak kompletnie odlegle od głównej tematyki na blogu.

F.K.Ü. swój pizzo-Thrashowy debiut zaliczył jeszcze pod koniec lat ’90, zanim przyszła moda na retro-Thrash, a że wciąż się mają dobrze i ani myślą odpuszczać w 2017, kiedy niejeden by się już dawno wysypał, to mają u mnie dodatkowy props. Nie ukrywam, że do zakupu zachęciła mnie okładka – coś podobnego zrobił również Exhumed na „Horror” (w 2019 r.), czyli taki pastiszo-hołd dla klasyków kina grozy klasy-B i C z lat ’80. Jestem zawsze napalony na takie graficzki i cenię grupy, które potrafią zadbać odpowiednio o opakowanie.

Na swej piątej płycie zespolik jest wyjątkowo zwarty i unika większych wygłupów oraz sucharów. Utwory nie przekraczają 3 minut, ale nie schodzą za bardzo poniżej 2, więc jest konkret. Jest też ich odpowiednia ilość, bo 14 – plus moja wersja ma jeszcze cover klasyka Schuldinera „Evil Dead” – to tak a propos obracania się wokół tematyki Death Metalowej, mimo iż nie zadziwię stwierdzeniem, że skutecznie wyciągnięto i wyeksponowano Speed Metalowe korzenie oryginału.

A skoro o Death Metalu mowa, to z tych bardziej growlujących (choć nie jedynych) na pewno należy polecić „The Burning”, a i w „The House by the Cemetery” też się pojawia coś soczystego. Z typowo śpiewno-refrenowych, to z kolei „Nightmares in a Damaged Brain”, „Corpse Mania”, „The Beyond” zasłużyły u mnie na większe wyróżnienie, no i „The Funhouse”, inspirowany S.O.D., też jest w pytkę.

Nie ma o dziwo niczego stricte do picia piwa, ale nic nie szkodzi, to się jakoś zaradzi – wszak piwo jest dobre do każdego soundtracku. I tylko w „Night School” pojawia się króciutki falset na końcu, więc jak ktoś nie lubi takich wokaliz, to może jakoś przeboleje te parę sekund. „Ms .45” ciutek plagiatuje Slayera, ale wybaczam, bo jest to dobry motyw i należy go powielać.

Zróżnicowania wielkiego może i nie ma, ale nie powiem, żebym z tego powodu narzekał. Au contraire, jak to mawiają konsumenci żab, jestem wręcz zadowolony. Dla lepszego efektu, to chyba nawet zgram tę płytę na kasetę magnetofonową, najlepiej trzeszczącą. A jak nie macie czym, to wam pożyczę i też sobie puśćcie (polski język mnie przeraża czasami). A po lekturze muzyki odkurzę jakieś VHS-y i magnetowid wideo – miałem jeszcze to szczęście móc oglądać na nich z kolegami filmy dla dorosłych za gówniaka (tak wiem, taki paradoks).


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/moshoholics



Udostępnij:

6 stycznia 2024

Possessed – Beyond The Gates [1986]

Possessed - Beyond The Gates recenzja reviewPossessed na „Seven Churches” może i nie stworzyli całkowicie nowej jakości, ale byli w forpoczcie ekstremalnego grania i razem z paroma innymi kapelami kładli podwaliny pod coś naprawdę wyziewnego – death metal. Dzięki tej jednej płycie Amerykanie na stałe zapisali się złotymi zgłoskami w historii metalu i dorobili kultu, który jest wiecznie żywy. A „Beyond The Gates”? Eee, no tak, nagrali i coś takiego, chyba nawet było fajne, ale kto by tam wnikał… Nie da się ukryć, że druga płyta Possessed stała się ofiarą prężnie działającej konkurencji oraz braku zdecydowania wewnątrz zespołu.

Wydawać by się mogło, że po trzęsieniu ziemi, jakie wywołało „Seven Churches”, Amerykanie pójdą za ciosem i zaserwują jeszcze mocniejszy, szybszy i bardziej diabelski materiał, a tymczasem oni hmm… Wymiękli? Nie podołali? Przerosła ich presja? W każdym razie zostali w tyle. „Beyond The Gates” okazał się bowiem zwyczajnym i, co tu ściemniać, dość przeciętnym thrash’owym krążkiem, który na swoje nieszczęście trafił do odbiorców tuż po premierach „Reign In Blood” i „Morbid Visions”. W zestawieniu z rzeźnią proponowaną przez Slayera i Sepulturę, a także z debiutem (nie wspominając szerzej o fali dzikusów z Europy), materiał Possessed nie mógł robić wrażenia, a już na pewno nie na ludziach wymagających od zespołów przekraczania kolejnych granic.

„Beyond The Gates” sam w sobie nie jest wcale zły – to ładnie wyprodukowany zestaw dobrze zagranych i wpadających w ucho kawałków – z dość żwawym tempem, niewymagającymi riffami, efektownymi solówkami i podbitym pogłosem wokalem Becerry. Utwory takie jak „Seance” (ten jest chyba najlepszy), „Tribulation”, „Phantasm” czy „March To Die” to naprawdę klawe thrash’owe przeboje, które można stawiać na równi z kawałkami Exodus czy Overkill – nie mają potencjału, żeby zapełnić stadiony, ale co większe kluby… Jest więcej niż oczywiste, że Possessed z tym materiałem próbowali wyjść do ludzi — czemu również służyło radykalne złagodzenie wizerunku i przekazu — ale z lekka się przejechali, bo ogólne tendencje były zgoła odmienne. Tym samym zamiast powiększyć grono fanów, stracili w oczach tych „starych”.

Czy wobec powyższego jojczenia „Beyond The Gates” przetrwała próbę czasu? Wydaje mi się, że nie do końca i gdyby nie duża nazwa i reaktywacja zespołu w 2007 roku, to mało kto by o tym krążku pamiętał. Possessed na własne życzenie dali się zmieść pierwszej fali death metalu, którą o ironio sami wywołali.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/possessedofficial

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

16 grudnia 2023

Master – The Spirit Of The West [2004]

Master - The Spirit Of The West recenzja reviewMaster to dziecko Paula Speckmanna, które należałoby zaliczyć do podwalin gatunku i gdyby facet miał farta i wydał swój nieszczęsny debiut tak jak planował w 1985 r., to prawdopodobnie cieszyłby się nieco większym uznaniem i estymą. Stety, lub niestety, jest inaczej i większość osób podchodzi z minimalnym zainteresowaniem do dyskografii grupy, zwłaszcza że cierpi ona na syndrom Motorhead – solidne, ale mało ekscytujące rzemiosło, bo proste i przewidywalne do bólu.

Po moim ulubionym „Let’s Start a War”, Paul (albo może raczej Pavel), dokooptował sobie dwóch lokalnych muzykancików o jakże zacnych nazwiskach – Alex Neje(d)zchleba (Czech), oraz Zdeněk „Bez Spodeněk” Pradlovský (Słowak), którzy na co dzień zarabiali na ów chleb w mało ciekawym zespole Shaaaaark. Skład ten utrzymał się bardzo długo, bo aż do 2019 r., co przy autorytatywnym charakterze Paula zakrawa wręcz na bluźnierstwo (przepraszam, już kończę być wrednym burakiem).

W stosunku do wcześniejszych lat, muzyka nabrała zdecydowanie mocniejszego, punkowego charakteru, takiego z kategorii d-beat. Słychać też, że poszła duża ilość Pilsnerów, bo płyta jest strasznie wyluzowana i ma zgodnie z okładką i tematyką, kowbojski, quasi-country klimat. Kolejnym szokiem jest to, że Speckmann postarał się troszeczkę zróżnicować pomysły (ale też bez przesady) i spróbował zaprezentować różne odcienie w swojej dość hermetycznej i konsekwentnej twórczości.

W efekcie końcowym dostajemy pewien ewenement, wręcz anomalię w dyskografii Master – bardzo przystępny album, który w niczym nie traci na agresji, ale zyskuje znacząco na śpiewności (najbardziej jest to odczuwalne w „Another Day in Phoenix”). Speckmann zadowala się skocznym, wręcz klasycznym rockowym riffowaniem. Całość spina jakże oczywisty cover Johnny’ego Cash’a „Ring of Fire”, stanowiący idealne zakończenie płyty. Sprawdza się poniekąd stara zasada, że czasem jakość muzyki wynika z gustu muzyka i tego, co słucha w danej chwili.

Taki zabawowy, lekki album zresztą na dzień dzisiejszy się nie powtórzył u Mastera, dlatego tym bardziej dobrze jest się zapoznać z The Spirit of the West. Nie musicie pić przy tym czeskiego piwa, łyskacz byłby nawet bardziej wskazany. Noście też przy sobie kolta, nigdy nie wiadomo, kiedy wyskoczą za krzaka wyjęci spod prawa bandyci, aby ukraść wam złoto, a szeryf może nie zdążyć przyjść wam z odsieczą. Noż oczywiście, że polecam.


ocena: 8/10
mutant
oficjalna strona: www.speckmetal.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 grudnia 2023

Agressor – Rebirth [2018]

Agressor - Rebirth recenzja reviewZ wielkim trudem zabierałem się do tej recenzji, ponieważ nie mam w zwyczaju tłumaczyć ludziom rzeczy oczywistych. Nie mam też zamiaru was przekonywać, że to jest jedna z najlepszych rzeczy jaka kiedykolwiek powstała (aczkolwiek tak jest w tym przypadku). Myślałem też nad tym, czy pisać wam o przebojach, jakie twórca tego pięknego dzieła miał ze stworzeniem tej płyty, jak potem sobie rwał włosy z głowy, gdy usłyszał efekt końcowy i płakał nad tym, że nic nie poszło po jego myśli.

Historia tej płyty jest nieco dwutorowa. Oryginalna wersja powstawała w bólach i przeszła bez echa (bo Francja to nie ten sam prestiż, co Polska czy Niemcy). I mimo nadmiaru wkładu, czasu, pieniędzy i myślenia nad tym, aby stworzyć arcydzieło, Alex Colin-Tocquaine przez dekady zapragnął dostać drugą szansę. Przy okazji re-edycji nadarzyła mu się okazja.

Druga wersja, nagrana w 2018, a która zawiera też oryginał + masę bonusów, miała w zamyśle odzwierciedlać pierwotny koncept i brzmienie, jakie Alex chciał osiągnąć za pierwszym razem. I tutaj mam zgrzyt, bo obie wersje tego cudeńka mają nie za dobrą produkcję, a perkusja brzmi blaszanie i sztucznie. I jak tutaj dać 10/10?

Jakby ktoś nie wiedział, Agressora zawsze ciągnęło do średniowiecznych klimatów folkowych i tutaj po raz pierwszy pojawiają się one na tak dużą skalę. Dość wspomnieć wizytówkę płyty „Barabbas” – totalny hit i kult wśród fanów, który zresztą został w historii grupy nagrany kilka razy. Jest też standardowe wprowadzanie w klimat poprzez różne klasyczne instrumentale, jak np. „Theology – Civilization – Wheel of Pain”. Pojawia się również cover Terrorizer „After World Obliteration” z Barney’em Greenway’em na gościnnym wokalu. Cała płyta to jest zresztą wygar i to taki, który nie bierze jeńców.

I tutaj bym podkreślił, że jako jedna z nielicznych kapel, Agressor pamiętał, że owszem, kulturoznawstwo i sztuka potrafią ładnie wzbogacić muzykę, ale nie wolno przecież zapominać o łomocie. I tego proszę państwa, tutaj nie brakuje. Wręcz przeciwnie, ani przez moment nie zapomnicie o tym, że słuchacie czystego, szybkiego i brutalnego, złowieszczego Death Metalu o wyjątkowo podłym i mrocznym akcencie.

Dla mnie osobiście, gwiazdą tej płyto-kompilacji jest „Someone to Eat” – przebój, który został nagrany między płytami, ale nigdy nie trafił nigdzie oficjalnie, a do którego to powstał klip. I nie ukrywam, że dla samej tej piosenki miałem ochotę sprawić sobie to cacuszko.

Ocena trochę oszukana, bo jest się o co doczepić, tu coś się nie domyka, tam coś skwierczy, ale parafrazując klasyka, minusy nie przesłaniają plusów i jest to autentycznie jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie poznałem w życiu i czasami jest mi trochę żal, że ludzie zamykają się na Skandynawię lub USA, gdzie jednocześnie w Europie bardzo dużo się działo wartościowych rzeczy.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/agressor.fr

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 grudnia 2023

Cavalera Conspiracy – Bestial Devastation / Morbid Visions [2023]

Cavalera Conspiracy - Bestial Devastation / Morbid Visions recenzja reviewCavalera Conspiracy to zespół, który stworzyli (tu zaskoczenie!) bracia Cavalerowie, Igor – pałker i, bardziej znany, Max – gitarzysto-śpiewaczysko. Muzyka przez nich tworzona stanowi mix różnych gatunków – jak ktoś słyszał Soulfly, to będzie wiedział o co chodzi, tyle że Konspiracja pozbawiona jest elementów folku.

To tak w wielkim skrócie o zespole, gdyż najważniejsze, że bracia zabrali się za coś dla nas, boomerów, myślę dość istotnego. Mianowicie nagrali na nowo Bestial Devastation i Morbid Visions. Mini-płyta i debiut, które w historii metalu ekstremalnego to kamienie milowe. Dzieła wydane kolejno w ‘85 i ‘86 roku wyznaczyły drogę brazylijskiego, plugawego metalu dla niezliczonych kapel. Nie muszę chyba nawet wspominać, że prawdopodobnie 95% czytelników tego bloga utwory: „Antichrist”, „Necromancer”, „Troops of Doom” czy „Crucifixion” zna niczym porządny katolik „Ojcze Nasz” i „Zdrowaśka”. Zaśpiewaliby te kawałki o trzeciej w nocy po zakrapianej imprezie bez czknięcia. Pikanterii dodał też wywiad Maxa, który określił, że dzieła te nagra(ł) niczym wkurwiony młodzieniaszek, tyle, że z nowoczesnym sprzętem.

Od razu napiszę, że podszedłem do tej produkcji niczym pies do jeża. Świętości jednak chyba się nie rusza? A może jednak. I ba, można na tym zarobić? Zatem co też spłodzili braciszkowie? Czas się przekonać. Dodam jedynie, że nie będzie to stricte typowa recenzja, bo ośmieszyłbym się recenzując te wiekopomne dzieła (a może nie?), których chyba mało kto nie zna, bo spróbuję odpowiedzieć na inne pytania. Mianowicie, nie na zagadnienie, czy płyty te są dobre/złe, ale dla kogo one są i czy taki trend remaków, który dotknął świat kina i gier zaczyna wpełzać również do muzyki? Czy, cytując pewną zacną starszą babcię, na co to komu? A komu to „poczebne”? Zatem, będzie to bardziej porównanie nowego ze starym. Jednakże Cavalerowie stworzyli też dwa nowe utwory (po jednym na dzieło) i to je poddamy analizie i ocenie.

W ramach porównania najnowsze dzieło Maxa i Igora porównam do posiadanej płyty Sepultury wydanej przez Roadrunner Records w 1997 roku odpicowanej picuś-glancuś (tzw. remastered, reissued, pierwszego wydania nie posiadam, hehe).


Produkcja

To chyba najważniejsza kwestia w tym porównaniu, bo przecież chyba po to głównie powstała (?). Przedstawić coś, co przy debiucie i budżetem młodych chłopaczków nie mogło zachwycać. Teraz finanse to nie problem, zatem jak to brzmi? Trudno będzie tutaj zaskoczyć, gdyż brzmi to… prawidłowo. Dostajemy soczyste dźwięki, wokal Maxa jest (podobnie jak do oryginałów) z mocnym pogłosem. Ale czy sam wokal jakoś się różni pod względem tonacji czy jakości tegoż wokalu? Jest jednak inny czy to po prostu kalka? Oczywiście wieku nie prześcigniemy i wokal jest zupełnie inny. W oryginale wręcz, ktoś nie znający wczesnej twórczości Sepultury pomyślałby, że to inny wokalista. Jest on jednak (przynajmniej dla mnie) bardziej agresywny i ostrzejszy. Często słowa są niemal „wypluwane” i „szczekane” właśnie przez wspomnianą wcześniej nienawiść i złość. Gardło jeszcze nie zjechane, że się tak wyrażę. Przeskakując z dzieł braci na oryginały doznałem początkowo małego szoku. Brzmienie nie ma jednak porównania. Nawet w wypolerowanym do maksa stanie nie da się osiągnąć, tego co dziś. Czuć, że to dzieło wiekowe i nie oceniam tutaj, czy to dobrze, czy źle, bo to zależy od tylko od Was i jedynie na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że młodych słuchaczy, przyzwyczajonych do świetnej jakości brzmienia takie płaskie pierdu-pierdu nie zachwyci. Piszę tak, gdyż sam słysząc pierwszy raz za kindera „Master of Puppets” pomyślałem, że to stare dziadostwo i nie da się tego słuchać. Dziś płytka jest na półce, ale do tego trzeba było dojrzeć. Wracając jednak do tematu. Produkcja jest z pewnością na plus patrząc zupełnie obiektywnie. Chociaż czy to było trudne do osiągnięcia?…


Atmosfera

To (dla mnie) druga najważniejsza kwestia odnośnie albumów. Czy w płytę włożono serce i czerpano radość przy jej tworzeniu, czy była powita w bólach i wydana taśmowo, byleby powstała? Słucham wielu gównianych produkcji (zwłaszcza black metalowych), demek i kompilacji doceniając ich wartość artystyczną. Czy zatem bracia Cavalerowie stworzyli płytę na tzw. odwal się? Nie mogę powiedzieć, że tak. Nie mogę jednak powiedzieć też, że płyta jest w pełni autentyczna. Są różnice. Przykładem niech będzie chociaż „Crucifixion”. Utwór został okrojony z outra (10s mniej). „War” został skrócony. Inne utwory w cover-albumie zostały przedłużone np. „Empire Of The Damned” z oryginalnego 4:25 do 5:11 minut. Podobnie choćby z „The Curse”, krótkie 0:39 do 1:15 min. Niby to nic wielkiego, ale jednak to jest ingerencja w utwory i dlatego trudno je traktować jednoznacznie jako covery, bo mamy tutaj dość inwazyjny wpływ. W całości to nie przeszkadza, aż tak bardzo, ale istnieje taka delikatna, subtelna wręcz, różnica. Na szczęście warstwa liryczna pozostała bez większych zmian. Piszę większych, gdyż np. pierwszy utwór „Morbid Visions” posiada zwrotkę w oryginale „Cry preachers because your Gods have forgotten (…)” a u Braci Cavalerów mamy Cry fuckin’ preachers because your Gods have forgotten (…)” to taka ciekawostka, którą zauważyłem. Jest tym bardziej ciekawa, że takiego tekstu spodziewałbym się w oryginale. Najwidoczniej pozostała w nim niechęć do zorganizowanej religii, z którą się nadal obnosi. Niemniej jednak, nie znalazłem więcej zmian w warstwach lirycznych. Podsumowując obiektywnie ani jednemu, ani drugiemu nie można zarzucić, że nie chciano tutaj włożyć serca (choć są to inne „serca”). Pierwsze to autentyczna surowość i agresja szokująca w tamtych czasach, a drugie dopieszczone i unowocześnione agresywne brzmienie, które ponownie może (ale nie musi) zaskoczyć młodych słuchaczy.


Nowe utwory

Jak już wspomniałem, są dwa nowe kawałki. Dla „Morbid Visions” jest to „Bury The Dead”, a dla Bestial Devastation „Sexta Feira 13”.

Oba są dość krótkie. Kolejno 2:16 i 3:26 minuty. „Bury The Dead” to pasujący do konwencji albumu kawał ostrego metalu. W żaden sposób nie niweczy całości. Trochę gorzej z „Sexta Feira 13”. Bynajmniej nie dlatego, że jest to kołysanka. Co to, to nie. Natomiast jest jakby zbyt nowoczesny i, co najgorsze, po portugalsku. Nie żebym miał coś do tego języka, ale wszystkie inne utwory są po angielsku i ten tak trochę pasuje jak rodzynki w serniku (chyba, że ktoś lubi, ja nie). Oczywiście czepiam się, jednak burzy to całość mini-albumu.

Podsumowując: Czy są to złe albumy? Nie. Rzeczywiście Bracia Cavalerowie ładnie odświeżają te klasyki. Zatem misja wykonana. Czy te albumy były potrzebne? No i właśnie tutaj rozpoczyna się rozbieżność. Dla nas, starych pierdzieli odpowiedź jest jedna. Nie. Dla młodych słuchaczy? Jak najbardziej. Warto natomiast chociaż raz przesłuchać i sobie porównać. Może komuś, mam na myśli starszej daty słuchaczy, akurat się takie odświeżenie spodoba? Nie przeczę.

Mam jednak pewne obawy, co jeśli produkcje okażą się sukcesem finansowym, czy zatem inne kapele nie zaczną takiej polityki? Zamiast nagrywać coś nowego skupią się na nagrywaniu starych dzieł (zwłaszcza debiutów)? Gdyby tacy Tardy Brothers nagrali ponownie „Slowly We Rot” czy I Am Morbid nagrali „Altar of Madness” to byłoby dobre? Według mnie nie. Rozumiem sytuację, gdy np. Vader nagrał „Dark Age” na 25-lecie debiutu. Nie słucham, bo „The Ultimate Incantation” mi w zupełności wystarczy, ale rozumiem taki zabieg.

I ostatnie zdanie podsumowujące (wreszcie). Nie odmówię braciom Cavalerom udanego odświeżenia debiutu i mini-albumu pod względem technicznym, co może spowoduje, że ktoś młodszy zainteresuje się starszymi dziełami Sepultury (choć to raczej marzenia ściętej głowy). Dla starszych fanów metalu to może być ciekawostka, którą może sprawdzić lub nie.


ocena: -
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/cavaleraconspiracy
Udostępnij:

23 października 2023

Popiór – Pomarlisko [2023]

Popiór - Pomarlisko recenzja reviewNiedługo po śmierci Romana Kostrzewskiego pojawiły się jakieś absurdalne pogłoski o kontynuacji projektu sygnowanego jego nazwiskiem — co ponoć miało być związane z wolą zmarłego — ja jednak nie potrafiłem się w nich doszukać najmniejszego sensu. Że niby co, mieliby występować jako Ludzie Którzy Grali W Zespole Kat & Roman Kostrzewski? Z tego nawet Szpajdel nie zrobiłby logosa. Sprawę dodatkowo skomplikowały poważne zgrzyty w składzie, podział na „starych”, „nowych” i obrażonych oraz późniejsza cisza.

Jak się okazało, frakcja „nowych” — dla niewtajemniczonych to Jacek Hiro i Jacek Nowak — nie odpuściła tematu i po skompletowaniu pełnego składu powróciła, już jako Popiór, z materiałem przygotowanym pierwotnie na trzecią płytę z Romanem. Stąd też, co nie powinno zaskakiwać, pod względem muzyki Pomarlisko ma dość dużo wspólnego z „Popiórem”, jest kontynuacją i rozwinięciem tamtego stylu – to dobrze wyprodukowany, doskonale zagrany, dynamiczny i urozmaicony thrash z wieloma wpadającymi w ucho motywami oraz, niestety, (zbyt) dużą ilością akustycznych/balladowych partii. To, co jeszcze z Kostrzewskim mogło dodać całości klimatu, w aktualnym składzie zwyczajnie się nie sprawdza. Ale po kolei…

Singlowy „Międzyświat” to świetny numer na start: szybki, agresywny i z odpowiednią dawką chwytliwości. Po tak mocnym początku chciałoby się następnego kopa, a dostajemy akustyczny wstęp do o wiele mniej efektownego „Zabierz mnie do piekła”. Kolejny numer również wita nas przydługim akustycznym intrem (w typie „Słodkiego kremu”), ale na szczęście później nabiera fajnych rumieńców. W dalszej części albumu konkretnym jebnięciem mogą się pochwalić jedynie „Cień starych cmentarnych drzew” (ten jest niemal brutalny) oraz „Czarny bal” – oba świetne pod względem technicznym (zwróćcie uwagę na bogate aranżacje basu), złożone i pomysłowe. Poza tymi perełkami na Pomarlisko trafiły jeszcze dwie pełnoprawne ballady – ładnie zagrane, ale wiadomo… Rozumiem, że skoro Roman zaakceptował te numery, to miał w stosunku do nich jakeś plany, a skoro zostały zaakceptowane, to musiały trafić na płytę, bo gdyby chłopaki od początku robili materiał, za przeproszeniem, pod siebie, to całość byłaby mocniejsza, a przynajmniej lepiej wyważona.

Czas na słów kilka o słoniu w salonie. Wokalistą i jak się zdaje tekściarzem Popióra został Krzysztof Hofler z Deathyard. W swoim zespole całkiem sprawnie radzi sobie z gitarą, ale jako krzykacz wypada co najwyżej przeciętnie. W Popiórze w tej drugiej roli nie sprawdza się w ogóle – jego głos jest płaski, bez wyrazu, zupełnie niecharakterystyczny i bez trudu można o nim zapomnieć w przerwach między utworami. Co gorsza, jest kompletnie pozbawiony dynamiki, funkcjonuje obok zmian tempa i klimatu i przynudza. I jeszcze te teksty… Upchnął w nich na siłę sporo mało subtelnych nawiązań do starych liryków Kostrzewskiego, które jak na moje ucho, mają jedynie wzmacniać wrażenie ciągłości zespołów, bo wielkiej wartości artystycznej w tych zabiegach nie dostrzegam. Poza tym część tekstów jest taka… no… tego… jak by to ująć, żeby zostać dobrze zrozumianym… hmm… ckliwie dupowata – jakby ich autor nie miał na liczniku nawet połowy tego, co ma.

Podsumowując, Pomarlisko to album, któremu od strony muzycznej nie można prawie niczego zarzucić – wszak to robota prawdziwych profesjonalistów. Strona wokalna natomiast jest słaba i niczego wartościowego nie wnosi, jednak, co trzeba uczciwie przyznać, nie odrzuca i dość łatwo ją zignorować. Moja rada na przyszłość: zmienić wokalistę, dołożyć drugą gitarę i czekać na tłusty kontrakt. Potencjał jest, warto go wykorzystać.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/popiorband

podobne płyty:

  • KAT & ROMAN KOSTRZEWSKIPopiór



Udostępnij:

2 października 2023

Hydra Vein – After The Dream [1989]

Hydra Vein - After The Dream recenzja reviewMłody człowiek bywa czasem bardzo powierzchowny – jako gówniak, będąc wielkim fanem malarstwa niejakiego Dana Seagrave’a, obczajałem każdą płytę, której okładkę Pan Dan ozdabiał swoim niezwykłym talentem. I tak natrafiłem na Hydra Vein, której After the Dream jest notabene jedną z jego najwcześniejszych prac. Nie należy oczywiście oceniać książki po okładce, ale nie oszukujmy się, dobra oprawa potrafi nieraz wpłynąć na nasz wybór zabójcy czasu.

Roczek po wydaniu (wg mnie) świetnego „Rather Death than False of Faith”, ta brytyjska formacja wróciła z dwoma nowymi gitarzystami, aby nagrać swój drugi longplej. Podobnie jak za pierwszym razem, wszystko powstawało w pośpiechu i przy niskim budżecie. Ale tym razem dostajemy muzykę o niebo techniczniejszą i co za tym idzie, bardziej wymagającą.

Samo słowo „techniczny” może nie do końca jest też na miejscu, ale „rozbudowany” to już jak najbardziej. I oczywiście, jak to bywa w takich przypadkach, trzeba poświęcić trochę czasu na ogarnięcie tematu, aby móc w pełni poznać i docenić walory kompozytorskie. Tyle że debiut, mimo wysokiej przebojowości, wcale nie był banalny ani płytki, a wręcz cechował się wysokim zróżnicowaniem ciosów.

Tutaj niestety troszeczkę wszystko się zlewa na jedno kopyto przy pierwszych odsłuchach, zarówno jeśli chodzi o tempa, jak i pomysły. Sama ilość tracków nieco rozczarowuje, gdyż jest ich zaledwie sześć, a całość trwa marne pół godziny. Ale może to nawet lepiej, bo gdzieś w tym wszystkim brakuje mi trochę energii. Dosyć już tego narzekania, czas na pozytywy, bo takowe również są (a jak).

Hydra Vein jak mało kto, dbają o refreny w swoich utworach. Nie inaczej jest i tutaj – „7-U-S-C” i „After the Dream” są tego dobrymi przykładami. Trudno też odmówić „Passed Present / No Future” czy zwłaszcza „Turning Point” niezwykle precyzyjnej i wyśmienicie upichconej konstrukcji. Panowie jak chcą, to potrafią zapodać coś charakterystycznego, co zostanie w głowie albo zauroczyć jakimś fajnym motywem. Jest większa dojrzałość, nie ma również zgapiania od innych, co było bolączką jedynki.

Cóż więcej dodać? Summa summarum, wciąż mamy do czynienia z wartościowym Thrash’em, tylko tym razem trzeba nieco zmienić oczekiwania, gdyż gdzieniegdzie wkrada się nuda. Przemoc została poprawiona o metodykę i konsekwentność. Polecam, ale umiarkowanie, bo mimo jakościowej solidności, głowy wam to raczej nie urwie.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/hydravein

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 września 2023

Necrodeath – Mater Of All Evil [2000]

Necrodeath - Mater Of All Evil recenzja reviewLegendarny włoski Necrodeath można zaliczyć do tzw. „pionierów” gatunku zwanego Death Metalem, choć w ich przypadku chciałoby się rzec, że Black/Thrash. Niezależnie od tego jak chcemy się jednak zapatrywać, jest to klasyczne podejście do grania, hołdujące epoce lat ’80, niżli nowszym trendom.

Trzeci album tejże formacji wyszedł niemalże dekadę od poprzednika i właściwie należy go traktować jako drugi debiut, który zapoczątkował tą właściwą karierę dla Necrodeath. Ze starego składu został gitarzysta i perkusista, natomiast na wokal został wzięty pałkarz Black Metalowej Opery IX. „Flegias”, bo taki ma pseudonim ten pan, wiernie trzyma się swego ukochanego Blackowego stylu przy wykonywaniu wokalu, czyli skrzeczy. I choć przyznam, że niekonieczne jest to moja bajka, to łatwo można się przyzwyczaić, zwłaszcza że facet stara się różnicować swoje partie wokalne i jakoś je urozmaicać (również i growlem). Zresztą, oryginalny wokalista też zaciągał blackowo, więc tym bardziej nie ma się czego czepiać.

Materiał brzmi bardzo świeżo, mimo iż jego fundamentem jest zapomniany, poczciwy Death/Thrash przypominający Exodus, Kreator, Possessed czy nawet wczesną twórczość Schuldinera. Utwory nie starają się być nadmiernie skomplikowane, ale korzystają z różnych sztuczek, dla wywołania pewnego okultystyczno-aksamitnego klimatu, jak np. akustyczne wstawki. Co prawda, grupa nieco nadużywa pewien typ atmosferycznego riffu w niemalże każdym tracku, co niestety sprawia, że przy pierwszych odsłuchach muza się nieco zlewa w jedną całość. I dopiero przy bliższym poznaniu poszczególne numery nabierają nieco rumieńców.

Mamy więc dwa konkretne ciosy na początek, śpiewno-melodyjny „Black Soul”, potem hit w postaci „Hate and Scorn” będący wizytówką płyty, a po nim odrestaurowany staroć w postaci „Iconoclast”, jeszcze z okresu demówek, a odpowiednio unowocześniony pompą. Druga połowa płyty troszeczkę ustępuje szybkości na rzecz rytualnego charakteru muzyki, jak przy „Void of Naxir” lub „At the Roots of Evil”, ale nie brakuje również i kombinowanych riffów (tu z kolei upomina się o uwagę „Experiment in Terror”). Ostatnie dwa numery są też chyba najwolniejsze, przynajmniej w porównaniu do reszty zawartości.

Na pewno duży wpływ na to, że mi się to osobiście podoba jest fakt, że najważniejszym składnikiem grania jest tutaj zdecydowanie Thrash Metal – gatunek, od którego zaczynałem i który darzę specjalnym względem, nawet jeśli wyrosłem na niedobrego maniaka. Jeśli więc chcecie czegoś retro, ale ze sporą aurą tajemniczości i mroku, to jak najbardziej zachęcam – zabawa gwarantowana.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Necrodeath/66524749485
Udostępnij:

17 września 2023

Expulser – The Unholy One [1992]

Expulser - The Unholy One recenzja reviewMam chyba jakąś szemraną wersję (prawdopodobnie bootleg), bo żadnego logo wytwórni, kodu kreskowego, informacji. Są jednak zdjęcia, grafiki, liryki, więc chciałoby się złośliwie rzec, że w sumie wydane lepiej, niż jakbym kupił oficjalną wersję od Cogumelo Records. Jeśli jednak jest to faktycznie pirat, to prawdopodobnie powstał on dlatego, że jest duże zapotrzebowanie na ten album.

A dlaczegóż to, się pytacie? Argumenty stosunkowo banalne do przytoczenia: Brazylia, wczesne lata ’90, a co za tym idzie, autentycznie diabelski Death Metal typu „I.N.R.I.” z dużą domieszką Black/Thrash i łamaną angielszczyzną, w taki sposób, jaki tylko Brazylijczycy potrafią kaleczyć. Jeśli to mało, to warto dodać, że formuła, którą parę lat wcześniej wprowadzili Sarcófago jest tutaj zdecydowanie ulepszona i wzbogacona o bardziej techniczne i tnące riffy.

Expulser stara się mieścić swe utwory w granicach 4 minut, dzięki czemu nie zamęczają słuchacza, a jednocześnie jest dość dużo czasu, aby móc zaprezentować dany koncept w pełni. Poza bardziej (u)znanymi „Praise to the Almighty God”, „Cirrhosis (Let's Get Drunk)”, „The Unholy One”, ja mam jako prywatnego faworyta świetnie sklecony „Christ's Saga”, z niemalże z epickim rozmachem. Grupa zdecydowanie wyrastała na godnych następców swych mistrzów i trochę szkoda, że ich kolejny album (z 2006 r.) był już w zupełnie innym, wręcz studenckim klimacie, choć zapewne wiek i dojrzałość miały na to decydujący wpływ.

Z perspektywy czasu album może się wydawać nieco naiwny i siermiężny w swym monotonnym, obskurnym brzmieniu, dlatego też możliwe, że nie każdemu on spasuje. Ja jednak będę uparcie się trzymał tego, że jest to klasyk, którego jak najbardziej należy zaliczyć do forpoczty wieków minionych.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Expulser-the-fall-of-lust-and-richness/950306578326627
Udostępnij:

5 września 2023

Master – Let's Start A War [2002]

Master - Let's Start A War recenzja reviewAch… Paul Speckmann… Amerykanin, który w nowym milenium przeniósł się do raju na ziemi, czyli do Czech (gdzie sam zamierzam się udać na starość). A wszystko to zaczęło się za sprawą jego zapomnianego projektu z legendarnym Krabathorem, o nazwie Martyr. Współpraca musiała być przyjemna, gdyż kontynuowana była również w macierzystych kapelach – Speckmann brał udział przy tworzeniu „Unfortunately Dead”, jak i „Dissuade Truth”, a panowie z Krabathora (pod dość barwnymi pseudonimami – Ronald Reagan i Harry Truman) pomogli z kolei przy nagrywaniu bohatera dzisiejszej recki, którego zresztą uważam za moją ulubioną płytę w całej dyskografii Master.

Jak ktoś nie wie, to zawsze należy się spodziewać po Speckmannie mieszanki Death/Thrash, czasem wręcz Proto-Death, o zabarwieniu punkowym, choć tutaj nie aż tak wyraziście, jak na następnych krążkach. Powiedzmy natomiast sobie wprost – nasz kochany Pavelek nie stara się jakoś specjalnie różnicować tempa ani wymyślać jakiś wykwintnych riffów. Wręcz przeciwnie, stosuje zasadę – jeden song = jeden motyw. Ale mimo takiej prostoty, materiał ma werwę i szybciutko mija. Czas trwania 39 minut z pewnością w tym pomaga.

Teksty, które notabene jak ulał pasują do świata świeżo po 9/11, są napisane z typową dla Speckmanna finezją. Nie jest to poziom pierwszych płyt, ale wciąż daje radę i mówię to jako osoba, która nie jara się jakoś specjalnie lirykami w ogóle. Przykładowo, powody swojej migracji ze Stanów Paul wyjaśnia dosadnie w standardowo genialnym openerze – „Cast One Vote”.

Master zresztą słynie zresztą z tego (albo powinien słynąć), że otwierające albumy numery zawsze są, jeśli nie hitami, to znakomitymi, miażdżącymi petardami definiującymi klimat. Na pochwałę zasługuje też bardzo swojski cover Nazareth, „Miss Misery”. Zresztą takie „American Freedom”, „Dictators” czy „Command Your Fate” zdarza mi się nieraz słuchać na repeat kilkanaście razy z rzędu.

Jak na mój dyskusyjny i kontrowersyjny gust, to powiedziałbym, że zdecydowanie bardziej preferuję ten album nawet od dwóch pierwszych klasyków Master, zwłaszcza „On the Seventh Day God Created… Master”, który zawsze był dla mnie ciężkostrawny (mam nadzieję, że nikt nie zamierza teraz rzucić w mym kierunku kapciem).

Nie wiem, czy wysoka przebojowość wynikła z nowego składu, nagrywania w lepszym otoczeniu, dojrzałości Paula, większej przerwie wydawniczej*, ale polot i świeżość ma się na „Let’s Start a War” nad wyraz dobrze. Ale można to też tłumaczyć, że czasami tak bywa, że coś nam się podoba ot tak. Jak na niezobowiązującą i mało wyrafinowaną dawkę agresji, to dostajemy zresztą dużo więcej, niż byśmy tego się spodziewali.

*Tak wiem, że była EP-ka z 2001, zawierająca zresztą dwa tracki, które były ponownie nagrane na ten album, ale „Faith is in the Season” wyszło w 1998 r., więc technicznie, minęły 4 lata między pełnograjami, nie czepiajta się.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalna strona: www.speckmetal.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 sierpnia 2023

Toxodeth – Mysteries About Life And Death [1990]

Toxodeth - Mysteries About Life And Death recenzja reviewZ cyklu „stare, ale niekoniecznie jare” odkurzam dla was jednego z pionierów Death Metalu, choć nie tak znany i nie do końca Death Metalowy. Fajnie jest od czasu do czasu popatrzeć jak ten gatunek ewoluował, jak zaczynał i w co mógł potencjalnie się zmienić, gdyby los potoczył się inaczej.

Toxodeth swoje pierwsze nagrania tworzył już w 1985 r. za sprawą dziecka-geniusza, Raula Guzmana, który to miał smykałkę do grania na gitarze i zapragnął zostać meksykańskim Van Halenem. Nieprzypadkowo o tym wspominam, ponieważ stylistycznie mamy do czynienia poniekąd z proto-Death Metalem, zważywszy na styl riffowania, jak i brzmienie które bardziej przypomina Speed Metal, niżli ekstremą, która z niego wyrosła.

Spodziewajcie się też dużej ilości dłuuuugich solówek, które zamiast iść w Slayerowskie ekscesy, prezentują malownicze wojaże w oparciu o neoklasykę. Można spotkać się z porównaniem do Opery, choć to słowo bardziej pasuje do ich drugiej płyty. Ja natomiast słyszę soundtrack do horroru klasy B – dość wspomnieć o początku „Visit of the Dead”, który nawiązuje do słynnego motywu przewodniego „Halloween”, tylko po to, aby pójść w zupełnie inne rejony.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o highlightach – płyta zawiera niemalże słynny „Graveyard”, utwór trwający sześć minut i ani razu nie powtarzający riffów. Ja osobiście wręcz uwielbiam „Doom Predictions” za melodię i za bycie dobrą kwintesencją klimatu płyty i jest to dla mnie jeden z tych utworów, za które kocham Death Metal jako gatunek.

Czy są wady? Niestety, jest ich bardzo wiele. Pomijając produkcję, bo to trudne czasy były, to zespół me zdecydowanie zasadniczy problem – bardzo wysoko i ambitnie mierzą, ale umiejętności muzyków są względnie mówiąc, amatorskie. Owe wspomniane wcześnie solówki jako jedyne zasługują na miano profesjonalnych i naprawdę robią wrażenie, ale też umówmy się, na dłuższą metę męczą, zwłaszcza że są głównym kręgosłupem kompozycji, wokół których osadzają się riffy (co samo w sobie jest ciekawe, nie powiem). Wokalu jest jak na lekarstwo, ale to dobrze, bo trochę niedomaga, jakby facet miał grypkę, a i perkusja nieśmiało próbuje podążać swym rytmem za kolegami. Nie do końca jest też jasne, w jakim kierunku chcą iść, bo niby próbują być ekstremalni, ale mają dużo heavymetalowych naleciałości i jest chęć grania technicznego – trochę się to wszystko rozłazi.

Dlatego też obiektywnie należałoby ocenić całość na 5/10. Z tym że posiadam wersję z dużą ilością demówek (szkoda że nie przyłożyli się do remastera), które niewątpliwie cieszą i pokazują koncept, zamysł i rozwój twórcy, w wyniku czego powstaje przyjemne uczucie „swojskości”, które poprawia humor i pozwala docenić album całościowo. Zresztą, nie jest powiedziane, że muszę słuchać albumu od deski do deski, lepiej jest zapodawać sobie poszczególne tracki w małych ilościach. I chyba tutaj jest klucz do polubienia płyty. Dobrze jest też zastanowić się, co by było, gdyby Death Metal szedł bardziej w kierunku atmosfery i soundtracku (jak również to robiła Necrophagia), niżli umiejętności, techniki i brutalności? Pewnie by wyszedł z tego Black Metal, heh.


ocena: 6,5/10
mutant
Udostępnij:

15 sierpnia 2023

Legion Of The Damned – The Poison Chalice [2023]

Legion Of The Damned - The Poison Chalice recenzja reviewLegion Potępionych jest to zespół od lat działający na scenie niderlandzkiej. Choć powstał w ’92, do 2005 roku działał pod nazwą Occult. Nie mam pojęcia skąd ta zmiana, tym bardziej, że wydali już wtedy 5 albumów. Możliwe, iż sama nazwa zbyt oryginalna nie była. Niemniej jednak w 2005 powstaje Legion of The Damned i prężnie wydaje swoje płyty. Do 2023 posiadają 8 pełniaków (dość dobrze ocenianych) i niemało pomniejszych wydawnictw. Dziś skupimy się na najnowszym dziele Holendrów The Poison Chalice.

Kielich Trucizny zaatakuje nas 10-ma utworami opiewającymi na około 50 minut, czyli całkiem sporo jak na mieszankę death/thrash metalową. Zatem co zaproponują nam weterani, abyśmy przez te niemal 50 minut nie znudzili się? Posłuchajmy!

Otwierający płytę utwór „Saints in Torment” śle nam jasny przekaz, że chłopaki nie będą bawić się w uproszczenia i dziwadła. Atakują narządy słuchu z konkretnym pieprznięciem, jakiego byśmy mogli się spodziewać. Czy jest w tym metoda, czy raczej łubudubu dla napieprzania i nic ponadto? Każdy utwór, choć trzymający się przyjętej konwencji ostrego łupania, nie jest zjadaniem własnego ogona. Dodatkowo elementy thrash’owe pozwalają nieco uwolnić potencjał gitarzysty prowadzącego Fabiana Verweija, dzięki czemu dostajemy przyjemne dla ucha solówki, które oczywiście nie wystrzelą nas z bamboszów, ale są dobrym dodatkiem do utworów. Wszakże coś się dziać musi, aby wypełnić ten czas utworów. Czepiać się mogę natomiast tego, że czasami w niektórych kawałkach powtarzający się refren sztucznie ów czas wydłuża np. drugi utwór „Contamination” i strofa „Killing mankind (…)” powtarza się chyba z 50 razy i zaczyna to nieco męczyć. Trochę podobnie jest z utworem „Retaliation”. Na szczęście nie jest to zasada i w zdecydowanej większości z tych 10 utworów dostajemy porządną dawkę energicznego death/thrash metalu.

Produkcja jest oczywiście na wysokim poziomie, co nie powinno dziwić, kiedy mamy do czynienia z kapelą spod sztandaru Napalm Records. Bądź co bądź nie mogą sobie pozwolić na taką wpadkę.

Podsumowując. Jaki jest ten The Poison Chalice? Jest to solidna dawka death/thrashu, która powinna zadowolić każdego lubiącego tego rodzaju miksy. Nie można jednak powiedzieć, że jest to album wiekopomny czy przełomowy. Dobra rzemieślnicza robota.


ocena: 7/10
Lukas
oficjalna strona: www.legionofthedamned.net



Udostępnij:

10 lipca 2023

Aggressor – Procreate The Petrifactions [1993]

Aggressor - Procreate The Petrifactions recenzja reviewPrzeglądając sobie katalogi płytowe poszczególnych sklepów, bardzo się ucieszyłem jak zobaczyłem re-edycję Procreate the Petrifactions – ta estońska formacja przecierała szlaki na swoim ogródku i robiła to na naprawdę wysokim poziomie, co jest wręcz kuriozalne, jak się poczyta o tym, jakie mieli problemy choćby z kupieniem sprzętu, nie mówiąc już o samodzielnym wyprodukowaniu płyty i innych problemach post-komunistycznego kraju. Efekt końcowy mógłby przyćmić wiele ekip pierwszoligowych, jak choćby Internal Bleeding, którzy też sami sobie zrobili krążek i brzmieniowo wyszła z tego kupa. Dołączone demko jako bonus też bije na głowę wiele szwedzkich, amerykańskich i tym podobnych wysrywów zalewających rynek „re-edycji”. Widocznie trzeba coś naprawdę kochać, jeśli chce się stworzyć coś wielkiego. Ale to taka moja mała dygresją.

Estonia jest krajem historycznie powiązanym z Finlandią i nawet próbowali się oficjalnie podpiąć pod Skandynawię z daremnym skutkiem, ale zarówno brzmieniowo jak i stylistycznie jest im bliżej do innego kraju, który miał na nich przeogromny wpływ, czyli Niemiec.

Utwory są długie (średnio powyżej 5 min.), ale dzięki smacznej mięsistości gitar (porównałbym wręcz do Big Maca) i dobrej produkcji (a tutaj do skrzydełek kurczaka z KFC), nie nudzą ani na jotę. Każdy z instrumentów ma tutaj coś do powiedzenia, nawet bas, który zazwyczaj stanowi tylko tło. Nie dzieje się więc może jakoś dużo, co by was wprawiło w osłupienie, jeśli chodzi o kombinowanie, ale wystarczająco tyle, aby się cieszyć z płynących dźwięków. Jest stety, albo niestety, równy poziom od początku do końca, choć wiem że brzmi to jak banał. Oczywiście, ja mam swoich ulubieńców, ale wyjątkowo ich nie wyjawię, ponieważ jest to kwestia dnia – jednego dnia wolę inny numer, następnego kolejny.

A jest się czym cieszyć, bo można spokojnie to podciągnąć pod pierwszą inwazję Death Metalu, nie tyle ze względu na rok wydania (choć materiał był nagrany już rok wcześniej i wydany jako nielegal), ale również ponieważ ma te wszystkie prawidłowe wzorce, które znamy i kochamy, a które brzmią świeżo, ponieważ na tym etapie powstawania nie było jeszcze marazmu i znudzenia materiałem.

Więc jeśli ktoś uważa, że Death Metal skończył się na 1993 r., a wszystko potem to sraka praptaka, to tym prędzej powinien zapoznać się z powyższym materiałem, bo nie będzie zawiedziony. Jedyne co może zdradzać, że to nie jest Amerykańsko/Niemiecki zespół to naiwne tytuły piosenek jak „Don’t Be So Stupid” (ups, chyba zdradziłem swojego faworyta niechcący). W każdym bądź razie, esencja tej recenzji sprowadza się do tego, że jak najbardziej warto sobie puścić stuff, nawet jeśli moje argumenty mogą się wydawać wam słabe. Ale wierzę w was, że sobie to ładnie wyguglacie i sprawdzicie.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialaggressor/
Udostępnij:

22 czerwca 2023

Kat & Roman Kostrzewski – Popiór [2019]

Kat & Roman Kostrzewski - Popiór recenzja reviewCzas nie oszczędza nikogo ani niczego, a dla „Biało-czarnej” okazał się wyjątkowo niełaskawy – debiutancki album Kata i Romana Kostrzewskiego zestarzał się bardzo szybko, w dodatku w niezbyt atrakcyjny sposób. Każdy kolejny rok tylko uwypuklał jego bolączki, odbierając ochotę do kolejnych przesłuchań, zaś na jego następcę, który mógłby trochę zamazać to wrażenie, długo się nie zanosiło. Wreszcie po ośmiu latach, kilku chybionych projektach-zapchajdziurach i paru niezwykle istotnych zmianach w składzie pojawił się Popiór, którego wydaniu towarzyszyły pewne kontrowersje. Jako że gównoburze są naszą Specjalnością Narodową, to nikogo nie powinno dziwić, że w sztucznie wywołanym zamieszaniu gdzieś na dalszy plan zeszła sama muzyka. Muzyka, która tym razem powinna na dłużej pozostać w pamięci.

Popiór do tego stopnia różni się od „Biało-czarnej”, że mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że — oprócz wokalu i klimatu w spokojniejszych partiach — nie ma z nią za dużo wspólnego. Nowe oblicze Kata i Romana Kostrzewskiego jest bardziej zwarte (41 minut zamiast godziny), dynamiczne, wyraziste, spójne i bogato zaaranżowane, a brzmi czysto (sterylnie?), selektywnie i stosunkowo nowocześnie. Ma to oczywiście związek z nowymi ludźmi, którzy wnieśli do zespołu świeże spojrzenie i świetne umiejętności. Co zaskakujące (i jak się później okazało – konfliktogenne), to właśnie debiutujący w składzie Jacek Hiro, do spółki z Romanem, jest autorem całego materiału, natomiast Krzysztof Pistelok, który wcześniej miał spory wpływ na muzykę, tym razem dorzucił jedynie kilka solówek.

Zespół znacząco zwiększył swój potencjał, otworzyły się przed nim nowe możliwości, więc należy docenić, że miał także dość odwagi, żeby przynajmniej z części z nich skorzystać. Stąd też Popiór jest albumem szybszym i bardziej technicznym od poprzednika, mniej schematycznym, z wieloma fajnie przemyślanymi zmianami tempa i porządną dawką gitarowego czesania. Do mnie szczególnie mocno przemawiają nawiązania do zawijasów z „Bastarda” („Baba zakonna”, „Głowy w dół spuszczone”, „Dali na msze”), zgrabnie powplatane solówki oraz wybuchy konkretnej thrash’owej młócki („Tarło”, „Baba zakonna”), z którą Irek Loth mógłby już mieć problemy. Ponadto cieszy mnie, że grupa uniknęła dłużyzn, których na „Biało-czarnej” było stanowczo zbyt wiele. Muzyka jest zagrana z głową, dzieje się w niej sporo i ogólnie jest dobrze, naprawdę dobrze, choć ja pewnie ograniczyłbym akustyczne partie — choć są ładne — żeby utwory szybciej nabierały właściwych „metalowych” kształtów.

Wokale Romana są stosunkowo urozmaicone i sprawnie wykonane, ale niestety słychać w nich wysiłek i zmęczenie materiału. Niskie pomruki, przeciągnięte jęknięcia i inne „klimatoroby” nie są w stanie odwrócić uwagi od tego, że tam, gdzie trzeba przycisnąć, brakuje mu pałera i dawnej zadziorności. Cóż, możliwe, że dał z siebie wszystko i starczyło tylko na tyle. Kostrzewski do jakiegoś stopnia nadrobił to w tekstach, w charakterystyczny sposób bawiąc się brzmieniem słów i ich znaczeniami – liryki są ciekawie/oryginalnie skonstruowane, co jednak wcale nie czyni ich łatwiejszymi w odbiorze.

Popiór to naprawdę udany materiał — inny i na pewno bardziej strawny od debiutu — którym zespół udowodnił, że czasem warto pozwolić sobie na trochę więcej swobody i otwartości w komponowaniu, że nie trzeba się kurczowo trzymać rozwiązań, do których fani się przyzwyczaili i których oczekują, a i tak będzie fajnie.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/KATandRomanKostrzewski/

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:




Udostępnij:

10 czerwca 2023

Dragon – Horda Goga [1989]

Dragon - Horda Goga recenzja reviewDawno temu, gdy internet był w powijakach, były (a czasem wciąż są) niektóre stronki internetowe, co to wrzucały nieraz pełne albumy w kiepskiej jakości. Czy ktoś pamięta taki format pliku „.rm”? Było to coś wręcz okropnego, ale właśnie w takiej wersji usłyszałem po raz pierwszy ten klasyk. I była to niestety angielska wersja z Kupczykiem na wokalu, o której szkoda słów, bo efekt końcowy wyszedł tragicznie.

Bo oryginalna wersja zaśpiewana przez Marka po polsku miała dokładnie to, co sprawia, że dobre instrumentarium jest podnoszone na wyższy poziom – charyzmę, siłę, moc, pomysł na siebie oraz pewną dozę diabelstwa, co może nieco stać w sprzeczności z przesłaniem Dragona, ale pomińmy może tą kwestię.

Wydani przez badziewną wytwórnię, której nie warto wymieniać z nazwy, a której szefu robił wszystko, aby zniszczyć scenę Metalową w Polsce, zespół nagrał stylistycznie wczesny Death/Thrash (bardziej to drugie), charakterystyczny dla roku 1987. I jest to dla mnie zdecydowanie jedna z najważniejszych płyt, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałem. Nie ocalał nikt.

Techniczne, precyzyjne, ostre jak brzytwa gitary. Genialne, unikatowe motywy, które wg mnie przeszły do historii (a jeśli nie, to zdecydowanie powinny). Zwłaszcza pierwsza połowa płyty to jest potężny cios za ciosem niebanalnych i konkretnie rozbudowanych kompozycji, co zdarza się tylko najlepszym zespołom. Zapewniam was, że jak je raz usłyszycie, to będziecie je pamiętać aż do końca życia, nawet jeśli dostaniecie Alzheimera. I tak w sumie, to nie ma co się rozpisywać bardziej – po prostu pełna klasa kompozycyjna, mało komu dostępna.

Wielka tylko szkoda, że nie nagrano na ten album ponownie „Demonów Wojny”, bo wg mnie był to chyba najlepszy utwór Dragona wszechczasów, ale nie można mieć wszystkiego. Generalnie pierwsze 4 płyty tej formacji należy jak najbardziej znać na pamięć, z naciskiem na pierwsze dwie.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/DragonPolska
Udostępnij:

4 czerwca 2023

Hellwitch – Annihilational Intercention [2023]

Hellwitch - Annihilational Intercention recenzja reviewCzy Hellwitch to najbardziej leniwy i zarazem konsekwentny zespół w dziejach death/thrash’u? Nawet jeśli nie — w co ja szczerze wątpię, a o czym wy zaraz się przekonacie — to przypuszczam, że spokojnie łapią się do pierwszej trojki. Po bagatela 14 latach Amerykanie poszerzyli swój skromny katalog o płytę numer trzy. Mimo iż zawartość albumu jest hmm… kontrowersyjna i wywołuje dość ambiwalentne uczucia, Annihilational Intercention warto poświęcić przynajmniej kilka przesłuchań, zanim zespół ponownie zamilknie na dekadę z okładem albo w ogóle rozpadnie się w cholerę.

Co nie powinno zaskakiwać, Annihilational Intercention jest utrzymany w stylu, który Hellwitch wymyślili sobie w latach 80. i który później tylko delikatnie modyfikowali, zwykle dostosowując go do aktualnych możliwości studiów nagraniowych. Wszystkie elementy, które znamy z „Syzygial Miscreancy” czy „Omnipotent Convocation” — a więc m.in. techniczne szaleństwo, gęste struktury, gwałtowne zmiany tempa, maksymalna intensywność, feeling, piskliwe wokale — występują także i na tym krążku, w dodatku w bardzo podobnym kształcie i proporcjach. Amerykanie mieszają (techniczny) death i thrash w sposób niepodrabialny i charakterystyczny tylko dla siebie – nie można ich z nikim pomylić.

Osobną kwestią jest to, że w zasadzie zespół stoi w miejscu – po (wieeelu) latach takie granie nie jest ani nowatorskie, ani szokujące, no i nie ma dawnej świeżości, choć wciąż potrafi dostarczyć sporo radochy. Zresztą jak tu pisać o czymś nowatorskim, kiedy połowa Annihilational Intercention to poddane delikatnemu liftingowi stare kawałki sięgające nawet 1986 roku? Brzmią oczywiście spoko i wraz z nowymi (albo wcześniej niewydanymi – kto ich tam wie) utworami tworzą zadziwiająco spójną całość, ale pozostawiają też pewien niesmak i prowokują pytania o sens wydawania takiej ni to płyty, ni kompilacji. Równie dobrze Hellwitch mogli zrobić epkę wyłącznie z nowym materiałem – może i bez otoczki „wielkiego powrotu”, ale za to uczciwie.

Słucha się tego naprawdę dobrze, głównie ze względu na styl i wspomnianą spójność (zgrzyty pojawiają się tylko w „Anthropophagi” – zabawy w klimat im nie wychodzą). Poza tym muzycy Hellwitch potrafią pisać kawałki, które rozsadza energia, są ciekawie zaaranżowane, zawierają masę wpadających w ucho fragmentów i, tak jak „Torture Chamber”, nie nudzą się nawet po setkach przesłuchań.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.hellwitch.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

1 czerwca 2023

Goatwhore – Vengeful Ascension [2017]

Goatwhore - Vengeful Ascension recenzja reviewSwego czasu miałem sobie grypkę (zwyczajną, żadne modne wirusy) i tak sobie wieczorkiem leżałem i nic mi się nie chciało robić. Postanowiłem więc, jak każdy inny normalny człowiek w mojej sytuacji, puścić sobie coś na wieży. Wyboru możecie się chyba domyśleć.

I tak słuchając sobie muzyki, pozwoliłem jej sobie wejść w siebie w pełni. Na swej już siódmej płycie, Goatwhore w logiczny sposób ewoluuje swoje brzmienie w kierunku grania zdecydowanie bardziej efemerycznego, ze sporą dozą mistycyzmu, czy też okultystycznego rytuału. Jak zwał tak zwał. Muzyka brzmi jak bezkresny, ale wzburzony ocean, w którym można się utopić bez pamięci, jeśli się tylko na to pozwoli.

Perkusja gra różne rytmy, częściej mniej efektowne, ale za to skomplikowane. Lubi też sobie czasem poblastować (jak np. w „Those Who Denied God's Will”), ale jeśli chodzi o miks, to jest niestety trochę za bardzo schowana do tyłu, tak aby nie przeszkadzać gitarom, które grają zdecydowanie pierwsze skrzypce i dominują nad wszystkim innym. Tytułowy numer dobrze odzwierciedla całokształt, nawet polecam na chwile przerwać czytanie recki i sobie go najzwyczajniej w świecie puścić.

A same gitary, jakby tak się w nie wsłuchać, grają stosunkowo… Hard Rockowo? Najlepszym przykładem niech będzie „Mankind Will Have No Mercy” (notabene mój ulubiony numer z płyty). Wydawać to może się śmieszne, bo w niczym nie chcę ujmować zacięcia Metalowego, ale słychać na jakich kapelach członkowie grupy się wychowali. Muzyka ma dużo przekonania i zaangażowania w sobie. Grupa jednocześnie potrafi grać tak, aby wciągnąć słuchacza w poszczególne kompozycje na dłużej, a jednocześnie nie brakuje im intensywności i przekonania, z jakim grają riffy.

I tak też się zacząłem trochę zastanawiać – na ile to, że nigdzie się nie spiesząc, nie goniąc, na spokojnie wchłaniając poszczególne dźwięki i pozwalając im dotrzeć bezwolna do mojej psychiki, że na ile miało to wpływ na mój bardzo pozytywny odbiór całości. W czasach, kiedy jesteśmy zagonieni, gdzie nie jesteśmy w stanie poświęcić należytego czasu poszczególnym sprawom, jak np. słuchaniu swych płyt, bardzo wiele ważnych rzeczy nam umyka i nie dajemy sobie szansy docenić. Vengeful Ascension przeszło bez większego entuzjazmu. Owszem, doceniono solidność i rzemiosło, ale chyba też mało komu chciało się głębiej wgryźć.

To nie znaczy, że jest to jakaś mega skomplikowana sztuka. Ale jednocześnie, żeby coś dobrze poznać, trzeba jednak odrobiny wysiłku. Dlatego tak często zadajemy sobie to pytanie i dlatego też ja i inni recenzenci piszemy słowa takie jak powyższe – aby utwierdzić was w przekonaniu, że warto, jak każdą płytę, nawet jeśli uznacie ją kiepską. W końcu jest to wasza przyjemność, wasze doznanie.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/thegoat666

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 maja 2023

Metallica – 72 Seasons [2023]

Metallica - 72 Seasons recenzja reviewZaprawdę powiadam wam: spieszcie się słuchać 72 Seasons zanim szum medialny wokół tej płyty się skończy i wszyscy o niej zapomną w cholerę! Nie to, żebym jakoś gorąco zachęcał do zapoznania się z jedenastym longiem Metallicy, bo to by było nadużycie z mojej strony. Chodzi o to, że jeśli w okresie „miesiąca miodowego” nie skorzystacie z okazji, później możecie nie znaleźć w sobie dość samozaparcia, żeby w ogóle podejść do tego materiału, a mowa przecież o długim, grubo ciosanym klocku. Klocku, który razem z paroma innymi klockami łapie się do dolnej połowy metallicowej tabeli.

Pod względem stylu muzyka nie odbiega znacząco od tej z „Hardwired… To Self-Destruct” — co oznacza niespecjalnie spójny mariaż naiwnych thrash’owych riffów sprzed 40 lat ze stonerami i zamulaniem aż za dobrze znanymi z „Load”/„ReLoad” — jednak jest bardziej schematyczna, odtwórcza i na pewno nie ma takiej wyrazistości. Choć większość kawałków ma swój odpowiednik (pierwowzór?) na poprzedniej płycie, to z 72 Seasons trudno wytypować jakiś ewidentny hit i pewniak koncertowy, bo żaden w całości nie jest na tyle udany, żeby się go chciało słuchać do upadłego. Najlepiej wypadają co żwawsze fragmenty „Room Of Mirrors” (chyba najlepszy w zestawie), utworu tytułowego, „Lux Æterna” (na tle innych to wręcz petarda) czy wyjątkowo melodyjne refreny „Shadows Follow”, „If Darkness Had A Son” i „Chasing Light”, ale – to tylko fragmenty. Zresztą, czy którykolwiek z nich mógłby wskoczyć do setlisty kosztem czegoś z „Ride The Lightning” czy „…And Justice For All”? Patrząc logicznie i zdroworozsądkowo – nie; patrząc praktycznie i niestety też zdroworozsądkowo – tak, za te, które Ulrich najmocniej kaleczy.

Chociaż 72 Seasons to najbardziej zespołowe dzieło Metallicy od lat — bo Trujillo (słychać go, słychać!) i Hammett dorzucili tu swoje kompozytorskie trzy centy — to w ogóle nie ma to przełożenia na różnorodność czy świeżość materiału. Album jest niemal identyczny objętościowo co „Hardwired… To Self-Destruct” (12 kawałków w 77 minut), jednak pod względem ilości pomysłów wypada wyraźnie skromniej, co oznacza więcej powtórzeń i powtórzeń powtórzeń i powtórzeń powtórzeń powtórzeń… Może i moje podejście do tematu jest naiwne, ale wydaje mi się, że jak się ma patentów (w dodatku nie rewelacyjnych) na 3 minuty, to nie powinno się z nich robić 6-7 ani tym bardziej 11-minutowych tasiemców. Tej monotonnej mielonki w żaden sposób nie urozmaicają solówki Hammetta, bo tym razem zagrał zupełnie bez polotu – takie „random Hammett noises”, które niczym się od siebie nie różnią i wszędzie pasują/nie pasują tak samo. Ot zapchajdziury, żeby nikt nie jojczył, że nie ma solówek. Rezultat jest taki, że część utworów — „Sleepwalk My Life Away”, „You Must Burn!” (jeśli to miało być nawiązanie do „Sad But True”, to wyszło raczej „sad” niż „true”), „Crown Of Barbed Wire” — nie ma nawet przebłysków, a w kupie trzyma je wyłącznie nienaganny wokal Hetfielda, któremu kolejne odwyki niestraszne.

Czy ktoś to przyjmuje do wiadomości, czy nie, Metallica wyżej 72 Seasons nie podskoczy, będzie już tylko gorzej i zaklinanie rzeczywistości w niczym tu nie pomoże. W tym momencie stać ich tylko na przeciętne, wtórne płyty i nie można mieć im tego za złe, taka po prostu jest kolej rzeczy. Jednocześnie jestem pewien, że dopóki Ulrich będzie w stanie trafić w werbel bez posiłkowania się namierzaniem z satelity, będą powstawały kolejne „powroty do thrash’owych korzeni”.


ocena: 6/10
demo
oficjalna strona: metallica.com

inne płyty tego wykonawcy:
























Udostępnij: