Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

13 stycznia 2016

Desecravity – Orphic Signs [2014]

Desecravity - Orphic Signs recenzja okładka review coverPo zapoznaniu się z debiutem Desecravity byłem przekonany, że oto w Japonii nareszcie pojawił się godny następca przeżywającego poważny spadek formy Defiled. Te przypuszczenia musiałem jednak zrewidować dwa lata później – przy okazji "Orphic Signs". Panowie — a właściwie perkusista Yuichi Kudo i jego nowa ekipa — udowodnili, że ich ambicje sięgają znacznie dalej i na pewno nie zadowolą się lokalną sławą ani wcześniejszym poziomem ekstremalności. Mimo iż "Implicit Obedience" nie można było niczego zarzucić, krążek numer dwa z łatwością przewyższa go niemal pod każdym względem. "Orphic Signs" to kosmos, skrajnie pojebana makabra, rękawica rzucona w twarz Origin, Dying Fetus, Archspire, Cytotoxin i całej masie innych kapel, które prześcigają się w generowaniu popieprzonych dźwięków. Japończycy riff za riffem i blast za blastem pokazują całemu światu, że technicznie nie ma dla nich rzeczy niemożliwych (albo z takimi się nie zetknęli), dlatego na krążku dominują totalnie posrane i nielicho złożone aranżacje, w których roi się od nieprzewidywalnych zwrotów i nietypowych dla gatunku zagrywek. Struktura tej muzyki jest naprawdę imponująca i przy okazji daje do myślenia, jak daleko (jeszcze) może odlecieć kilku Japończyków, kiedy zabiorą się za nowoczesny (z miłym klasycznym dodatkiem – bentonowskimi wokalami) death metal. Desecravity z prawdziwą pasją wymiatają super szybki, brutalny i nader skomplikowany stuff, który z jednej strony ścina z nóg i męczy swoją intensywnością, a z drugiej fascynuje i nie pozwala pozbierać szczęki z podłogi. Jeśli na "Orphic Signs" trafia się jakiś pozornie prostszy fragment, można mieć stuprocentową pewność, że w tle któryś z instrumentalistów kombinuje ile wlezie, byle tylko nikt nie narzekał na nudę. Desecravity swoimi pomysłami rozpieprzyli mnie w równym stopniu co Posthumous Blasphemer, bo to bardzo podobny poziom szaleństwa, choć muzyka zupełnie inna. Z tego powodu wszelkie próby wskazania najlepszych utworów muszą skończyć się wymienieniem całej tracklisty – po prostu brak tu słabego ogniwa. Jedyny element, który okazalej prezentował się na debiucie to brzmienie – było cięższe i bardziej masywne, ale rozumiem, że przy obecnych szybkościach taki efekt był nie do uzyskania. Na "Orphic Signs" produkcja jest praktycznie pozbawiona pierwiastka ludzkiego, co czyni album jeszcze bardziej ekstremalnym i trudniejszym w odbiorze. Wytrwali jednakowoż znajdą tu 34 minuty pierwszorzędnego technicznego wygrzewu z najwyższej półki.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.desecravity.net

podobne płyty:




Udostępnij:

8 listopada 2013

Sigh – Hangman's Hymn: Musikalische Exequien [2007]

Sigh - Hangman's Hymn: Musikalische Exequien recenzja okładka review coverJapończycy wciąż w wysokiej formie. Po odjechanym, ale także i genialnym przecież "Gallows Gallery", muzycy raz jeszcze postanowili zaskoczyć i pobawić się w ciuciubabkę ze swoimi fanami. Więc i mnie się znienacka oberwało. Awangardowe kompozycje, saksofon, rockowy feeling – tym i mnóstwem innych rzeczy stał przywołany "GG", "Hangman's Hymn" zaś jest od niego tak różny, iż wydaje się być nagrany przez kogoś innego. Symfoniczny, surowy black metal z mnogością sampli, klasycznych odwołań i iście King-Diamondowskim klimatem. A to wszystko, ten cały soniczny misz-masz i burdel na kółkach postanowili Japończycy przyozdobić kilkoma chochelkami ironii i wypaczonej, kabaretowej atmosfery rodem z horrorów klasy B. Jednak, o zgrozo, wchodzi to elegancko – wszystkie elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie, a kiedy potrzeba – wzmacniają. Słucham tego albumu i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sprawdziłby się doskonale w roli musicalu o jakiejś groteskowej, grobowo-prześmiewczej tematyce typu Halloween w przycmentarnym psychiatryku. Kolejne utwory aż ociekają chorym patosem i pompatycznością i widok całego chóru ucharakteryzowanych aktorów śpiewających kolejne utwory, wcale nie wydaje się przesadzony. Nie zabrakło również kilku mistrzowsko wykonanych gitarowych solówek, zwykle neoklasycznych, ale w nieco offowej tonacji. Nie mógłbym nie wspomnieć także o garowym, bo jest on cichym (no, nie takim cichym) bohaterem tego albumu: napierdala jak szatan jeden motyw z zaangażowaniem godnym twórców brazylijskich telenowel. Sami zresztą przyznajcie – jechać przez trzy kwadranse albumu dwa riffy na krzyż i robić to cały czas równo i z mocą, to trzeba umieć. I mieć odpowiednio zryty beret. Wokalnie, poza oczywistym powrotem do źródeł: kilka ładnych, czystych linii, kilka — także wspomnianych — falsetów a'la King Diamond, oraz trochę, a jakże, bezpardonowych wyrzygów – w skrócie: wszystko i jeszcze więcej. Pochwalić również trzeba realizację i brzmienie, które uległo znacznej poprawie i w końcu płyta nie brzmi jak puszczana z gramofonu. Podsumowując – album może zaskakiwać i zaskakuje. Kto oczekiwał prostej kontynuacji "Gallows Gallery", będzie musiał nieco zmienić optykę, bo jednak albumy dość znacznie się od siebie różnią. Nie na tyle jednak, by nie móc znaleźć wspólnego mianownika, tych cech wspólnych, które nadają muzyce Sigh posmaku wyjątkowości i niepowtarzalności. Za to, miedzy innymi, mają mój szacunek i pewność, że ich płyty będą się długo i wartko kręciły w moim playerze.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sighjapan

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 lipca 2010

Terror Squad – Chaosdragon Rising [2006]

Terror Squad - Chaosdragon Rising recenzja okładka review coverDrugi longplej japońskich thrashersów przypomina spuszczoną ze smyczy Godzillę – w chuj nieokrzesanej dzikości i pierwotnej agresji. I jak na rasowego Japończyka przystało, składa się głównie z wrzasków, kakofonicznych sekwencji dźwięków, szesnastu ton szaleństwa i odrobiny nieprzetworzonego popierdolenia. A żeby nie było za cukierkowo i gładko – album od początku do końca brzmi garażowo. I w ten właśnie sposób już dziki materiał staje się jeszcze bardziej siermiężny, nieociosany i bezpośredni. Godzilla atakuje i sieje totalne zniszczenie! Efekt jest taki sam, jak gdyby album nagrała jakaś grupa nieopierzeńców (a nie starszych panów), którzy — w swoim młodzieńczym buncie — postanowili zamanifestować światu swoje niezadowolenie i maksymalne wkurzeniem a cały myk w tym właśnie, że chłopakom do podrostków trochę brakuje i to z niewłaściwej strony. Tak czy srak, dzikości i prymitywnej stylistyki na albumie jest po brzegi, a chłopaki wyglądają na solidnie podkurwionych. No i rzecz najważniejsza – wygląda również na to, że mają z tego niezły ubaw;]. Tokyo Metal Anarchy. Nie byłoby japońskiej sceny bez specyficznego 'japońskiego' klimatu – ducha, którego nie da się pomylić z żadnym innym, który jest dla Japonii tak typowy, jak chlanie wódy w Polsce. Zionie więc z albumu japońskim klimatem, jak smrodem z paszczy Hedory. Ciekawie zionie też z paszczy wokalisty (To niech zainwestuje w tik-taki – przyp. demo), który zdziera struny głosowe w sposób wręcz niesamowity – jest w tym pewna magia, bo takie poświęcenie nadaje albumowi waloru autentyczności i prawdziwości. Drze się i wrzeszczy po prostu przecudownie, na granicy utraty głosu, lecz bez wytchnienia i bez lamerskiego czystego podśpiewywania. Jest z gościa kawał przecinaka, rodzynka z typu bywalców punkowych imprezek. Zresztą cały album jest cholernie punkowy, do cna przesiąknięty pogo, pieszczochami i tanimi winiaczami. Nie wiem, czy oni też mają tanie winiacze, ale nawet jeśli nie mają, to brzmią jakby mieli. W takich właśnie okolicznościach przyrody muzyka Terror Squad smakuje najlepiej – w tanim, kameralnym lokalu, pełnym panczurów, dymu papierosowego i dzikiej, gniewnej atmosfery. Tam właśnie czuje się najlepiej, grana na żywo, w bezpośrednim kontakcie z publiką, która szaleje pod sceną. Tego niestety trochę brakuje podczas przesłuchań w domu, ale cóż można zrobić. Jakby na to nie spojrzeć, słuchana w domu czy na żywo, muzyka Japońców daje do wiwatu – i w tym upatruje jej główną zaletę: dostarcza mnóstwa elementarnie dzikich emocji i potwornej dawki rozpierolu.


ocena: 7,5/10
deaf
oficjalna strona: www.geocities.co.jp/MusicStar/7054
Udostępnij:

22 marca 2010

Sigh – Gallows Gallery [2005]

Sigh - Gallows Gallery recenzja okładka review coverMam coś ostatnio farta do pisania o kapelach z psychodelicznymi organami. Co ciekawsze – jara mnie taka muzyka nieprzeciętnie. A organowe momenty są bardzo mocną stroną dzisiejszego bohatera. Japoński Sigh to druga, opisywana tu, kapelka pochodząca z tego ciekawego kraju. Coś chyba muszą im dosypywać do wody, bo tak pojebanej muzyki trudno się doszukiwać gdzie indziej. Widać to zresztą po różnych klipach krążących po sieci, niekoniecznie muzycznych. Dystyngowane i chłodne usposobienie dawnych czasów szlag trafił. I to konkretnie między skośne ślepia. Próba określenia stylu prezentowanego przez, wówczas, kwartet nie należy do najłatwiejszych. Kilka albumów wcześniej można było powiedzieć "tradycyjny black" i wykrywacz nawet by nie tyknął. Teraz jednak by się zwyczajnie pogubił. Z blacku pozostało niewiele, czasami praca gitar, czasami ogólna dynamika utworu. Ale to naprawdę czasami. Zespół poszedł w bardzo awangardowe klimaty, nie omieszkując zabrać ze sobą co nieco pojechanego klimatu lat 70-tych, nieco tradycyjnych japońskich instrumentów. Na dłuższą chwilę zatrzymał się także przy budce z osbourne’owskimi, rockowymi wokalami. A potem raz jeszcze wrócił do szalonych klimatów lat doby powoodstockowej i ponownie zaciągnął się ziółkiem. Ale to nie wszystko, o nie! Nie trzeba długo czekać, by trafić na takie rozmaitości jak saksofon czy jakby kościelne zaśpiewy z majestatycznymi organami i chórem. Każdy, zdrowo myślący, człowiek poprzestałby w tym momencie i już nic więcej nie kombinował. Ale to Japończycy. Nie mogli sobie odpuścić okazji do pokazania białasom, jakie to pokłady zwichrowania czają się pod ich czuprynami i dodali jeszcze takie bajery, jak elektroniczny (trance’owy?) mix jednego ze swoich kawałków czy spokojny i oszczędny w formie kawałek pod slow fox’a. Ostatnią rzeczą, którą można powiedzieć o muzyce Sigh jest to, że jest skromna. Jest bombastyczna, napompowana jak Graf Zeppelin, pełna barokowego przepychu. Mimo tego, jest to także bardzo heavy metalowa muzyka, z dużą liczbą gitarowych solówek, które są kolejnym mocnym argumentem. Na "Gallows Gallery" nie brakuje dobrych melodii, ciekawych rozwiązań stylistycznych, zaskakujących zmian nastroju czy sporej dawki energii. W gruncie rzeczy, jest tu wszystko – łącznie z budzikiem. Nie ma nawet zaledwie "przeciętnych" utworów. Każdy z kawałków potrafi cieszyć. Tak naprawdę ciężko znaleźć złe strony. Mi taka muzyka bardzo pasuje, ale ja mam trochę zryty beret.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sighjapan

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

Vortex – Colours Out From The Emptiness [2001]

Vortex - Colours Out From The Emptiness recenzja okładka review coverKiedy, przed zakupieniem płytki, zastanawiałem się, z czym tak właściwie będę miał do czynienia, naprawdę ciężko było to przewidzieć. Krótko mówiąc – kupowałem album prawie w ciemno, kierowany jedynie jakimiś wątłymi informacjami. Jakież było moje zdziwienie, kiedy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki. Ooo! tego naprawdę dało się słuchać! Moje pierwsze myśli zwróciły się w stronę ostatnich Pestilence’ów (oczywiście mam tu na myśli "Testimony of the Ancients" oraz "Spheres", a nie żadne tam makabry). Kolejne przesłuchania tylko potwierdzały moją początkowe skojarzenia – przestery, wokale, trochę odjechane, kosmiczne klimaty rodem właśnie ze Sfer. Ale to nie było wszystko, okazało się bowiem, że mili panowie Japończycy (a teraz uderz się w piersi i powiedz, ile znasz dobrych kapel z Japonii; jest tego więcej niż 3?) nie są w ciemię bici i potrafią stworzyć pasjonującą muzykę, która pomimo oczywistego czerpania z różnych klasyków technicznego i progowego grania, ma w sobie sporo oryginalnych patentów. Dalsze zanurzania się w odmęty japońskich struktur muzycznych prosto z Pustki, okazywały całe bogactwo muzyki zawartej na albumie. Jest tu bowiem wszystko: i szybkie deathowe kawałeczki z zachętą do kręcenia cabanem i wolniejsze jazdy walcem, są instrumentalne fragmenty z użyciem, choćby, chapman sticka (a oczywiście wiecie, kto najlepiej na chapmanie popiernicza) i spokojne numery z czystymi wokalami i jazzowymi partiami. Niemniej jednak jest to album konkretnie deathowy – wspomniane gitary pracują rzęsiście i ciężko, perkmanowi nóżki ślicznie obertasy wycinają, bas pięknie dodaje głębi, a wokalista może straszyć niegrzeczne dzieci. Konkretnie deathowy, ale też porządnie postępowy i technicznie zagrany. Posłuchajcie choćby pierwszych kawałków "Stigma" i "Burnt with thoughts" a zrozumiecie o czym mówię. Posłuchajcie tych szalonych solówek, zarówno gitarowych jak i basowych, momentalnych zmian tempa czy jazzowych wstawek, posłuchajcie poetyckich deklamacji, skomplikowanych riffów i kosmicznej atmosfery. Można by więc powiedzieć, że album po prostu cud, miód i orzeszki. Cóż – bez mała. Bo wydaje się, że w miarę trwania albumu poziom jakby spada. Nie przypadkowo wspomniałem dwa pierwsze kawałki – są one zdecydowanie najlepsze. Kolejne stoją trochę w cieniu pierwszych, co nie znaczy, że są złe – brakuje im jednak trochę. Drugi minus to nie najlepsza realizacja – ja rozumiem basy i w ogóle, ale tu z nimi trochę przesadzili. I to chyba tyle "plusów ujemnych", pozostałe elementy można jako te dodatnie zaliczyć. Czy więc warto było wydać te kilka dych na Vortexa? Zdecydowanie. Więc migiem zapoznawać się z "Colours Out From The Emptiness".


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: members.at.infoseek.co.jp/vortex_
Udostępnij: