27 stycznia 2017

Obscenity – Retaliation [2016]

Obscenity - Retaliation recenzja okładka review coverByłem święcie przekonany — choć tak naprawdę nie wiem, na jakiej podstawie — że Obscenity już od dawna zżerają robaki. Okazuje się jednak, że zespół trzyma się całkiem dzielnie, mimo iż ciągle nie donosi znaczących/dostrzegalnych sukcesów. I chociaż "Retaliation" niczego w karierze Niemców już nie zmieni, potwierdza ich mocną pozycję na death metalowej mapie Europy. Oczywiście mam tu na myśli poziom drugiej ligi, ponad którą Obscenity nigdy nie mieli szczęścia awansować. Na plus trzeba im zapisać, że swoją postawą i wytrwałością osiągnęli status bardzo solidnej, odpornej na trendy firmy, na której fan brutalnej sieczki zawsze może polegać. Tak jest i tym razem. "Retaliation" to kawał porządnego death metalu w stylu, do którego niemieccy weterani już nas przyzwyczaili – po prostu klasyka w ich wykonaniu. Muzyka jest zatem nienagannie zagrana i wyprodukowana, choć pozbawiona finezyjnych rozwiązań (no, może z wyjątkiem niektórych solówek) i zadziwiających zwrotów akcji. Obscenity pozostają wierni tradycji i sprawdzonym patentom, toteż "Retaliation" właściwie nijak ma się do tego, co wyczyniają współczesne kapele. Progresja, technika z kosmosu i symfoniczny rozmach? To pojęcia raczej nieznane tym Niemcom. Mam nawet wątpliwości, czy oni w ogóle wiedzą o istnieniu innych gitar niż sześciostrunowe... Stąd też łatwo oskarżyć Obscenity o wtórność, przewidywalność i kompletny brak rozwoju, co przy dziewiątym albumie studyjnym może już być kłopotliwe dla wymagającego odbiorcy. Nie będę wam wciskał, że nie ma w tym odrobiny racji, ale jestem przekonany, że zarówno zespół jak i jego najwytrwalsi fani takie zarzuty mają głęboko w dupach. Tu chodzi o porządny, nieskażony obcymi wpływami death metal, w którym wszystko — czyli w skrócie konkretna dawka brutalności — jest na swoim miejscu. Szczerość przekazu rekompensuje tu brak zaskakujących rozwiązań – jeśli dla kogoś to za mało, uciech może szukać na płytach Allegaeon.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Obscenity.Official
Udostępnij:

21 stycznia 2017

Mercyless – Pathetic Divinity [2016]

Mercyless - Pathetic Divinity recenzja okładka review coverPrzy okazji wydanego w 2013 roku "Unholy Black Splendor" wielu fanów klasycznego death metalu zachodziło w głowę, czy powrót Mercyless to tylko jednorazowy wybryk z opcją szybkiego zarobku czy też może coś poważniejszego, dającego nadzieje na jeszcze więcej klasowej muzyki. Po premierze "Pathetic Divinity" wszystko stało się jasne. Wiecznie niedoceniani Francuzi przyjebali z grubej rury, potwierdzając tym samym bardzo wysoką formę i całkowite oderwanie od współczesnych trendów. Co ciekawe, w ich przypadku powrót do korzeni oznacza ogólnie powrót do korzeni gatunku, nie zaś tylko do własnych, czyli bezpośrednio do klimatów "Abject Offerings" i "Coloured Funeral". Nie żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, co to to nie – w takim obskurnym i wulgarnym graniu Mercyless wypadają nad wyraz (zadziwiająco?) wiarygodnie. Nic złego jednak by się nie stało, gdyby Francuzi dorzucili trochę nieszablonowych pomysłów i technicznych zawiasów na poziomie wspomnianych już płyt. Tymczasem ponadprzeciętne umiejętności muzyków dają o sobie znać tylko w zagranych z wyczuciem — i trzeba dodać, że bardzo udanych — solówkach. Zawsze to coś. Pozbawiony lukru "Pathetic Divinity" to podręcznikowy przykład na to, jak w XXI wieku być kompletnie nie na czasie: mocno zanieczyszczone brzmienie, obleśny wokal, przestarzałe struktury i prosty antychrześcijański przekaz. Do mnie przemawia to z ogromną łatwością! Tym bardziej, że mamy tu prawdziwe zatrzęsienie super chwytliwych riffów w najlepszej europejskiej tradycji Pestilence, Bolt Thrower czy Grave oraz bezecnych refrenów (choćby w 'My Name Is Legion' czy 'Left to Rot'), które podłapuje się już przy pierwszym przesłuchaniu. Ponadto "Pathetic Divinity" imponuje dużym zróżnicowaniem tempa i przede wszystkim zajebistą motoryką, dzięki której głowa nie przestaje się kiwać przez bite 31 minut (tylko tyle zostaje po okrojeniu z intra i outra). Zgaduję w ciemno, że te kawałki muszą się doskonale sprawdzać na żywo. Dla najbardziej czujnych fanów Mercyless Kaotoxin, tradycyjnie już dla siebie, przygotował niezłą niespodziankę – do pierwszego nakładu dorzucono bowiem bonusowy dysk z trzema kawałkami ze splitu "Blast From The Past". Ponoć jest to wynik błędu w produkcji (na odwrocie digisleeve’a uwzględniono te utwory w trackliście), ale mnie to akurat pasuje, bo dzięki temu zachowano spójność nowego materiału. Z dodatkiem czy bez, za "Pathetic Divinity" warto się rozejrzeć, bo to najlepszy oldskulowy ochłap, jaki wyszedł w 2016 roku.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mercylesscult

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 stycznia 2017

Christ Agony – Legacy [2016]

Christ Agony - Legacy recenzja okładka review coverJeśli wydawca sam ładuje na front płyty naklejkę z tekstem "powrót do wysokiej formy", to wiedz, że coś się dzieje! A dzieje się źle. Niestety, "Legacy" nie jest ani kolejnym bardzo dobrym krążkiem Christ Agony, ani — jak niektórzy sugerują — nawiązaniem do najlepszych tradycji Trylogii, ani też materiałem wnoszącym cokolwiek nowego do dorobku grupy. Muzyka z tej przydługiej (nie przydługiej, tylko nudnawej – jak sam siebie poprawiam) płyty w zasadzie w niczym nie odbiega od tej znanej z "Nocturn" (weźcie pod uwagę, iż dzieli je pięć długich lat), może z wyjątkiem tego, że więcej w niej jednoznacznych odniesień do "Darkside", bo tak ogólnie jest jeszcze bardziej schematyczna, przewidywalna i odtwórcza. Wałkowanie w kółko tych samych oklepanych motywów znudzi się w końcu każdemu, więc i ja powoli zaczynam wymiękać, słysząc po raz kolejny cięcia gitar a’la 'Diaboli Necronasti' czy 'Devilish Sad'. To było rajcowne jeszcze kilkanaście lat temu, ale od tamtego czasu te (zbyt) mocno eksploatowane patenty po prostu się zestarzały, straciły dawną magię i nieprzyjemnie drażnią ucho. Co z tego, że w każdym utworze trafiają udane i ciekawe riffy (czasem nawet więcej niż jeden), skoro reszta balansuje na granicy autoplagiatu i rodzi uzasadnione pytania o sens nagrywania czegoś takiego. Wszechobecna monotonia wynika także z tego, że Ceza ponownie źle dobrał perkusistę – Daray, podobnie jak Inferno, nie za bardzo odnajduje się w wolnym graniu i całą jego ideę sprowadza do klepania prostych i niezbyt urozmaiconych rytmów. A wystarczyło tylko uważnie posłuchać debiutu Union... Konfrontując "Legacy" z moją listą uwag i zażaleń zawartych w recce "Black Blood", na plus jestem w stanie odnotować jedynie nieznaczną, naprawdę minimalną poprawę brzmienia, bo skład pozostał dwuosobowy (w dodatku studyjny), 'Black Blood Ov The Universe' i 'Coronation' powtórzono z tejże epki, a o nowalijkach i wartości artystycznej wspomniałem już wyżej. Jedynym zaskakującym elementem na "Legacy" jest tajemniczy utwór numer osiem (zalatuje "Darkside" na kilometr), i to tylko dlatego, że nie uwzględniono go nawet na okładce (a propos oprawy graficznej – Gustave Doré w grobie się przewraca, znowu...). Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek chciał jak najszybciej odfajkować płytę z muzyką Cezara, tym razem było niestety inaczej. Coś mi się wydaje, że czasy, kiedy w ciemno kupowałem każde wydawnictwo z logo Christ Agony, powoli się kończą.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 stycznia 2017

Murder Made God – Enslaved [2016]

Murder Made God - Enslaved recenzja okładka review coverDebiutancki album Murder Made God spotkał się z dość chłodnym przyjęciem, toteż nic dziwnego, że przy okazji prac nad kolejnym materiałem Grecy byli już bardziej czujni i pilnowali się, by nie powtarzać tych samych błędów. Wysiłek zdecydowanie się opłacił, bo "Enslaved" jest materiałem dużo lepszym od poprzednika, mimo iż utrzymanym w tym samym stylu. Takim krążkiem panowie na pewno poprawią swoje notowania u fanów szybkiego i stosunkowo brutalnego death metalu, choć nie jestem przekonany, że trafią do tych, na których akurat najbardziej im zależy. Coś mi bowiem podpowiada, że Murder Made God najchętniej widzieliby się w towarzystwie takich kapel jak Origin, Brain Drill, Unfathomable Ruination czy Abnormality — czyli technicznych rzeźników — jednak ich muzyka, po rozłożeniu na czynniki pierwsze, budzi nieco inne skojarzenia. Mnie w czasie lektury "Enslaved" przed oczami stają przede wszystkim dwie nazwy: Mass Infection oraz Man Must Die. Pierwsza ma związek z wysuniętą do przodu perkusją i tempami osiąganymi przez Tolisa. Album jest szybki, momentami nawet bardzo szybki — i ta intensywność oczywiście może się podobać — jednak pod względem dynamiki plasuje się przynajmniej poziom niżej niż ostatnie płyty ich rodaków. Mimo wszystko perkman ma potencjał i może się w przyszłości fajnie rozwinąć. Ze Szkotami bohaterów recenzji łączy natomiast nadspodziewanie duża melodyjność, podobny schemat konstruowania riffów oraz fakt, że obie kapele starają się sprawiać wrażenie bardziej ekstremalnych niż są w rzeczywistości. Aby zyskać na upragnionej wyziewności, Grecy powinni na początek pozbyć się wszystkich cuchnących deathcore’m naleciałości – powtarzalnych breakdownów i prostych rwanych riffów, bo to środki prowadzące donikąd. Jest jeszcze jedna kwestia, która oddala Murder Made God od Origin i pochodnych – nie są aż tak techniczni, jak im się wydaje. Niemniej jednak nawet bez instrumentalnej ekwilibrystyki "Enslaved" jest albumem mocnym i treściwym, a przy okazji dostatecznie lekkim w odbiorze, żeby raz na jakiś czas użyć go do wybudzania sąsiadów z poobiedniej drzemki.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/mmgofficial

podobne płyty:

Udostępnij:

3 stycznia 2017

Carnophage – Monument [2016]

Carnophage - Monument recenzja okładka review coverJak na moje ucho, Carnophage trafili pod skrzydła Unique Leader tylko i wyłącznie na zasadzie egzotycznej ciekawostki, bo debiutancki "Deformed Future//Genetic Nightmare" nie zawierał niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób wyróżniać ten zespół na tle innych. Ot, płyta jakich wiele – poprawnie zagrany hałas w amerykańskim stylu. Po ośmiu latach przerwy tureckie komando uderzyło po raz drugi z albumem buńczucznie zatytułowanym "Monument". Sprawdziłem go dla zasady... i zostałem wgnieciony w podłoże! Takiego skoku jakościowego absolutnie się po nich nie spodziewałem, nie podejrzewałem ich także o tak imponujące umiejętności. Panowie odczuwalnie poprawili brzmienie i technikę, ale przede wszystkim nabrali świadomości tego, co chcą grać i rozwinęli się w zajebiście dla nich odpowiednim kierunku. "Monument" to mocno zakręcona nowoczesna deah metalowa jazda, która właściwie daje zespołowi miejsce w czołówce takiego grania. Fani Odious Mortem, Posthumous Blasphemer, Severed Savior czy Deeds Of Flesh już powinni sięgać do portfela, bo kasa wydana na ten krążek na pewno nie będzie się nikomu śniła po nocach. Carnophage prezentują tutaj poziom wyżej wymienionych kapel — więc ogólnie wiadomo, czego można po nich oczekiwać — a przy okazji starają się dodać coś od siebie, co zapewni im trochę oryginalności. Tym czymś, jak mi się wydaje, jest śmielsze inkorporowanie wolniejszych i bardziej melodyjnych partii. Żaden to slam, żadne pitu-pitu – Carnophage po prostu nie pędzą na złamanie karku przez całą płytę, tylko zostawiają między dźwiękami odrobinę powietrza, przygotowując tym samym słuchacza na kolejny zmasowany atak. Nie doszukiwałbym się w tym na siłę klimatu, ale dzięki takim zabiegom "Monument" brzmi świeżo i dynamicznie, nie zatracając przy tym naturalnej brutalności. Turcy osiągnęli już taki pułap zajebistości, że nie muszą nikomu udowadniać na co ich stać, więc skupiają się na egoistycznym graniu tego, na co mają ochotę. A że jest to wysokiej klasy techniczny death metal, to nie ma co narzekać. Mnie w każdym razie kupili bez trudu.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/CARNOPHAGE/9765924066

podobne płyty:

Udostępnij: