facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty

9 września 2016

Torchure – Beyond The Veil [1992]

Torchure - Beyond The Veil recenzja okładka review cover
Morgoth – to hasło wbrew pozorom nie wyczerpuje tematu klasycznego niemieckiego death metalu, choć nie da się ukryć, że to ten kultowy akt zrobił najwięcej dobrego dla tamtejszej sceny. Natomiast zespołem numer dwa, jeśli chodzi o ważność/zajebistość, jest dla mnie niesłusznie zapomniany Torchure . Wiadomo, tyle estymy co Morgoth nie miał w Niemczech nikt, ale Torchure — i to jest smutne — nie zdobyli nawet połowy tego uznania co kilka znacznie gorszych kapel, które w dodatku wystartowały później. Wydany w 1992 roku, a poprzedzony trzema demówkami debiut "Beyond The Veil" to kawał interesującego, przemyślanego i pewnie odegranego death metalu, który z jednej strony idealnie wpisuje się w kanony europejskiej odnogi gatunku (ot choćby Bolt Thrower, Grave, Gorefest), a z drugiej ma do zaoferowania kilka niezbyt popularnych wówczas rozwiązań, które zapewniły mu wyjątkowość i rozpoznawalność.

11 września 2014

Decision D – Razón de la Muerte [1992]

Decision D - Razón de la Muerte recenzja okładka review cover
Tylko nie wczytujcie się zbyt głęboko w teksty, bo jeszcze spłynie na was łaska boska i dostaniecie kurzajek przy lekturze Behemotha. Tak się bowiem składa, że holenderski Decision D, poza graniem technicznego death/thrashu (na czym się dzisiaj skoncentruję), zabrał się za ewangelizowanie. Jeśli więc dostajecie torsji na samą myśl o chrześcijańskim metalu, proponuję prewencyjnie unurzać się w smole przy akompaniamencie najbardziej bluźnierczych kawałków Deicide przed przystąpieniem do słuchania. A warto, jak jasny skurwysyn warto. Debiutancki krążek Holendrów wart jest największych poświęceń, gdyż zawarta na nim muzyka po prostu rozjebuje. Krążek brzmi nie gorzej niż rodzimy Wolf Spider, opisywany ostatnio Obliveon, a nawet Death z podobnego okresu. Jest więc wszystko, czego wytrawny słuchacz technicznej muzyki mógłby kiedykolwiek potrzebować.

20 listopada 2013

Cadaver – ...In Pains [1992]

Cadaver - ...In Pains recenzja okładka review cover
Muzycy Cadaver na swoim debiucie pokazali światu, że zupełnie nieźle opanowali tajniki grind core’a i potrafią hałasować jak najlepsi w gatunku. Na "...In Pains" udowodnili natomiast, że mają dobrze wyrobioną wyobraźnię, jaja ze stali oraz wyjebane na presję otoczenia i prymitywne trendy. Na krążku numer dwa całkowicie zerwali z patologicznym carcassowym napieprzaniem, jednak — co godne pochwały — w jego miejsce nie zaproponowali uwłaczającego blackowego bzyczenia i pomalowanych mordek. Nie, Cadaver poszedł pod prąd i porządnie tu wszystkich zaskoczył. Na "...In Pains" mamy bowiem do czynienia z dość ambitnym, urozmaiconym technicznie thrash’em (wpływy Voivod są co najmniej namacalne) z pewnymi, acz niewielkimi, death’owymi naleciałościami.

20 maja 2013

Aspid – Extravasation [1992]

Aspid - Extravasation recenzja okładka review cover
Jeśli miałbym wskazać Rosyjską kapelę, która nagrywa muzykę tak dobrą, że niejednokrotnie bijącą uznane, legendarne, Zachodnie marki, to wskazałbym na Aspid. Nie na Hieronymusa, choć "Artificial Emotions" trafił mnie z siłą wodospadu z reklamy Corega Tabs. To właśnie ta, szerzej (a nawet węziej) nieznana kapelka, nagrała krążek, który, jak równy między równymi, umieszczam na półce obok płyt Atheist, jedynego, sensownego Cynica, Sadist, Death, Nocturnus, wybranych Pestilence, Coronera, Watchtower i kilku, raczej mniej niż więcej, innych kapel. Nagrany w 1992 roku "Extravasation" to kwintesencja technicznego death/thrashu: czysta, nieskażona zbędnymi wpływami moc, agresja, wirtuozeria i kompozytorski geniusz.

29 sierpnia 2012

Napalm Death – Utopia Banished [1992]

Napalm Death - Utopia Banished recenzja okładka review cover
"Utopia Banished" zaczyna się prawie jak "Necroticism" Carcass, ale już po kilku chwilach wiadomo, co jest grane. Czyli co takiego? – Doskonała mikstura grindu i porządnego death metalu. Świetnie dobrane proporcje sprawiają, że mamy do czynienia z muzyką ciężką, przeważnie w szybkich i bardzo szybkich tempach, szaloną, ale czytelną i całkiem przyzwoitą pod względem technicznym. Zdecydowanie nie jest to ten sam zespół — i mniejsza o skład — który popełnił "Scum" i "From Enslavement To Obliteration". Nie żebym miał coś do tych płyt, są urocze, ale takie oblicze, jakie Napalm Death prezentowali na "Utopia Banished" dużo bardziej mi odpowiada, bo jest wyraźnym krokiem naprzód także względem bardzo dobrego "Harmony Corruption". Zresztą wystarczy posłuchać 'Dementia Access' (1:58 – startuje najcudniejszy riff na płycie), 'Aryanisms', 'Judicial Slime' lub 'Upward And Uninterested',

14 kwietnia 2012

Obituary – The End Complete [1992]

Obituary - The End Complete recenzja okładka review cover
"The End Complete" to trzecia już klasyczna pozycja w przegniłej dyskografii Obituary. Ale czy najlepsza? Zasadniczo jest to kwestia dość problematyczna, bowiem choć niczego nowego tu raczej nie uświadczymy, był to album świetnie przyjęty przez krytykę, odniósł też olbrzymi sukces komercyjny (grubo ponad 250 000 egzemplarzy sprzedanych na całym świecie jak na death metal to jednak coś!). Nie jest to płyta zła, nie jest też średnia – to porządny brutalny metalowy krążek, ale gdy wcześniej nagrywa się tak ważne dla gatunku i świeże killery jak "Slowly We Rot" i "Cause Of Death", to już zawsze ma się pod górkę. I to właśnie ta wielkość poprzedniczek, jak dla mnie, przyćmiewa "The End Complete". Brakuje mi tu tego nieokiełznanego szaleństwa znanego z debiutu (który nota bene był zdecydowanie szybszy) oraz doskonałej gry Murphy’ego (gdyż Allen West postanowił powrócić do kapeli).

2 kwietnia 2012

Baphomet – The Dead Shall Inherit [1992]

Baphomet - The Dead Shall Inherit recenzja okładka review cover
Druga liga death metalu w USA zawsze była cholernie mocna, a wielu spośród zapełniających ją zespołów — szczególnie w lepszych czasach — do awansu do ekstraklasy brakowało jedynie odrobiny szczęścia (oraz, często, szczypty oryginalności), bo poziomem muzyki nie odbiegały od tych najpopularniejszych. Takie życie. W nagrodę za wytrwałość niektórzy przynajmniej dorobili się kultowego statusu. Oczywiście zazwyczaj już po zejściu, ale zawsze to coś. Do grona takich kapel można zaliczyć Baphomet, który niby cieszy się jakimś poważaniem, ale mało kto go w rzeczywistości zna i namiętnie słucha. A, zapewniam, jest to, kurna, spore zaniedbanie/niedopatrzenie, bo autorzy "The Dead Shall Inherit", głównie za sprawą tego albumu, swego czasu robili za jeden z wyznaczników muzycznej brutalności.

29 marca 2011

Blind Guardian – Somewhere Far Beyond [1992]

Blind Guardian - Somewhere Far Beyond recenzja okładka review cover
Przez wielu uważany za pierwszy porządny album Blindów, album, na którym w pełni rozwinął się ich niesamowity, unikalny styl znany z późniejszych dokonań. Blind Guardian w wersji 2.0. Gdzieś pomiędzy "Tales from the Twilight World" a "Somewhere Far Beyond" chłopaki zredukowali bieg i nieco odpuścili gaz. Zrobili też jednak coś, czym pokazali, że mają jaja i charakter – przesiedli się z motoru z przyczepką do samochodu. W biegu. To prawda – zwolnili trochę, ale w żadnym wypadku nie można tego uznać za wadę. Wręcz przeciwnie – odpuszczenie sobie wyszło chłopakom na dobre, bo granie na czas ma swoje granice, a granie na jakość kompozycji – nie. Na "Tales From The Twilight World" słychać jeszcze ów dziki pęd na dwóch kółkach (trzech, w sumie), wiatr we włosach i czuć komary na zębach. "Somewhere Far Beyond" to zupełnie nowa jakość, nic nie pozostawiono przypadkowi: bite 43 minuty artyzmu na najwyższym poziomie, a wszystko starannie dopasowane, zgrane i zagrane. I wciąż kopiące.

20 marca 2011

Kat – Bastard [1992]

Kat - Bastard recenzja okładka review cover
Do tego albumu mam ogromny sentyment. Raz, że był to mój pierwszy KAT, dwa, że radykalnie zmienił moje poglądy na prawdziwą muzykę i skutecznie ukształtował gust. Są też inne powody, dla których ocena jest maksymalna, chociaż w moich oczach i tak zbyt niska – w końcu nie na samych wspomnieniach opiera się wartość tego dzieła. Gatunkowo "Bastard" jest bardzo trudny do zdefiniowania, bo choć trzon materiału stanowi progresywny i niezmiernie techniczny thrash, to nie brakuje też elementów z innych, często odległych stylistyk, dzięki czemu sporo tu kontrastów, niejednoznaczności i tajemnicy. To, co zespół stworzył jest sztuką sztuk! Począwszy od brzmienia, które jest niesamowicie klarowne, ostre, a przy tym cholernie ciężkie i 'suche', przez świetną produkcję (dużo przestrzeni, odpowiednia przejrzystość przy nawet największej gmatwaninie i wspaniale uwypuklone niuanse aranżacyjne),

29 listopada 2010

Immortal – Diabolical Fullmoon Mysticism [1992]

Immortal - Diabolical Fullmoon Mysticism recenzja okładka review cover
Co na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku mógł porabiać norweski pre-blackmetalowiec zanim poczuł odwieczny zew lasu, oddał się Szatanowi (jakkolwiek to rozumieć), umalował pyska i rytualnie przybrał mroczny pseudonim? Ano to, co zdecydowana większość piewców tego trendu – w jakiejś piwnicy łupał pod swoim nazwiskiem toporny death metal. Immortal nie jest tu żadnym wyjątkiem. Dobrze się jednak stało, że dali sobie siana z czymś, co ich przerastało na rzecz czegoś, na co starczało im umiejętności. Taka była droga do debiutu Norwegów – ortodoksyjnego true balck metalu, w którym próżno szukać znaczących urozmaiceń czy znamion finezji. Struktury utworów są bardzo proste: garstka przypadkowych riffów, możliwie szybka perkusyjna młócka (oczywiście w tempach łatwych do opanowania), dzikie darcie mordy i masa innych niewiadomego pochodzenia dźwięków. Kiedyś to był szok, muzyka ekstremalna, stosunkowo świeża, dzika i pierwotna...

26 listopada 2010

Cannibal Corpse – Tomb Of The Mutilated [1992]

Cannibal Corpse - Tomb Of The Mutilated recenzja okładka review cover
O ile poprzednim tworom Cannibal Corpse niczego w zasadzie nie brakowało by przyzwoicie sponiewierać death-maniaków, to można powiedzieć, że dopiero na "Tomb Of The Mutilated" w pełni rozwinęli swoje utytłane posoką skrzydła. Po prostu, wszystkie dotychczasowe atuty ich łomotu zostały tu dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Ewolucja, jaka nastąpiła w zespole na przestrzeni tylko jednego roku — i to bez zmian składu — może robić wrażenie. Przepadły najprostsze patenty i zbyt typowe zagrywki, nie ma też chodzenia na aranżacyjne skróty. To już nie tylko czysta, bezpośrednio podana agresja, a naprawdę przemyślana i dość techniczna muza. Krążek jest brutalniejszy niż dwa wcześniejsze, bardziej intensywny, ekstremalny, a przy tym znacznie lepiej wyprodukowany, dzięki czemu wyraźnie zyskał na sile uderzeniowej.

23 sierpnia 2010

Deicide – Legion [1992]

Deicide - Legion recenzja okładka review cover
"Legion" już w momencie wydania stał się kultem, monumentem, czymś, co cholernie trudno będzie prześcignąć. Deicide przekroczyli tu kolejne bariery szybkości, brutalności i bezkompromisowego bluźnierstwa. To był szok! A że metalowców rajcują takie rzeczy, to sukces był murowany. A dziś, po kilkunastu latach od premiery, "Legion" nadal powoduje u niektórych opad dolnej (a czasem i górnej – kwestia wieku) szczęki. Trudno się temu dziwić, bowiem materiał jest stosunkowo złożony (pod tym względem zespół wpisał się w tendencje panujące na ówczesnej death’owej scenie i skutecznie komplikował sobie życie), inteligentnie zagrany, intensywny (także za sprawą brzmienia), nabuzowany, dziki, a do tego niemiłosiernie zblastowany. Dlaczego zblastowany? Bo właśnie szybkości odgrywają tu ogromną rolę.

24 czerwca 2010

Malevolent Creation – Retribution [1992]

Malevolent Creation - Retribution recenzja okładka review cover
Kilkadziesiąt sekund tajemniczego intra, a potem 33 minuty jazdy takiej, że jednym podmuchem zrywa gacie przez głowę, zostawiając delikwenta tylko w pożółkłych majciorach. Porywające riffy, świetne solówki (w tym jedna gościnnie zagrana przez Jamesa Murphy), dudniący bas, perkusyjna kanonada i mocny ryk wokalisty. Już pierwsza konfrontacja fana klasycznego death metalu z "Retribution" przynosi jakże prostą konstatację, że oto mamy do czynienia z zespołem i płytą z najwyższej półki. Skoro wyżej pojawił się przymiotnik 'klasyczny', to usłyszymy oczywiście wpływy thrash’u, w tym przypadku przede wszystkim Slayera, co objawia się w licznych melodiach ('słodzenia' bezproblemowo uniknięto), jak również w typowej dla Zabójców zabójczej motoryce. Nie ma się co oszukiwać – słuchając "Retribution" nie raz zaleci krańcowo kultowym "Reign In Blood",

18 czerwca 2010

My Dying Bride – As The Flower Withers [1992]

My Dying Bride - As The Flower Withers recenzja okładka review cover
Debiut brytyjskiego My Dying Bride doskonale pokazuje, na czym polega porządny, odważny death metal z dodatkiem solidnych doomowych zwolnień i dobijającego klimatu. Ponura atmosfera tego krążka udziela się od razu podczas słuchania instrumentalnego 'Silent Dance' i trwa już do końca albumu, tj. prawie przez 50 minut. Słychać, że muzycy nie chcieli powielać pomysłów swoich idoli (m.in. Slayer, Celtic Frost, Dead Can Dance – aż strach pomyśleć, co by wyszło z ich połączenia), tylko wyskoczyli ze świeżymi patentami na granie brutalnej muzyki, dając chociażby miejsce do popisu młodemu skrzypkowi Martinowi Powellowi. Efekt musiał powalić i tak też jest w istocie! Bardzo się to chwali, bo ambitnej muzy nigdy za wiele. W 'Sear Me', 'The Bitterness And The Bereavement' i 'The Return Of The Beautiful' odrobinkę (no, może odrobinkę większą odrobinkę, hehe) death’owej napierduchy wymieszano z przygnębiającym i nieco 'romantycznym' klimatem, co dało nam w efekcie całkiem długie i epickie numery.

20 maja 2010

Gorefest – False [1992]

Gorefest - False recenzja okładka review cover
Gorefest to dla mnie najlepszy zespół w historii europejskiego death metalu. Tę pozycję zdobył u mnie swoim drugim, fenomenalnym albumem pt. "False". Co prawda muszę wspomnieć, że w mojej subiektywnej opinii praktycznie każdy ich album wbił się dużymi złotymi literami w historię death metalu. Oczywiście nie wszyscy zapewne podzielają mój pogląd, ale na pewno mi przytakną w jednym punkcie, że "False" całkowicie zasłużenie może znaleźć się w alei ("Idę, patrzę, a leją zasłużonych"... – przyp. demo) złotych albumów death metalu. "False" to totalny odkurw!!! Brutalność, technika, melodyjność i pomysłowość. Nie ma się do czego przyczepić, materiał po prostu zwala z nóg! Brutalne (czasem mocniej czasem lżej), melodyjne partie gitarowe, zajebiste solówki, młócki na perce i wokal Jan Chrisa paraliżują układ nerwowy odbiorcy.

23 marca 2010

Comecon – Megatrends In Brutality [1992]

Comecon - Megatrends In Brutality recenzja okładka review cover
Tytuł debiutu Comecon chyba dość dobrze oddaje sytuację panującą naonczas na szwedzkiej ziemi (a właściwie w podziemiu), wszak początek lat 90. ubiegłego wieku to największe sukcesy głównych jej przedstawicieli. Właśnie wtedy, gdzieś pośród tuzów pokroju Entombed, Dismember, Unleashed czy Grave egzystował sobie twór dość osobliwy, bo składający się jedynie z dwóch napakowanych pomysłami wioślarzy. To oni sklecili ten czterdziestominutowy materiał, zawołali po wokalistę i ruszyli do Sunlight, żeby wszystko zarejestrować tak, jak na prawdziwych Szwedów przystało. Rezultatem jest opisywany "Megatrends In Brutality", który — choć średnio znany — na tle innych, popularniejszych wyziewów z tego kraju prezentuje się całkiem nieźle i nie odstaje zbytnio od najlepszych.

Nocturnus – Thresholds [1992]

Nocturnus - Thresholds recenzja okładka review cover
Drugi krążek Nocturnus, choć już nie tak przełomowy jak "The Key", potwierdził wybitną klasę kapeli i ugruntował jej pozycję na coraz bardziej zapchanej scenie. Muzyka zawarta na tej płycie to niezaprzeczalnie dojrzały, obrzydliwie techniczny, szalenie połamany, na swój sposób dziwaczny, formalnie zakręcony i bardzo klimatyczny death metal w stylu, do jakiego Amerykanie zdążyli przyzwyczaić fanów. Jako się rzekło, rewolucji nie ma, ale progresywny charakter tej muzyki i tak jest wyczuwalny – kawałki są jeszcze bardziej rozbudowane, bardziej masywne (nastawione na ciężar), a klawisze w nich wykorzystane w odrobinę inny sposób niż na debiucie. Wszechpotężni wioślarze w osobach Mike’a Davisa i Seana McNenney odwalili kawał porządnej roboty, bowiem tak riffy, jak i solówki (zwłaszcza Davisa) — mówiąc dosadnie, choć parlamentarnie — rozpierdalają.

Brutal Truth – Extreme Conditions Demand Extreme Responses [1992]

Brutal Truth - Extreme Conditions Demand Extreme Responses recenzja okładka review cover
Gdyby Pan Wojciech Gąsowski był fanem grindu, słuchając Brutal Truth zapewne zanuciłby: "gdzie się podziały tamte młócenia? Gdzie tamten grind?..." oj tak, gdzie on kurwa jest???? Tak szaleńczo zapieprzającego grind coru, jaki prezentował Brutal Truth dzisiaj już chyba nikt nie gra. Ich styl był naprawdę unikalny i niepodrabialny. Opisywana płyta, będąca debiutem nowojorczyków to prawdziwa bomba atomowa – play=>intro=>blast=> i wszystko poszło w pizdu! To się nazywa pierdolnięcie! Na tym krążku wszystko jest szybkie: wokal, gitary, bębny, basy, wszystko! Oczywiście, żeby ktoś nie powiedział, że przesadzam, muszę napisać, że chłopaki grają też wolne numery, lecz nawet, gdy grają wolno to wydaje się, że pędzą jak pojebani, zostawiając tylko leje w glebie.

Fear Factory – Soul Of A New Machine [1992]

Fear Factory - Soul Of A New Machine recenzja okładka review cover
Wśród fali death metalowych debiutów z początku lat 90-tych pojawiła się także osobliwa płytka zespołu o dość nietypowej nazwie. Fabryka Strachu, bo o nich tu mowa, poszli w zdecydowanie innym kierunku niż większość ówczesnych kapel, ale efekty osiągnęli co najmniej intrygujące. Nie jest to co prawda wybitnie innowacyjne granie, bo wpływy Suffocation, Godflesh czy przede wszystkim Napalm Death (ale nie wczesnego) słychać dość wyraźnie, ale dają się odczuć także zaczątki własnego, oryginalnego stylu, który — jak czas pokazał — stosunkowo szybko z brutalnym death metalem zerwał. A na czym ta wyjątkowość polega? Po pierwsze, brzmienie (skorzystano z usług etatowego producenta Earache...) – brudne, szorstkie, bardzo mechaniczne, z wyraźnym basem – praktycznie pozbawione pierwiastka ludzkiego.

Vital Remains – Let Us Pray [1992]

Vital Remains - Let Us Pray recenzja okładka review cover
Na początku warto zaznaczyć, że jak na debiut, "Let Us Pray" to stosunkowo długi, bo trwający ponad 56 minut krążek. Taka dawka death metalu niejednego może przyprawić o ból głowy, lub zwyczajnie w świecie zniechęcić. Ale zapewniam, że nie tym razem. W przypadku Vital Remains wszystko — wbrew tendencjom panującym wówczas na scenie — rozgrywa się w średnio-wolnych tempach, tylko gdzieniegdzie zahaczając o niekoniecznie masakrujące przyspieszenia. Zdecydowanie najlepiej prezentują się na tej płycie gitary – riffy są zróżnicowane, nieźle pomyślane, przyjemnie melodyjne i dalekie od ciągłego tremola, zaś solówki dzikie, odrobinę pokręcone i odpowiednio wyeksponowane (brawa dla Paula Flynna). Bardzo dobrze zaaranżowano dłuższe (jak na średnią w gatunku), bardziej klimatyczne utwory, przez co do nudnych czy przekombinowanych na pewno nie należą, choć gdzieniegdzie zabrakło w nich lepszego szlifu.