Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1996. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1996. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2015

Morbid Angel – Entangled In Chaos [1996]

Morbid Angel - Entangled In Chaos recenzja okładka review coverWiadomo, jak to jest z największymi – zawsze muszą być w czymś pierwsi, muszą przecierać szlaki, dawać niezbite świadectwo swojej zajebistości i robić za punkt odniesienia tym gorszym/biedniejszym. Nawet w tak, zdawać by się mogło, błahych sprawach jak płyta koncertowa. U Morbid Angel pretekstem do potwierdzenia statusu liderów gatunku było podsumowanie ogromnej trasy promującej "Domination". Z tej to okazji wydali sobie koncertówkę. Równie dobrze mogli zrobić barbekiu w ogródku Trey’a, nawalić się do nieprzytomności jakimiś amerykańskimi sikami i zapolować na świstaki – wkład w rozwój death metalu byłby ten sam. Płyta w takim kształcie, w jakim pchnięto ją do ludzi, po prostu mija się z celem, choć trudno mi jednoznacznie osądzić, czy dlatego, że zespół się do niej nie przyłożył, czy też przyłożył się aż za bardzo. Ta koncertowość "Entangled In Chaos", o którą się rozchodzi, jest jakaś nienamacalna, krążek nie ma za grosz klimatu prawdziwego występu, zupełnie nie porywa, wokale Vincenta to bieda, a skromność setlisty (11 kawałków w niecałe 40 minut!) tylko wkurwia niepoważnym traktowaniem odbiorcy. Takie to wszystko sztuczne, plastikowe, ładnie wyczyszczone, sprytnie wyedytowane... album brzmi jak nagrane na setkę demo, do którego ktoś dla zachowania pozorów (i w dodatku na siłę) dokleił kilkanaście sekund odgłosów niezbyt entuzjastycznie reagującej publiki. Nie ma tu żadnego haczyka, który sprawiałby, że do "Entangled In Chaos" chciałoby się wracać częściej niż raz na kilka lat, a co gorsze – w ogóle zobaczyć Morbid Angel na żywo. Dobrze chociaż, że to wrażenie można wyprostować sobie bootlegami.


ocena: 6/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

5 maja 2014

Napalm Death – Diatribes [1996]

Napalm Death - Diatribes recenzja okładka review coverNa "Diatribes" Napalmy się sprzedali, skurwili, dali dupy, wymiękli, i tak dalej, i tak dalej... Po grindzie nie ma ani śladu, z death metalu niewiele zostało. Ogólnie: lajcik, sofick, niemal pitolonko. No ale słucha się tego całkiem przyjemnie. Przynajmniej mnie ta płytka wchodzi znacznie lepiej niż ewidentnie wymęczony "Fear, Emptiness, Despair" – jest zwarta, urozmaicona, dynamiczna, brzmi naturalnie, nie zalatuje kompozytorskim niezdecydowaniem, a do tego łatwo wpada w ucho. Innymi słowy: skoczny materiał w sam raz na koncerty. Kontrowersyjna i nazbyt rozdmuchana eksperymentalność tego albumu wynika przede wszystkim ze znudzenia muzyków poprzednią formułą (jak się napierdalało przez dziesięć lat, to jakaś forma odmiany zawsze się przyda) oraz chęci ostatecznego udowodnienia niedowiarkom, że potrafią... grać. Stąd też drastyczne zwolnienie obrotów, bardziej rozbudowane struktury, więcej nietypowych riffów, częstsze zmiany tempa i gro patentów o pozametalowej/core’owej proweniencji. Brytole nie raz i nie dwa zapędzają się także w dziwaczne rejony, bliskie temu, co na "Feel Sorry For The Fanatic" zrobił Morgoth (choć całościowo szósta płyta Napalmów wypada ostrzej), a to już daje pewne pojęcie o tym, jak daleko poniosło naszych milusińskich. Żeby mieć choć trochę radochy z "Diatribes" i odebrać ten krążek w miarę poprawnie, trzeba podejść doń spokojnie, bez uprzedzeń i z otwartą głową – wtedy będzie z górki, a wychwycenie kilku rajcownych kawałków zajmie góra dwa-trzy przesłuchania. Ta przyswajalność nie oznacza jednak, że materiał jest jakoś wyjątkowo melodyjny – bo nie jest. Chodzi bardziej o niesprecyzowanie "coś", co na pewno posiadają numery pokroju 'Greed Killing', 'Cold Forgiveness', 'Dogma', 'Diatribes', które potrafią rozkręcić słuchacza równie dobrze jak starsze killery, ale czynią to nieco inaczej. O sile tych kawałków świadczy również to, że nawet Barney, któremu taka stylistyka zupełnie nie pasowała, zawsze chętnie wykonywał je na koncertach. Najwyraźniej nie taka inność straszna, jak ją demonizują.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

5 sierpnia 2012

Christ Agony – Moonlight – Act III [1996]

Christ Agony - Moonlight – Act III recenzja okładka review coverZwieńczenie nieświętej trylogii okazało się największym sukcesem komercyjnym — oraz nielichym artystycznym — Cezara i spółki, co zresztą zostało zacnie spuentowane europejską trasą. Nie mogło być inaczej, bo z jednej strony "Moonlight" kontynuuje i rozwija idee zapoczątkowane na "Unholyunion" (a głębiej – jeszcze na demówkach), a z drugiej stanowi solidny powiew świeżości – tak w twórczości zespołu, jak i na szeroko rozumianej blackowej scenie. Christ Agony poszli tu niejako pod prąd obowiązującym wówczas trendom i zamiast skrajnie prymitywnej, nędznie brzmiącej i pozbawionej głębszej myśli norweszczyzny dostarczyli fanom monumentalne, rozbudowane i zachwycające w każdym elemencie dzieło. Spójne, dogłębnie przemyślane i doskonale zbalansowane. Na trzecim krążku olsztyńskiej ekipy muzyka stała się ostrzejsza (a przynajmniej szybsza) i bardziej intensywna, ale taki efekt uzyskano w wysublimowany sposób, bo przy okazji zyskała też na przystępności i dynamice. Utworów ponownie jest tylko sześć i są równie rozbudowane, co na starszych wydawnictwach, tylko ich konstrukcja jest bardziej przejrzysta, a poszczególne motywy mocniej skondensowane i poparte lepszą techniką (w tym miejscu wali mnie, czy własną, czy studyjną) – to sprawia, że znacznie szybciej się rozkręcają i nie ma w nich miejsca na nudę i przestoje. Dzięki temu nawet ci mniej obeznani w typowych dla Christ Agony dźwiękach słuchacze mogą obcować z "Moonlight", czerpiąc z tego dużą przyjemność. Jest to o tyle łatwiejsze, że na płycie znajdują się dwa miażdżące na żywo überhicory — 'Devilish Sad' i 'Mephistospell' — a w pozostałych utworach nie brakuje naprawdę poruszających i zapadających w pamięć momentów, jak chociażby w 'Asmoondei' (od słów "Three black roses") czy 'Eternalhate' (od "Stalk"). Nie bez wpływu na przyswajalność materiału pozostają bardzo udane teksty (był taki czas, że miałem je wykute na blachę, jak na psychola przystało) oraz wyjątkowo czysta produkcja. Za "Moonlight" przemawia właściwie wszystko, a jedyne czego mi brakuje, to zatęchłej surowości poprzednich płyt. Na tym albumie Cezar, trzymając się swojego stylu, stworzył nową jakość Christ Agony.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ChristAgony

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 lutego 2012

Morgoth – Feel Sorry For The Fanatic [1996]

Morgoth - Feel Sorry For The Fanatic recenzja okładka review coverOstatni album Morgoth nie cieszy się wśród fanów specjalną estymą, a zdecydowana większość uważa go za zwyczajne, niewarte splunięcia gówno. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby wielu spośród tych ludzi w ogóle "Feel Sorry For The Fanatic" nie słyszało, a wybitnie krytyczna ocena całości produkowana była tylko na podstawie bardzo nietypowej okładki, która z death metalem nie ma nic wspólnego. To ostatnie nawet jest na miejscu, bo i sam materiał również nie ma z tą muzyką punktów wspólnych, ale to akurat nie powinno dziwić nikogo, kto zaznajomił się z wcześniejszymi płytami Niemców. Morgoth poszli (pognali) do przodu z eksperymentami tak daleko, że wyszedł im z tego zmetalizowany rock z elektronicznymi/industrialnymi dodatkami i tylko majaczącymi w oddali pozostałościami po "Odium". Ostro, prawda? Efekt tej całej ewolucji to... kopiące i przebojowe rockowe kawałki, których na płycie jest dziewięć. Jest jeszcze małe cuś – pod numerem czwartym kryje się techno sieka w stanie czystym, która jak dla mnie stanowi najsłabszy punkt programu (choć jest uzasadniona tytułem i od strony konceptu ma sens), ale też dowodzi ogromnej odwagi muzyków. Tak czy inaczej najlepiej to przepstrykać, bo zaraz po tym wynalazku — chyba dla równowagi i uspokojenia nerwów — umieszczono dwa zdecydowanie najlepsze kawałki na płycie: 'Curiosity' i 'Forgotten Days'. Na nich plusy się nie kończą, bo godne uwagi są chociażby 'This Fantastic Decade', 'A New Start' czy 'Last Laugh'. Ekstremy tu nie uświadczymy zupełnie, piosenki (dobre określenie) sączą się powoli i ogólnie jest cacy. Zabawne, że największą barierą przy przyswajaniu tej płyty okazał się dla mnie wokal Marc’a Grewe, który porzucił dzikie ryki na rzecz czegoś na kształt śpiewu. Z czasem i do tego się przyzwyczaiłem, przez co chętniej ten album odpalam. Fajna, choć momentami dziwna płyta.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.morgoth-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

5 lipca 2011

Elend – Les Ténèbres du Dehors [1996]

Elend - Les Ténèbres du Dehors recenzja okładka review cover"Les Ténèbres du Dehors" to druga część lucyferiańskiej trylogii autorstwa Francuzów z Elend. Dwa lata upłynęły od wydania części pierwszej, a zarazem debiutanckiego albumu zespołu, a ekipa jak nie znała angielskiego, tak go nie zna nadal. To, że śpiewają po angielsku, nie znaczy oczywiście, że śpiewać po angielsku umieją. Że śpiewać w ogóle umieją – prym wiodą tu faceci, których wokalizy potrafią niekiedy wywołać uśmiech politowania na obliczu. Tym śmieszniejsze jest więc, że lgną do tego angielskiego, jak diabły do smoły. Ma to oczywiście swój urok, więcej nawet – dzięki temu pokracznemu angielskiemu całość zyskuje na arystokratyczności i dystynkcji. Ale tak to chyba jest, kiedy za angielski zabierają się żabojady i doprawiają go swoim akcentem i piekielnym "rh". Żarty jednak na bok, bo "Les Ténèbres du Dehors" to coś więcej niż radosna angielszczyzna, to przede wszystkim kawał porządnego, neoklasycznego ambientu, który jest dodatkowo ubogacony (że tak sobie zapożyczę amboniaste powiedzonko) poważną, niewyświechtaną liryką. Mogłem już o tym pisać, ale nie zaszkodzi powtórzyć – mimo całej swojej lucyferycznej ambientowatości, nie jest Elend kapelą dla różnej maści mew i fanów zabawy w zjadanie kotów pod nieobecność rodziców. Co to, to nie – Elend jest kapelą dojrzałą, świadomą własnej dojrzałości i gotową podjąć niełatwy temat. A jeśli już się na coś zdecyduje, to efekt jest fantastyczny. "Les Ténèbres du Dehors" łatwy nie jest, jest ciężki i niejednokrotnie dołujący, ale emocje towarzyszące lekturze albumu wynagradzają po stokroć czas nań poświęcony i chwile zwątpienia. Tym bardziej, że po dwóch latach przygotowanie kompozycyjne i warsztatowe stoi na znacznie wyższym poziomie i większości mankamentów udało się powiedzieć "au revoir". Całość jest spójniejsza, lepiej przemyślana i zaaranżowana. Produkcja lekko odstaje, ale śmiem twierdzić, że jest to działanie zamierzone – w końcu historia jest rodem z piekła, a tam są tylko Kasprzaki. Podsumowując należy stwierdzić, że Elend nagrał płytę poważną, zmuszającą do skupienia i wymagającą. Jest to jednak taki rodzaj wymuszenia, które nie tyle nie męczy, lecz wręcz zachęca do skosztowania zawartej na "Les Ténèbres du Dehors" muzyki.


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.elend-music.org

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 stycznia 2011

Summoning – Dol Guldur [1996]

Summoning - Dol Guldur recenzja okładka review coverWydany rok po premierze "Minas Morgul" trzeci studyjny krążek austriackich blackowców – "Dol Guldur" tylko potwierdził kierunek, w którym podążyła formacja. Nie mogło się oczywiście obejść bez — oczywistych, bo wynikających z ewolucji grupy — zmian. Nie obyło się niestety także bez pewnego zjazdu. Zaznaczyć jednak trzeba, że zmiany nie są natury estetycznej — bo "Minas Morgul" mocno osadził ekipę w symfoniczno-bombastycznym temacie — lecz kompozycyjnej i organizacyjnej. Należy przez to rozumieć proces dalszej monumentalizacji muzyki, tj. zmniejszenia ilości utworów przy jednoczesnym wydłużeniu (do ponad 10 minut!) czasu ich trwania oraz jej powszechnego spowolnienia i jeszcze większego zejścia melodii w background. Tak skonstruowana muzyka nabiera cech recytacji muzycznej, gdyż to, co się dzieje w tle ma funkcję wzmacniającą w stosunku do deklamowanych tekstów. Swoją drogą – jedyny (w najlepszym przypadku jeden z dwóch) czysty wyróżnik black metalu jako gatunku, który się jeszcze ostał, to właśnie skrzekliwe wokalizy. Ale to tak na marginesie. Wracając jednak do melodii nie można nie wspomnieć o jej słyszalnej pauperyzacji i zatraceniu — jakby tego nie nazwać — przebojowości. W sumie tylko dwa, może trzy kawałki na dłużej zapadają w pamięć, a o pozostałych nie można powiedzieć więcej niż to, że są poprawne. "Angbands Schmieden", "Wyrmvater Glaurung" i "Over Old Hills" – to właśnie tu Austriacy pokazali klasę, choć "Over Old Hills" to autoplagiat "Trapped and Scared" z repertuaru Ice Ages – kapeli, której głównym i jedynym bohaterem jest Protector. Jest jeszcze jedna, poważna wada będąca wynikiem rozciągania utworów – z numerów zaczyna wiać nudą. Jeśli weźmie się dodatkowo pod uwagę fakt, że przeważają tempa wolne i bardzo wolne, pauzy w postaci wyciszeń i suspensów są niczym dodatkowa warstwa lukru na już przesłodkich bezach. Taki układ sprawdza się tylko w jednej sytuacji, a mianowicie wtedy, kiedy ma się ochotę na totalne zamulenie i spochmurnienie – co jest niekiedy, oczywiście, pożądane. Generalnie jednak sprawa z "Dol Guldur" ma się tak, że sprawdza się w ograniczonej liczbie przypadków – nie jest to album, po który sięga się specjalnie często, tudzież z (nie)przyjemnością. Można w nim znaleźć sporo surowego piękna, koszty jednak są bardzo wysokie i niekiedy nie do przyjęcia.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.summoning.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 listopada 2010

Immolation – Here In After [1996]

Immolation - Here In After recenzja okładka review cover"Here In After" chyba można uznać za najbardziej optymalny materiał Immolation – osiem utworów w 37 minut, zero niepotrzebnych dłużyzn, wszystko dobrane i zagrane z iście aptekarską dokładnością; pół na pół walcowania i napieprzania, po równo brutalności i klimatu – jak od iwolicznego szablonu. Od sławnego debiutu minęło trochę czasu, bo dobre pięć lat (a ponoć to ja, kurwa, jestem leniwy!), więc siłą rzeczy i w muzyce musiało się coś niecoś pozmieniać. Na szczęście nadal jest to potężny death metal, nadal odległy od średniej gatunkowej, a tym razem także ostro pojebany. Panowie odwrócili się od typowego dla "Dawn Of Possession" ładowania, skupiając się na budowaniu przesranych aranży i jeszcze większej dawce oblepiającego, ponurego klimatu. Muza jest ciężka, potwornie zawiła, niezaprzeczalnie brutalna, ale pomimo tego "Here In After" słucha się wyjątkowo łatwo, bezproblemowo, bez zmuszania się do brnięcia przez kolejne numery. Bezproblemowo, ale nie znaczy to, że płyta może sobie popylać gdzieś w tle, służąc jako podkład do dłubania w nosie małym palcem lewej nogi. Żeby ją lepiej zrozumieć, należy poświęcić jej trochę więcej czasu sam na sam i w pełnym skupieniu. Zaręczam, że efekt takiego posiedzenia będzie znakomity i do świadomości przedrze się coś więcej, niż tylko ściana bluźnierczego dźwięku. Utwory w zdecydowanej większości mają po cztery minuty z hakiem, i choć teoretycznie nie jest to dużo, muzykom Immolation wystarcza w zupełności, żeby dokonać zmasowanego ataku na chrześcijańskie cnoty i wartości, a przy tym ostro sponiewierać muzyką. Zresztą, czy same tytuły — 'Burn With Jesus', 'Away From God', 'Christ`s Cage' — nie mówią o zawartości lirycznej? "Jesus, you couldn't save me / You couldn't save them / You couldn't save the world from misery" albo "Where is the Holy Spirit, I feel nothing / As I stare upon the crucifix, I feel nithing for a God I never knew" – to nie tylko dobre przykłady na jasne określenie się ideologicznie, ale także na to, że dupska można kopać w sposób wysublimowany, bez obwoływania się kolejnym Mieczem Lucyfera. Pojebane riffy, jeszcze bardziej przejebane solówki ('Here In After', 'Towards Earth') i połamana perkusyjna nawałnica (w tempach rozsądnych, lecz nie zabójczych), do tego jeszcze przejmujący wokal Rossa Dolana i... tak przedstawia się zagłada, której nośnikiem jest Immolation!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 maja 2010

Carcass – Swansong [1996]

Carcass - Swansong recenzja okładka review coverZ ocenianiem albumów pokroju "Swansong" i z zespołami tak zasłużonymi jak Carcass, które wydadzą taki album, będzie zawsze duży problem. Dlaczego? Kto zna muzykę ze "Swansong" ten wie, jaka jest odpowiedź lub szybko ją znajdzie. Formacja, która była jedną z tych, które reformowały scenę grind/death nagrywa album hard rockowy, czy jak kto woli death&roll-owy. To właśnie jest powodem rodzącym trudności w ocenie. Muzyka ze "Swansong" jest naprawdę świetna, ale gdy dochodzi do konfrontacji z wcześniejszymi albumami nietrudno o jakieś zawiedzenie. Dlatego ja uważam, że takiego albumu jak "Swansong" nie należy porównywać z poprzednimi dokonaniami. Bo jak porównywać rock z ekstremalnym patologicznym grindowaniem? Nie da się! a więc jak się nie da, to nawet nie będę próbował tego robić. Może taki album należałoby traktować jako odrębny projekt muzyków Carcass? Przechodząc do samej muzyki, składa się nań 12 soczystych numerów. Wszystkie jak jeden mąż brzmią niczym wyśmienity hard rock połączony z heavy metalem, z tą różnicą iż odśpiewane są charkoczący wokalem Jeffa Walkera. Ta płyta zawiera prawdziwy atomowy, rockowy feeling. Pierwszy kawałek 'Keep On Rotting In The Free World' zawsze dodaje mi skrzydeł i chyba nie było jeszcze przypadku abym chociażby w myślach go nie odśpiewał. Podobnie jest z ostatnim 'Go To Hell', który głównie oparty jest właśnie na strukturze 'Keep On Rotting'. A co się dzieje pomiędzy tymi dwoma kawałkami? Odpowiem banalnie: dużo. Weźmy choćby taki 'Child’s Play', którego właśnie słucham. Ten kawałek jest tak zadziorny, iż trudno oprzeć się wrażeniu, że mówi do słuchacza: taki cwaniak jesteś?, może chcesz dostać w mordę? Coś czuję, że każdy cwaniak się ugnie. Niezłym gagatkiem jest też 'Tommorow Belongs To Nobody', tyle że w samej końcówce, gdzie występuje maksymalnie ześwirowana gitarka (!). Także dosyć dziwne skojarzenia wywołuje u mnie 'Polarized', chyba najbardziej przebiegłe (dosłownie) riffowanie jakie słyszałem. Na "Swansong" można odnaleźć podobieństwa do nawet Iron Maiden, najmocniej słyszalne w początku 'R**k The Vote' – naprawdę można dać się nabrać, że lecą Ironi. Muszę jeszcze wspomnieć o 'Firm Hand', a dokładnie o użytej w nim gitarze klasycznej, która tworzy wręcz kojące tło dla solówki. Sola też są jednym z mocnych elementów "Łabędziego śpiewu", potrafią dać solidnego kopa. Szczerze polecam ten album, choć wiem, że dla pewnych osób będzie on tak trudny do przełknięcia jak niedosmażony kotlet. Myślę, że przynajmniej u niektórych, jak za pierwszym razem nie pójdzie, to za którymś na pewno trafi na solidnie rozgrzany tłuszcz, ładnie się zarumieni i można będzie rozkoszować się smakiem. A na koniec, tym wszystkim którzy, zrzędzą na "Swansong": "Go To Hell"!


ocena: 8,5/10
corpse
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/carcass

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

23 marca 2010

Kataklysm – Temple Of Knowledge [1996]

Kataklysm - Temple Of Knowledge recenzja okładka review cover"Temple Of Knowledge" jest przez wielu fanów Kataklysm — zwłaszcza tych starszych — uważany za ich najlepsze dokonanie. Może i również byłby moim ulubieńcem, gdybym zaczął ich słuchać wcześniej. Mimo wszystko trudno jest odmówić mu statusu zajebistego krążka. Na pewno wyróżnia się on najmocniej na tle pozostałych dokonań Kanadyjczyków. Czemu wyróżnia się najmocniej? A no temu, że jest to niewątpliwie najbardziej złożone i technicznie dzieło Kataklysm. Po bardzo dobrym, dość grindowym debiucie na "Temple..." nastąpił całkowity zwrot akcji. Przede wszystkim kawałki stały się bardziej klarowne, melodyjne i naprawdę techniczne, poza tym Panowie dołożyli sporo kapitalnych solówek. Czasem trudno jest delektować się soczystą solówą, ponieważ Mr. Hound i Lacono skutecznie potrafią je zagłuszyć swoimi niebywałymi charchotami i bełkotami, za co duże brawa dla nich! Rozmaitych ryków, wrzasków i pisków jest tu bez liku. Tak na marginesie jestem ciekaw, co się stało z Sylvainem Houndem, mało kto miał tak charakterystyczny charchoczący growl... Ciekawa jest również koncepcja albumu. Całość podzielona została na 3 rozdziały, z których każdy ma po 3 utwory. Ogólnie jest dość bogato przez całe 9 tracków. Pierwszy rozdział to zdecydowanie przewaga ostrego, mechanicznego napierdalania, drugi łączy owo napierdalanie i dodaje więcej melodii jak i zmian tempa, trzeci jest najbardziej melodyjny z jeszcze bardziej zróżnicowanymi zmianami tempa. Album kończy piękny kawałek bonusowy "L’Odysse...", to co w nim przykuwa moją uwagę to bardzo wyselekcjonowana i czysta melodyjność. Świetne zakończenie świetnego albumu. "Temple..." to zdecydowana perełka wśród wszystkich albumów Kataklysm, można nawet się pokusić o stwierdzenie, że to najbardziej unikatowy album Kataklysm. Swojego czasu, Panowie mówili, że chcieliby nagrać coś co byłoby połączeniem "Temple..." z ich obecnym stylem, myślę, że takie dzieło byłoby niesamowite. Tymczasem zachęcam do lektury tego oryginalnego brutal death metalowego albumu.


ocena: 9/10
corpse
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/kataklysm

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

Gorefest – Soul Survivor [1996]

Gorefest - Soul Survivor recenzja okładka review coverGorefest na "Soul Survivor" tak samo jak Carcass na "Swansong" zerwał z death metalem i podobnie jak Brytyjczycy, obrał drogę death rocka. Musiał być to mocny wstrząs dla wielu konserwatywnych fanów death metalu i zapewne do dziś dla takowych płyta ta jest nie do zaakceptowania. Ja też potrzebowałem czasu, aby ją polubić, ale wynikało to raczej z młodzieńczej przekory. Teraz słucham gorefestowego hard rocka bardzo często. Ten album jest klasą samą w sobie i kto wie, czy nie jest najlepszym nagraniem spośród wszystkich death rockowych płyt. Z death metalowego Gorefest został w sumie tylko growl Jana Chrisa, już nie tak brutalny, lecz nie jest to istotne, ponieważ do tej muzyki pasuje idealnie. W sumie pozostała jeszcze jedna rzecz ze starego Gorefest: genialne kompozycje. Instrumentalnie "Soul Survivor" to hard rock inspirowany dokonaniami Thin Lizzy, Deep Purple czy Judas Priest. Każdy z tych 10 utworów zasługuje na nazwanie go hitem, jest w nich tyle energii, tyle przebojowości, można by rzec, że jest to prawdziwy rockowy wulkan! I te solówki!!!! Na długo pozostają w pamięci, chyba są najbardziej melodyjnymi solami w całej dyskografii Gorefest. Jestem ciekaw, czy zatwardziały fan heavy metalu nie odstawiłby do lamusa swoich wielu ulubionych albumów, jak usłyszałby "Soul Survivor"? Myślę, że rozpuściłby się jak masło na patelni, słysząc takie popisy jak 'Freedom', 'River', czy 'Dog Day'. Wszyscy otwarci na oryginalność, pomysłowość i "inność" melomani powinni sięgnąć po tego death rockowego tytana.


ocena: 9/10
corpse
oficjalny profil MySpace: myspace.com/gorefest

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

Eternal Dirge – Khaos Magick [1996]

Eternal Dirge - Khaos Magick recenzja okładka review coverTylko nie zwracajcie uwagi na okładkę, bo jest tragiczna, koszmarna wręcz. Efekt pracy domorosłego grafika w czasach, kiedy zaczęła się moda na komputerowe 3D, 'fachowca' z tendencją do 'zapożyczania' motywów od Pestilence. Z muzyką, na szczęście, jest lepiej, dużo lepiej – bardzo dobrze zagrany "neo-pagan psycho metal". Niech mi tylko ktoś powie, co to ma kurwa znaczyć, bo za cholerę nie wiem. Ja bym to nazwał podlatującym blackiem, technicznym deathem z klawiszami, na modłę Nocturnusów. Wydaje się, że to opisuje muzykę Niemców dość dobrze i poprawnie oddaje charakter albumu. Składa się na niego 10 pompatycznych i kosmicznych kawałków, zagranych w średnich tempach. Sporo w nich klawiszy, o czym już wspomniałem, niemało interludiów i instrumentalnych wstawek, a i technicznych zagrywek trochę się znajdzie. Wspomniana kosmiczność nie dotyczy zajebistości płyty, lecz ma związek z klimatem, który jest bardzo science-fiction, bardzo "Alien"-owaty. Zajebistość płyty jest na przyzwoitym poziomie, choć szczerze wątpię, by kapela stała się dla kogoś jakąś niesłychaną radością. Niemniej jednak, muzyka jest przyjemna dla ucha – klawisze fajnie dodają tła gitarowym mieszaniom, perkusja przyjemnie i miarowo (trochę jakby thrashowo niekiedy) dudni i zachęca do kręcenia łepetyną, wokale gładko wrzynają się w ucho i pozostawiają charcząco-rdzawy podźwięk. Słowem – źle nie jest. Utwory są przyzwoicie skomponowane: tu jakaś zwroteczka, tam jakiś refrenik, jeszcze gdzieś indziej jakieś solo – nudzić się nie można. Jeżeli dodać do tego jeszcze pewną różnorodność temp i nieschematyczność, to wyjdzie na to, że muzyka daje radę. Naprawdę można sobie tego posłuchać bez odruchów wymiotnych, bądź chęci posprzątania pokoju. Nie można się przyczepić także do realizacji, która, choć ciut jakby zbyt miękka i stłamszona, daje możliwość dobrego wsłuchania się w poszczególne instrumenty i wydobywa niuanse i techniczne wstawki. 10 kawałków, 40 coś minut, czyli w sam raz. Do ulubionych zaliczyłbym pierwszy "I, Unnamable", bardzo nocturnusowy "Anthem to the Seeds (Of Pure Demise)", "Feaster from the Stars" (ładna linia melodyczna) oraz marszowo-nocturnusowy "Like Roses In a Garden of Weed". Pozostały nie odstają zbytnio od wymienionych, więc słuchanie nie powinno przypominać sinusoidy "dobrze – do dupy". Jak już wspomniałem, album do 'zasłużonych na polu' nie należy, niemniej jednak jest to pozycja dobra, niekiedy nawet bardzo dobra, a dla miłośników kwintetu z Florydy powinna być miłym kąskiem.


ocena: 7/10
deaf
Udostępnij:

Sadist – Tribe [1996]

Sadist - Tribe recenzja okładka review coverWłoska scena death metalowa jest tak skąpa, jak skąpo chodzą ubrane piękności na południu tego kraju. Ciężko myśleć o muzyce, gdy widzi się mnóstwo pięknych dziewcząt hojnie obdarzonych przez naturę. Lecz znaleźli się panowie, którzy potrafili pogodzić ziemskie rozkosze z zamiarem stworzenia boskiej muzyki. "Tribe" to drugie dziecko włoskiego cesarza. Kto nie znałby Sadist, a usłyszał muzykę z tego albumu, zapewne mógłby pomyśleć, że ma do czynienia z królami piekieł z Florydy. "Tribe" to nietypowa, inteligenta i techniczna muzyka, no i rzecz jasna bardzo oryginalna. Każdy z 8 utworów oprócz genialnych partii tradycyjnych instrumentów posiada także klawisze. Keyboard zyskał tu nawet większe znaczenie niż u Nocturnus. Bardzo często spotkać możemy miejsca, gdzie występują same klawisze i perkusja. Robi to naprawdę niespotykane wrażenie. Tym bardziej, że motywy wygrywane na tym instrumencie nie mogą nie imponować. Osobiście dla mnie jest to wprost piękne i niezwykle pobudzające wyobraźnię. Dziwaczność melodii jest równie pojechana jak ta, która wychodziła z pod palców Mr. Panzera. Oczywiście nie same klawisze rąbią mój układ nerwowy. Gdyby ktoś nie zachwycił się gitarowym kunsztem tej płyty byłby zwyczajnym głupcem. Myślę, że można śmiało przywołać tu Cynic, Atheist, a nawet DEATH. Połamańce łamią kości, a żeby tego było mało od czasu do czasu występuje jakiś jazzowy motyw. Do tego jeszcze boskie solówki w każdym utworze. Nie sposób przy nich nie paść na kolana. Cud i finezja! A to nie wszystko, ponieważ sola są wygrywane też na innych instrumentach. Szczególnie powalające wrażenie robi solo na flecie z gitarowym popisem w tle w kawałku 'The Reign Of Asmat'. Są także świetne basowe wygibasy, które przywołują mi na myśl linie basu z ITP DEATH. Mogę tylko podniecać się i wychwalać tę płytę. Każdy utwór nasuwa mi inne obrazy przed oczy. Możemy tu znaleźć chyba wszystko od fragmentów spokojnych jak wczesny wiatr złotą jesienią, po agresywne, lodowate zimowe zawieruchy czy wilgoć i chłód średniowiecznych katakumb. Niektóre kawałki mogłyby spokojnie zostać użyte w jakimś dreszczowcu – ale jeszcze chyba takiego nie nakręcono, który byłby ich godny. Cóż pozostaje jak nie zazdrościć Włochom, bo nie dość, że mają Morze Śródziemne, kapitalną kuchnię, piękne kobiety oraz masę starożytnych zabytków to jeszcze mają SADIST!!!


ocena: 10/10
corpse
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

Edge Of Sanity – Crimson [1996]

Edge Of Sanity - Crimson recenzja okładka review coverO "Crimson" krążą rozmaite opinie, według niektórych jest to najlepszy materiał jaki nagrało Edge Of Sanity, inni twierdzą, że jest przekombinowany. Ja zdecydowanie należę do grupy miłośników tego LP. Trudno nie docenić odwagi, oryginalności i pomysłowości Szwedów na tym albumie. Jedną z najbardziej zaskakujących rzeczy, może nawet szokujących jest jego długość, a raczej długość utworu, który tworzy ten album! "Crimson" to jeden kawałek o takim samym tytule, który trwa - uwaga! - 40 min.!!! 40 minutowy death metalowy utwór to nie lada wyzwanie! Edge Of Sanity znało swój potencjał oraz możliwości i doskonale temu wyzwaniu podołało. Panowie skomponowali 40 minut epickiego death metalu, bogatego w świetne melodie, solówki, akustyczne i symfoniczne przerywniki, dzikie przyspieszenia, średnie i wolne tempa, różne wokale - od growlu po czyste - oraz genialną atmosferę. "Crimson" to inny świat, można w nim znaleźć radość, smutek, wściekłość, spokój... Jedyne na co możemy ponarzekać to to, że gdy nagle musimy wyjść na dłużej, trzeba wcisnąć przycisk stop, a potem słuchanie zacząć od nowa. Dlatego "Crimson" gości wtedy w moim odtwarzaczu, gdy wiem, że nie mam nic do załatwienia i mogę w pełni oddać się lekturze tego wielkiego muzycznego bogactwa.


ocena: 9/10
corpse

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Samael – Passage [1996]

Samael - Passage recenzja okładka review coverSamael at its best. W pół drogi pomiędzy surowym początkiem, a elektronicznym końcem. Choć z tego, co słyszałem, to najnowszym albumem wracają do korzeni, a przynajmniej do czegoś bardziej black niż industrial. Czwarty longplej w wykonaniu Szwajcarów po prostu powala monumentalnością. Jest tu wszystko, czego miłośnicy niesztampowego blacku mogą chcieć. Muzyka, dużo dojrzalsza niż na poprzednich wydawnictwach, wciąż niesie ze sobą sporo emocji i wyrafinowanej agresji. Wygląda też na to, że po okresie Sturm und Drang chłopaki trochę się uspokoili i już nie chcą zawzywać papci szatana w każdym kawałku. Przekłada się to na teksty, których tematyka oscyluje teraz wokół odkrywania samego siebie, mistycznych podróży i poszukiwań. Co więcej, teksty są bardziej liryczne, przez co słucha się ich z prawdziwą przyjemnością. Posłuchajcie sobie "My Saviour" albo "Moonskin", który jest, tak swoją drogą, naprawdę ujmującą balladą. Niosą także ze sobą jakieś treści – opisują przeżycia i doświadczenia targanego niepewnościami człowieka, który poszukuje prawdy. Człowieka, który staje się centrum. Jest więc nieźle, choć do prawdziwego mistycyzmu jeszcze temu daleko. Powracając jednak do muzyki. Jak już wspomniałem, muzycznie album jest rozwinięciem poprzednich, z tą różnicą, że elektronika odgrywa tu większą rolę, a w takim na przykład "Jupiterian Vibe" pojawiają się nawet jakieś plemienne bębenki. Jednak nie o bębenki tu chodzi, tylko o majestatyczne klawisze i sample, które sprawiają, że muzyka nabiera niespotykanego rozmachu i kosmicznego wymiaru. Posłuchajcie choćby "Chosen Rece". Drugą poważną różnicą jest zrezygnowanie z pełnoetatowego perkusisty, którego obowiązki przejął zaprogramowany przez Xy automat. Nie wydaje się wszelako, by była to jakaś horrendalna strata, choć pewnie żywy by nie zaszkodził. Chyba jednak jakieś rodzinne biznesy wzięły górę. Bardzo rdzawo i nieczysto, dosłownie i w przenośni, brzmiące gitary dodają muzyce wspomnianej zadziorności i zajadłości. Riffy są jednocześnie szorstkie i melodyjne, szarpane i pełne gracji – oksymoron jak: mądra blondynka. I pomimo rzeczonego wyjścia z mroku, ich brzmienie nadal zdaje się płynąć prosto z otchłani. Ach, te tremolo! Na koniec nie można nie wspomnieć o wokalach. Absolutne mistrzostwo – tak najkrócej można nazwać poczynania Vorpha. Barwa i niepowtarzalna ekspresja po prostu powalają i zamiatają, a charakterystyczny akcent dopełnia obrazu zniszczenia. Magia, czarna magia. Tak naprawdę, chyba nie ma się do czego przyczepić, bo i po co? Trochę może tych żywych garów brak, a i bas niekiedy gdzieś umyka, ale przy takiej zjawiskowości tego albumu to doprawdy pikuś. Więc nie ma co czekać, tylko zapierdalać do sklepików i kupować; o ile jeszcze nie macie.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: