Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty

24 kwietnia 2018

Asphyx – Last One On Earth [1992]

Asphyx - Last One On Earth recenzja okładka review coverZdarzyło mi się już kiedyś wskazać paluchem najlepszy album w historii Asphyx, teraz słów kilka na temat płyty, którą wielu — jak zaraz udowodnię – niesłusznie — uważa za tą naj. Ale po kolei. Do nagrania "Last One On Earth" Holendrzy mieli przystąpić w skorygowanym składzie – nie udało się; później, już w trakcie sesji, kopa miał dostać van Drunen – nie dostał, bo spisał się na tyle dobrze, że postanowiono wykorzystać nagrane przez niego partie. To była słuszna decyzja, bo jego rozpaczliwe wokale są niewątpliwie ozdobą tego krążka. Wprawdzie wyziewnością ani dzikością nie dorównują tym z debiutu, jednak są na tyle mocne i patologiczne, że muszą się podobać. Równie dobrze prezentuje się brzmienie – stało potężniejsze, a także wyraźnie bliższe szwedzkiej szkole (choćby Grave), choć jak dla mnie brakuje mu wspaniałej syfiastości "The Rack", mimo iż zespół ponownie skorzystał ze studia Harrow. Co do muzyki – na pierwszy rzut ucha wydaje się, że doszło tu do wielu zmian, a tak naprawdę jej rdzeń pozostał nienaruszony. "Last One On Earth" jest z całą pewnością lepiej przemyślany od poprzednika, bardziej dopracowany w szczegółach (o czym świadczą chociażby dość ambitne niuanse w drugich riffach 'M.S. Bismarck' i 'The Incarnation Of Lust') i pewniej wykonany. Słychać, że zespół sprawniej opanował instrumenty, więc częściej pozwala sobie na szybkie partie, nie stroni także od komplikowania riffów ponad wcześniejsze standardy. Za chęć rozwoju należy Asphyx oczywiście gorąco pochwalić, problem w tym, że właściwie cały progres sprowadza się do kwestii technicznych, nie kompozycyjnych. Na "Last One On Earth" zespół nie proponuje niczego nowego i w głównej mierze skupia się na powielaniu wykorzystanych już wcześniej patentów i to w sposób ocierający się nieraz o autoplagiat. W konsekwencji tej zachowawczości Asphyx stworzyli materiał dość wtórny i niezaprzeczalnie schematyczny, choć całkiem przyjemny w odbiorze. Oprócz świeżości brakuje mi tu jeszcze przytłaczającego klimatu debiutu i jego nie do końca kontrolowanego szaleństwa w szybkich fragmentach, czyli rzeczy które już od 'Vermin' mocno chwytały za serce i jaja. "Last One On Earth", nie przeczę, może się podobać, ale ani przez moment nie zachwiał moim uwielbieniem dla "The Rack".


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 września 2016

Torchure – Beyond The Veil [1992]

Torchure - Beyond The Veil recenzja okładka review coverMorgoth – to hasło wbrew pozorom nie wyczerpuje tematu klasycznego niemieckiego death metalu, choć nie da się ukryć, że to ten kultowy akt zrobił najwięcej dobrego dla tamtejszej sceny. Natomiast zespołem numer dwa, jeśli chodzi o ważność/zajebistość, jest dla mnie niesłusznie zapomniany Torchure . Wiadomo, tyle estymy co Morgoth nie miał w Niemczech nikt, ale Torchure — i to jest smutne — nie zdobyli nawet połowy tego uznania co kilka znacznie gorszych kapel, które w dodatku wystartowały później. Wydany w 1992 roku, a poprzedzony trzema demówkami debiut "Beyond The Veil" to kawał interesującego, przemyślanego i pewnie odegranego death metalu, który z jednej strony idealnie wpisuje się w kanony europejskiej odnogi gatunku (ot choćby Bolt Thrower, Grave, Gorefest), a z drugiej ma do zaoferowania kilka niezbyt popularnych wówczas rozwiązań, które zapewniły mu wyjątkowość i rozpoznawalność. Wybuchom szybkiej i brutalnej młócki (powiedzmy, że najbardziej w szwedzkim stylu) towarzyszą tutaj porządnie zaaranżowane niemal doomowe zwolnienia, w trakcie których Niemcy miażdżą ciężarem i powalają złowieszczym klimatem zbliżonym trochę do tego, który znamy z "Cursed". Wprawdzie niektóre z tych bardziej odważnych/progresywnych patentów po tylu latach mogą wywoływać uśmiech na twarzy, ale wtedy były czymś nieoczywistym czy wręcz nowatorskim. Zresztą nie wszystko się tu zestarzało i taki 'Mortal At Last' wciąż wywołuje ciary na plecach, choć zbudowano go w oparciu o dość banalny pomysł. Przy okazji warto odnotować, że użycie klawiszy wcale nie wpłynęło u Torchure na złagodzenie brzmienia, a "Beyond The Veil" jako całość solidnie kopie po dupie, mimo iż obraca się głównie w średnich tempach, jak przywołane wyżej kapele. Takie podejście do grania opłaciło się chłopakom – muzyka chwyciła, zespół zdobył lokalną renomę, załapał się na trochę prestiżowych koncertów i wszystko zmierzało w jak najlepszym kierunku. Niestety, w październiku 1992 w wypadku samochodowym zginęli główni twórcy materiału, bracia Andreas i Torsten Reissdorf oraz operator (video) zespołu Sven Lubert. Torchure o dziwo podźwignęli się po tym ciosie i — w odbudowanym składzie — już po kilku miesiącach byli gotowi na premierę krążka numer dwa, ale to temat na inną okazję. Wracając do "Beyond The Veil", w pierwszej kolejności albumem powinni się zainteresować fani starego death metalu, w którym ważne są dobre struktury i odpowiedni nastrój, nie zaś melodyjki i tanie studyjne sztuczki.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Torchure/124843611008933

podobne płyty:

Udostępnij:

11 września 2014

Decision D – Razón de la Muerte [1992]

Decision D - Razón de la Muerte recenzja okładka review coverTylko nie wczytujcie się zbyt głęboko w teksty, bo jeszcze spłynie na was łaska boska i dostaniecie kurzajek przy lekturze Behemotha. Tak się bowiem składa, że holenderski Decision D, poza graniem technicznego death/thrashu (na czym się dzisiaj skoncentruję), zabrał się za ewangelizowanie. Jeśli więc dostajecie torsji na samą myśl o chrześcijańskim metalu, proponuję prewencyjnie unurzać się w smole przy akompaniamencie najbardziej bluźnierczych kawałków Deicide przed przystąpieniem do słuchania. A warto, jak jasny skurwysyn warto. Debiutancki krążek Holendrów wart jest największych poświęceń, gdyż zawarta na nim muzyka po prostu rozjebuje. Krążek brzmi nie gorzej niż rodzimy Wolf Spider, opisywany ostatnio Obliveon, a nawet Death z podobnego okresu. Jest więc wszystko, czego wytrawny słuchacz technicznej muzyki mógłby kiedykolwiek potrzebować. Holenderski zespół postarał się, by muzyka była odpowiednio techniczna i ambitna, nie zapominając przy tym o starej, dobrej przebojowości. Przy takim nagromadzeniu wirtuozerskich i kompozytorskich bajerów, jak to się dzieje w przypadku "Razón de la Muerte", sztuką jest utrzymać muzykę na poziomie trafiającym do przeciętnego słuchacza i ta sztuka Decision D się znakomicie udaje. Płyta wchodzi naprawdę leciutko, niemal za lekko, przez co trzeba się przez nią przegryźć kilka razy, by wyłapać wszystkie fajerwerki. Przywodzi to nieco na myśl, wspomnianego już Wolf Spidera, który humorem skutecznie odwracał uwagę od karkołomnych aranżacji. Z Decision D jest de facto podobnie, bowiem całość krążka podszyta jest swoistą zabawą z muzyką i ze słuchaczem. Opisując stronę techniczną ograniczę się do kilku ledwie stwierdzeń: (a) kapitalne gitary – tak riffy jak i solówki, (b) ciekawe, zróżnicowane wokale, swobodnie operujące w przedziale od głębokich growli a’la Asphyx, a skończywszy na wysokich zaśpiewach (w dodatku zmanierowanych) oraz (c) sprawiająca wrażenie zrobionej od niechcenia zabawa z tempami. To wszystko do kupy razem wzięte sprawia, że "Razón de la Muerte" słucha się fenomenalnie, z wypiekami na twarzy i — w zależności od konfesji — wkurwem połączonym z zachwytem bądź tylko zachwytem. Zdecydowanie polecam.


ocena: 9/10
deaf

podobne płyty:

Udostępnij:

20 listopada 2013

Cadaver – ...In Pains [1992]

Cadaver - ...In Pains recenzja okładka review coverMuzycy Cadaver na swoim debiucie pokazali światu, że zupełnie nieźle opanowali tajniki grind core’a i potrafią hałasować jak najlepsi w gatunku. Na "...In Pains" udowodnili natomiast, że mają dobrze wyrobioną wyobraźnię, jaja ze stali oraz wyjebane na presję otoczenia i prymitywne trendy. Na krążku numer dwa całkowicie zerwali z patologicznym carcassowym napieprzaniem, jednak — co godne pochwały — w jego miejsce nie zaproponowali uwłaczającego blackowego bzyczenia i pomalowanych mordek. Nie, Cadaver poszedł pod prąd i porządnie tu wszystkich zaskoczył. Na "...In Pains" mamy bowiem do czynienia z dość ambitnym, urozmaiconym technicznie thrash’em (wpływy Voivod są co najmniej namacalne) z pewnymi, acz niewielkimi, death’owymi naleciałościami. Tempa są najwyżej średnie, brzmienie nietypowo czytelne (do tego z wyeksponowanym basem), a pojawiające się tu i ówdzie dodatki (chociażby kontrabas czy flet) nie mają nic wspólnego z jakimkolwiek metalem – ekstremy brak, choć absolutnie nie można im zarzucić, że się tym materiałem sprostytuowali. Ta drastyczna zmiana stylu, o dziwo, nie wyszła zespołowi na złe (no, chyba że bierzemy pod uwagę aspekt komercyjny), bo muzyka zawarta na płycie jest na pewno bardziej oryginalna niż na "Hallucinating Anxiety": śmiała, nowatorska, a nawet rewolucyjna, gdy odniesiemy ją do średniej norweskiej. A przy okazji zakręcona, wymagająca skupienia i momentami trudna w odbiorze. Swymi przymiotami "...In Pains" wprawdzie budził pewien respekt na scenie — choć wydaje mi się, że więcej w tym było strachu przed nieznanym niż rzeczywistego uznania — a żadnego z członków zespołu nie zadźgano za zdradę ideałów, jednak album nie spotkał się z szerszym zrozumieniem, co w rezultacie doprowadziło do rozwiązania grupy ledwie w rok po jego wydaniu. Wielka szkoda, bo kawałki typu 'Blurred Visions', 'Runaway Brain', 'During The End' czy 'Bypassed' do dziś potrafią się nieźle zakręcić w łepetynie, potwierdzając duży potencjał ich twórców. Jeśli tylko nie przeszkadzają wam eksperymenty i stylistyczne odjazdy poza ramy thrash i death metalu, to w ciągu 45 minut z "...In Pains" znajdziecie sporo interesujących i unikalnych fragmentów.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/cadaver

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 maja 2013

Aspid – Extravasation [1992]

Aspid - Extravasation recenzja okładka review coverJeśli miałbym wskazać Rosyjską kapelę, która nagrywa muzykę tak dobrą, że niejednokrotnie bijącą uznane, legendarne, Zachodnie marki, to wskazałbym na Aspid. Nie na Hieronymusa, choć "Artificial Emotions" trafił mnie z siłą wodospadu z reklamy Corega Tabs. To właśnie ta, szerzej (a nawet węziej) nieznana kapelka, nagrała krążek, który, jak równy między równymi, umieszczam na półce obok płyt Atheist, jedynego, sensownego Cynica, Sadist, Death, Nocturnus, wybranych Pestilence, Coronera, Watchtower i kilku, raczej mniej niż więcej, innych kapel. Nagrany w 1992 roku "Extravasation" to kwintesencja technicznego death/thrashu: czysta, nieskażona zbędnymi wpływami moc, agresja, wirtuozeria i kompozytorski geniusz. Ostatnio sporo się rozpisuję o technicznych kapelach, wyliczam ich zalety, chwalę warsztat muzyków i umiejętności kompozytorskie, jeśli jednak stanąłbym przed koniecznością zabrania ze sobą na bezludną, acz dobrze nagłośnioną i kulinarnie wyposażoną, wyspę dzieł jednej z tych kapel, to nie wiem, czy nie zdecydowałbym się na "Extravasation". Jest w słowiańskich zespołach* coś, czego nie odnalazłem w tych wszystkich Zachodnich zespołach*, coś co przyciąga niczym katastrofa live w tv, coś, co dodaje kolejnego wymiaru muzyce – autentyczność i szczerość nieznana ludziom walczącym o lepsze kontrakty, chcącym dobrze wypaść przed swoimi "najwierniejszymi" fanami i innym, siedzącym po uszy w relacji sprzedawca-klient. Urzekło mnie to już za pierwszym razem, trzyma do dziś i nie sądzę, by miało się kiedykolwiek zmienić. Nie znaczy to, że Aspid nagrali najlepszy krążek w dziejach metalu, ale znaczy to, że dodali — do już i tak zajebistej muzyki — dość rzadki pierwiastek prawdziwości i pewności, że nagrali to, co naprawdę chcieli nagrać. Uwierzcie – robi to różnicę. Jak już wspomniałem, sama muzyka urywa jaja, łeb i wyrywa włosy sąsiadom ich własnymi rękoma, słychać na niej wpływy wyżej wymienionych okraszone Rosyjską buńczucznością, szybkością do rękoczynów i — ogólnie rzecz ujmując — chęcią zajebania komukolwiek tylko zdarzy się nawinąć pod rękę. Ot, taka ta rosyjska gościnność. Aspid zweryfikuje wasze pojęcie agresywnego grania, także dzięki – co uważam za jedną z największych zalet "Extravasation" – tekstom śpiewanym po rosyjsku. Może to tylko moje zdanie, ale jeśli miałbym wybrać najbardziej złowieszczy i bezlitosny język, to wybrałbym właśnie rosyjski. Mógłbym jeszcze pisać i pisać o Aspid, rozpływać się nad riffami, mlaskać przy kolejnych zwrotach, wychwalać sekcję, ale chyba nie ma sensu. Równie bezsensowna jest próba wybrania najlepszych utworów, wskazania ulubionych solówek, wymienienia najjaśniejszych z jasnych momentów. "Extravasation" bowiem, mimo iż nie jest najlepszym krążkiem w dziejach metalu, do ideału daleko mu nie brakuje.

*jest to, oczywiście, pewne uogólnienie


ocena: 10/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/aspidmetal

podobne płyty:

Udostępnij:

29 sierpnia 2012

Napalm Death – Utopia Banished [1992]

Napalm Death - Utopia Banished recenzja okładka review cover"Utopia Banished" zaczyna się prawie jak "Necroticism" Carcass, ale już po kilku chwilach wiadomo, co jest grane. Czyli co takiego? – Doskonała mikstura grindu i porządnego death metalu. Świetnie dobrane proporcje sprawiają, że mamy do czynienia z muzyką ciężką, przeważnie w szybkich i bardzo szybkich tempach, szaloną, ale czytelną i całkiem przyzwoitą pod względem technicznym. Zdecydowanie nie jest to ten sam zespół — i mniejsza o skład — który popełnił "Scum" i "From Enslavement To Obliteration". Nie żebym miał coś do tych płyt, są urocze, ale takie oblicze, jakie Napalm Death prezentowali na "Utopia Banished" dużo bardziej mi odpowiada, bo jest wyraźnym krokiem naprzód także względem bardzo dobrego "Harmony Corruption". Zresztą wystarczy posłuchać 'Dementia Access' (1:58 – startuje najcudniejszy riff na płycie), 'Aryanisms', 'Judicial Slime' lub 'Upward And Uninterested', by zrozumieć o co chodzi – mnie masakrują przede wszystkim PRZEPIĘKNIE klasyczne riffy, brutalne i chwytliwe, do tego dochodzi dość gęsta praca garów (intensywność, super blasty) i wyziewy generowane przez Barney’a. Na chwilę zatrzymam się jeszcze przy wokalach – gardłowy charkot i dzikie wrzaski robią naprawdę dobre wrażenie, ale niestety to charczenie w paru miejscach wypada jednak zbyt jednostajne, co w sumie można uznać za wadę. Drugą jest brzmienie – jakość dźwięku jest bardziej niż w porządku, ale całość została zmasterowana w taki sposób, że wyszło zbyt cicho (najgłośniejsze jest intro!). Solówek jest mało, ale ich niedobór zupełnie nie przeszkadza, co więcej – w ogóle się tego nie zauważa. Należy chłopaków z Napalm pochwalić także za kończący płytę eksperymentalny 'Contemptuous', który jest (był) chyba zapowiedzią Meathook Seed i ich debiutu "Embedded". Mniej hałasu, więcej grania. Zalecane słuchanie w dużych dawkach.


ocena: 9,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 kwietnia 2012

Obituary – The End Complete [1992]

Obituary - The End Complete recenzja okładka review cover"The End Complete" to trzecia już klasyczna pozycja w przegniłej dyskografii Obituary. Ale czy najlepsza? Zasadniczo jest to kwestia dość problematyczna, bowiem choć niczego nowego tu raczej nie uświadczymy, był to album świetnie przyjęty przez krytykę, odniósł też olbrzymi sukces komercyjny (grubo ponad 250 000 egzemplarzy sprzedanych na całym świecie jak na death metal to jednak coś!). Nie jest to płyta zła, nie jest też średnia – to porządny brutalny metalowy krążek, ale gdy wcześniej nagrywa się tak ważne dla gatunku i świeże killery jak "Slowly We Rot" i "Cause Of Death", to już zawsze ma się pod górkę. I to właśnie ta wielkość poprzedniczek, jak dla mnie, przyćmiewa "The End Complete". Brakuje mi tu tego nieokiełznanego szaleństwa znanego z debiutu (który nota bene był zdecydowanie szybszy) oraz doskonałej gry Murphy’ego (gdyż Allen West postanowił powrócić do kapeli). Brzmienie również odbiega, od tego, jakim zachwycałem się na 'dwójce' – nie jest już tak cholernie ciężkie (choć chłopaki akurat byli nim zachwyceni), inny jest też brud gitar i sound garów (szczególnie werbel). Mimo wszystko "The End Complete" plusów i tak ma sporo: jak zwykle wyśmienite wymioty Johna, dzikie solówki (którym bliżej do debiutu), kapitalna gra Donalda (znakomita praca centralek!), przez większość czasu walcowanie w średnich tempach i oczywiście kilka przejebanych zwolnień. – Muzyka bardzo typowa dla Nekrologu, która wejdzie tylko określonej liczbie słuchaczy nie zaznajomionych z poprzednimi dokonaniami zespołu, bo fanom przełknięcie tej dawki muzycznych nieczystości na pewno nie sprawi problemu. OK, płyta bardzo dobra, ale chyba aż zbyt równa — praktycznie nie można wybrać jakiegoś szczególnie wybijającego się wałka — i przez to trochę jednowymiarowa, co nie zmienia faktu, że to 36 minut solidnej death metalowej zgnilizny.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

2 kwietnia 2012

Baphomet – The Dead Shall Inherit [1992]

Baphomet - The Dead Shall Inherit recenzja okładka review coverDruga liga death metalu w USA zawsze była cholernie mocna, a wielu spośród zapełniających ją zespołów — szczególnie w lepszych czasach — do awansu do ekstraklasy brakowało jedynie odrobiny szczęścia (oraz, często, szczypty oryginalności), bo poziomem muzyki nie odbiegały od tych najpopularniejszych. Takie życie. W nagrodę za wytrwałość niektórzy przynajmniej dorobili się kultowego statusu. Oczywiście zazwyczaj już po zejściu, ale zawsze to coś. Do grona takich kapel można zaliczyć Baphomet, który niby cieszy się jakimś poważaniem, ale mało kto go w rzeczywistości zna i namiętnie słucha. A, zapewniam, jest to, kurna, spore zaniedbanie/niedopatrzenie, bo autorzy "The Dead Shall Inherit", głównie za sprawą tego albumu, swego czasu robili za jeden z wyznaczników muzycznej brutalności. Trzeba nadmienić, że chodzi o brutalność w jak najbardziej podziemnym wydaniu – prosty, chropowaty łomot pozbawiony zarówno upiększeń (czytać: melodii i solówek), jak i urozmaiceń, ale za to niezwykle równy, ostro kopiący i precyzyjnie odegrany. Do tego dorzućcie iście grobowy growl oraz utrzymane w death’owych kanonach teksty i okładkę. Mimo, iż krążek kręci się przede wszystkim w średnich i szybkich tempach, muzycy zupełnie nieźle opanowali sztukę posługiwania się zwolnieniami, którymi to ścierają słuchacza na pył, a właściwie na krwawą papkę. Nie muszę chyba dodawać, że jest to uczucie wyjątkowo przyjemne? A jednak to dodałem. Czemu? Nie mam pojęcia! Ufff... Baphomet w swojej obskurności nie był naturalnie zespołem wyjątkowo odkrywczym. Na "The Dead Shall Inherit" można wskazać na sporo wpływów i podobieństw do innych kapel; te najważniejsze to: Autopsy (przesycony syfem klimat i mocarne dołowanie), Suffocation (zbliżony, choć bardziej pierwotny sposób dopierdalania), Immolation (zatęchłe brzmienie, tendencje do zamulania), Napalm Death (brud i gwałtowne blastowanie a'la "Harmony Corruption") czy Obituary (nieco toporne, ociężałe riffowanie). Na tych nazwach wyliczanka się nie kończy, ale powiedzmy to sobie jasno – w muzyce Baphomet nie chodziło o oryginalność czy finezję, a potężny, efektywny (bo efektowny już mniej, o ile w ogóle) i ponad wszelką wątpliwość czysty gatunkowo wypierdol. W związku z powyższym album polecam szczególnie gorąco death’owym purystom. Pozostali mogą nie załapać, o co ten szum.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/delivermeuntopain

podobne płyty:

Udostępnij:

29 marca 2011

Blind Guardian – Somewhere Far Beyond [1992]

Blind Guardian - Somewhere Far Beyond recenzja okładka review coverPrzez wielu uważany za pierwszy porządny album Blindów, album, na którym w pełni rozwinął się ich niesamowity, unikalny styl znany z późniejszych dokonań. Blind Guardian w wersji 2.0. Gdzieś pomiędzy "Tales from the Twilight World" a "Somewhere Far Beyond" chłopaki zredukowali bieg i nieco odpuścili gaz. Zrobili też jednak coś, czym pokazali, że mają jaja i charakter – przesiedli się z motoru z przyczepką do samochodu. W biegu. To prawda – zwolnili trochę, ale w żadnym wypadku nie można tego uznać za wadę. Wręcz przeciwnie – odpuszczenie sobie wyszło chłopakom na dobre, bo granie na czas ma swoje granice, a granie na jakość kompozycji – nie. Na "Tales From The Twilight World" słychać jeszcze ów dziki pęd na dwóch kółkach (trzech, w sumie), wiatr we włosach i czuć komary na zębach. "Somewhere Far Beyond" to zupełnie nowa jakość, nic nie pozostawiono przypadkowi: bite 43 minuty artyzmu na najwyższym poziomie, a wszystko starannie dopasowane, zgrane i zagrane. I wciąż kopiące. Każdy, kto choć trochę orientuje się w twórczości Bardów, po jednym spojrzeniu na tracklistę, rozpozna po kolei każdy utwór. Tu nie ma kawałków mniej znanych albo gorszych, wszystkie są równie wyczesane i osłuchane. Wstęp do "Time What Is Time" pobrzmiewa echami "... and Justice for All" i "One", drugi na płycie "Journey Through the Dark", podobnie jak "The Quest for Tanelorn" oraz "Ashes to Ashes", to ukłon w stronę wcześniejszych albumów, przy czym "Quest" jest bardziej niż pozostałe melodyjny i epicki, zaś "Ashes" – thrashowy. Prawdziwą perełką, choć balladą, jest "Black Chamber". Kto potrafi lepiej zagospodarować minutę, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem ;]. "Theatre of Pain" utrzymuje wolniejsze tempo poprzedniego utworu, jego świetność można dostrzec jednak w melodiach i nieprzeciętnych wokalizach Hansiego. "The Bard's Song – In the Forest" – tego naprawdę nie zamierzam komentować, bo byłoby to bluźnierstwo. "The Bard's Song – The Hobbit" to mocniejsza wariacja na temat poprzedniego dzieła, okraszona ciekawymi melodiami i aranżacjami. "The Piper's Calling" trwa minutę i grany jest tylko na szkockich dudach (tak barany, dudach, kobza to instrument strunowy). Album kończy się selftajtlem, który — jak na takowy przystało — podsumowuje całość i zbiera w jednym miejscu najlepsze patenty i pomysły. Dorzuca też trochę marszowych rytmów zahaczających lekko o ścieżki filmowe (coś w klimatach "Nieśmiertelnego") i raz jeszcze raczy Szkocj(k)ą. Zakończenie bardzo wytrawne i z klasą.


ocena: 9,5/10
deaf
oficjalna strona: www.blind-guardian.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

20 marca 2011

Kat – Bastard [1992]

Kat - Bastard recenzja okładka review coverDo tego albumu mam ogromny sentyment. Raz, że był to mój pierwszy KAT, dwa, że radykalnie zmienił moje poglądy na prawdziwą muzykę i skutecznie ukształtował gust. Są też inne powody, dla których ocena jest maksymalna, chociaż w moich oczach i tak zbyt niska – w końcu nie na samych wspomnieniach opiera się wartość tego dzieła. Gatunkowo "Bastard" jest bardzo trudny do zdefiniowania, bo choć trzon materiału stanowi progresywny i niezmiernie techniczny thrash, to nie brakuje też elementów z innych, często odległych stylistyk, dzięki czemu sporo tu kontrastów, niejednoznaczności i tajemnicy. To, co zespół stworzył jest sztuką sztuk! Począwszy od brzmienia, które jest niesamowicie klarowne, ostre, a przy tym cholernie ciężkie i 'suche', przez świetną produkcję (dużo przestrzeni, odpowiednia przejrzystość przy nawet największej gmatwaninie i wspaniale uwypuklone niuanse aranżacyjne), po kapitalną, momentalnie przyciągającą wzrok okładkę. No i same utwory... Niepowtarzalne, zaskakujące, połamane, agresywne, odważne, melodyjne, klimatyczne, piękne i... dziwne. Od samego początku zabijają pomysły i doskonała technika muzyków – tyle się tu dzieje, że trudno się momentami połapać, a już niemożliwe jest dłuższe utrzymanie uwagi na jednym elemencie, bo zewsząd jesteśmy bombardowani innymi, równie ciekawymi. Numery mają zwykle więcej niż pięć minut, więc nic dziwnego, że są bardzo rozbudowane, z wieloma miejscami do popisu i okazjami do odlotu. Dobry przykład takiej popieprzonej jazdy znajdziemy w 'Piwnicznych Widziadłach', w których połowie zespół daje sobie siana z czytelną strukturą i rzuca się w wir solówkowo-klimatycznych zawijasów, by w końcu powrócić do wcześniejszych motywów. Podobne jazdy, ale już w brutalniejszej odmianie, występują też w następnym kawałku – 'W Sadzie Śmiertelnego Piękna'. Ubóstwiany przeze mnie od pierwszego przesłuchania 'Zawieszony Sznur' morduje nie tylko riffami (główny motyw zapada w pamięć na zawsze – po prostu arcydzieło!), ale i solidnie rozciągniętą, pokopaną solówką. Mamy też dwa wyjątki od pokręconego napieprzania: instrumentalną miniaturę 'N.D.C.' (cuś jakby jazzowa improwizacja z fantastycznymi melodiami – cudeńko!), oraz piękną epicką balladę 'Łza Dla Cieniów Minionych', która choć najprostsza w zestawie, również nie jest pozbawiona dobijającego, czy może przygnębiającego klimatu reszty płyty. Każdy z muzyków dał z siebie wszystko, żeby ten materiał starczył słuchaczom na lata – żeby mieli co odkrywać, i czym się radować. "Bastard" to najtrudniejszy w odbiorze i najbardziej techniczny krążek zespołu – większość materiału doskonale udowadnia, że ekipa KATa nie przejmowała się mniej rozgarniętymi odbiorcami i miała na celu przede wszystkim artystyczne spełnienie. Misja się powiodła, bo chociaż dwie następne płyty też są wspaniałe, to do instrumentalnego zaawansowania "Bastarda" sporo im brakuje. Poziom zakręcenia muzyki podbijają naszpikowane cytatami z Micińskiego teksty Romana i jego odważne partie wokalne, w których nie ma miejsca na sztywne reguły. Ta produkcja KATa budzi spore kontrowersje i ma równie wielu wrogów co zwolenników, ja widzę w "Bastardzie" ósmy Cud Świata (albo siódmy – zamiast tego betonowego kloca z Brazylii czy tam z Świebodzina) z jedną tylko, acz przykrą wadą – trwa zaledwie 50 minut, a to przy tak niebotycznym poziomie ciut za mało. Mimo to niczego lepszego, bardziej stymulującego w Polsce nie nagrano – i nie zanosi się, żeby coś się w tej kwestii miało zmienić. Ejmen!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: >www.kat.com.pl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 listopada 2010

Immortal – Diabolical Fullmoon Mysticism [1992]

Immortal - Diabolical Fullmoon Mysticism recenzja okładka review coverCo na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku mógł porabiać norweski pre-blackmetalowiec zanim poczuł odwieczny zew lasu, oddał się Szatanowi (jakkolwiek to rozumieć), umalował pyska i rytualnie przybrał mroczny pseudonim? Ano to, co zdecydowana większość piewców tego trendu – w jakiejś piwnicy łupał pod swoim nazwiskiem toporny death metal. Immortal nie jest tu żadnym wyjątkiem. Dobrze się jednak stało, że dali sobie siana z czymś, co ich przerastało na rzecz czegoś, na co starczało im umiejętności. Taka była droga do debiutu Norwegów – ortodoksyjnego true balck metalu, w którym próżno szukać znaczących urozmaiceń czy znamion finezji. Struktury utworów są bardzo proste: garstka przypadkowych riffów, możliwie szybka perkusyjna młócka (oczywiście w tempach łatwych do opanowania), dzikie darcie mordy i masa innych niewiadomego pochodzenia dźwięków. Kiedyś to był szok, muzyka ekstremalna, stosunkowo świeża, dzika i pierwotna... Wiadomo, dziś takie rzeczy już nikogo przy zdrowych zmysłach na glebę nie powalą, choć pewnie paru prawdziwków z popuści przy tej płycie ze wzruszenia – takiego true blackmetalowego wzruszenia. "Diabolical Fullmoon Mysticism" to muzyka szorstka, brudna, chaotyczna i uboga brzmieniowo – taka wypadkowa Bathory i Venom z pierwszych płyt, która zawiera niemałe pokłady kiczu i — mniemam, iż niezamierzonej — śmieszności. Ale jest tu coś jeszcze, na co niemały wpływ mają wokale, stosowane tempa i akustyki – ponury, lodowaty, garażowo-piwniczny klimat, dzięki któremu albumu słucha się sprawnie i z zainteresowaniem. Na moje szczęście, nie jest to 'klimat', przy którym roz-puszczają się wszystkie zakochane w Cradle Of Filth niemyte moczykoronkowce. Żadnych wampirów, elfów czy innych tam ogrodowych krasnali! Podczas obcowania z "Diabolical Fullmoon Mysticism" na pewno się nie zanudzicie (czemu sprzyja długość płytki – 35 minut), a wszystkie kompozycyjno-brzmieniowo-techniczne-zdroworozsądkowe braki odsuną się w cień mroźnych lasów Północy. Poza tym warto sprawdzić, co wyczyniał Immortal zanim zapragnęli być najszybszym zespołem na świecie.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:



Udostępnij:

26 listopada 2010

Cannibal Corpse – Tomb Of The Mutilated [1992]

Cannibal Corpse - Tomb Of The Mutilated recenzja okładka review coverO ile poprzednim tworom Cannibal Corpse niczego w zasadzie nie brakowało by przyzwoicie sponiewierać death-maniaków, to można powiedzieć, że dopiero na "Tomb Of The Mutilated" w pełni rozwinęli swoje utytłane posoką skrzydła. Po prostu, wszystkie dotychczasowe atuty ich łomotu zostały tu dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Ewolucja, jaka nastąpiła w zespole na przestrzeni tylko jednego roku — i to bez zmian składu — może robić wrażenie. Przepadły najprostsze patenty i zbyt typowe zagrywki, nie ma też chodzenia na aranżacyjne skróty. To już nie tylko czysta, bezpośrednio podana agresja, a naprawdę przemyślana i dość techniczna muza. Krążek jest brutalniejszy niż dwa wcześniejsze, bardziej intensywny, ekstremalny, a przy tym znacznie lepiej wyprodukowany, dzięki czemu wyraźnie zyskał na sile uderzeniowej. W każdej minucie albumu słychać, że dwutygodniowa sesja w Morrisound nie została zmarnowała, choć jak dla mnie mogliby to nagrać trochę głośniej. Tak czy inaczej, Scott Burns przybliżył tutaj Kanibali do optymalnego dla nich, a zarazem super charakterystycznego dźwięku. Chłopaki postarali się także, żeby wśród tej napierduchy można było wychwycić kilka hiciorów. Według mnie ich rolę pełnią 'I Cum Blood', 'Post Mortal Ejaculation' i przede wszystkim rozbrajający 'Hammer Smashed Face'. Pewien postęp dokonał się również w sferze lirycznej, co oznacza jeszcze bardziej pojebane wizje Barnesa (należy dopisać mu plusa za coraz mocniejszy charkot), których sztandarowym przykładem jest 'Necropedophile'. Jeśli komuś nie przeszkadzają poematy o pieprzeniu trupów i tym podobnych rozrywkach, a przy tym ceni sobie solidny death metal, to "Tomb Of The Mutilated" raczej go nie zawiedzie.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 sierpnia 2010

Deicide – Legion [1992]

Deicide - Legion recenzja okładka review cover"Legion" już w momencie wydania stał się kultem, monumentem, czymś, co cholernie trudno będzie prześcignąć. Deicide przekroczyli tu kolejne bariery szybkości, brutalności i bezkompromisowego bluźnierstwa. To był szok! A że metalowców rajcują takie rzeczy, to sukces był murowany. A dziś, po kilkunastu latach od premiery, "Legion" nadal powoduje u niektórych opad dolnej (a czasem i górnej – kwestia wieku) szczęki. Trudno się temu dziwić, bowiem materiał jest stosunkowo złożony (pod tym względem zespół wpisał się w tendencje panujące na ówczesnej death’owej scenie i skutecznie komplikował sobie życie), inteligentnie zagrany, intensywny (także za sprawą brzmienia), nabuzowany, dziki, a do tego niemiłosiernie zblastowany. Dlaczego zblastowany? Bo właśnie szybkości odgrywają tu ogromną rolę. Brutalnych galopad jest tu bez liku, więc każdy miłośnik death metalowych wyziewów znajdzie tu coś dla siebie. 'In Hell I Burn' (genialne centralki i ogólna rytmika), 'Holy Deception' (doskonałe solówki), czy 'Revocate The Agitator' (nieludzkie szybkości) to numery, które po prostu musicie znać! Glen ryczy i wrzeszczy jeszcze wścieklej niż na debiucie, ale robi to nieco inaczej – w sposób bardziej zdyscyplinowany, co nie oznacza, że mniej diabelski. Teksty, chociaż poważniejsze niż na "Deicide", nadal są 'trochę' infantylne, jednak mój sentyment do tej płyty pozwala mi spojrzeć na to z przymrużeniem oka. Bas słychać znacznie lepiej, co należ zaliczyć na plus szczególnie, że nie mamy do czynienia z prostackim plumkaniem. Wspominałem o szybkościach, ale czymże by one były bez Steve’a? Warto zaznaczyć, że przez te swoje ekstremalne wyczyny był oskarżany o używanie automatu perkusyjnego, ale koncerty pokazały, że to bzdura. Bracia Hoffman pokazali kto tu rządzi i solidnie namieszali świetnymi, gwałtownie zmienianymi riffami i, momentami, ostro pojebanymi solówkami. Pomimo, iż "Legion" to tylko 29 minut, to bezwzględnie jest wart swojej ceny, jaka by ona nie była. Dla takiej płyty nie zaszkodzi spłonąć w piekle dla Szatana!


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/theofficialdeicidemyspacepage

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

24 czerwca 2010

Malevolent Creation – Retribution [1992]

Malevolent Creation - Retribution recenzja okładka review coverKilkadziesiąt sekund tajemniczego intra, a potem 33 minuty jazdy takiej, że jednym podmuchem zrywa gacie przez głowę, zostawiając delikwenta tylko w pożółkłych majciorach. Porywające riffy, świetne solówki (w tym jedna gościnnie zagrana przez Jamesa Murphy), dudniący bas, perkusyjna kanonada i mocny ryk wokalisty. Już pierwsza konfrontacja fana klasycznego death metalu z "Retribution" przynosi jakże prostą konstatację, że oto mamy do czynienia z zespołem i płytą z najwyższej półki. Skoro wyżej pojawił się przymiotnik 'klasyczny', to usłyszymy oczywiście wpływy thrash’u, w tym przypadku przede wszystkim Slayera, co objawia się w licznych melodiach ('słodzenia' bezproblemowo uniknięto), jak również w typowej dla Zabójców zabójczej motoryce. Nie ma się co oszukiwać – słuchając "Retribution" nie raz zaleci krańcowo kultowym "Reign In Blood", ale nie jest to jakieś specjalnie nachalne, tudzież bezczelne, więc sam trudności z tego powodu robił im nie będę. Muza jest ponadto bardzo agresywna, dynamiczna, szybka i naszpikowana amerykańską brutalnością. Gitarzyści Malevolent Creation, Phil Fasciana i Rob Barrett, przy okazji tego albumu najwyraźniej posiedli niezwykłą moc (czyżby to zasługa 'leczniczych' ziółek?) komponowania utworów... za krótkich – nawet najdłuższy na płycie 'Coronation Of Our Domain' (5:06) kończy się przedwcześnie. I o to, kurwa, chodzi! Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku pozostaje bowiem pieprzony niedosyt, domagający się jak najszybszego zaspokojenia. I tym sposobem obcowanie z "Retribution" staje się dla słuchacza czymś w rodzaju death metalowej mantry.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

18 czerwca 2010

My Dying Bride – As The Flower Withers [1992]

My Dying Bride - As The Flower Withers recenzja okładka review coverDebiut brytyjskiego My Dying Bride doskonale pokazuje, na czym polega porządny, odważny death metal z dodatkiem solidnych doomowych zwolnień i dobijającego klimatu. Ponura atmosfera tego krążka udziela się od razu podczas słuchania instrumentalnego 'Silent Dance' i trwa już do końca albumu, tj. prawie przez 50 minut. Słychać, że muzycy nie chcieli powielać pomysłów swoich idoli (m.in. Slayer, Celtic Frost, Dead Can Dance – aż strach pomyśleć, co by wyszło z ich połączenia), tylko wyskoczyli ze świeżymi patentami na granie brutalnej muzyki, dając chociażby miejsce do popisu młodemu skrzypkowi Martinowi Powellowi. Efekt musiał powalić i tak też jest w istocie! Bardzo się to chwali, bo ambitnej muzy nigdy za wiele. W 'Sear Me', 'The Bitterness And The Bereavement' i 'The Return Of The Beautiful' odrobinkę (no, może odrobinkę większą odrobinkę, hehe) death’owej napierduchy wymieszano z przygnębiającym i nieco 'romantycznym' klimatem, co dało nam w efekcie całkiem długie i epickie numery. Dla miłośników klasycznego death metalu bez żadnych ozdobników jest bez wątpienia 'The Forever People' – największy koncertowy killer My Dying Bride. Zajebista dynamika, rozrywająca brutalność, czysta energia i sączący się z głośników czad! Doprawdy, nawet, gdy ktoś za Angolami nie przepada, to przy tym utworze pewnikiem pójdzie w tany, nie widzę innej możliwości. Szczególnie ciekawie wśród tego dostojnego death-doomowego mielenia prezentuje się dzika solówka w 'Vast Choirs', przy której człowiek zaczyna się zastanawiać, czy oni aby przypadkiem kilku rzeczy na płycie nie zaimprowizowali. Głos Aarona to wyraźny, bardzo charakterystyczny growl i świetnie pasuje do dość szorstkiej całości. Płyta nie jest taka prosta jakby się mogło wydawać, więc nie warto się zrażać i lepiej dać jej nieco więcej czasu. A wówczas już musi się spodobać!


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 maja 2010

Gorefest – False [1992]

Gorefest - False recenzja okładka review coverGorefest to dla mnie najlepszy zespół w historii europejskiego death metalu. Tę pozycję zdobył u mnie swoim drugim, fenomenalnym albumem pt. "False". Co prawda muszę wspomnieć, że w mojej subiektywnej opinii praktycznie każdy ich album wbił się dużymi złotymi literami w historię death metalu. Oczywiście nie wszyscy zapewne podzielają mój pogląd, ale na pewno mi przytakną w jednym punkcie, że "False" całkowicie zasłużenie może znaleźć się w alei ("Idę, patrzę, a leją zasłużonych"... – przyp. demo) złotych albumów death metalu. "False" to totalny odkurw!!! Brutalność, technika, melodyjność i pomysłowość. Nie ma się do czego przyczepić, materiał po prostu zwala z nóg! Brutalne (czasem mocniej czasem lżej), melodyjne partie gitarowe, zajebiste solówki, młócki na perce i wokal Jan Chrisa paraliżują układ nerwowy odbiorcy. To właśnie ten album był przełomowym albumem w historii Gorefest. Tu narodziła się ich charakterystyczna motoryka, wyjątkowa gorefestowa melodyjność pięknie zanurzona w brutalności, a także unikalny wokal Jana Chrisa, bardzo brutalny, bardzo mocny i głęboki, ale jakże czytelny growl. Gdy usłyszysz takie kawałki jak "The Glorious Dead", "State Of Mind" czy "Get – A – Life", w jednej chwili przekonasz się do tej płyty. Od razu wyjebisz z domu, aby kupić "False". Nie ma opcji, aby komuś ten LP nie przypadł do gustu, jest to po prostu niemożliwe!


ocena: 10/10
corpse
oficjalny profil MySpace: myspace.com/gorefest

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

23 marca 2010

Comecon – Megatrends In Brutality [1992]

Comecon - Megatrends In Brutality recenzja okładka review coverTytuł debiutu Comecon chyba dość dobrze oddaje sytuację panującą naonczas na szwedzkiej ziemi (a właściwie w podziemiu), wszak początek lat 90. ubiegłego wieku to największe sukcesy głównych jej przedstawicieli. Właśnie wtedy, gdzieś pośród tuzów pokroju Entombed, Dismember, Unleashed czy Grave egzystował sobie twór dość osobliwy, bo składający się jedynie z dwóch napakowanych pomysłami wioślarzy. To oni sklecili ten czterdziestominutowy materiał, zawołali po wokalistę i ruszyli do Sunlight, żeby wszystko zarejestrować tak, jak na prawdziwych Szwedów przystało. Rezultatem jest opisywany "Megatrends In Brutality", który — choć średnio znany — na tle innych, popularniejszych wyziewów z tego kraju prezentuje się całkiem nieźle i nie odstaje zbytnio od najlepszych. Po prostu, jest tu niemal wszystko, co w tym gatunku najlepsze: szorstkie, ciężkie gitary, wpadające w ucho melodie, brutalne dopierdy i solidne zwolnienia. W paru kawałkach mamy ponadto pewne (umownie) epickie zagrywki i chórki, które wcale nie są odległe od tego, co proponowali ich krajanie z Edge Of Sanity. Z powyższego wynika spora różnorodność tej płyty – dla każdego znajdzie się coś miłego, choćby gustował tylko w soku z gumijagód i wypchanych wiewiórkach. Dla niektórych dodatkowym atutem będzie z pewnością obecność L.G. Petrova, który gościnnie wydziera tu ryja, a robi to na swoim wysokim poziomie. Te jedenaście kawałków wchłania się bezproblemowo, bo słychać, że powstały bez zbytniego napinania się i chęci zadziwienia świata – ot klasyczny szwedzki death metal do trzepania łbem i nucenia pod nosem. Największy problem nie tylko z tą płytą, ale ogólnie – z tym zespołem polega na braku żywego bębniarza. Niestety, na "Megatrends In Brutality" tłucze się automat, do tego zaprogramowany w bardzo prosty i niekiedy boleśnie monotonny sposób. Trochę to razi, nie powiem, ale po kilku(nastu) przesłuchaniach można się jakoś przyzwyczaić. Jedyny plus z użycia maszyny widzę w tym, że dzięki niej Comecon mieli najrówniejsze blasty w szwedzkim death metalu, choć to żadna pociecha. Aż dziwne, że nie zaangażowali Nicke Anderssona, który bez oporów grał wtedy z kim popadnie. Mimo wszystko chłopaki we trzech poradzili sobie naprawdę zacnie, a jak mi nie wierzycie to posłuchajcie 'Wash Away The Filth', 'Good Boy Benito' albo 'The Future Belongs To Us' – czy tak wygląda słabizna?


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: hem.passagen.se/rasmuse/COMECON/Comecon.html>

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

Nocturnus – Thresholds [1992]

Nocturnus - Thresholds recenzja okładka review coverDrugi krążek Nocturnus, choć już nie tak przełomowy jak "The Key", potwierdził wybitną klasę kapeli i ugruntował jej pozycję na coraz bardziej zapchanej scenie. Muzyka zawarta na tej płycie to niezaprzeczalnie dojrzały, obrzydliwie techniczny, szalenie połamany, na swój sposób dziwaczny, formalnie zakręcony i bardzo klimatyczny death metal w stylu, do jakiego Amerykanie zdążyli przyzwyczaić fanów. Jako się rzekło, rewolucji nie ma, ale progresywny charakter tej muzyki i tak jest wyczuwalny – kawałki są jeszcze bardziej rozbudowane, bardziej masywne (nastawione na ciężar), a klawisze w nich wykorzystane w odrobinę inny sposób niż na debiucie. Wszechpotężni wioślarze w osobach Mike’a Davisa i Seana McNenney odwalili kawał porządnej roboty, bowiem tak riffy, jak i solówki (zwłaszcza Davisa) — mówiąc dosadnie, choć parlamentarnie — rozpierdalają. Goście dysponowali (dysponują?) niesamowitym warsztatem gry, co zaowocowało mnogością energicznego 'czesania' na najwyższym poziomie – efektownego i efektywnego. W tym miejscu mogę spokojnie rzucić tytuły numerów, które zrobiły na mnie największe wrażenie (choć po prawdzie wszystkie są zajebiste): 'Climate Controller' (nieprawdopodobne zagrywki), 'Arctic Crypt' (świetne melodie), 'Aquatica' (klimat!), 'Alter Reality' (pajączki w refrenie). Należy również wspomnieć o genialnych popisach klawiszowca w 'Nocturne In B m', czy 'Grind Zone'. Szczególnie w tym pierwszym (instrumentalnym) Louis nieźle się gimnastykuje, tworząc wspomniany 'odjechany' klimat. Całości dopełnia bardzo sprawna sekcja rytmiczna i porządny death’owy ryk. Na koniec dwie wady. – Pierwsza, mniejsza, czyli zupełnie nieczytelna wkładka (czarne literki na szaro-czarnym tle, brawo!). Druga, znacznie poważniejsza – stosunkowo słabe brzmienie, w ogóle nie przystające do poziomu muzyki. Fakt, że płyta została nagrana ponad 15 lat temu, ale już wtedy wychodziły pozycje ze znakomitym dźwiękiem. Przecież nawet debiut może się poszczycić lepszą produkcją! Co innego, gdyby panowie mieli na sobie zbroje z worków po ziemniakach czy kolczugi z trawy, pomalowane mordki, pochodzili z Norwegii i rzęzili pod Darkthrone, ale przy tak zaawansowanej, wymagającej i bogatej technicznie muzie przydałoby się coś więcej. Trudno, i tak polecam wszystkim – to jest klasa!


ocena: 10/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/nocturnusofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

Brutal Truth – Extreme Conditions Demand Extreme Responses [1992]

Brutal Truth - Extreme Conditions Demand Extreme Responses recenzja okładka review coverGdyby Pan Wojciech Gąsowski był fanem grindu, słuchając Brutal Truth zapewne zanuciłby: "gdzie się podziały tamte młócenia? Gdzie tamten grind?..." oj tak, gdzie on kurwa jest???? Tak szaleńczo zapieprzającego grind coru, jaki prezentował Brutal Truth dzisiaj już chyba nikt nie gra. Ich styl był naprawdę unikalny i niepodrabialny. Opisywana płyta, będąca debiutem nowojorczyków to prawdziwa bomba atomowa – play=>intro=>blast=> i wszystko poszło w pizdu! To się nazywa pierdolnięcie! Na tym krążku wszystko jest szybkie: wokal, gitary, bębny, basy, wszystko! Oczywiście, żeby ktoś nie powiedział, że przesadzam, muszę napisać, że chłopaki grają też wolne numery, lecz nawet, gdy grają wolno to wydaje się, że pędzą jak pojebani, zostawiając tylko leje w glebie. Jak posłuchacie tej płytki, a w szczególności takich zwierzęcych młóc jak "Progression Regression", "Ill Neglect" czy "Stench Of Profit" odruchowo będziecie sprawdzać, czy łba wam gdzie nie urwało. MOC, Panie i Panwowie. MOC! I ten piękny dwu sekundowy "Collateral Damage"... aż chce się żyć! Niby prosty grind, a tak wyjątkowy, tak blastujący, tak energiczny, tak dziki i tak świeży! Tylko słuchać i nakurwiać łbem gdzie popadnie!


ocena: 9/10
corpse
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brutaltruth

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

Fear Factory – Soul Of A New Machine [1992]

Fear Factory - Soul Of A New Machine recenzja okładka review coverWśród fali death metalowych debiutów z początku lat 90-tych pojawiła się także osobliwa płytka zespołu o dość nietypowej nazwie. Fabryka Strachu, bo o nich tu mowa, poszli w zdecydowanie innym kierunku niż większość ówczesnych kapel, ale efekty osiągnęli co najmniej intrygujące. Nie jest to co prawda wybitnie innowacyjne granie, bo wpływy Suffocation, Godflesh czy przede wszystkim Napalm Death (ale nie wczesnego) słychać dość wyraźnie, ale dają się odczuć także zaczątki własnego, oryginalnego stylu, który — jak czas pokazał — stosunkowo szybko z brutalnym death metalem zerwał. A na czym ta wyjątkowość polega? Po pierwsze, brzmienie (skorzystano z usług etatowego producenta Earache...) – brudne, szorstkie, bardzo mechaniczne, z wyraźnym basem – praktycznie pozbawione pierwiastka ludzkiego. Druga ważna sprawa to użycie elektroniki, która nadała muzyce specyficznego, dość syfiastego i nieprzyjemnego klimatu (coś jak u wspomnianego Godflesh). Trzeci istotny element "Soul Of A New Machine" to czyste, choć jeszcze nie do końca obrobione, wokale Burtona C. Bella. I to chyba największa nowość w brutalnym death metalu. Oczywiście Burton nie śpiewa czystym głosem przez całą płytę, bo bozia raczy wiedzieć, co by z tego wyszło – ja jedynie podejrzewam, że zupełnie kupy by się to nie trzymało. Takie odrobinę melodyjne wstawki pojawiają się od czasu do czasu (podstawowa maniera to ryk/krzyk a’la Barney) i wypadają naprawdę ciekawie. Death metal w wykonaniu Fear Factory nie jest specjalnie finezyjny, utwory opierają się na prostych patentach, rytmicznym ładowaniu, co tworzy obraz albumu bardzo hermetycznego, zbitego, niemal wpadającego w grind. Brak na "Soul Of A New Machine" jakichś większych urozmaiceń technicznych, próżno szukać solówek czy wpadających w ucho melodii; cała płyta jest pod tym względem dosyć jednolita (pewnym urozmaiceniem są czyste wokale), przez co może być trudna w odbiorze, bo trwa przeszło 55 minut, a do najlżejszych nie należy. Jednak zapewniam, że raz na jakiś czas warto przez ten materiał przebrnąć.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.fearfactory.com

podobne płyty:

Udostępnij: