facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1996. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1996. Pokaż wszystkie posty

23 maja 2015

Morbid Angel – Entangled In Chaos [1996]

Morbid Angel - Entangled In Chaos recenzja okładka review cover
Wiadomo, jak to jest z największymi – zawsze muszą być w czymś pierwsi, muszą przecierać szlaki, dawać niezbite świadectwo swojej zajebistości i robić za punkt odniesienia tym gorszym/biedniejszym. Nawet w tak, zdawać by się mogło, błahych sprawach jak płyta koncertowa. U Morbid Angel pretekstem do potwierdzenia statusu liderów gatunku było podsumowanie ogromnej trasy promującej "Domination". Z tej to okazji wydali sobie koncertówkę. Równie dobrze mogli zrobić barbekiu w ogródku Trey’a, nawalić się do nieprzytomności jakimiś amerykańskimi sikami i zapolować na świstaki – wkład w rozwój death metalu byłby ten sam. Płyta w takim kształcie, w jakim pchnięto ją do ludzi, po prostu mija się z celem, choć trudno mi jednoznacznie osądzić, czy dlatego, że zespół się do niej nie przyłożył, czy też przyłożył się aż za bardzo.

5 maja 2014

Napalm Death – Diatribes [1996]

Napalm Death - Diatribes recenzja okładka review cover
Na "Diatribes" Napalmy się sprzedali, skurwili, dali dupy, wymiękli, i tak dalej, i tak dalej... Po grindzie nie ma ani śladu, z death metalu niewiele zostało. Ogólnie: lajcik, sofick, niemal pitolonko. No ale słucha się tego całkiem przyjemnie. Przynajmniej mnie ta płytka wchodzi znacznie lepiej niż ewidentnie wymęczony "Fear, Emptiness, Despair" – jest zwarta, urozmaicona, dynamiczna, brzmi naturalnie, nie zalatuje kompozytorskim niezdecydowaniem, a do tego łatwo wpada w ucho. Innymi słowy: skoczny materiał w sam raz na koncerty. Kontrowersyjna i nazbyt rozdmuchana eksperymentalność tego albumu wynika przede wszystkim ze znudzenia muzyków poprzednią formułą (jak się napierdalało przez dziesięć lat, to jakaś forma odmiany zawsze się przyda) oraz chęci ostatecznego udowodnienia niedowiarkom, że potrafią... grać.

5 sierpnia 2012

Christ Agony – Moonlight – Act III [1996]

Christ Agony - Moonlight – Act III recenzja okładka review cover
Zwieńczenie nieświętej trylogii okazało się największym sukcesem komercyjnym — oraz nielichym artystycznym — Cezara i spółki, co zresztą zostało zacnie spuentowane europejską trasą. Nie mogło być inaczej, bo z jednej strony "Moonlight" kontynuuje i rozwija idee zapoczątkowane na "Unholyunion" (a głębiej – jeszcze na demówkach), a z drugiej stanowi solidny powiew świeżości – tak w twórczości zespołu, jak i na szeroko rozumianej blackowej scenie. Christ Agony poszli tu niejako pod prąd obowiązującym wówczas trendom i zamiast skrajnie prymitywnej, nędznie brzmiącej i pozbawionej głębszej myśli norweszczyzny dostarczyli fanom monumentalne, rozbudowane i zachwycające w każdym elemencie dzieło. Spójne, dogłębnie przemyślane i doskonale zbalansowane. Na trzecim krążku olsztyńskiej ekipy muzyka stała się ostrzejsza (a przynajmniej szybsza) i bardziej intensywna, ale taki efekt uzyskano w wysublimowany sposób, bo przy okazji zyskała też na przystępności i dynamice.

20 lutego 2012

Morgoth – Feel Sorry For The Fanatic [1996]

Morgoth - Feel Sorry For The Fanatic recenzja okładka review cover
Ostatni album Morgoth nie cieszy się wśród fanów specjalną estymą, a zdecydowana większość uważa go za zwyczajne, niewarte splunięcia gówno. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby wielu spośród tych ludzi w ogóle "Feel Sorry For The Fanatic" nie słyszało, a wybitnie krytyczna ocena całości produkowana była tylko na podstawie bardzo nietypowej okładki, która z death metalem nie ma nic wspólnego. To ostatnie nawet jest na miejscu, bo i sam materiał również nie ma z tą muzyką punktów wspólnych, ale to akurat nie powinno dziwić nikogo, kto zaznajomił się z wcześniejszymi płytami Niemców. Morgoth poszli (pognali) do przodu z eksperymentami tak daleko, że wyszedł im z tego zmetalizowany rock z elektronicznymi/industrialnymi dodatkami i tylko majaczącymi w oddali pozostałościami po "Odium". Ostro, prawda? Efekt tej całej ewolucji to... kopiące i przebojowe rockowe kawałki, których na płycie jest dziewięć.

5 lipca 2011

Elend – Les Ténèbres du Dehors [1996]

Elend - Les Ténèbres du Dehors recenzja okładka review cover
"Les Ténèbres du Dehors" to druga część lucyferiańskiej trylogii autorstwa Francuzów z Elend. Dwa lata upłynęły od wydania części pierwszej, a zarazem debiutanckiego albumu zespołu, a ekipa jak nie znała angielskiego, tak go nie zna nadal. To, że śpiewają po angielsku, nie znaczy oczywiście, że śpiewać po angielsku umieją. Że śpiewać w ogóle umieją – prym wiodą tu faceci, których wokalizy potrafią niekiedy wywołać uśmiech politowania na obliczu. Tym śmieszniejsze jest więc, że lgną do tego angielskiego, jak diabły do smoły. Ma to oczywiście swój urok, więcej nawet – dzięki temu pokracznemu angielskiemu całość zyskuje na arystokratyczności i dystynkcji. Ale tak to chyba jest, kiedy za angielski zabierają się żabojady i doprawiają go swoim akcentem i piekielnym "rh".

11 stycznia 2011

Summoning – Dol Guldur [1996]

Summoning - Dol Guldur recenzja okładka review cover
Wydany rok po premierze "Minas Morgul" trzeci studyjny krążek austriackich blackowców – "Dol Guldur" tylko potwierdził kierunek, w którym podążyła formacja. Nie mogło się oczywiście obejść bez — oczywistych, bo wynikających z ewolucji grupy — zmian. Nie obyło się niestety także bez pewnego zjazdu. Zaznaczyć jednak trzeba, że zmiany nie są natury estetycznej — bo "Minas Morgul" mocno osadził ekipę w symfoniczno-bombastycznym temacie — lecz kompozycyjnej i organizacyjnej. Należy przez to rozumieć proces dalszej monumentalizacji muzyki, tj. zmniejszenia ilości utworów przy jednoczesnym wydłużeniu (do ponad 10 minut!) czasu ich trwania oraz jej powszechnego spowolnienia i jeszcze większego zejścia melodii w background. Tak skonstruowana muzyka nabiera cech recytacji muzycznej, gdyż to, co się dzieje w tle ma funkcję wzmacniającą w stosunku do deklamowanych tekstów. Swoją drogą – jedyny (w najlepszym przypadku jeden z dwóch) czysty wyróżnik black metalu jako gatunku, który się jeszcze ostał, to właśnie skrzekliwe wokalizy.

14 listopada 2010

Immolation – Here In After [1996]

Immolation - Here In After recenzja okładka review cover
"Here In After" chyba można uznać za najbardziej optymalny materiał Immolation – osiem utworów w 37 minut, zero niepotrzebnych dłużyzn, wszystko dobrane i zagrane z iście aptekarską dokładnością; pół na pół walcowania i napieprzania, po równo brutalności i klimatu – jak od iwolicznego szablonu. Od sławnego debiutu minęło trochę czasu, bo dobre pięć lat (a ponoć to ja, kurwa, jestem leniwy!), więc siłą rzeczy i w muzyce musiało się coś niecoś pozmieniać. Na szczęście nadal jest to potężny death metal, nadal odległy od średniej gatunkowej, a tym razem także ostro pojebany. Panowie odwrócili się od typowego dla "Dawn Of Possession" ładowania, skupiając się na budowaniu przesranych aranży i jeszcze większej dawce oblepiającego, ponurego klimatu. Muza jest ciężka, potwornie zawiła, niezaprzeczalnie brutalna, ale pomimo tego "Here In After" słucha się wyjątkowo łatwo, bezproblemowo, bez zmuszania się do brnięcia przez kolejne numery. Bezproblemowo, ale nie znaczy to, że płyta może sobie popylać gdzieś w tle, służąc jako podkład do dłubania w nosie małym palcem lewej nogi.

8 maja 2010

Carcass – Swansong [1996]

Carcass - Swansong recenzja okładka review cover
Z ocenianiem albumów pokroju "Swansong" i z zespołami tak zasłużonymi jak Carcass, które wydadzą taki album, będzie zawsze duży problem. Dlaczego? Kto zna muzykę ze "Swansong" ten wie, jaka jest odpowiedź lub szybko ją znajdzie. Formacja, która była jedną z tych, które reformowały scenę grind/death nagrywa album hard rockowy, czy jak kto woli death&roll-owy. To właśnie jest powodem rodzącym trudności w ocenie. Muzyka ze "Swansong" jest naprawdę świetna, ale gdy dochodzi do konfrontacji z wcześniejszymi albumami nietrudno o jakieś zawiedzenie. Dlatego ja uważam, że takiego albumu jak "Swansong" nie należy porównywać z poprzednimi dokonaniami. Bo jak porównywać rock z ekstremalnym patologicznym grindowaniem? Nie da się! a więc jak się nie da, to nawet nie będę próbował tego robić. Może taki album należałoby traktować jako odrębny projekt muzyków Carcass?

23 marca 2010

Kataklysm – Temple Of Knowledge [1996]

Kataklysm - Temple Of Knowledge recenzja okładka review cover
"Temple Of Knowledge" jest przez wielu fanów Kataklysm — zwłaszcza tych starszych — uważany za ich najlepsze dokonanie. Może i również byłby moim ulubieńcem, gdybym zaczął ich słuchać wcześniej. Mimo wszystko trudno jest odmówić mu statusu zajebistego krążka. Na pewno wyróżnia się on najmocniej na tle pozostałych dokonań Kanadyjczyków. Czemu wyróżnia się najmocniej? A no temu, że jest to niewątpliwie najbardziej złożone i technicznie dzieło Kataklysm. Po bardzo dobrym, dość grindowym debiucie na "Temple..." nastąpił całkowity zwrot akcji. Przede wszystkim kawałki stały się bardziej klarowne, melodyjne i naprawdę techniczne, poza tym Panowie dołożyli sporo kapitalnych solówek. Czasem trudno jest delektować się soczystą solówą, ponieważ Mr. Hound i Lacono skutecznie potrafią je zagłuszyć swoimi niebywałymi charchotami i bełkotami, za co duże brawa dla nich!

Gorefest – Soul Survivor [1996]

Gorefest - Soul Survivor recenzja okładka review cover
Gorefest na "Soul Survivor" tak samo jak Carcass na "Swansong" zerwał z death metalem i podobnie jak Brytyjczycy, obrał drogę death rocka. Musiał być to mocny wstrząs dla wielu konserwatywnych fanów death metalu i zapewne do dziś dla takowych płyta ta jest nie do zaakceptowania. Ja też potrzebowałem czasu, aby ją polubić, ale wynikało to raczej z młodzieńczej przekory. Teraz słucham gorefestowego hard rocka bardzo często. Ten album jest klasą samą w sobie i kto wie, czy nie jest najlepszym nagraniem spośród wszystkich death rockowych płyt. Z death metalowego Gorefest został w sumie tylko growl Jana Chrisa, już nie tak brutalny, lecz nie jest to istotne, ponieważ do tej muzyki pasuje idealnie. W sumie pozostała jeszcze jedna rzecz ze starego Gorefest: genialne kompozycje.

Eternal Dirge – Khaos Magick [1996]

Eternal Dirge - Khaos Magick recenzja okładka review cover
Tylko nie zwracajcie uwagi na okładkę, bo jest tragiczna, koszmarna wręcz. Efekt pracy domorosłego grafika w czasach, kiedy zaczęła się moda na komputerowe 3D, 'fachowca' z tendencją do 'zapożyczania' motywów od Pestilence. Z muzyką, na szczęście, jest lepiej, dużo lepiej – bardzo dobrze zagrany "neo-pagan psycho metal". Niech mi tylko ktoś powie, co to ma kurwa znaczyć, bo za cholerę nie wiem. Ja bym to nazwał podlatującym blackiem, technicznym deathem z klawiszami, na modłę Nocturnusów. Wydaje się, że to opisuje muzykę Niemców dość dobrze i poprawnie oddaje charakter albumu. Składa się na niego 10 pompatycznych i kosmicznych kawałków, zagranych w średnich tempach. Sporo w nich klawiszy, o czym już wspomniałem, niemało interludiów i instrumentalnych wstawek, a i technicznych zagrywek trochę się znajdzie.

Sadist – Tribe [1996]

Sadist - Tribe recenzja okładka review cover
Włoska scena death metalowa jest tak skąpa, jak skąpo chodzą ubrane piękności na południu tego kraju. Ciężko myśleć o muzyce, gdy widzi się mnóstwo pięknych dziewcząt hojnie obdarzonych przez naturę. Lecz znaleźli się panowie, którzy potrafili pogodzić ziemskie rozkosze z zamiarem stworzenia boskiej muzyki. "Tribe" to drugie dziecko włoskiego cesarza. Kto nie znałby Sadist, a usłyszał muzykę z tego albumu, zapewne mógłby pomyśleć, że ma do czynienia z królami piekieł z Florydy. "Tribe" to nietypowa, inteligenta i techniczna muzyka, no i rzecz jasna bardzo oryginalna. Każdy z 8 utworów oprócz genialnych partii tradycyjnych instrumentów posiada także klawisze. Keyboard zyskał tu nawet większe znaczenie niż u Nocturnus. Bardzo często spotkać możemy miejsca, gdzie występują same klawisze i perkusja. Robi to naprawdę niespotykane wrażenie. Tym bardziej, że motywy wygrywane na tym instrumencie nie mogą nie imponować.

Edge Of Sanity – Crimson [1996]

Edge Of Sanity - Crimson recenzja okładka review cover
O "Crimson" krążą rozmaite opinie, według niektórych jest to najlepszy materiał jaki nagrało Edge Of Sanity, inni twierdzą, że jest przekombinowany. Ja zdecydowanie należę do grupy miłośników tego LP. Trudno nie docenić odwagi, oryginalności i pomysłowości Szwedów na tym albumie. Jedną z najbardziej zaskakujących rzeczy, może nawet szokujących jest jego długość, a raczej długość utworu, który tworzy ten album! "Crimson" to jeden kawałek o takim samym tytule, który trwa - uwaga! - 40 min.!!! 40 minutowy death metalowy utwór to nie lada wyzwanie! Edge Of Sanity znało swój potencjał oraz możliwości i doskonale temu wyzwaniu podołało. Panowie skomponowali 40 minut epickiego death metalu, bogatego w świetne melodie, solówki, akustyczne i symfoniczne przerywniki, dzikie przyspieszenia, średnie i wolne tempa, różne wokale - od growlu po czyste - oraz genialną atmosferę.

Samael – Passage [1996]

Samael - Passage recenzja okładka review cover
Samael at its best. W pół drogi pomiędzy surowym początkiem, a elektronicznym końcem. Choć z tego, co słyszałem, to najnowszym albumem wracają do korzeni, a przynajmniej do czegoś bardziej black niż industrial. Czwarty longplej w wykonaniu Szwajcarów po prostu powala monumentalnością. Jest tu wszystko, czego miłośnicy niesztampowego blacku mogą chcieć. Muzyka, dużo dojrzalsza niż na poprzednich wydawnictwach, wciąż niesie ze sobą sporo emocji i wyrafinowanej agresji. Wygląda też na to, że po okresie Sturm und Drang chłopaki trochę się uspokoili i już nie chcą zawzywać papci szatana w każdym kawałku. Przekłada się to na teksty, których tematyka oscyluje teraz wokół odkrywania samego siebie, mistycznych podróży i poszukiwań. Co więcej, teksty są bardziej liryczne, przez co słucha się ich z prawdziwą przyjemnością. Posłuchajcie sobie "My Saviour" albo "Moonskin", który jest, tak swoją drogą, naprawdę ujmującą balladą. Niosą także ze sobą jakieś treści – opisują przeżycia i doświadczenia targanego niepewnościami człowieka, który poszukuje prawdy.