23 grudnia 2019

Omophagia – 646965 [2019]

Omophagia - 646965 recenzja okładka review coverCzy trzeci album Omophagia będzie dla zespołu tym przełomowym? Ha! Śmiem w to wątpić, choć trzeba jasno i uczciwie przyznać, że Szwajcarzy między kolejnymi materiałami robią odczuwalne postępy, przy czym chodzi raczej o ewolucję stylu aniżeli jakąkolwiek rewolucję w jego obrębie. Niech więc zatem nikogo nie zwiedzie nowoczesna czy tam technologiczna otoczka 646965, bo to wciąż death metal łączącym w sobie wpływy klasyków i paru bardziej współczesnych przedstawicieli gatunku.

Muzycy Omophagia kurczowo trzymają się swoich dotychczasowych źródeł zrzynki/zapożyczeń, co jednak nie znaczy, że niczego nie ruszają w proporcjach. Na nowej płycie wahadło inspiracji mocniej wychyliło się w kierunku bardzo szybkich i technicznych dopierdalaczy w typie Dying Fetus, Cytotoxin czy Origin, co przy masywniejszym niż ostatnio brzmieniu zaowocowało całkiem intensywną ścianą dźwięku. Na swoje (i nasze) szczęście Szwajcarzy dopilnowali, żeby utwory nie zlewały się z sobą – mają stosunkowo przejrzyste struktury i prawie wszystkie posiadają jakieś charakterystyczne elementy, dzięki którym łatwiej je sobie później przywołać. Innymi słowy – nie trzeba wielu przesłuchań, by się w całości jako tako orientować. Dość powiedzieć, że w warunkach koncertowych, przy raczej przeciętnej czytelności, byłem w stanie wyłapać, który numer aktualnie grają.

O braku drastycznych zmian w muzyce już wspomniałem, dlatego teraz poświęcę chwilę umiejętnościom grającej czwórki, bo w ciągu trzech lat nabrali doświadczenia, pewności siebie i wyraźnie się rozwinęli. Nic więc dziwnego, że 646965 jest krążkiem szybszym, bardziej technicznym i urozmaiconym niż „In The Name Of Chaos”. Tylko solówki pozostały na tym samym poziomie (i ponownie większość na kilometr zalatuje Vital Remains), ale skoro już wcześniej były zajebiste, to na takie stanie w miejscu można przymknąć oko. Wydaje mi się ponadto, że Szwajcarzy dużo czasu poświęcili stronie rytmicznej materiału – w utworach (choćby „Radicalized” czy „Mortal Dissociation”) roi się bowiem od partii z rwanym tempem, gwałtownych cięć i nagłych przyspieszeń.

Reasumując, względem poprzedniej płyty muzycy Omophagia wykonali na 646965 krok do przodu i chyba w najwłaściwszym dla siebie kierunku. Słychać, że radzą sobie coraz lepiej, choć nie należy oczekiwać, że któryś z kolei ich materiał wstrząśnie death metalową sceną – to się nigdy nie stanie. Jak na drugoligowca, Szwajcarzy pozostawiają po sobie całkiem dobre wrażenie, czego nie mogę napisać o formie wydania 646965 — jedynie digipak — o której sam zespół dowiedział się dopiero, gdy płyta była już na rynku.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.omophagia.ch

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

14 grudnia 2019

Rebaelliun – Burn The Promised Land [1999]

Rebaelliun –- Burn The Promised Land recenzja reviewRebaelliun jest jednym z zespołów, które walnie przyczyniły się do zwiększenia zainteresowania death metalem na przełomie wieków i to właśnie oni — wraz z Krisiun — odpowiadają za trwającą kilka dobrych chwil modę na brazylijskich przedstawicieli tego gatunku. A to wszystko dzięki wydanemu zaledwie rok po sformowaniu kapeli Burn The Promised Land, za sprawą którego błyskawicznie trafili do czołówki nowych kapel. To się nazywa mieć siłę przebicia!

Najlepsze jest to, że zachwyty nad debiutem Rebaelliun nie były przesadzone i nawet teraz, po upływie 20 lat od premiery, Burn The Promised Land pozostaje albumem wyjątkowo rajcownym. Wydaje mi się, że głównej tego przyczyny należy szukać w olbrzymiej pasji i pełnym zaangażowaniu, jakie płyną z tych dźwięków. W każdej frazie słychać, że panowie Penna, Lima, Marzari, i Moreira byli całkowicie pochłonięci tą muzyką i dali z siebie wszystko, żeby materiał jak najbardziej kopał po dupie. Choćby właśnie z tego powodu Burn The Promised Land oferuje coś więcej niż wypadkową wpływów Morbid Angel, Deicide i Krisiun.

Rebaelliun starali się, aby zaczerpnąć wszystko co najlepsze od bardziej utytułowanych kolegów, wymieszać to z autorskimi pomysłami i podać z prawdziwie młodzieńczą (a przy tym latynoską) furią. Rezultat jest dość zajebisty, mimo iż trafiają się momenty, kiedy ambicje zespołu biorą górę nad umiejętnościami technicznymi (zwłaszcza w solówkach – kłania się przykład „Black Force Domain”) i do utworów wkrada się chaos, ale i to ma swój urok, no i dodaje muzyce autentyczności. Ponadto kawałki z Burn The Promised Land wyróżniają się fajną dynamiką i dużą chwytliwością jak na tak agresywny death metal. W tym miejscu koniecznie muszę wyróżnić „The Legacy Of Eternal Wrath”, „At War”, „Triumph Of The Unholy Ones” i „Killing For The Domain”, który do dziś pozostaje moim ulubionym numerem Rebaelliun.

Jedynym zauważalnym mankamentem płyty jest wciśnięty w jej połowie instrumentalny „Flagellation Of Christ (The Revenge Of King Beelzebuth)” – pierwsza część to patetyczne plumkania w typie przerywników z „Formulas Fatal To The Flesh”, natomiast druga to gitarowa szarpanina, z której nic nie wynika. Ktoś bardziej wyrozumiały może to potraktować jako chwilę odpoczynku przed „Hell’s Decree”, jednak dla mnie to stracone 4 i pół minuty.

Ten szczegół, mimo iż irytujący, nie może znacząco wpłynąć na ocenę, a ta musi być wysoka, bo materiał z Burn The Promised Land z łatwością przetrwał próbę czasu. Brazylijczycy stworzyli osiem mocnych utworów, które po prostu muszą przemawiać do wielbicieli klasycznie pojmowanego death metalu.


ocena: 8,5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

9 grudnia 2019

Napalm Death – Inside The Torn Apart [1997]

Napalm Death - Inside The Torn Apart recenzja okładka review coverNapalmowych eksperymentów część druga. Druga i w zasadzie ostatnia, bo w paru miejscach na Inside The Torn Apart pojawiają się jaskółki (europejskie, bez obciążenia) zwiastujące rychły powrót zespołu do grania szybkiego i brutalnego. Jednocześnie z kolejnymi utworami Brytole dają jasno do zrozumienia, że nie należy się po nich spodziewać powtórki ze „Scum”, „Harmony Corruption” tudzież „Utopia Banished”, że tamta formuła została wyczerpana i nastał czas nowego podejścia do szeroko pojętego death-grindu.

W moich oczach największym plusem Inside The Torn Apart jest to, że Napalm Death potrafili zwiększyć ciężar gatunkowy muzyki przy jednoczesnym zachowaniu chwytliwości znanej z „Diatribes”. Wprawdzie poziom ekstremy dupy (czy czegokolwiek) nie urywa, ale płyta jest wyraźnie mocniejsza od poprzedniej: stosunkowo agresywna i momentami intensywna (w „Prelude” i „Lowpoint” pojawiają się nawet blasty) jak najlepsze numery z „Fear, Emptiness, Despair”. Ponadto tym razem materiał jest bardziej spójny wewnętrznie i zamknięty w jasno określonych ramach stylistycznych, a jedynym większym wyjątkiem od death-core’owego (nie mylić ze współczesnym deathcore’m!) nawalania jest wieńczący całość „The Lifeless Alarm”, który ma dużo wspólnego z klimatami uskutecznianymi przez Morgoth na „Odium” i gdyby nie wokale, byłoby łatwo o pomyłkę z Niemcami. A propos wokali, w partiach Barney’a słychać, że kryzys ma już za sobą; więcej w nich życia, siły i zdecydowania – ponownie są ozdobą Napalm Death. I co istotne – Mark w żadnym momencie nie daje powodów, żeby oskarżać go o rapowanie, bo na „Diatribes”… no cóż…

Muszę również pochwalić zespół za wspomnianą już chwytliwość. W porównaniu z poprzednim, materiał z Inside The Torn Apart nie szokuje przesadnie odważnym podejściem do muzyki, więc uwagę słuchacza skupiają przede wszystkim bardzo udane kompozycje, spośród których przynajmniej połowę można wrzucić do kategorii „hit”. „Breed To Breathe”, „Reflect On Conflict” czy „Birth In Regress” wchodzą od pierwszego razu i naprawdę chętnie się do nich wraca. Innymi słowy – album jest łatwy i przyjemny w odbiorze, co jednak nie znaczy, że będzie łatwostrawny dla każdego, zwłaszcza dla fanów pierwotnego oblicza Napalm Death.

Ja nie mam z tym najmniejszego problemu, bo niemal każda płyta Brytoli jest źródłem mojej dużej radochy i nawet dziwactwa w ich wykonaniu przyjmuję ze zrozumieniem. A skoro Inside The Torn Apart żadnych dziwactw nie zawiera, to tym bardziej mogę ten krążek szczerze polecić.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.napalmdeath.org

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

2 grudnia 2019

At The Gates – To Drink From The Night Itself [2018]

At The Gates - To Drink From The Night Itself recenzja okładka review coverNie jest łatwo mnie przyłapać na słuchaniu At The Gates, ale raz na ruski rok (w dodatku przestępny) zdarza mi się zarzucić Szwedów na tackę; dzięki To Drink From The Night Itself nawet częściej niż to wcześniej bywało. Nie żeby zespół nagle zmienił się nie do poznania i zaczął wycinać jakieś nowatorskie cuda. Nic z tych rzeczy, po prostu trafili u mnie w dobry moment, kiedy melodyjny death metal nie stanowi choćby 1% słuchanej przeze mnie muzyki i przez to jest czymś egzotycznym. Poza tym album wydaje mi się znacznie ciekawszy niż nagrany po reaktywacji — a niemal identyczny objętościowo — „At War With Reality”.

Zagorzali fani kapeli przypuszczalnie nie znajdą na To Drink From The Night Itself niczego zaskakującego (ani nielubianego – bo to też ważne), czemu zresztą nie ma się co dziwić skoro pierwszy riff wchodzącego zaraz po introdukcji numeru tytułowego jest tak bardzo etdegejtsowy, że już bardziej się chyba nie da. Dalej Szwedzi jadą również po swojemu, pewnie nawet dość wtórnie, jednak bez popadania w typowe dla gatunku wesołe przytupy. Nie ukrywam, że to do mnie przemawia, podobnie jak fakt, że materiał odkrywa przed słuchaczem swoje zalety stopniowo, dzięki czemu wraz z kolejnymi przesłuchaniami bardziej intryguje niż nudzi. W przeciwieństwie do kolegów po fachu, At The Gates nie podali wszystkiego na tacy, więc wyłapanie czegoś fajnego może zająć chwilę lub dwie, a gdy już poświęcimy trochę czasu, okazuje się, że krążek może się poszczycić większą wyrazistością niż poprzedni.

Ja z prawdziwym zdziwieniem skonstatowałem, że na To Drink From The Night Itself jest na tyle świetnych numerów, że trudno mi wskazać ten najlepszy. Mimo to z mocnego i obszernego zarazem katalogu hitów „Palace Of Lepers”, „To Drink From The Night Itself”, „A Labyrinth Of Tombs”, „In Nameless Sleep”, „The Colours Of The Beast” i „Daggers Of Black Haze” stawiam na dwa ostatnie, które wyróżniają się niestandardowymi zmianami tempa i wyjątkowo melancholijnym klimatem. Co ciekawe, w pozostałych kawałkach At The Gates ani razu nie schodzą poniżej naprawdę dobrego poziomu i żaden z nich nie wydaje się zrobionym na odpierdol zapychaczem.

Jak widać poniżej, oceniam To Drink From The Night Itself bardzo wysoko, jednak weźcie poprawkę na to, że mój entuzjazm wynika po części z tego, że na co dzień raczej trzymam się z daleka od melodyjnego death metalu. Płyty słucha mi się bardzo przyjemnie i bez oporów, jednocześnie mam świadomość, że jest to coś w rodzaju miłej odskoczni od brutalnego dopierdalania. I niewykluczone, że niewiele więcej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: atthegates.se







Udostępnij:

18 listopada 2019

Antropomorphia – Merciless Savagery [2019]

Antropomorphia - Merciless Savagery recenzja okładka review coverPostawmy sprawę jasno, jeśli ktoś wcześniej nie zasmakował w muzyce Antropomorphia, to Merciless Savagery nic w tym temacie nie zmieni, może go co najwyżej jeszcze bardziej zniechęcić do zespołu. Od poprzedniej płyty — a w zasadzie od trzech — Holendrzy nie wykonali ani jednego ryzykownego czy nieprzemyślanego kroku i dość kurczowo trzymają się sprawdzonego schematu w obszarach muzyki, brzmienia i imażu; do tego stopnia, że nawet tylna okładka niemal dokładnie powiela układ z „Sermon Ov Wrath”.

Czy to źle? Niekoniecznie, bo przecież Antropomorphia ma garstkę oddanych fanów, którzy chcą wyłącznie ciężkiego, prostego i śmierdzącego siarką death metalu w średnich tempach, a na wszelkie udziwnienia patrzą wilkiem. I to dla nich nagrano Merciless Savagery. Im nie będzie przeszkadzała wtórność niektórych rozwiązań, przewidywalność struktur czy dobrze już znane brzmienie (za produkcję ponownie odpowiada Marco Stubbe, mastering trzasnął tym razem Dan Swanö). Zresztą nawet obiektywnie patrząc, bez znajomości dokonań kapeli, Antropomorphia ma do zaoferowania naprawdę wysokiej jakości muzykę podaną w profesjonalnej oprawie studyjnej, której w zasadzie niczego nie można zarzucić.

Prawie, bo jak dla mnie — czyli już nieobiektywnie — Merciless Savagery traci nieco na jebnięciu przez dwa zbyt wolno rozkręcające się numery („Cathedral Ov Tombs” i „Wailing Chorus Ov The Damned”), w które dodatkowo niepotrzebnie wkrada się monotonia. Kilka cięć — w studiu — i byłoby OK. Druga kwestia równie mocno rzucająca się w uszy to ogólna chwytliwość płyty. Pod tym względem nowy materiał znacząco ustępuje trzem wcześniejszym i przez to nie wkręca się należycie szybko. Jednocześnie trzeba oddać zespołowi, że jak już zaczyna pocinać bardziej przebojowo, to baniak sam rwie się do młynków. Niestety w ten sposób wyróżniają się tylko trzy kawałki — „Womb Ov Thorns”, „Merciless Savagery” i „Luciferian Tempest” — spośród których ten ostatni ma zajebiście bujające riffy i porywający rytm, toteż jest moim zdecydowanym faworytem.

Trochę to jednak mało, żeby popaść w zachwyt, choć z drugiej strony o rozczarowaniu Merciless Savagery nie ma mowy. Ewentualny problem Holendrów polega na tym, że za sprawą „Rites Ov Perversion” zawiesili sobie poprzeczkę dość wysoko i chyba nie wiedzą, co zrobić, żeby ponownie do niej doskoczyć. Ja podpowiadam: robić hity.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.antropomorphia-official.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

1 listopada 2019

Visceral Disgorge – Slithering Evisceration [2019]

Visceral Disgorge - Slithering Evisceration recenzja okładka review coverVisceral Disgorge zebrali sporo pochlebnych opinii za swój debiut „Ingesting Putridity”, ale zamiast pójść za ciosem, z niezrozumiałych dla mnie względów (chyba, że chodziło o śmierć gitarniaka) zamilkli na dobre kilka lat. Wydawnicza przerwa trwała u nich tak długo, że teraz w zasadzie muszą budować pozycję na nowo, jako zespół, który kiedyś ponoć grał fajnie, tylko mało kto już o tym pamięta. Jakby tego było mało, w międzyczasie konkurencja mnożyła się na potęgę, więc nie każdy brutal death ma szansę zaistnieć w szerszej świadomości. Visceral Disgorge powinno się udać, bo ich powrót w barwach Agonii to wyjątkowo brutalny i intensywny ochłap zagrany z nienaganną precyzją.

Sam początek płyty jest nieco mylący, gdyż Amerykanie jako intro zapodali trochę nieskomplikowanego walcowania z takim dość przyciężkawym klimatem, jednak już po chwili (czytać: półtorej minuty później) ruszają z pełnym impetem. Slithering Evisceration jest materiałem dużo szybszym, bardziej gwałtownym i technicznym od poprzednika, przy okazji zawiera również znacznie więcej urozmaiceń, dzięki czemu poszczególne kawałki nie zlewają się tak bardzo ze sobą i można spośród nich wyłapać coś wyrastającego ponad średnią gatunkową. Ja wskazałbym szczególnie na środek albumu i numery „Saprogenic Deformation”, „Absorbed Bby The Swarm” i „Siphoning Cosmic Sentience”, bo w nich akurat dzieje się najwięcej; mają ciekawe struktury, mnóstwo blastów i sensowną porcję zakręconych riffów. Dodatkową pochwałę zespół dostaje ode mnie za ograniczenie wpływów slamu i tym podobnych prymitywnych rozwiązań. Kto wie, może doczekam dnia, kiedy całkowicie z tego gówna zrezygnują.

Póki co wcale nie jest źle i Visceral Disgorge swoim napierdalaniem potrafią się wybronić, a Slithering Evisceration przelatuje całkiem sprawnie; także dlatego, że po obcięciu wszelkich dopychaczy, trwa około 25 minut. Nie jest to dużo, ale w przypadku tak grającego zespołu dawka wydaje się wystarczająca.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/visceraldisgorge
Udostępnij:

28 października 2019

Obscure Infinity – Into The Vortex Of Obscurity [2019]

Obscure Infinity - Into The Vortex Of Obscurity recenzja okładka review coverKiedyś już zaliczyłem przelotny kontakt z twórczością Obscure Infinity, ale nie pozostawił on najmniejszego śladu w mojej pamięci, więc zakładam, że cudów wówczas nie usłyszałem. Minęło kilka lat i ponownie trafiłem na Niemców – tym razem przy okazji Into The Vortex Of Obscurity. Na pewno grają lepiej niż kiedyś, jednak wciąż w ich muzyce jest coś, co sprawia, że następnej płyty nie będę jakoś szczególnie wypatrywał.

Głównym problemem Obscure Infinity jest dla mnie ich stylistyczne niezdecydowanie i brak spójności tego, co wrzucają do utworów i, globalnie na, cały krążek. Ktoś pewnie mógłby zrobić z tego zaletę typu różnorodność, eklektyczność, ect., ale nie widzę sensu, żeby aż tak naciągać fakty. Na świecie jest masa zespołów, które łączą brutalność i melodyjność w death metalu i wychodzi im to cacy. U Obscure Infinity sprawa wygląda nieco inaczej, bo oni grają albo brutalnie albo melodyjnie, a jeśli te dwa elementy w jakiś (w dodatku sensowny) sposób zazębiają się w ich twórczości, to chyba tylko przez przypadek.

Na Into The Vortex Of Obscurity Niemcy przeskakują między naprawdę solidnym grzańskiem (mnie się to najbardziej kojarzy z Vomitory z „Revelation Nausea”) a lajtowymi przytupami a’la melodeath z Göteborga circa 1996 z dodatkiem heavy metalu. O ile ta szybka i agresywna strona Obscure Infinity bardzo mi się podoba, tak cała reszta niekiedy przyprawia mnie o drgawki obrzydzenia. Zespół lubi ponieść ambicja i chęć zrobienia czegoś epickiego (może nawet pod Edge Of Sanity), jednak rezultat zawsze jest jakiś dziwny, bo z niewiadomych względów panowie z zamiłowaniem korzystają z rozwiązań, których czas już dawno miną. Naciągany patos, deklamacje, akustycznie plumkanie, płaczliwe klimaty… brrr! A najgorsze są chyba te niedorobione solówki, które nie dość, że w zasadzie do niczego nie pasują, to zagrano je w bardzo osobliwy sposób. Brzmią tak, jakby gitarniakom (czy tam któremuś z nich) w kluczowym momencie brakowało hmm… Pomysłów? Techniki? Strun?

Na koniec dodam tylko, że przez wspomniany brak spójności, kombinowanie na siłę i rozmaite dziwne naleciałości Into The Vortex Of Obscurity momentami dłuży się i męczy, choć trwa optymalne 41 minut. Jeśli tylko Obscure Infinity zrozumieją, w czym są dobrzy, to może będą z nich ludzie. Ja daję 7 na zachętę.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/obscureinfinitygermany
Udostępnij:

23 października 2019

Sulphurous – Dolorous Death Knell [2018]

Sulphurous - Dolorous Death Knell recenzja okładka review coverPrzy pierwszym przesłuchaniu debiut Sulphurous sprawia wrażenie kolejnego ołtarzyka postawionego ku czci Incantation. Wiecie – odpychający brud, smród i pozbawiona upiększeń death metalowa mielonka w niskich rejestrach. Jednak z każdym kolejnym odpaleniem Dolorous Death Knell skojarzenia biegną w kierunku innych kapel, w tym i takich, w których muzycy Sulphurous jeszcze się udzielają. Koniec końców okazuje się, że chociaż Duńczycy nie proponują niczego nowego, grają na tyle atrakcyjnie i po swojemu, że warto mieć na nich ucho.

Dolorous Death Knell w muzyce i brzmieniu ma trochę punktów wspólnych z Phrenelith i Hyperdontia — co pewnie było nie do uniknięcia — ale Friborg i Tunkiewicz postarali się, żeby nie było ich za dużo i istnienie takiego tworu jak Sulphurous miało w ogóle sens. Przede wszystkim ich materiał jest wolniejszy (jak mocniej wcisną hamulec, to słychać echa Krypts) i znacznie bardziej przystępny niż u wspomnianych kapel, a to dlatego, że pod skorupą pierwotnego syfu duet upchną mnóstwo całkiem sensownych i bardzo klimatycznych melodii. Sporo z nich pojawia się w riffach, ale te najlepsze, najbardziej wgryzające się w mózg to motywy wplecione w tło w formie solówek. Ten prosty patent w udany sposób urozmaica muzykę, a nie czyni jej wcale przesadnie techniczną. Fajnie się to wszystko komponuje z raczej umiarkowanymi tempami i ponurym, niemal nieczytelnym wokalem. Całość spina naturalne brzmienie bez żadnych wodotrysków; nie wiem, gdzie nagrywali, ale zgaduję, że w tym samym miejscu (celowo nie piszę studiu), co Hyperdontia.

Zgodnie z tytułem najlepszego kawałka, nad Dolorous Death Knell unosi się aura rozkładu i to właśnie ten klimat zgnilizny jest, obok wspomnianych melodii, najmocniejszym atutem płyty. Coś takiego zwyczajnie wciąga i zmusza do kolejnych przesłuchań. Strona techniczna jest w tym przypadku całkowicie nieistotna, co nie oznacza, że muzycy Sulphurous mają jakieś problemy z obsługą instrumentów. Nie, oni po prostu grają oszczędnie i z wyczuciem. Rezultat mówi sam za siebie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Sulphurous-1830777203674450/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 października 2019

Autopsy – After The Cutting [2015]

Autopsy - After The Cutting recenzja reviewCo może być lepszego dla maniaka Autopsy niż kameralny recital swoich ulubieńców oparty na osobiście wyselekcjonowanych kawałkach? Ano nic, niestety. Jednak gdy obniżymy nieco wymagania, mnóstwo radochy może nam sprawić również After The Cutting, czyli wypasiony box podsumowujący karierę zespołu do roku 2015. W skład tego pięknie wydanego zestawu wchodzą cztery krążki audio oraz — a raczej przede wszystkim — „książka” autorstwa Dennisa Dreada wzbogacona o mnóstwo archiwalnych zdjęć i znakomitych, nigdzie wcześniej niepublikowanych grafik. Za jednym zamachem możemy zatem nacieszyć i uszy i oczy, przy okazji przyswajając sporo ciekawostek z historii Autopsy.

After The Cutting to prawdziwa skarbnica wiedzy o kultowych Amerykanach, bo dzieje zespołu poznajemy nie tylko oczami autora, ale również każdego z ważniejszych muzyków, producentów ich nagrań czy nawet autorów okładek. A i to nie wszystko, bo swoje trzy grosze dorzucili chociażby członkowie Dismember oraz główny orędownik Autopsy na norweskiej ziemi i kolega z tej samej wytwórni – Fenriz. Lektura jest arcyciekawa, bo dowiadujemy się właściwie wszystkiego, co do tej pory było dostępne tylko nielicznym, w tym wielu zaskakujących zdarzeń z baaardzo zamierzchłej przeszłości, zanim Chris Reifert, Eric Cutler i Danny Coralles w ogóle się poznali.

Mamy tu wyczerpujący opis tego, jak zespół powoli rósł w siłę (przynajmniej na płaszczyźnie artystycznej) — z każdym kolejnym wydawnictwem stając się coraz bardziej odpychającym dla przeciętnych fanów death metalu — by w końcu (pierwszego etapu) rozbić się o prozaiczne kwestie organizacyjne przy okazji „trasy” promującej „Acts Of The Unspeakable”. Szczęśliwie dla nas Autopsy byli na tyle bezkompromisowi w realizacji swoich zboczonych pomysłów, że nawet brak znaczących sukcesów (oprócz uwielbienia w Szwecji) nie przeszkodził im w dokończeniu wydanego de facto pośmiertnie „Shitfun”.

Następnie Dread pokrótce przypomina, czym członkowie Autopsy zajmowali się po rozpadzie kapeli (Abscess, The Ravenous, Funeral…), by szybko przejść do ich powrotu w nieoczekiwanej glorii i chwale, już jako gwiazdy i legendy brutalnej muzyki. W tej części wspomnienia dotyczące nagrań poszczególnych materiałów są już bardziej szczegółowe, ale nie ma się czemu dziwić – wszak są świeższe. Ponownie dowiadujemy się kilku ciekawostek związanych z trasami, okładkami i pracą w studiu, w tym także takich budzących zdziwienie. Jak się okazuje, Autopsy potrafią być zbyt ekstremalni dla samych siebie, co wyszło przy okazji narywania kawałka „Sadistic Gratification”, z którego wydźwiękiem (dosłownie…) Joe Trevisano miał pewne problemy.

W ostatnich rozdziałach (circa 2015) daje się wyczuć pośpiech autora (sam uczciwie przyznał, że deadline na After The Cutting coraz bardziej dawał o sobie znać), stąd też przedstawione informacje mają dość ogólny charakter, ale jest to historia na tyle świeża, że — jeśli komuś mało — ewentualne braki można sobie uzupełnić lekturą aktualnych wywiadów.

Co do załączonych do After The Cutting krążków, upchnięto na nich w sumie ponad 5 godzin muzyki, choć z perspektywy kolekcjonera naprawdę ciekawych kawałków nie ma tu zbyt wiele. Nie mam oczywiście na myśli poziomu utworów, co raczej ich wyjątkowość. Mnie najbardziej przekonuje pierwszy dysk, bo zmieszczono na nim świeżą naonczas epkę „Skull Grinder”, demówki z 1987 i 1988, przedpotopowy „Christ Denied”, próbę z 1991, na której szlifowano numery na „Fiend For Blood” oraz prymitywny szlagier „Black Incantations” nagrany w konspiracji pod szyldem Grave Violators.

Dwa kolejne dyski to raczej klasyczny debestof podzielony na część starą (do „Shitfun”) i nową (od „Horrific Obsession”). Niczego niezwykłego na nich nie znajdziemy (bo kompilacji Autopsy było już kilka), ale plusem jest na pewno fakt, że nie ograniczono się wyłącznie do utworów z longplejów i dorzucono również co nieco z epek i singli. Ciekawiej robi się na czwartym krążku, bo wciśnięto tam dwa koncerty (czy raczej ich fragmenty) z Oakland z 2012 i 2013. W obu przypadkach jakość dźwięku dupy nie urywa, ale jest akceptowalna. Ostatnie siedem numerów to próba z 1992 roku z materiałem na nadchodzący „Acts Of The Unspeakable”.

Czy warto się zainteresować After The Cutting? Pytanie, kurwa! To jest absolutny obowiązek dla fanów Autopsy, choć i tacy, którzy z zespołem nie mieli nigdy po drodze znajdą tu dużo fascynujących informacji i masę klasowej muzyki. Zachęcam gorąco do zakupu, mimo iż znalezienie tego cuda w uczciwej cenie w kraju nie jest sprawą prostą.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Autopsy-Official-162194133792668/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 września 2019

Sulphur Aeon – The Scythe Of Cosmic Chaos [2018]

Sulphur Aeon - The Scythe Of Cosmic Chaos recenzja reviewZaledwie 5 lat zajęło Niemcom z Sulphur Aeon wypracowanie sobie na tyle dobrej renomy w podziemiu, żeby ich trzecia płyta była wydawnictwem naprawdę wyczekiwanym. Sam byłem cholernie ciekaw, co też tym razem przygotują; nastawiłem się bardzo ostro i — jak już widzicie po ocenie — nie zawiodłem się. The Scythe Of Cosmic Chaos spełnia wszystkie moje oczekiwania. O jakiejś rewolucji w ramach stylu nie ma oczywiście mowy, jednak zespół z pewnością wykorzystał nowe możliwości wynikające z rozbudowania składu o dwóch muzyków.

Ewolucja Sulphur Aeon jest odczuwalna w każdym elemencie, także w tym, na którym zależało mi najbardziej – w brzmieniu. Zespół nareszcie zadbał o odpowiednią czytelność, aby nie sprowadzić muzyki do nieprzeniknionej ściany dźwięku. Zyskały na tym przede wszystkim gitary. Na poprzednich krążkach bywało, że przy większej zawierusze schodziły gdzieś na dalszy plan i ciężko było wyłapać, co tak naprawdę grają. Na The Scythe Of Cosmic Chaos nie ma takiego problemu i nawet w najgęstszych, najbardziej zagmatwanych fragmentach można delektować się każdym dźwiękiem.

A zapewniam, że jest czym, bo trzeci album Sulphur Aeon odznacza się ogromnym rozmachem, wielowątkowymi strukturami utworów, mnogością zmian nastroju i tempa. Jeśli zespół postawił sobie za cel nie zanudzić słuchacza, to w pełni się z tego wywiązał. Ogarnięcie wszystkich niuansów poupychanych w utworach to zabawa na dziesiątki przesłuchań, bo nawet gdy człowiek jest już pewny, że dogłębnie poznał całość, pomiędzy riffami trafia się jakiś niewychwycony wcześniej ornament. Niektórych ta kompleksowość może odstraszać, ale zapewniam, że warto zaryzykować, bo paradoksalnie The Scythe Of Cosmic Chaos jest najbardziej przystępną płytą w dorobku Sulphur Aeon.

Poza brzmieniem, duża w tym zasługa świetnych, zapadających w pamięć melodii (na pewno nie takich, by przeklasyfikować zespół na „melodic”, jak to już w międzyczasie zrobiono) i bardzo zróżnicowanych partii wokalnych. Do tej ostatniej kwestii Niemcy szczególnie się przyłożyli, żeby były doskonale dopasowane do muzyki – gdy trzeba, są agresywne, innym razem czyste i podniosłe – a zawsze wykonane z pełnym zaangażowaniem. Ponadto mamy też sporo chóralnych zaśpiewów, no bo co innego lepiej pasuje do tajemniczych inkantacji. Na żywo będzie to wszystko dość trudne do odtworzenia, ale z płyty robi duże wrażenie.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że The Scythe Of Cosmic Chaos to nie tylko kapitalnie przemyślana i intrygująca muzyka, ale również (i ponownie!) całkiem wypasiona oprawa graficzna z zajebistą okładką na czele. Jeśli komuś zdarza się kupować płyty tylko dlatego, że pięknie wyglądają, to i ta powinna znaleźć się w jego kolekcji. Lovecraft byłby dumny!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SulphurAeon

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

15 września 2019

Moon – Daemon’s Heart [1997]

Moon - Daemon’s Heart recenzja okładka review coverPo wielkim sukcesie „Moonlight” Cezar zaczął się rozwijać w różnych dziwnych kierunkach, co skończyło się dla niego muzyczną schizofrenią, natomiast dla fanów – sporym bólem głowy. Z jednej strony dostaliśmy bowiem syntetyczny i zalatujący techniawą „Darkside”, z drugiej zaś black metalowy i w zamyśle symfoniczny (czytać: z klawiszami) Daemon’s Heart. Na obu płytach można wyczuć chęć załapania się na koniunkturę oraz niewielki wysiłek włożony w ich powstanie. Obie w równym stopniu rozczarowują, choć to debiut Moon jest z tej dwójki materiałem słabszym.

Wprawdzie nie potępiam Daemon’s Heart w czambuł, ale wszystkie zalety tej płyty jestem w stanie streścić w jednym krótkim akapicie, bo naprawdę jest tego bardzo mało. Plus numero uno: nie mogę się przyczepić do wokalu Cezara, jak zwykle jest znakomitego. Plus numero due: podoba mi się kilka sensownych riffów (średnia wynosi mniej niż jeden na kawałek!) i melodia na początku „The Curse”. Plus numero tre: logo jest fajne. I to by było na tyle, jeśli o atuty debiutu Moon.

Półgodzinny krążek rozpoczyna długie, nic nie wnoszące i całkowicie zbędne intro, po którym wchodzi „The Suffering” – numer niby to rozbudowany i urozmaicony, a po dokładniejszym wsłuchaniu się – nudny, naciągany i monotonny. Dalej wcale nie jest lepiej, bo praktycznie wszystkie utwory przygotowano na jedno kopyto, z klepiącym w jednym tempie automatem, przypadkowymi plamami klawiszy i doprowadzającymi do szału powtórzeniami riffów i tekstów. Kulminację wtórności mamy w „The Shining”, który jest przynajmniej o 4 minuty za długi (a trwa 5 i pół). W tym kawałku najbardziej rzuca się w uszy to, z czego uczyniłbym mój główny zarzut w stosunku do całego Daemon’s Heart – brak pomysłów. Wygląda mi na to, że zespół miał przygotowane może z 10 minut muzyki, ale uparł się zrobić z tego longpleja.

I zrobił – takiego, który nudzi, męczy, usypia i w dodatku brzmi sztucznie i dość mizernie (koszmarne trzaski-praski wszystkiego, co ma imitować talerze). Jednocześnie jest to krążek, który daje do myślenia – wszak na okładce mamy motyw znany z „The Ultimate Incantation” autorstwa Dana Seagrave’a, a we wkładce nie ma na ten temat nawet słowa… Jako zagorzały fan twórczości Cezara polecam nabyć ten album jedynie do kolekcji, do słuchania już niekoniecznie.


ocena: 4/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 września 2019

Cannibal Corpse – Red Before Black [2017]

Cannibal Corpse – Red Before Black recenzja reviewNaiwność ma swoje granice, ja jednak dałbym sobie rękę uciąć, że wśród fanów zespołu znaleźli się i tacy, którzy po zachłyśnięciu się świeżością „A Skeletal Domain” uwierzyli, że kolejne płyty Amerykanów będą równie nowatorskie i zaskakujące. Nie będą. Red Before Black to powrót Cannibal Corpse do bardziej tradycyjnego brzmienia (Mana + Rutan) i sprawdzonych już setki razy rozwiązań. Innymi słowy — mamy tu doskonale znany standard. Natomiast wszystkie nowości — jeśli optymistycznie założymy, że takowe w ogóle występują - można policzyć na palcach jednej ręki. Tylko to wcale nie oznacza, że materiał jest słaby.

Cannibal Corpse ponownie udowodnili, że konsekwencja i niemal konserwatywne podejście do własnej twórczości w niczym nie przeszkadzają, gdy ma się w zanadrzu dobre pomysły na riffy, zajebisty warsztat i niedźwiedzia grizzly na wokalu. Amerykanie nie muszą wymyślać koła na nowo, żeby stworzyć tak mocarne kawałki jak „Remaimed” (morderczy podkład pod solówką), „Red Before Black” (ten jest chyba najbardziej chwytliwy), „Heads Shoveled Off” (wyjątkowo głupawy tekst) czy „In The Midst Of Ruin” (tu z kolei mamy gościnne solo Rutana) – każdy z nich w jakimś stopniu brzmi znajomo, ale to nie problem, bo wszystkie są w porównywalnie rajcowne. Póki klasyczna formuła ich muzyki się sprawdza, nie dziwię się, że Cannibal Corpse się jej trzymają, a eksperymenty wprowadzają jedynie od święta.

Nie pojmuję natomiast, czemu akurat przy okazji Red Before Black cięgi za hamowanie zespołu (takie dosłowne oraz w rozwoju) zbiera „Lars Ulrich death metalu”. Czyżby niektórym naprawdę umknęło, że Paul od trzydziestu lat gra w zasadzie w ten sam sposób? Na czym polega ten drastyczny spadek formy, jeśli mogę zapytać? Ktoś się spodziewał gravity blastów i jazzowej rytmiki? W moim odczuciu partie perkusji na tej płycie poziomem nie ustępują tym z „Bloodthirst", „Evisceration Plague” czy „Torture”, a „anty-mazurkiewiczowskie” jojczenie jest szukaniem problemu na siłę.

Tymczasem Red Before Black ma tylko jeden odczuwalny minus – nie ekscytuje aż tak bardzo, jak dwa poprzednie krążki, bo jest totalnie typowy i dość przewidywalny. Ciężar, brutalność, wokale, produkcja – tu wszystko się zgadza, jest cacy, ale z odrobiną świeżości byłoby jeszcze lepsze.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.cannibalcorpse.net

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

15 sierpnia 2019

Prion – Aberrant Calamity [2019]

Prion - Aberrant Calamity recenzja okładka review coverPoprzedni album Prion odkładałem na półkę w przekonaniu, że argentyńskie trio już raczej nic lepszego z siebie nie wykrzesze. Minęło kilka lat i co się okazało – na „Uncertain Process” panowie wcale nie powiedzieli ostatniego słowa. Nowa produkcja zespołu przewyższa poprzedni krążek pod każdym względem, więc oddaję honor.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nadal nie jest — i zapewne już nigdy nie będzie — pierwsza liga latynoskiego death metalu, zespół nie przeszedł nie wiadomo jakiej rewolucji, ale stał się po prostu ciekawszy. Aberrant Calamity robi na tyle dobre wrażenie, że naprawdę warto dać mu szansę. Muzycy Prion niczego nie pozostawili przypadkowi, więc od początku do końca mamy do czynienia z przemyślaną napierduchą w stylu, do którego zespół zdążył już przyzwyczaić.

W kwestii głównych inspiracji nic się specjalnie u Prion nie zmieniło, pojawiło się natomiast kilka pobocznych. Obok typowego grzańska „po brazylijsku” mamy tu bowiem trochę naleciałości brutal death oraz, i to jest ciekawe, czegoś a’la Six Feet Under. O ile ten pierwszy dodatek jest łatwy do wytłumaczenia, to drugi już niekoniecznie, a chodzi o dość proste, rytmiczne i bardzo koncertowe nawalanie, w którym rządzi groove, czego najlepszy tego przykład mamy w „Irreversible Ways” – jeśli Argentyńczykom zabraknie sił na kolejne lata blastowania, to spokojnie odnajdą się właśnie w takim skocznym graniu.

Na wstępie chlapnąłem, że Aberrant Calamity jest lepszy od „Uncertain Process”, teraz wypadałoby to jakoś uzasadnić. Oprócz wspomnianych wyżej urozmaiceń najbardziej w uszy rzuca się intensywność materiału. Prion napierają zdecydowanie szybciej i brutalniej niż w przeszłości, przy okazji może i również bardziej technicznie, ale to akurat szczegół. Duża w tym zasługa nowego perkusisty, który gra żwawiej, gęściej i z większą swobodą niż Marcelo Russo. Mam wrażenie, że dopiero z nim Prion będą w stanie zaprezentować swój pełny potencjał. Na tę chwilę zasłużyli na mocne, niczym nienaciągane 7.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.priondeath.com.ar

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 sierpnia 2019

Beheaded – Only Death Can Save You [2019]

Beheaded - Only Death Can Save You recenzja reviewJestem po kilkudziesięciu starciach z Only Death Can Save You i muszę przyznać, że nie zostałem przez tę płytę zmieciony. Może obiecywałem sobie po tym materiale zbyt wiele, a może maltańskie komando zaliczyło drobny spadek formy. Obawiam się, że w grę wchodzi ta druga opcja, bo w szybkiej konfrontacji z „Beast Incarnate” nowy krążek nie robi aż tak dobrego wrażenia. To nie tak, że Beheaded nagrali gniota, bo mamy tu całkiem solidny ochłap death metalu mięcha, ale zgubili coś ze swojej tożsamości i mini-oryginalności. Innymi słowy taki album mogły nagrać setki kapel z całego świata.

W dużym stopniu jest to wina bardzo typowego brzmienia na poziomie „średnia krajowa”, przy czym chodzi o nasz kraj, nie o Maltę. Całość nagrywał u siebie Davide Billia, jednak ostatecznej obróbki dokonano w Hertzu, stąd też rezultat przypomina wiele naszych zespołów, które w Białymstoku zjawiały się bez sprecyzowanej wizji i z nie za dużym budżetem. Naturalnie jest w tym ciężar, jest dużo dołu, ale selektywność całości pozostawia dużo do życzenia, a cykające-trzeszczące talerze skutecznie irytują.

Ubytki tożsamości słychać niestety również w samej muzyce. Jasne, Beheaded nigdy nie byli wizjonerami, ale z czasem dorobili się paru charakterystycznych dla siebie patentów. Natomiast na Only Death Can Save You w kilku miejscach dość poważnie zapędzili się z obcymi wpływami. Rozrzucone po całym materiale naleciałości Nile (ze środkowego etapu) mogę jakoś przeboleć, jednak zalatujący wstępem do „O Father O Satan O Sun!” „Gallows Walk” nieco mnie już drażni. Stężenie zapożyczeń mamy w „Embrace Your Messiah”, który w większej części aż za mocno przypomina walce w wykonaniu Cannibal Corpse. Tak na dobrą sprawę o tym, że mamy do czynienia z Beheaded, przypomina jedynie rozpoznawalny wokal Franka Calleja i dosłownie kilka riffów w stylu znanym z dwóch poprzednich krążków. Trochę to mało jak na tak doświadczony zespół.

Nie zmienia to faktu, że liderzy maltańskiego death metalu postarali się o kilkadziesiąt minut zawodowo zagranego łomotu – szybkiego, gęstego i brutalnego jak należy. Wspomniane już wyżej „setki kapel z całego świata” mogłyby być dumne z takiej płyty, w przypadku Beheaded pozostaje jednak niedosyt.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/BeheadedMT

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 sierpnia 2019

Mass Infection – Shadows Became Flesh [2018]

Mass Infection - Shadows Became Flesh recenzja okładka review coverBędę szczery, nie miałem zbyt dużych wymagań co do następcy „For I Am Genocide”. Jak dla mnie Grecy mogli ponownie nagrać ten sam materiał tylko ze zmienioną kolejnością utworów i innymi tytułami. Ogólna zajebicha, jaką Mass Infection osiągnęli na trzecim albumie, w mojej ocenie naprawdę nie wymagała zmian czy poprawek. Zespół już do końca swego żywota mógł grać w kółko to samo, a ja nie zgłaszałbym żadnych zastrzeżeń. Tymczasem już na wstępie Shadows Became Flesh dostałem w pysk dającym do myślenia elementem zaskoczenia. „Ominous Prevision” rozpoczyna się bowiem jazdą całkowicie w stylu… Ulcerate. Czyżby Greków wzięło na aż tak daleko idące zmiany?

Ano nie. Po 40 sekundach Mass Infection odpalają typową dla siebie death metalową petardę, za którą pokochały ich tłumy. No, przynajmniej te kilkaset (obym się mylił i jednak chodziło o tysiące) osób, które skusiły się na poprzednie krążki. Shadows Became Flesh nikomu nie powinien dać powodów do narzekań, choć jego skróconą charakterystykę w porównaniu do poprzedniego albumu skróciłbym o jeden „wygar”. Dobrze widzicie, mimo iż trudno w to uwierzyć, ale naprawdę nie napierdalają blastów pod każdy możliwy riff. Zespół uczynił krok w stronę większej różnorodności i oprócz wspomnianych wpływów Ulcerate (także w „To The Lords Of Revulsion”) dorzucił kilka fragmentów w średnich tempach. Przyczyn nieznacznego zwolnienia obrotów można by się doszukiwać w zmianie na stanowisku perkusisty, ale… Po pierwsze odbyło się to bez wpływu na ogólny poziom partii garów, zaś po drugie wystarczy zerknąć, gdzie jeszcze udziela(ł) się Giulio Galati. Po kilku sekundach riserczu nie mamy najmniejszych wątpliwości, że Mass Infection grają wolniej (niekiedy!), bo tak chcą, a nie dlatego, że szybciej nie mogą. Mogą – i korzystają z tego przez jakieś pół godziny.

Wszystkie drobne zmiany/nowości w obrębie wypracowanego stylu — które jak już zaznaczyłem, wcale nie były niezbędne — sprawiają, że Shadows Became Flesh jest produktem bardzo atrakcyjnym i równie szybko wpadającym w ucho co „For I Am Genocide”. Mam tylko jedną uwagę – „Spiritual Entropy” mimo swego potencjału nie rozwija się w pełnoprawny kawałek i żywot kończy jako interludium. Poza tym szczegółem Grecy po raz kolejny udowodnili, że mają talent do gwałtownego i wybitnie chwytliwego napierdalania, więc należy im życzyć więcej tak udanych krążków.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: massinfection.net

inne płyty tego wykonawcy:


podobne płyty:

Udostępnij:

25 lipca 2019

Nocturnus AD – Paradox [2019]

Nocturnus AD - Paradox recenzja reviewSpójrzmy prawdzie w oczy, the true Nocturnus, ten wizjonerski, oryginalny i w pełni zejebisty, skończył się na „Thresholds”. Bez Browninga w składzie Amerykanie już nigdy nie nawiązali do poziomu pierwszych płyt i choć materiały wydane po 1992 roku nie były przecież złe, to brakowało im (nie tak) dawnego klimatu i pierdolnięcia. Co ciekawe, dla samego Mike’a koniec Nocturnus nastąpił jeszcze zanim oficjalnie wyrzucono go na zbity pysk, bo w chwilę po debiucie – gdy pozostali muzycy całkowicie przejęli kontrolę nad kapelą, załatwiając sobie m.in. wyłączne prawa do nazwy.

Kolejne kilka lat to dla Browninga tułaczka po rozmaitych mniej lub bardziej znanych załogach i powołanie do życia After Death, z którym dość długo próbował szczęścia, ale jak koniec końców nie odniósł wymiernego sukcesu. Liczne próby powrotu jako Nocturnus — a później Nocturnus AD — były torpedowane przez byłych kolegów (za granie pod tym szyldem groziło mu ekspresowe zaproszenie do sądu), więc wszystko wskazywało na to, że nowej płyty zespołu na N już się nie doczekamy.

A tu niespodzianka, trzymam w łapach digipak (grrr) Paradox After Death przerobionego na Nocturnus AD i nie mogę wyjść z podziwu, bo w 95% zawiera dokładnie to, czego wielbiciel wczesnej twórczości Nocturnus mógłby sobie życzyć: rozpoznawalne zadziorne wokale, rozbudowane partie klawiszy, dziko śmigające gitary, milion solówek na kawałek, znajomą kompozycję okładki… Warto zatem wysupłać trochę grosza, tym bardziej że następnego razu może nie być. Szósty zmysł podpowiada mi bowiem, że niedługo prawnicy dobiorą się Browningowi do dupy i cała zabawa w muzykowanie rychło się dla niego skończy.

Póki co cieszmy się, bo Amerykanie na Paradox nie pozostawiają miejsca na jakiejkolwiek domysły i od pierwszej minuty „Seizing The Throne” naparzają kosmiczny death metal będący w prostej linii kontynuacją „The Key”. No, nie do końca to tak wygląda… Zaryzykowałbym stwierdzenie, że krążek brzmi bardziej jak etap przejściowy między demówkami a debiutem, z całkowicie świadomym pominięciem tego, co się działo na „Thresholds”. Może właśnie tak miał wyglądać pierwotnie „The Key"? To całkiem prawdopodobne, wszak mamy tu mnóstwo nawiązań w riffach, tekstach i strukturach utworów. Oczywiście całość charakteryzuje się znacznie potężniejszym dźwiękiem i jest wykonana z rozmachem właściwym dla doświadczonych muzyków, ale skojarzenia są jednoznaczne. Na pewne uwstecznienie względem debiutu wskazuje również dość wysoki poziom brutalności i brak jakoś szczególnie wybijających się melodii. Mamy tu zatem baaardzo klasyczny Nocturnus, tylko w surowszej, solidnie doprawionej blastami i mniej przebojowej wersji.

Wiadomo, jest w tym trochę grania na sentymentach, niemniej jednak tak podany death metal zawsze trafia w mój gust, a na Paradox upchnięto go aż 52 minuty. Tyle w zupełności wystarcza, żebym był kupiony. W obliczu „The Antechamber”, „Apotheosis” (ten ultraprzezajebisty riff od 3:29!), „Paleolithic” czy instrumentalnego „Number 9” nie można kręcić nosem na intencje zespołu. Nocturnus AD stworzyli kawał świetnej muzyki i nawet ciągłe reminiscencje znanych od lat szlagierów nie są w stanie tego zmienić. Brakuje mi tylko jednego – duetu Davis-McNenney z ich szybkimi paluchami i doskonałym wyczuciem melodii. Belial Koblak i Demian Heftel, obecni gitarniacy, w każdym utworze dają popis swoich niemałych umiejętności, ale odnoszę wrażenie, że akurat finezja nie jest ich najmocniejszą stroną. Mimo wszystko to drobnostka, nad którą bez trudu potrafię przejść do porządku dziennego.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NocturnusAD/

podobne płyty:


Udostępnij:

15 lipca 2019

Kat – Without Looking Back [2019]

Kat - Without Looking Back recenzja okładka review coverOd czego tu zacząć, żeby za szybko nie rzucać kurwami… Może tak. Jeśli wierzyć informacjom zawartym we wkładce Without Looking Back, materiał został nagrany w 2016, a rok później dokonano mixów, masteringu i innych upiększeń. Z premierą natomiast zwlekano aż do tegorocznych wakacji… Tylko czy na pewno zwlekano? Nie żebym się tu bawił w dziennikarza śledczego rodem z Faktu, ale ta dwuletnia przerwa śmierdzi mi niemożnością znalezienia wydawcy. Jakiś się w końcu trafił – Pure Steel Records, czyli label specjalizujący się przede wszystkim w trzecioligowym heavy-power na rynek niemiecki. No i cóż, w porównaniu z „kolegami” z wytwórni Kat wcale nie wygląda źle, jednakowoż na tle swoich klasycznych dokonań wypada zawstydzająco blado. Ba, z kolejnymi utworami okazuje się, że również poziom „Mind Cannibals” jest dla zespołu nie do przeskoczenia.

Nie wiem, czy ktokolwiek oczekiwał od Kata przeciętnego heavy metalu zaprawionego topornym hard rockiem, ale właśnie takiego potworka dostaliśmy na Without Looking Back. Płyta jest szalenie nierówna, zadziwiająco nijaka, nierozsądnie rozciągnięta, a dzięki wokalom także męcząca. Pomimo dziesiątek przesłuchań nie udało mi się znaleźć na tym materiale jakiejkolwiek wyraźniej zarysowanej myśli przewodniej, haczyka czy czegoś, co w logiczny sposób spajałoby wszystkie kawałki i czyniło z nich monolit. Strasznie dużo tu niepotrzebnych powtórzeń, całkowicie chybionych pomysłów (zwłaszcza hammondy są potrzebne jak Gargamelowi jednorożec) i wciśniętych na siłę ozdobników.

Zespół dużo śpiewa o ogniu, jednak w muzyce wiele tego ognia nie znajdziecie. „Black Night In My Chair” (niewypał na otwarcie), „The Race For Life” (w sam raz na czołówkę „Barw szczęścia”) czy „Let There Be Fire” (parodia Deep Purple) to w ogóle proste i niemrawe przytupy, które ratują jedynie solówki Piotra Luczyka. Naprawdę dobrym numerem wydaje mi się tylko „More”, bo jako jedyny ma w sobie dość życia, żeby utrzymać uwagę od początku do końca, najmniej w nim aranżacyjnych bzdur, no i jest najlepiej zaśpiewany. W pozostałych utworach fragmenty sensownego grania można natomiast policzyć na palcach jednej ręki (choć tyle, że nie stolarza z 30-letnim doświadczeniem), więc okazji do podniety na Without Looking Back nie ma zbyt wiele. W tym gronie szczególnie ciekawym przypadkiem jest ballada „The Promised Land”, która po 4 minutach nudy (akustyków, smyczków i płaczliwego zawodzenia) przechodzi w największy konkret na płycie – rasowe riffy i solidne popierdalanie. Przez te niespełna 2 minuty Kat udowadnia, że gdy tylko chce, to jest w stanie zagrać tak, jak wszyscy oczekują - szybko, agresywnie i z jajami. A czemu nie chce tak grać – oto jest pytanie!

Teraz słów kilka o człowieku, który na Without Looking Back wydaje odgłosy paszczą. Nie mam zielonego pojęcia skąd się wziął i czym przekonał do siebie Piotra, ale co do tego, że do metalu się nie nadaje, nie mam najmniejszych wątpliwości. Jakub Weigel śpiewa na jakieś 40 sposobów (bywa, że każdy wers inaczej), ale koniec końców gówno z tego, skoro może ze 2-3 z nich nie wywołują odruchu wymiotnego. Trudno mi to nazwać wszechstronnością, raczej niezdecydowaniem albo kiepskim panowaniem nad głosem. Ponadto nie dość, że — tak ogólnie — dysponuje dość irytującą barwą, pozwala sobie na dużo niczym nieuzasadnionych ozdobników (w tym „jeahowania”), które wymagają naturalnego luzu w głosie, bo inaczej wypadają sztucznie. U Jakuba wypadają bardzo sztucznie. Pozostaje jeszcze kwestia tekstów — Qbek nie miał na nie wielkiego wpływu, na swoje szczęście — co do których mam dwie hipotezy. Albo są wypakowane idiomami i super skomplikowanymi związkami frazeologicznymi i dlatego ich nie ogarniam, albo to pozbawione konkretnej treści pieprzenie o niczym w sam raz dla pierwszej lepszej domokulturowej kapelki. Hmmm…

Kat tym materiałem powinien pokazać światu, że wciąż ma sporo do powiedzenia i należy się z nim liczyć, tymczasem Without Looking Back można się czepiać w tylu punktach, że to aż przestaje być śmieszne. Zespół miał kilkanaście lat na przygotowanie urywającej dupę i przede wszystkim dopracowanej płyty, a oto co mamy: przeciętna muzyka z niewielkimi przebłyskami, niepasujący do niczego wokal, słabiutkie teksty i potraktowana po macoszemu oprawa (recycling na okładce, brak polskich znaków diakrytycznych w użytych fontach). Broni się jedynie klasowe brzmienie, choć nie dorównuje ciężarem temu z „Mind Cannibals”. Nie chciałbym niczego sugerować (a co mi tam, chciałbym), ale to chyba dobry moment, żeby się poważnie zastanowić nad sensem dalszego grania pod tą nazwą.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

8 lipca 2019

Possessed – Revelations Of Oblivion [2019]

Possessed - Revelations Of Oblivion recenzja reviewPossessed trafił szlag jeszcze zanim death metal tak naprawdę się rozkręcił, ale dorobek zespołu nie został nigdy zapomniany. Sam lubię wracać do ich nagrań, ale skłamałbym pisząc, że codziennie przed zaśnięciem marzyłem o nowej płycie. Tym bardziej, że z dużym sceptycyzmem obserwowałem powrót Jeffa Becerry na scenę z takim, na oko, dość przypadkowym składem. Lata mijały… trasy, festiwale, trasy, festiwale… no i liczyłem, że na wspominkowych recitalach się skończy.

Nie skończyło. Oto leży przede mną Revelations Of Oblivion, najgłośniejsza premiera 2019, która przy pierwszym kontakcie budzi zażenowanie. Recesja recesją, ale nawet małe wytwórnie dbają o wygląd swoich wydawnictw. Nuclear Blast postarali się o okładkę od Zbigniewa Bielaka i… tyle. Bieda aż piszczy. Chwała zatem Amerykanom, że wbrew najczarniejszym scenariuszom, które miałem w głowie, nie splamili dobrego imienia Possessed. Zespół stanął na wysokości zadania i dostarczył fanom pierwszorzędny mariaż oldskulowego death i thrash metalu.

Pomimo upływu 33 lat (kuuurwaaa!) od ostatniego longa, muzycy Possessed wykonali tylko jeden, ale za to pewny krok naprzód, zupełnie jakby nagrywali ten krążek w 1989 roku i nie słyszeli niczego, co się działo później. Stąd też Revelations Of Oblivion przewyższa poprzednie produkcje pod względem szybkości (pojawiają się blasty!), brutalności czy precyzji wykonania (dotyczy to zwłaszcza perkusji), jednak bez naruszania klasycznego feelingu. Duża w tym zasługa Jeffa Becerry, którego opętane wokale i przepełnione siarką, piekłem i krwawymi ofiarami teksty przywodzą na myśl początki „szatanowania” w metalu. Owszem, są strasznie infantylne, ale napisał je na tyle zgrabnie, że chwytliwości i pewnego uroku odmówić im nie sposób.

Również brzmienie materiału budzi jednoznacznie skojarzenia ze czasami, gdy na nagrania death metalowej płyty rzadko przeznaczano więcej niż 1000 dolców. Tu słowa uznania dla Petera Tägtgrena, bo postarał się o mocną, w stu procentach profesjonalną produkcję, z której jednak nie przebija się nic nowoczesnego. Jak oldskul, to oldskul!

Muzycy Possessed stworzyli na potrzeby Revelations Of Oblivion 10 kawałków (plus intro i outro) konkretnego napieprzania w dość szybkich tempach na zaskakująco równym poziomie i o wysokim współczynniku spójności (jedynie „The Word” odstaje nieco stylem), które bez trudu zapadają w pamięć już przy pierwszym odpaleniu. Mimo iż ze 2-3 z nich wydają się przesadnie rozciągnięte, całości słucha się z dużym zaangażowaniem (Jeff napisał fajne refreny), szczególnie gdy ma się do czynienia z takimi hitami jak „No More Room In Hell”, „Damned”, „Graven”, „Ritual” czy „Dominion”. Żeby było ciekawiej, w utworach pojawiają się nawiązania do pierwszych albumów i paru kultowych kapel (choćby wymiana solówek we wspomnianym „Ritual” zalatująca na kilometr „Leprosy” – Daniel Gonzalez ma doświadczenie w podrabianiu Death, bo na co dzień gra w Gruesome), ale nie jest ich zbyt dużo i nie są na tyle nachalne, by zarzucić zespołowi jazdę wyłącznie na tanich sentymentach. To bardziej zabawa w puszczanie oka do uważnych słuchaczy, na którą z przyjemnością się przystaje.

Wiadomo, że sprawą Revelations Of Oblivion nie dokona się w metalu żadna rewolucja, jak to miało miejsce przy okazji „Seven Churches”, ale fajni klasycznego grania w diabelskiej oprawie z pewnością znajdą na tym albumie sporo powodów do radości. Zastanawia mnie natomiast jedno – co się stanie z Possessed, kiedy hype związany z ich studyjnym powrotem już opadnie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/possessedofficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

24 czerwca 2019

Serocs – The Phobos / Deimos Suite [2018]

Serocs - The Phobos / Deimos Suite recenzja okładka review coverThe Phobos / Deimos Suite to kolejny przykład na to, że natura dąży do równowagi. Skoro Cryptopsy mają w dupach nagrywanie płyt długogrających, sprawy w swoje ręce wzięli znacznie mniej utytułowani osobnicy z Serocs, którzy nie tyle grają brutalny i techniczny death metal (bo w tym przypadku to mało precyzyjne określenie), co grają w stylu Cryptopsy z najlepszych lat. Mnie to nawet pasuje, bo napierdalają ze wszech miar zajebiście i bez stosowania taryfy ulgowej można ich już stawiać w jednym rzędzie z Kanadyjczykami z okresu „Whisper Supremacy”. Innymi słowy za sprawą opisywanego tu albumu zespół pod dowództwem Antonio Freyre’a dobił właśnie do najlepszych, a u mnie domknął „top 3” za 2018 rok. Zaprawdę powiadam wam, oto death metal, którego chce się słuchać do utraty świadomości, chociaż swoją intensywnością i stopniem skomplikowania potrafi zamęczyć nawet zaprawionego w bojach zawodnika. Nieprzystępność materiału (jak się później okazuje – pozorna) Serocs nie odrzuca, a wręcz przeciwnie – magnetyzuje i nie pozwala się od niego uwolnić. Nie bez przyczyny przywołałem „Whisper Supremacy”. The Phobos / Deimos Suite może się pochwalić podobnie zajebiście dobranymi proporcjami pomiędzy brutalnością, finezją, szybkością i techniką. Wszystkie te składniki podano z dużym wyczuciem i bez przeginania w którąkolwiek stronę, stąd też na pierwszy plan wychodzą… znakomite kompozycje, których na krążku nie brakuje. Dodatkowym atutem The Phobos / Deimos Suite jest stosunkowo duża chwytliwość przy zachowaniu okrutnie popieprzonych struktur, w czym główna zasługa Phila Tougasa, który do kilku kawałków („Revenants”, „SCP-106” i „Deimos”) przemycił charakterystyczne dla siebie (a przynajmniej tej jego strony znanej z First Fragment) partie z pokręconą melodią i totalnym zgiełkiem, kiedy każdy z instrumentalistów musi dać z siebie wszystko. Miazga! Warto jeszcze dodać, że muzyka Serocs wreszcie doczekała się odpowiedniej oprawy — brzmienie jest masywne, przejrzyste i ma dużą głębię — co chyba było nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że album był nagrywany w kilku studiach rozsianych po świecie. Ponownie brawa! Jedyne, czego Serocs teraz trzeba, to solidna promocja, bo nawet tak wspaniale podany death metal nie obroni się sam.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/serocsband

podobne płyty:

Udostępnij:

13 czerwca 2019

Continuum – The Hypothesis [2015]

Continuum - The Hypothesis recenzja okładka review coverRozgryzienie idei stojącej za Continuum jest wyjątkowo proste nawet bez zerkania w CV poszczególnych muzyków, bo kolesie zdradzili swoje fascynacje, doświadczenie i pochodzenie już w pierwszym riffie, który niemalże żywcem wyjęto z twórczości Arkaik. Właaaśnie tak, na The Hypothesis mamy do czynienia z typowym dla Kalifornii dość mechanicznie potraktowanym technicznym death metalem, w którym oprócz wspomnianego już zespołu na A pobrzmiewają również patenty charakterystyczne dla Deeds Of Flesh, Inanimate Existence, Decrepit Birth i paru innych kapel z tamtego rejonu, bo — tak się śmiesznie składa — w nich bohaterowie tej recki także maczali paluchy. Co ciekawe, muzyka Continuum nie ma wiele wspólnego z Son Of Aurelius, z którego wywodzi się aż 3/5 składu. W opisywanym projekcie panowie postawili przede wszystkim na utwory krótkie, treściwe (dwie, dwie i pół minuty i sruuu) i dość zawiłe, żeby nie znudziły się po paru przesłuchaniach. Osobiście bardzo pochwalam taką formułę i byłbym bardzo zadowolony, gdyby Amerykanie konsekwentnie się jej trzymali, bo to całkiem fajnie przekłada się na dynamikę i intensywność materiału. Wiecie – takie szybkie jebnięcie prosto w twarz. Niestety nie ma tak dobrze i takich mocno skompresowanych utworów mamy tylko siedem, cała reszta, w moim odczuciu, służy jedynie dopompowaniu płyty do obowiązkowych 30 minut. Nikt mi nie wmówi, że bzyczącąco-ambientowy przerywnik „Absolute Zero” czy perkusyjne solo (albo rozgrzewka przy rozstawianiu garów) obudowane kolejnymi ambientami są na The Hypothesis niezbędne. To jeszcze nic, bo Continuum zamknęli album 9-minutowym kolosem stworzonym w oparciu o jakieś… dwa proste riffy. Nie dość, że formalnie to strasznie naciągana (i wkurwiająca) zagrywka, to muzycznie gryzie się z mocno pokomplikowanymi wcześniejszymi utworami. W ten sposób album, który mógłby robić naprawdę dobre wrażenie, robi wrażenie co najmniej dziwne i niejednoznaczne. Z jednej strony wydaje się ociupinę przekombinowany, a z drugiej po prostu niedorobiony. A brzmi jak większość płyt, które przeszły przez ręce Zacka Ohrena.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/continuumDM

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

8 czerwca 2019

Malevolent Creation – The 13th Beast [2019]

Malevolent Creation - The 13th Beast recenzja okładka review coverPhil Fasciana przynajmniej kilka razy w karierze deklarował, że skład, którym dysponuje, jest tym najlepszym w historii zespołu. Ostatnio, po wydaniu „Dead Man’s Path”, zagalopował się naprawdę daleko i stwierdził, iż stanowią tak zgraną maszynę, że jeśli ktokolwiek odejdzie, oznaczać to będzie koniec kapeli. Minęły cztery lata, doczekaliśmy się nowego albumu, a na zdjęciu grupowym oglądamy trzy nowe twarze. Normalnie zapytałbym, gdzie tu konsekwencja, ale zawartość The 13th Beast jest na tyle dobra, że sobie daruję. No i nie ukrywam, że bez Malevolent Creation świat klasycznego death metalu byłby znacznie uboższy.

Na swoim trzynastym albumie Amerykanie pokazali się z nieco innej niż zwykle strony – wprawdzie bez rewolucyjnych zmian, ale na tyle w ich przypadku świeżo i ciekawie, że nie można im zarzucić recyclingu najbardziej typowych schematów. Ma to oczywiście związek z osobą nowego gitarniaka/wokalisty, który napisał zdecydowaną większość materiału (jakieś 80% muzyki i wszystkie teksty). Spisał się co najmniej dobrze, ale faktem jest, że przy pierwszym kontakcie The 13th Beast wydaje się odstawać stylem od większości pozycji w dyskografii Malevolent Creation w podobnym stopniu co z lekka dziwny „In Cold Blood”.

To wrażenie pogłębia brzmienie, które na pewno nie jest tak potężne jak na wcześniejszych płytach (przydałyby się zwłaszcza pełniejszy sound garów), choć ponownie szlifował je Dan Swanö. Kolejna kwestia wpływająca na wyczuwalną odmienność krążka to wokal Wollenschlaegera. Ogólnie Lee daje radę, ale w jego głosie nie ma niczego rozpoznawalnego, co mogłoby go wynieść ponad średnią światową. Brett Hoffmann był jednak nie do podjebania na tym stanowisku, więc tym bardziej szkoda chłopa. Ponadto na The 13th Beast do myślenia dają popisy solowe, których swoją drogą jest stosunkowo mało jak na 50-minutowy materiał. Dwie solówki zagrał gościnnie Ryan Taylor (nikt znany), po jednej Fasciana i Wollenschlaeger, natomiast za pozostałe cztery, proste, króciutkie i zawstydzające, odpowiada… basman. I nie, to nie są solówki basowe.

Gdybym wcześniej nie napisał o fajności The 13th Beast, z powyższego opisu wyłania się obraz płyty w najlepszym razie przeciętnej. Tak jednak nie jest. Pomimo swoich oczywistych niedoskonałości trzynasty album Malevolent Creation jako całość wypada nad wyraz dobrze – w przeważającej części jest szybki, bardzo motoryczny i upakowany sensownymi riffami. Słychać, że odmłodzonej ekipie nie brakuje zapału do agresywnego napieprzania, że ma pomysł na siebie. Także pod względem chwytliwości nie jest źle, a kawałki typu „Canvas Of Flesh”, „The Beast Awakened”, „Trapped Inside” czy „Knife At Hand” powinny na stałe zagościć w setliście zespołu. Wprawdzie zastanawiam się, jak długo jeszcze wytrzymają (nie mam na myśli składu!), ale na emeryturę jeszcze bym ich nie wysyłał. Nie z takimi płytami.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

23 maja 2019

Phlebotomized – Deformation Of Humanity [2019]

Phlebotomized - Deformation Of Humanity recenzja reviewLegendarne kapele powracające po latach nie mają lekko. Rzeczywista presja fanów i chęć sprostania własnym wyobrażeniom na temat ich wymagań potrafią sprawić, że nawet największym twardzielom powinie się noga i nagrają całkowicie rozczarowującego gniota. Legendarne awangardowe kapele powracające po latach mają natomiast przejebane. W ich przypadku nigdy nie wiadomo, czy lepszą opcją jest wskoczenie na główkę do tej samej rzeki, czy jednak podjęcie ryzyka i próba zaproponowania czegoś zupełnie nowego – najzagorzalszym fanom i tak nie dogodzą.

Dodatkowy problem dotyczy tej całej „awangardy”. Wszak to, co naście lat temu było nowatorskie i zadziwiające, w momencie powrotu na scenę może być już tylko budzącą politowanie ciekawostką na poziomie „skansen i cepelia”. Boleśnie przekonali się o tym choćby muzycy Atheist i Cynic. A Holendrzy z Phlebotomized? Cóż, poradzili sobie zupełnie przyzwoicie, ale nie na tyle, żeby za dwa lata o Deformation Of Humanity pamiętał ktoś więcej niż tylko garstka fanów. Wprawdzie sam nie będę składał tu żadnej przysięgi wierności, że album będzie mi towarzyszył aż do śmierci, ale na pewno będę po niego sięgał znacznie częściej niż po „Skycontact”.

"Deformation Of Humanity" to niemalże esencja stylu Phlebotomized z początku działalności (z naciskiem na „Preach Eternal Gospels” i „Immense Intense Suspense”), mamy zatem do czynienia z surowo (choć profesjonalnie) brzmiącym death metalem z okazjonalnymi odjazdami w kierunku doom (praktycznie każde wejście skrzypiec kojarzy się z My Dying Bride z okresu „For Lies I Sire”) i progresji, czy raczej czegoś, co progresywnym graniem było 25-30 lat temu. Słychać, że za materiał odpowiadają ludzie ze sporym doświadczeniem (przy czym z oryginalnego składu ostał się jedynie gitarniak Tom Palms), bo od strony kompozytorskiej większość kawałków prezentuje się naprawdę okazale, umiejętności technicznych także nie można zespołowi odmówić, ale…

Głównodowodzącemu Phlebotomized w głowie zalęgło się jakieś tajemnicze coś — sentyment, nawyki, wyrachowanie… — przez co w paru momentach Deformation Of Humanity można skrzywić się z niesmakiem. Holendrzy dorzucili tu bowiem sporo (albo inaczej – za dużo) gatunkowych klisz i patentów, których od dawna się nie stosuje z jednego prostego powodu – są strasznie wyeksploatowane. Szczytem wszystkiego są partie klawiszy z ich archaicznym brzmieniem – gwarantuję, że czegoś takiego nie słyszeliście od baaardzo dawna. Z rzetelności recenzenckiej dodam, że w „Desideratum” zespół spróbował podejść do parapetu nieco nowocześniej, ale poległ kompletnie i urodził pokracznego potworka, którego elementy składowe w ogóle się nie zazębiają: dziecięcy monolog, dyskoteka, blasty – łotefak.

Na szczęście to jedyny taki niewypał; reszta materiału jest już znacznie bardziej spójna i trzyma dość wysoki poziom. Ja polecam zwłaszcza te rozbudowane utwory w typie „Chambre Ardente”, „Deformation Of Humanity” i „Descend To Deviance” oraz bardzo konkretny „Eyes On The Prize”, w którym nowy wokalmen prezentuje pełnię swoich możliwości. Właśnie w takich kawałkach Phlebotomized udowadniają, że wciąż potrafią stworzyć muzykę interesującą i charakterystyczną tylko dla siebie. A że nie ma w niej ani grama awangardy… Mnie to specjalnie nie zaskoczyło.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.phlebotomizedmetal.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 maja 2019

Broken Hope – Repulsive Conception [1995]

Broken Hope - Repulsive Conception recenzja reviewPrzy całej swojej bogatej historii Broken Hope nie mogą się poszczycić wyjątkowo rozbudowaną dyskografią, w dodatku te naprawdę dobre płyty stanowią w niej zdecydowaną mniejszość. Repulsive Conception dokumentuje etap przejściowy, kiedy amerykańska ekipa stopniowo przekształcała się z naiwnego Suffocation/Cannibal Corpse wannabe w zespół świadomy, zabójczy i w pełni oryginalny. Z jednej strony mamy więc tu sporo naleciałości sławniejszych (i lepszych!) kapel, z drugiej zaś próby wykreowania czegoś nowego i niepowtarzalnego. Takie połączenia bywają fascynujące, jednak w przypadku Repulsive Conception całość można podsumować przeciągłym ziewnięciem. Album trwa ponad trzy kwadranse i zawiera aż 15 dość zróżnicowanych kawałków, ale mimo wielu urozmaiceń (przynajmniej pozornych) większość numerów brzmi bardzo podobnie, trudno odróżnić jeden od drugiego i w rezultacie strasznie to wszystko monotonne. Z tego niefajnego schematu wyłamują się trzy krótkie instrumentale. Problem z nimi polega na tym, że wciśnięto je od czapy, bo zupełnie nie pasują do reszty materiału – ani muzyką, ani klimatem. W ogóle spójność nie jest mocną stroną Repulsive Conception, czego przykład mamy już na początku płyty, kiedy po ociężałym i całkiem sensownie zaaranżowanym „Dilation And Extraction” wchodzi niespecjalnie wyszukana napierdalanka w postaci „Grind Box”. Słychać, że zespół dysponuje już przyzwoitą techniką, ale brakuje mu pomysłów, jak ją odpowiednio wykorzystać, więc w utworach roi się od rozpieprzających struktury skrajności. Tak na dobrą sprawę mogę pochwalić Broken Hope jedynie za udane solówki (jedną, oczywiście najlepszą, dorzucił James Murphy) i wypracowanie zalążków własnego stylu i charakterystycznego brzmienia. Za wokale i brutalność również, ale i te dwa elementy nie czynią Repulsive Conception materiałem bardziej interesującym.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/brokenhopeofficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

10 maja 2019

Sadist – Spellbound [2018]

Sadist - Spellbound recenzja reviewPłyta powinna zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwalnie rosnąć – że tak pozwolę sobie sparafrazować powiedzenie Alfreda Hitchcocka, którego twórczości Włosi postanowili poświęcić Spellbound. Niestety, muzycy Sadist najwyraźniej nie wzięli sobie tych słów do serca, bo ich ostatni krążek trzyma w napięciu jednorazowo – jak gumka w chińskich majtkach.

Uwagi i zainteresowania słuchacza (a przynajmniej mnie) wystarcza jedynie na kontrolne (pierwsze) przesłuchanie; człowiek oczekuje cudu i cały czas ma nadzieję, że Włosi wreszcie pokażą, na co ich stać, że w końcu zza węgła wyskoczy jakiś urywający dupę patent i w rezultacie cała płyta rzuci na kolana. Mija 38 minut i dupa. Nuda jak w polskich telenowelach. Spellbound ma nad nimi jednak tę przewagę, że przelatuje dość szybko i nie wywołuje wielkiej męki, ale chyba tylko dlatego, że zupełnie nic na tej płycie nie zwraca uwagi, materiał nie proponuje niczego angażującego czy choćby na chwilę zapadającego w pamięć.

Jednocześnie od pierwszych minut doskonale słychać, że to Sadist – są tu charakterystyczne gitary, wokale, bas, klawisze (występujące tym razem w nadmiarze), do tego czyste brzmienie, bajeczna technika… po prostu tego zespołu nie można pomylić z żadnym innym. Problem polega na tym, że to Sadist znacznie poniżej swojego zwyczajowego poziomu, a już na pewno poniżej tego, który znamy z „Hyaena”. Poprzednia płyta bardzo mi się podobała i w ogóle nie pojmowałem utyskiwań deafa pod jej adresem, natomiast teraz byłbym skłonny powtórzyć większość wymienionych przez niego wad i przypisać je Spellbound.

Najbardziej w dupę daje wtórność materiału i wynikające zeń nuda i monotonia – a wszystko to obficie polane sosem klawiszowym. Stąd też jeśli nawet pojawiają się jakieś żwawsze fragmenty — a pojawiają się niezmiernie rzadko — są szybko pacyfikowane bezbarwnym plumkaniem syntezatora. To sprawia, że koncept zawarty w tekstach schodzi na dalszy plan i w ogóle nie chce się w niego wgłębiać. Przy tak jednowymiarowej muzyce Włosi równie dobrze mogli oprzeć krążek na „Kwadransie dla rolnictwa” – nie odczułbym różnicy. Spellbound brakuje różnorodności, kompozycyjnego rozmachu i naprawdę udanych melodii, którymi Sadist zachwycał w przeszłości. Przypuszczam, że po (drastycznym) obniżeniu wymagań i w chwili ogólnego tumiwisizmu można się do tego albumu przekonać, ja jednak radziłbym go omijać. Szkoda nerwów.


ocena: 6/10
demo
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 maja 2019

Gorod – Æthra [2018]

Gorod - Æthra recenzja reviewMuzycy Gorod od początku działalności pod tą nazwą przyzwyczaili nas do trzyletnich przerw między kolejnymi longami, więc fakt, że "A Maze Of Recycled Creeds" i "Æthra" dzieli właśnie taki okres nie jest niczym dziwnym – wszak to dość czasu, żeby dopracować materiał w najdrobniejszych szczegółach, nagrać go bez pośpiechu i później solidnie wypromować. Ten system całkiem przyzwoicie sprawdzał się przy wcześniejszych albumach, ale na okoliczność Æthra Francuzi postanowili zaszaleć i trochę go zmodyfikowali.

Pierwsza kwestia dotyczy ekspresowego tempa pracy – Mathieu Pascal skomponował płytę w zaledwie kilka tygodni, co wcześniej było nie do pomyślenia. Druga sprawa ma związek z ewentualną promocją. Piszę ewentualną, bo wydanie Æthra powierzono maleńkiej Overpowered Records, która — z tego co obserwuję — potrafi zapewnić zespołowi… nic. Trochę to żenujące, że kapela TEGO formatu z roku na rok jest spychana do coraz głębszego podziemia, podczas gdy nawet jakieś pretensjonalne syfy z Polski podpisują papierki z Metal Blade. Dramat! Tym bardziej, że zajebistość Æthra zasługuje na jak najszerszą uwagę.

Pascal w wywiadach tłumaczył przyspieszony proces twórczy chęcią zachowania świeżości muzyki i uczynienia jej bardziej bezpośrednią kosztem progresywnych rozwiązań. To słychać, bo materiał jest brutalniejszy i odczuwalnie prostszy od poprzednich, co jednak wcale nie oznacza, że jest prosty, bo to gówno prawda. Z każdym kolejnym przesłuchaniem spomiędzy agresywnych riffów, growli i często występujących blastów do uszu dociera coraz więcej piekielnie zakręconych partii, które od dawna są znakiem firmowym Gorod. Początkowo może się wydawać, że takie utwory jak „The Sentry”, „Hina”, „A Light Unseen” czy „Goddess Of Dirt” przygotowano wyłącznie pod kątem intensywnego napierdolu, na bok odkładając ich aspekt techniczny, ale po odpowiednim wgryzieniu się w nie to wrażenie się rozmywa. Koniec końców wychodzi na to, że Francuzi nie potrafią grać w miarę prosto; nawet jeśli bardzo się starają, to i tak po chwili robi się z tego kosmos. Mnie to nie przeszkadza, bo Gorod w każdej wersji trafia do mnie bez problemu i akceptuję u nich zarówno czyste/krzyczane wokale (choćby w „Aethra” czy „And The Moon Turned Black”) jak i slammujący (!) riff w „Goddess Of Dirt” – jak ktoś ma talent, to z każdym tematem sobie poradzi.

Boleję jedynie nad tym, że na Æthra mocno ograniczono swingujące fragmenty, z pomocą których Gorod tak przyjemnie (i oryginalnie) bujał na wcześniejszych wydawnictwach. I to ograniczono praktycznie do jednego kawałka – najlepszego na płycie „Chandra And The Maiden”. Mimo to Æthra łapie się zarówno do top 3 Gorod jak i roku 2018.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GorodOfficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 kwietnia 2019

Gorefest – Chapter 13 [1998]

Gorefest - Chapter 13 recenzja okładka review coverZacznę od tego, że nie wiem, co jest dla mnie trudniejsze – pisanie bluzgów pod adresem tak fajnego zespołu czy jednorazowe poświęcenie ponad 50 minut życia na przesłuchanie Chapter 13. Nie jest tajemnicą, że wraz z kolejnymi płytami Holendrzy sukcesywnie łagodzili swoje granie, ale nigdy nie miałem z tym problemu, bo za każdym razem świetnie się tego słuchało – stał za tym jakiś pomysł, a ilość hitów na krążek mogłaby zawstydzić niejedną gwiazdę pop. Chapter 13 pod tym względem leży i kwiczy. Nie pojmuję, co im do łbów strzeliło, żeby z death metalu (ewentualnie death ’n’ rolla) przeskoczyć na metalowego hard rocka, tym bardziej że w nowej stylistyce odnaleźli się tak sobie, a jak czas pokazał – wśród fanów nie było zapotrzebowania na taką muzykę, w każdym razie nie w wykonaniu Gorefest. Samobój, strzał w kolano – dla ich reputacji, jako zespołu, lepiej by było, gdyby się wcześniej rozpadli. Tymczasem oni, nawet po reunionie i dwóch brutalnych płytach, trzymali się wersji, że „piątka” to ich największy artystyczny sukces. Ojjj nie, kurwa, nic z tych rzeczy! Chapter 13 jest materiałem zbyt długim, rozlazłym, nudnym, męczącym, topornym, pozbawionym gorefestowskiego ducha i w ogóle nie zapadającym w pamięć. Tak na dobrą sprawę na plus wybija się tutaj jedynie utwór tytułowy, choć nie dlatego, że jest jakiś wybitny. Nieee, to zasługa tego, że jest… pierwszy, tytułowy i przez chwilę można go uznać za kontynuację „Soul Survivor”. Później jednak jest już tylko gorzej, a potworki typu „Smile” czy „F.S. 2000” potrafią doprowadzić do rozstroju nerwowego. Nie pomaga ogólny ciężar riffów (tego im odmówić nie można) ani kilka udanych solówek – Gorefest udający AC/DC w żadnym ze znanych wymiarów nie brzmi atrakcyjnie. A te wokale! Klasyczny ryk de Koeijera poszedł w dużej mierze w odstawkę, a jego miejsce zajęły rozmaite zniekształcone pokrzykiwania i próby śpiewania czystym głosem, które do niczego nie pasują. Nie ma się co oszukiwać, Chapter 13 to w karierze Gorefest pomyłka, o której najlepiej jak najszybciej zapomnieć. Ja wracam do tej płyty raz na kilka lat i chyba tylko po to, żeby się upewnić, że ciągle w ogóle do mnie nie trafia.


ocena: 5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 kwietnia 2019

Asphyx – Asphyx [1994]

Asphyx - Asphyx recenzja okładka review coverZa sprawą „The Rack” i „Last One On Earth” Asphyx zapisali się złotymi zgłoskami w historii europejskiego death metalu, więc nic dziwnego, że z każdym kolejnym materiałem mieli już tylko pod górkę. W dodatku sami też sobie nie ułatwiali życia. Do nagrań trzeciego oficjalnego krążka Holendrzy przystąpili w drastycznie odmienionym składzie: van Drunena zgodnie z wcześniejszym planem zastąpił Ron van Pol, zaś ostatni z ojców założycieli Bob Bagchus stracił posadę na rzecz Sandera van Hoofa. Te personalne przetasowania musiały w jakiś sposób odbić się na muzyce i faktycznie – Asphyx dość znacznie różni się od poprzednich albumów, jednak nie na tyle, żeby można było mówić o całkowicie nowej jakości.

Podstawowa różnica dotyczy mocniejszego zaakcentowania elementów doom metalu – wolne i bardzo wolne tempa występują w większym nasyceniu, a towarzyszą im odpowiednio miażdżące riffy i gęsta, prawdziwie grobowa atmosfera gdzieniegdzie doprawiona chórami i klawiszami. To, co na wcześniejszych płytach było raczej dodatkiem i urozmaiceniem, na Asphyx stanowi poważny procent trwającego godzinę materiału. Dla zachowania równowagi i dynamiki Holendrzy zadbali również o sporo rytmicznych galopów, niekiedy nawet dość szybkich (nowy perkman świetnie się w nich spisuje) i tego pięknego piłowania tremolem znanego głównie z debiutu. Innymi słowy na Asphyx bardzo dobrze dobrano proporcje między doom a death, dzięki czemu krążek wydaje mi się ciekawszy od „Last One On Earth”, a już na pewno bardziej różnorodny.

Wystarczy rzucić uchem na początek płyty, kiedy piekielnie ociężały „Prelude Of The Unhonoured Funeral” przechodzi w dający kopa, wielowątkowy „Depths Of Eternity” – czuć moc! Jak dla mnie prawie wszystkie kompozycje są tutaj zmyślnie poskładane, zespół z wyczuciem posługuje się zmianami tempa, więc na nudę nie można narzekać. Ponadto w wielu fragmentach pojawiają się znajome riffy (choćby „’Til Death Do Us Apart” i „Initiation Into The Ossuary”) czy super charakterystyczne przeciągnięte solówki w typie „klasyczny Asphyx”, ale to nie wszystko, co Asphyx ma do zaoferowania słuchaczowi. Obok tych jakże rozpoznawalnych rozwiązań pojawiają się również i takie, które do zespołu niespecjalnie pasują (np. solo w „Thoughts Of An Atheist”) albo zbytnio odchodzą od wypracowanej formuły i nieco zaburzają odbiór całości. Mam tu na myśli zwłaszcza „Incarcerated Chimaeras”, przy którym moje pierwsze skojarzenia biegną w kierunku Benediction. Nie chodzi o to, że muzyka jest słaba — bo nie jest — tylko o pewne ubytki w sferze tożsamości.

Jest jeszcze kwestia wokalu. Ja akurat zaliczam się do tych, dla których Ron van Pol całkiem sprawnie wywiązał się z powierzonych obowiązków, jednak w życiu nie przyznam, że wyziewnością w jakikolwiek sposób dorównuje poprzednikowi, to nie ta liga. Jego głos bardziej przypomina Chrisa Reiferta, choć i tu należy zaznaczyć, że nie powiewa od niego aż taką patologią. Czy van Drunen zaśpiewałby tu lepiej? Przypuszczalnie tak, niemniej to tylko domysły. Pewne natomiast jest, że „trójka” odznacza się bardzo dobrym, super selektywnym i wgniatającym brzmieniem Stage One. Zajebiście mi się podoba to połączenie pracującej w niskich rejestrach gitary i mających dużo przestrzeni garów. Przy takim podejściu do produkcji słyszalny jest nawet bas, mimo iż cudów nie prezentuje.

Nie jest łatwo stworzyć doom-death’owy album. Ciekawy doom-death’owy album. A już zwłaszcza taki, który trwa godzinę. Asphyx podołali, choć jak czas pokazał – kultu z tego nie było i dalej nie ma.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/officialasphyx

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: