facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

13 stycznia 2016

Desecravity – Orphic Signs [2014]

Desecravity - Orphic Signs recenzja okładka review cover
Po zapoznaniu się z debiutem Desecravity byłem przekonany, że oto w Japonii nareszcie pojawił się godny następca przeżywającego poważny spadek formy Defiled. Te przypuszczenia musiałem jednak zrewidować dwa lata później – przy okazji "Orphic Signs". Panowie — a właściwie perkusista Yuichi Kudo i jego nowa ekipa — udowodnili, że ich ambicje sięgają znacznie dalej i na pewno nie zadowolą się lokalną sławą ani wcześniejszym poziomem ekstremalności. Mimo iż "Implicit Obedience" nie można było niczego zarzucić, krążek numer dwa z łatwością przewyższa go niemal pod każdym względem. "Orphic Signs" to kosmos, skrajnie pojebana makabra, rękawica rzucona w twarz Origin, Dying Fetus, Archspire, Cytotoxin i całej masie innych kapel, które prześcigają się w generowaniu popieprzonych dźwięków.

8 listopada 2013

Sigh – Hangman's Hymn: Musikalische Exequien [2007]

Sigh - Hangman's Hymn: Musikalische Exequien recenzja okładka review cover
Japończycy wciąż w wysokiej formie. Po odjechanym, ale także i genialnym przecież "Gallows Gallery", muzycy raz jeszcze postanowili zaskoczyć i pobawić się w ciuciubabkę ze swoimi fanami. Więc i mnie się znienacka oberwało. Awangardowe kompozycje, saksofon, rockowy feeling – tym i mnóstwem innych rzeczy stał przywołany "GG", "Hangman's Hymn" zaś jest od niego tak różny, iż wydaje się być nagrany przez kogoś innego. Symfoniczny, surowy black metal z mnogością sampli, klasycznych odwołań i iście King-Diamondowskim klimatem. A to wszystko, ten cały soniczny misz-masz i burdel na kółkach postanowili Japończycy przyozdobić kilkoma chochelkami ironii i wypaczonej, kabaretowej atmosfery rodem z horrorów klasy B. Jednak, o zgrozo, wchodzi to elegancko – wszystkie elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie, a kiedy potrzeba – wzmacniają.

26 lipca 2010

Terror Squad – Chaosdragon Rising [2006]

Terror Squad - Chaosdragon Rising recenzja okładka review cover
Drugi longplej japońskich thrashersów przypomina spuszczoną ze smyczy Godzillę – w chuj nieokrzesanej dzikości i pierwotnej agresji. I jak na rasowego Japończyka przystało, składa się głównie z wrzasków, kakofonicznych sekwencji dźwięków, szesnastu ton szaleństwa i odrobiny nieprzetworzonego popierdolenia. A żeby nie było za cukierkowo i gładko – album od początku do końca brzmi garażowo. I w ten właśnie sposób już dziki materiał staje się jeszcze bardziej siermiężny, nieociosany i bezpośredni. Godzilla atakuje i sieje totalne zniszczenie! Efekt jest taki sam, jak gdyby album nagrała jakaś grupa nieopierzeńców (a nie starszych panów), którzy — w swoim młodzieńczym buncie — postanowili zamanifestować światu swoje niezadowolenie i maksymalne wkurzeniem a cały myk w tym właśnie, że chłopakom do podrostków trochę brakuje i to z niewłaściwej strony.

22 marca 2010

Sigh – Gallows Gallery [2005]

Sigh - Gallows Gallery recenzja okładka review cover
Mam coś ostatnio farta do pisania o kapelach z psychodelicznymi organami. Co ciekawsze – jara mnie taka muzyka nieprzeciętnie. A organowe momenty są bardzo mocną stroną dzisiejszego bohatera. Japoński Sigh to druga, opisywana tu, kapelka pochodząca z tego ciekawego kraju. Coś chyba muszą im dosypywać do wody, bo tak pojebanej muzyki trudno się doszukiwać gdzie indziej. Widać to zresztą po różnych klipach krążących po sieci, niekoniecznie muzycznych. Dystyngowane i chłodne usposobienie dawnych czasów szlag trafił. I to konkretnie między skośne ślepia. Próba określenia stylu prezentowanego przez, wówczas, kwartet nie należy do najłatwiejszych. Kilka albumów wcześniej można było powiedzieć "tradycyjny black" i wykrywacz nawet by nie tyknął. Teraz jednak by się zwyczajnie pogubił.

Vortex – Colours Out From The Emptiness [2001]

Vortex - Colours Out From The Emptiness recenzja okładka review cover
Kiedy, przed zakupieniem płytki, zastanawiałem się, z czym tak właściwie będę miał do czynienia, naprawdę ciężko było to przewidzieć. Krótko mówiąc – kupowałem album prawie w ciemno, kierowany jedynie jakimiś wątłymi informacjami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki. Ooo! tego naprawdę dało się słuchać! Moje pierwsze myśli zwróciły się w stronę ostatnich Pestilence’ów (oczywiście mam tu na myśli "Testimony of the Ancients" oraz "Spheres", a nie żadne tam makabry). Kolejne przesłuchania tylko potwierdzały moją początkowe skojarzenia – przestery, wokale, trochę odjechane, kosmiczne klimaty rodem właśnie ze Sfer. Ale to nie było wszystko, okazało się bowiem, że mili panowie Japończycy (a teraz uderz się w piersi i powiedz, ile znasz dobrych kapel z Japonii; jest tego więcej niż 3?) nie są w ciemię bici i potrafią stworzyć pasjonującą muzykę,