15 lipca 2019

Kat – Without Looking Back [2019]

Kat - Without Looking Back recenzja okładka review coverOd czego tu zacząć, żeby za szybko nie rzucać kurwami... Może tak. Jeśli wierzyć informacjom zawartym we wkładce "Without Looking Back", materiał został nagrany w 2016, a rok później dokonano mixów, masteringu i innych upiększeń. Z premierą natomiast zwlekano aż do tegorocznych wakacji... Tylko czy na pewno zwlekano? Nie żebym się tu bawił w dziennikarza śledczego rodem z Faktu, ale ta dwuletnia przerwa śmierdzi mi niemożnością znalezienia wydawcy. Jakiś się w końcu trafił – Pure Steel Records, czyli label specjalizujący się przede wszystkim w trzecioligowym heavy-power na rynek niemiecki. No i cóż, w porównaniu z 'kolegami' z wytwórni Kat wcale nie wygląda źle, jednakowoż na tle swoich klasycznych dokonań wypada zawstydzająco blado. Ba, z kolejnymi utworami okazuje się, że również poziom "Mind Cannibals" jest dla zespołu nie do przeskoczenia.

Nie wiem, czy ktokolwiek oczekiwał od Kata przeciętnego heavy metalu zaprawionego topornym hard rockiem, ale właśnie takiego potworka dostaliśmy na "Without Looking Back". Płyta jest szalenie nierówna, zadziwiająco nijaka, nierozsądnie rozciągnięta, a dzięki wokalom także męcząca. Pomimo dziesiątek przesłuchań nie udało mi się znaleźć na tym materiale jakiejkolwiek wyraźniej zarysowanej myśli przewodniej, haczyka czy czegoś, co w logiczny sposób spajałoby wszystkie kawałki i czyniło z nich monolit. Strasznie dużo tu niepotrzebnych powtórzeń, całkowicie chybionych pomysłów (zwłaszcza hammondy są potrzebne jak Gargamelowi jednorożec) i wciśniętych na siłę ozdobników.

Zespół dużo śpiewa o ogniu, jednak w muzyce wiele tego ognia nie znajdziecie. 'Black Night In My Chair' (niewypał na otwarcie), 'The Race For Life' (w sam raz na czołówkę "Barw szczęścia") czy 'Let There Be Fire' (parodia Deep Purple) to w ogóle proste i niemrawe przytupy, które ratują jedynie solówki Piotra Luczyka. Naprawdę dobrym numerem wydaje mi się tylko 'More', bo jako jedyny ma w sobie dość życia, żeby utrzymać uwagę od początku do końca, najmniej w nim aranżacyjnych bzdur, no i jest najlepiej zaśpiewany. W pozostałych utworach fragmenty sensownego grania można natomiast policzyć na palcach jednej ręki (choć tyle, że nie stolarza z 30-letnim doświadczeniem), więc okazji do podniety na "Without Looking Back" nie ma zbyt wiele. W tym gronie szczególnie ciekawym przypadkiem jest ballada 'The Promised Land', która po 4 minutach nudy (akustyków, smyczków i płaczliwego zawodzenia) przechodzi w największy konkret na płycie – rasowe riffy i solidne popierdalanie. Przez te niespełna 2 minuty Kat udowadnia, że gdy tylko chce, to jest w stanie zagrać tak, jak wszyscy oczekują - szybko, agresywnie i z jajami. A czemu nie chce tak grać – oto jest pytanie!

Teraz słów kilka o człowieku, który na "Without Looking Back" wydaje odgłosy paszczą. Nie mam zielonego pojęcia skąd się wziął i czym przekonał do siebie Piotra, ale co do tego, że do metalu się nie nadaje, nie mam najmniejszych wątpliwości. Jakub Weigel śpiewa na jakieś 40 sposobów (bywa, że każdy wers inaczej), ale koniec końców gówno z tego, skoro może ze 2-3 z nich nie wywołują odruchu wymiotnego. Trudno mi to nazwać wszechstronnością, raczej niezdecydowaniem albo kiepskim panowaniem nad głosem. Ponadto nie dość, że — tak ogólnie — dysponuje dość irytującą barwą, pozwala sobie na dużo niczym nieuzasadnionych ozdobników (w tym 'jeahowania'), które wymagają naturalnego luzu w głosie, bo inaczej wypadają sztucznie. U Jakuba wypadają bardzo sztucznie. Pozostaje jeszcze kwestia tekstów — Qbek nie miał na nie wielkiego wpływu, na swoje szczęście — co do których mam dwie hipotezy. Albo są wypakowane idiomami i super skomplikowanymi związkami frazeologicznymi i dlatego ich nie ogarniam, albo to pozbawione konkretnej treści pieprzenie o niczym w sam raz dla pierwszej lepszej domokulturowej kapelki. Hmmm...

Kat tym materiałem powinien pokazać światu, że wciąż ma sporo do powiedzenia i należy się z nim liczyć, tymczasem "Without Looking Back" można się czepiać w tylu punktach, że to aż przestaje być śmieszne. Zespół miał kilkanaście lat na przygotowanie urywającej dupę i przede wszystkim dopracowanej płyty, a oto co mamy: przeciętna muzyka z niewielkimi przebłyskami, niepasujący do niczego wokal, słabiutkie teksty i potraktowana po macoszemu oprawa (recycling na okładce, brak polskich znaków diakrytycznych w użytych fontach). Broni się jedynie klasowe brzmienie, choć nie dorównuje ciężarem temu z "Mind Cannibals". Nie chciałbym niczego sugerować (a co mi tam, chciałbym), ale to chyba dobry moment, żeby się poważnie zastanowić nad sensem dalszego grania pod tą nazwą.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

8 lipca 2019

Possessed – Revelations Of Oblivion [2019]

Possessed - Revelations Of Oblivion recenzja okładka review coverPossessed trafił szlag jeszcze zanim death metal tak naprawdę się rozkręcił, ale dorobek zespołu nie został nigdy zapomniany. Sam lubię wracać do ich nagrań, ale skłamałbym pisząc, że codziennie przed zaśnięciem marzyłem o nowej płycie. Tym bardziej, że z dużym sceptycyzmem obserwowałem powrót Jeffa Becerry na scenę z takim, na oko, dość przypadkowym składem. Lata mijały... trasy, festiwale, trasy, festiwale... no i liczyłem, że na wspominkowych recitalach się skończy. Nie skończyło. Oto leży przede mną "Revelations Of Oblivion", najgłośniejsza premiera 2019, która przy pierwszym kontakcie budzi zażenowanie. Recesja recesją, ale nawet małe wytwórnie dbają o wygląd swoich wydawnictw. Nuclear Blast postarali się o okładkę od Zbigniewa Bielaka i... tyle. Bieda aż piszczy. Chwała zatem Amerykanom, że wbrew najczarniejszym scenariuszom, które miałem w głowie, nie splamili dobrego imienia Possessed. Zespół stanął na wysokości zadania i dostarczył fanom pierwszorzędny mariaż oldskulowego death i thrash metalu. Pomimo upływu 33 lat (kuuurwaaa!) od ostatniego longa, muzycy Possessed wykonali tylko jeden, ale za to pewny krok naprzód, zupełnie jakby nagrywali ten krążek w 1989 roku i nie słyszeli niczego, co się działo później. Stąd też "Revelations Of Oblivion" przewyższa poprzednie produkcje pod względem szybkości (pojawiają się blasty!), brutalności czy precyzji wykonania (dotyczy to zwłaszcza perkusji), jednak bez naruszania klasycznego feelingu. Duża w tym zasługa Jeffa Becerry, którego opętane wokale i przepełnione siarką, piekłem i krwawymi ofiarami teksty przywodzą na myśl początki "szatanowania" w metalu. Owszem, są strasznie infantylne, ale napisał je na tyle zgrabnie, że chwytliwości i pewnego uroku odmówić im nie sposób. Również brzmienie materiału budzi jednoznacznie skojarzenia ze czasami, gdy na nagrania death metalowej płyty rzadko przeznaczano więcej niż 1000 dolców. Tu słowa uznania dla Petera Tägtgrena, bo postarał się o mocną, w stu procentach profesjonalną produkcję, z której jednak nie przebija się nic nowoczesnego. Jak oldskul, to oldskul! Muzycy Possessed stworzyli na potrzeby "Revelations Of Oblivion" 10 kawałków (plus intro i outro) konkretnego napieprzania w dość szybkich tempach na zaskakująco równym poziomie i o wysokim współczynniku spójności (jedynie 'The Word' odstaje nieco stylem), które bez trudu zapadają w pamięć już przy pierwszym odpaleniu. Mimo iż ze 2-3 z nich wydają się przesadnie rozciągnięte, całości słucha się z dużym zaangażowaniem (Jeff napisał fajne refreny), szczególnie gdy ma się do czynienia z takimi hitami jak 'No More Room In Hell', 'Damned', 'Graven', 'Ritual' czy 'Dominion'. Żeby było ciekawiej, w utworach pojawiają się nawiązania do pierwszych albumów i paru kultowych kapel (choćby wymiana solówek we wspomnianym 'Ritual' zalatująca na kilometr "Leprosy" – Daniel Gonzalez ma doświadczenie w podrabianiu Death, bo na co dzień gra w Gruesome), ale nie jest ich zbyt dużo i nie są na tyle nachalne, by zarzucić zespołowi jazdę wyłącznie na tanich sentymentach. To bardziej zabawa w puszczanie oka do uważnych słuchaczy, na którą z przyjemnością się przystaje. Wiadomo, że sprawą "Revelations Of Oblivion" nie dokona się w metalu żadna rewolucja, jak to miało miejsce przy okazji "Seven Churches", ale fajni klasycznego grania w diabelskiej oprawie z pewnością znajdą na tym albumie sporo powodów do radości. Zastanawia mnie natomiast jedno – co się stanie z Possessed, kiedy hype związany z ich studyjnym powrotem już opadnie.


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: possessedofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

24 czerwca 2019

Serocs – The Phobos / Deimos Suite [2018]

Serocs - The Phobos / Deimos Suite recenzja okładka review cover"The Phobos / Deimos Suite" to kolejny przykład na to, że natura dąży do równowagi. Skoro Cryptopsy mają w dupach nagrywanie płyt długogrających, sprawy w swoje ręce wzięli znacznie mniej utytułowani osobnicy z Serocs, którzy nie tyle grają brutalny i techniczny death metal (bo w tym przypadku to mało precyzyjne określenie), co grają w stylu Cryptopsy z najlepszych lat. Mnie to nawet pasuje, bo napierdalają ze wszech miar zajebiście i bez stosowania taryfy ulgowej można ich już stawiać w jednym rzędzie z Kanadyjczykami z okresu "Whisper Supremacy". Innymi słowy za sprawą opisywanego tu albumu zespół pod dowództwem Antonio Freyre’a dobił właśnie do najlepszych, a u mnie domknął "top 3" za 2018 rok. Zaprawdę powiadam wam, oto death metal, którego chce się słuchać do utraty świadomości, chociaż swoją intensywnością i stopniem skomplikowania potrafi zamęczyć nawet zaprawionego w bojach zawodnika. Nieprzystępność materiału (jak się później okazuje – pozorna) Serocs nie odrzuca, a wręcz przeciwnie – magnetyzuje i nie pozwala się od niego uwolnić. Nie bez przyczyny przywołałem "Whisper Supremacy". "The Phobos / Deimos Suite" może się pochwalić podobnie zajebiście dobranymi proporcjami pomiędzy brutalnością, finezją, szybkością i techniką. Wszystkie te składniki podano z dużym wyczuciem i bez przeginania w którąkolwiek stronę, stąd też na pierwszy plan wychodzą... znakomite kompozycje, których na krążku nie brakuje. Dodatkowym atutem "The Phobos / Deimos Suite" jest stosunkowo duża chwytliwość przy zachowaniu okrutnie popieprzonych struktur, w czym główna zasługa Phila Tougasa, który do kilku kawałków ('Revenants', 'SCP-106' i 'Deimos') przemycił charakterystyczne dla siebie (a przynajmniej tej jego strony znanej z First Fragment) partie z pokręconą melodią i totalnym zgiełkiem, kiedy każdy z instrumentalistów musi dać z siebie wszystko. Miazga! Warto jeszcze dodać, że muzyka Serocs wreszcie doczekała się odpowiedniej oprawy — brzmienie jest masywne, przejrzyste i ma dużą głębię — co chyba było nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę, że album był nagrywany w kilku studiach rozsianych po świecie. Ponownie brawa! Jedyne, czego Serocs teraz trzeba, to solidna promocja, bo nawet tak wspaniale podany death metal nie obroni się sam.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/serocsband

podobne płyty:

Udostępnij:

13 czerwca 2019

Continuum – The Hypothesis [2015]

Continuum - The Hypothesis recenzja okładka review coverRozgryzienie idei stojącej za Continuum jest wyjątkowo proste nawet bez zerkania w CV poszczególnych muzyków, bo kolesie zdradzili swoje fascynacje, doświadczenie i pochodzenie już w pierwszym riffie, który niemalże żywcem wyjęto z twórczości Arkaik. Właaaśnie tak, na "The Hypothesis" mamy do czynienia z typowym dla Kalifornii dość mechanicznie potraktowanym technicznym death metalem, w którym oprócz wspomnianego już zespołu na A pobrzmiewają również patenty charakterystyczne dla Deeds Of Flesh, Inanimate Existence, Decrepit Birth i paru innych kapel z tamtego rejonu, bo — tak się śmiesznie składa — w nich bohaterowie tej recki także maczali paluchy. Co ciekawe, muzyka Continuum nie ma wiele wspólnego z Son Of Aurelius, z którego wywodzi się aż 3/5 składu. W opisywanym projekcie panowie postawili przede wszystkim na utwory krótkie, treściwe (dwie, dwie i pół minuty i sruuu) i dość zawiłe, żeby nie znudziły się po paru przesłuchaniach. Osobiście bardzo pochwalam taką formułę i byłbym bardzo zadowolony, gdyby Amerykanie konsekwentnie się jej trzymali, bo to całkiem fajnie przekłada się na dynamikę i intensywność materiału. Wiecie – takie szybkie jebnięcie prosto w twarz. Niestety nie ma tak dobrze i takich mocno skompresowanych utworów mamy tylko siedem, cała reszta, w moim odczuciu, służy jedynie dopompowaniu płyty do obowiązkowych 30 minut. Nikt mi nie wmówi, że bzyczącąco-ambientowy przerywnik 'Absolute Zero' czy perkusyjne solo (albo rozgrzewka przy rozstawianiu garów) obudowane kolejnymi ambientami są na "The Hypothesis" niezbędne. To jeszcze nic, bo Continuum zamknęli album 9-minutowym kolosem stworzonym w oparciu o jakieś... dwa proste riffy. Nie dość, że formalnie to strasznie naciągana (i wkurwiająca) zagrywka, to muzycznie gryzie się z mocno pokomplikowanymi wcześniejszymi utworami. W ten sposób album, który mógłby robić naprawdę dobre wrażenie, robi wrażenie co najmniej dziwne i niejednoznaczne. Z jednej strony wydaje się ociupinę przekombinowany, a z drugiej po prostu niedorobiony. A brzmi jak większość płyt, które przeszły przez ręce Zacka Ohrena.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/continuumDM

podobne płyty:

Udostępnij:

8 czerwca 2019

Malevolent Creation – The 13th Beast [2019]

Malevolent Creation - The 13th Beast recenzja okładka review coverPhil Fasciana przynajmniej kilka razy w karierze deklarował, że skład, którym dysponuje, jest tym najlepszym w historii zespołu. Ostatnio, po wydaniu "Dead Man’s Path", zagalopował się naprawdę daleko i stwierdził, iż stanowią tak zgraną maszynę, że jeśli ktokolwiek odejdzie, oznaczać to będzie koniec kapeli. Minęły cztery lata, doczekaliśmy się nowego albumu, a na zdjęciu grupowym oglądamy trzy nowe twarze. Normalnie zapytałbym, gdzie tu konsekwencja, ale zawartość "The 13th Beast" jest na tyle dobra, że sobie daruję. No i nie ukrywam, że bez Malevolent Creation świat klasycznego death metalu byłby znacznie uboższy. Na swoim trzynastym albumie Amerykanie pokazali się z nieco innej niż zwykle strony – wprawdzie bez rewolucyjnych zmian, ale na tyle w ich przypadku świeżo i ciekawie, że nie można im zarzucić recyclingu najbardziej typowych schematów. Ma to oczywiście związek z osobą nowego gitarniaka/wokalisty, który napisał zdecydowaną większość materiału (jakieś 80% muzyki i wszystkie teksty). Spisał się co najmniej dobrze, ale faktem jest, że przy pierwszym kontakcie "The 13th Beast" wydaje się odstawać stylem od większości pozycji w dyskografii Malevolent Creation w podobnym stopniu co z lekka dziwny "In Cold Blood". To wrażenie pogłębia brzmienie, które na pewno nie jest tak potężne jak na wcześniejszych płytach (przydałyby się zwłaszcza pełniejszy sound garów), choć ponownie szlifował je Dan Swanö. Kolejna kwestia wpływająca na wyczuwalną odmienność krążka to wokal Wollenschlaegera. Ogólnie Lee daje radę, ale w jego głosie nie ma niczego rozpoznawalnego, co mogłoby go wynieść ponad średnią światową. Brett Hoffmann był jednak nie do podjebania na tym stanowisku, więc tym bardziej szkoda chłopa. Ponadto na "The 13th Beast" do myślenia dają popisy solowe, których swoją drogą jest stosunkowo mało jak na 50-minutowy materiał. Dwie solówki zagrał gościnnie Ryan Taylor (nikt znany), po jednej Fasciana i Wollenschlaeger, natomiast za pozostałe cztery, proste, króciutkie i zawstydzające, odpowiada... basman. I nie, to nie są solówki basowe. Gdybym wcześniej nie napisał o fajności "The 13th Beast", z powyższego opisu wyłania się obraz płyty w najlepszym razie przeciętnej. Tak jednak nie jest. Pomimo swoich oczywistych niedoskonałości trzynasty album Malevolent Creation jako całość wypada nad wyraz dobrze – w przeważającej części jest szybki, bardzo motoryczny i upakowany sensownymi riffami. Słychać, że odmłodzonej ekipie nie brakuje zapału do agresywnego napieprzania, że ma pomysł na siebie. Także pod względem chwytliwości nie jest źle, a kawałki typu 'Canvas Of Flesh', 'The Beast Awakened', 'Trapped Inside' czy 'Knife At Hand' powinny na stałe zagościć w setliście zespołu. Wprawdzie zastanawiam się, jak długo jeszcze wytrzymają (nie mam na myśli składu!), ale na emeryturę jeszcze bym ich nie wysyłał. Nie z takimi płytami.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/malevolentcreation

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

23 maja 2019

Phlebotomized – Deformation Of Humanity [2019]

Phlebotomized - Deformation Of Humanity recenzja okładka review coverLegendarne kapele powracające po latach nie mają lekko. Rzeczywista presja fanów i chęć sprostania własnym wyobrażeniom na temat ich wymagań potrafią sprawić, że nawet największym twardzielom powinie się noga i nagrają całkowicie rozczarowującego gniota. Legendarne awangardowe kapele powracające po latach mają natomiast przejebane. W ich przypadku nigdy nie wiadomo, czy lepszą opcją jest wskoczenie na główkę do tej samej rzeki, czy jednak podjęcie ryzyka i próba zaproponowania czegoś zupełnie nowego – najzagorzalszym fanom i tak nie dogodzą. Dodatkowy problem dotyczy tej całej "awangardy". Wszak to, co naście lat temu było nowatorskie i zadziwiające, w momencie powrotu na scenę może być już tylko budzącą politowanie ciekawostką na poziomie "skansen i cepelia". Boleśnie przekonali się o tym choćby muzycy Atheist i Cynic. A Holendrzy z Phlebotomized? Cóż, poradzili sobie zupełnie przyzwoicie, ale nie na tyle, żeby za dwa lata o "Deformation Of Humanity" pamiętał ktoś więcej niż tylko garstka fanów. Wprawdzie sam nie będę składał tu żadnej przysięgi wierności, że album będzie mi towarzyszył aż do śmierci, ale na pewno będę po niego sięgał znacznie częściej niż po "Skycontact". "Deformation Of Humanity" to niemalże esencja stylu Phlebotomized z początku działalności (z naciskiem na "Preach Eternal Gospels" i "Immense Intense Suspense"), mamy zatem do czynienia z surowo (choć profesjonalnie) brzmiącym death metalem z okazjonalnymi odjazdami w kierunku doom (praktycznie każde wejście skrzypiec kojarzy się z My Dying Bride z okresu "For Lies I Sire") i progresji, czy raczej czegoś, co progresywnym graniem było 25-30 lat temu. Słychać, że za materiał odpowiadają ludzie ze sporym doświadczeniem (przy czym z oryginalnego składu ostał się jedynie gitarniak Tom Palms), bo od strony kompozytorskiej większość kawałków prezentuje się naprawdę okazale, umiejętności technicznych także nie można zespołowi odmówić, ale... Głównodowodzącemu Phlebotomized w głowie zalęgło się jakieś tajemnicze coś — sentyment, nawyki, wyrachowanie... — przez co w paru momentach "Deformation Of Humanity" można skrzywić się z niesmakiem. Holendrzy dorzucili tu bowiem sporo (albo inaczej – za dużo) gatunkowych klisz i patentów, których od dawna się nie stosuje z jednego prostego powodu – są strasznie wyeksploatowane. Szczytem wszystkiego są partie klawiszy z ich archaicznym brzmieniem – gwarantuję, że czegoś takiego nie słyszeliście od baaardzo dawna. Z rzetelności recenzenckiej dodam, że w 'Desideratum' zespół spróbował podejść do parapetu nieco nowocześniej, ale poległ kompletnie i urodził pokracznego potworka, którego elementy składowe w ogóle się nie zazębiają: dziecięcy monolog, dyskoteka, blasty – łodefak. Na szczęście to jedyny taki niewypał; reszta materiału jest już znacznie bardziej spójna i trzyma dość wysoki poziom. Ja polecam zwłaszcza te rozbudowane utwory w typie 'Chambre Ardente', 'Deformation Of Humanity' i 'Descend To Deviance' oraz bardzo konkretny 'Eyes On The Prize', w którym nowy wokalmen prezentuje pełnię swoich możliwości. Właśnie w takich kawałkach Phlebotomized udowadniają, że wciąż potrafią stworzyć muzykę interesującą i charakterystyczną tylko dla siebie. A że nie ma w niej ani grama awangardy... Mnie to specjalnie nie zaskoczyło.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.phlebotomizedmetal.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 maja 2019

Broken Hope – Repulsive Conception [1995]

Broken Hope - Repulsive Conception recenzja okładka review coverPrzy całej swojej bogatej historii Broken Hope nie mogą się poszczycić wyjątkowo rozbudowaną dyskografią, w dodatku te naprawdę dobre płyty stanowią w niej zdecydowaną mniejszość. "Repulsive Conception" dokumentuje etap przejściowy, kiedy amerykańska ekipa stopniowo przekształcała się z naiwnego Suffocation/Cannibal Corpse wannabe w zespół świadomy, zabójczy i w pełni oryginalny. Z jednej strony mamy więc tu sporo naleciałości sławniejszych (i lepszych!) kapel, z drugiej zaś próby wykreowania czegoś nowego i niepowtarzalnego. Takie połączenia bywają fascynujące, jednak w przypadku "Repulsive Conception" całość można podsumować przeciągłym ziewnięciem. Album trwa ponad trzy kwadranse i zawiera aż 15 dość zróżnicowanych kawałków, ale mimo wielu urozmaiceń (przynajmniej pozornych) większość numerów brzmi bardzo podobnie, trudno odróżnić jeden od drugiego i w rezultacie strasznie to wszystko monotonne. Z tego niefajnego schematu wyłamują się trzy krótkie instrumentale. Problem z nimi polega na tym, że wciśnięto je od czapy, bo zupełnie nie pasują do reszty materiału – ani muzyką, ani klimatem. W ogóle spójność nie jest mocną stroną "Repulsive Conception", czego przykład mamy już na początku płyty, kiedy po ociężałym i całkiem sensownie zaaranżowanym 'Dilation And Extraction' wchodzi niespecjalnie wyszukana napierdalanka w postaci 'Grind Box'. Słychać, że zespół dysponuje już przyzwoitą techniką, ale brakuje mu pomysłów, jak ją odpowiednio wykorzystać, więc w utworach roi się od rozpieprzających struktury skrajności. Tak na dobrą sprawę mogę pochwalić Broken Hope jedynie za udane solówki (jedną, oczywiście najlepszą, dorzucił James Murphy) i wypracowanie zalążków własnego stylu i charakterystycznego brzmienia. Za wokale i brutalność również, ale i te dwa elementy nie czynią "Repulsive Conception" materiałem bardziej interesującym.


ocena: 6/10
demo
oficjalna strona: brokenhope.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

10 maja 2019

Sadist – Spellbound [2018]

Sadist - Spellbound recenzja okładka review coverPłyta powinna zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwalnie rosnąć – że tak pozwolę sobie sparafrazować powiedzenie Alfreda Hitchcocka, którego twórczości Włosi postanowili poświęcić "Spellbound". Niestety, muzycy Sadist najwyraźniej nie wzięli sobie tych słów do serca, bo ich ostatni krążek trzyma w napięciu jednorazowo – jak gumka w chińskich majtkach. Uwagi i zainteresowania słuchacza (a przynajmniej mnie) wystarcza jedynie na kontrolne (pierwsze) przesłuchanie; człowiek oczekuje cudu i cały czas ma nadzieję, że Włosi wreszcie pokażą, na co ich stać, że w końcu zza węgła wyskoczy jakiś urywający dupę patent i w rezultacie cała płyta rzuci na kolana. Mija 38 minut i dupa. Nuda jak w polskich telenowelach. "Spellbound" ma nad nimi jednak tę przewagę, że przelatuje dość szybko i nie wywołuje wielkiej męki, ale chyba tylko dlatego, że zupełnie nic na tej płycie nie zwraca uwagi, materiał nie proponuje niczego angażującego czy choćby na chwilę zapadającego w pamięć. Jednocześnie od pierwszych minut doskonale słychać, że to Sadist – są tu charakterystyczne gitary, wokale, bas, klawisze (występujące tym razem w nadmiarze), do tego czyste brzmienie, bajeczna technika... po prostu tego zespołu nie można pomylić z żadnym innym. Problem polega na tym, że to Sadist znacznie poniżej swojego zwyczajowego poziomu, a już na pewno poniżej tego, który znamy z ""Hyaena". Poprzednia płyta bardzo mi się podobała i w ogóle nie pojmowałem utyskiwań deafa pod jej adresem, natomiast teraz byłbym skłonny powtórzyć większość wymienionych przez niego wad i przypisać je "Spellbound". Najbardziej w dupę daje wtórność materiału i wynikające zeń nuda i monotonia – a wszystko to obficie polane sosem klawiszowym. Stąd też jeśli nawet pojawiają się jakieś żwawsze fragmenty — a pojawiają się niezmiernie rzadko — są szybko pacyfikowane bezbarwnym plumkaniem syntezatora. To sprawia, że koncept zawarty w tekstach schodzi na dalszy plan i w ogóle nie chce się w niego wgłębiać. Przy tak jednowymiarowej muzyce Włosi równie dobrze mogli oprzeć krążek na "Kwadransie dla rolnictwa" – nie odczułbym różnicy. "Spellbound" brakuje różnorodności, kompozycyjnego rozmachu i naprawdę udanych melodii, którymi Sadist zachwycał w przeszłości. Przypuszczam, że po (drastycznym) obniżeniu wymagań i w chwili ogólnego tumiwisizmu można się do tego albumu przekonać, ja jednak radziłbym go omijać. Szkoda nerwów.


ocena: 6/10
demo
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 maja 2019

Gorod – Æthra [2018]

Gorod - Æthra recenzja okładka review coverMuzycy Gorod od początku działalności pod tą nazwą przyzwyczaili nas do trzyletnich przerw między kolejnymi longami, więc fakt, że "A Maze Of Recycled Creeds" i "Æthra" dzieli właśnie taki okres nie jest niczym dziwnym – wszak to dość czasu, żeby dopracować materiał w najdrobniejszych szczegółach, nagrać go bez pośpiechu i później solidnie wypromować. Ten system całkiem przyzwoicie sprawdzał się przy wcześniejszych albumach, ale na okoliczność "Æthra" Francuzi postanowili zaszaleć i trochę go zmodyfikowali. Pierwsza kwestia dotyczy ekspresowego tempa pracy – Mathieu Pascal skomponował płytę w zaledwie kilka tygodni, co wcześniej było nie do pomyślenia. Druga sprawa ma związek z ewentualną promocją. Piszę ewentualną, bo wydanie "Æthra" powierzono maleńkiej Overpowered Records, która — z tego co obserwuję — potrafi zapewnić zespołowi... nic. Trochę to żenujące, że kapela TEGO formatu z roku na rok jest spychana do coraz głębszego podziemia, podczas gdy nawet jakieś pretensjonalne syfy z Polski podpisują papierki z Metal Blade. Dramat! Tym bardziej, że zajebistość "Æthra" zasługuje na jak najszerszą uwagę. Pascal w wywiadach tłumaczył przyspieszony proces twórczy chęcią zachowania świeżości muzyki i uczynienia jej bardziej bezpośrednią kosztem progresywnych rozwiązań. To słychać, bo materiał jest brutalniejszy i odczuwalnie prostszy od poprzednich, co jednak wcale nie oznacza, że jest prosty, bo to gówno prawda. Z każdym kolejnym przesłuchaniem spomiędzy agresywnych riffów, growli i często występujących blastów do uszu dociera coraz więcej piekielnie zakręconych partii, które od dawna są znakiem firmowym Gorod. Początkowo może się wydawać, że takie utwory jak 'The Sentry', 'Hina', 'A Light Unseen' czy 'Goddess Of Dirt' przygotowano wyłącznie pod kątem intensywnego napierdolu, na bok odkładając ich aspekt techniczny, ale po odpowiednim wgryzieniu się w nie to wrażenie się rozmywa. Koniec końców wychodzi na to, że Francuzi nie potrafią grać w miarę prosto; nawet jeśli bardzo się starają, to i tak po chwili robi się z tego kosmos. Mnie to nie przeszkadza, bo Gorod w każdej wersji trafia do mnie bez problemu i akceptuję u nich zarówno czyste/krzyczane wokale (choćby w 'Aethra' czy 'And The Moon Turned Black') jak i slammujący (!) riff w 'Goddess Of Dirt' – jak ktoś ma talent, to z każdym tematem sobie poradzi. Boleję jedynie nad tym, że na "Æthra" mocno ograniczono swingujące fragmenty, z pomocą których Gorod tak przyjemnie (i oryginalnie) bujał na wcześniejszych wydawnictwach. I to ograniczono praktycznie do jednego kawałka – najlepszego na płycie 'Chandra And The Maiden'. Mimo to "Æthra" łapie się zarówno do top 3 Gorod jak i roku 2018.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GorodOfficial

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

23 kwietnia 2019

Gorefest – Chapter 13 [1998]

Gorefest - Chapter 13 recenzja okładka review coverZacznę od tego, że nie wiem, co jest dla mnie trudniejsze – pisanie bluzgów pod adresem tak fajnego zespołu czy jednorazowe poświęcenie ponad 50 minut życia na przesłuchanie "Chapter 13". Nie jest tajemnicą, że wraz z kolejnymi płytami Holendrzy sukcesywnie łagodzili swoje granie, ale nigdy nie miałem z tym problemu, bo za każdym razem świetnie się tego słuchało – stał za tym jakiś pomysł, a ilość hitów na krążek mogłaby zawstydzić niejedną gwiazdę pop. "Chapter 13" pod tym względem leży i kwiczy. Nie pojmuję, co im do łbów strzeliło, żeby z death metalu (ewentualnie death 'n' rolla) przeskoczyć na metalowego hard rocka, tym bardziej że w nowej stylistyce odnaleźli się tak sobie, a jak czas pokazał – wśród fanów nie było zapotrzebowania na taką muzykę, w każdym razie nie w wykonaniu Gorefest. Samobój, strzał w kolano – dla ich reputacji, jako zespołu, lepiej by było, gdyby się wcześniej rozpadli. Tymczasem oni, nawet po reunionie i dwóch brutalnych płytach, trzymali się wersji, że 'piątka' to ich największy artystyczny sukces. Ojjj nie, kurwa, nic z tych rzeczy! "Chapter 13" jest materiałem zbyt długim, rozlazłym, nudnym, męczącym, topornym, pozbawionym gorefestowskiego ducha i w ogóle nie zapadającym w pamięć. Tak na dobrą sprawę na plus wybija się tutaj jedynie utwór tytułowy, choć nie dlatego, że jest jakiś wybitny. Nieee, to zasługa tego, że jest... pierwszy, tytułowy i przez chwilę można go uznać za kontynuację "Soul Survivor". Później jednak jest już tylko gorzej, a potworki typu 'Smile' czy 'F.S. 2000' potrafią doprowadzić do rozstroju nerwowego. Nie pomaga ogólny ciężar riffów (tego im odmówić nie można) ani kilka udanych solówek – Gorefest udający AC/DC w żadnym ze znanych wymiarów nie brzmi atrakcyjnie. A te wokale! Klasyczny ryk de Koeijera poszedł w dużej mierze w odstawkę, a jego miejsce zajęły rozmaite zniekształcone pokrzykiwania i próby śpiewania czystym głosem, które do niczego nie pasują. Nie ma się co oszukiwać, "Chapter 13" to w karierze Gorefest pomyłka, o której najlepiej jak najszybciej zapomnieć. Ja wracam do tej płyty raz na kilka lat i chyba tylko po to, żeby się upewnić, że ciągle w ogóle do mnie nie trafia.


ocena: 5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

18 kwietnia 2019

Asphyx – Asphyx [1994]

Asphyx - Asphyx recenzja okładka review coverZa sprawą "The Rack" i "Last One On Earth" Asphyx zapisali się złotymi zgłoskami w historii europejskiego death metalu, więc nic dziwnego, że z każdym kolejnym materiałem mieli już tylko pod górkę. W dodatku sami też sobie nie ułatwiali życia. Do nagrań trzeciego oficjalnego krążka Holendrzy przystąpili w drastycznie odmienionym składzie: van Drunena zgodnie z wcześniejszym planem zastąpił Ron van Pol, zaś ostatni z ojców założycieli Bob Bagchus stracił posadę na rzecz Sandera van Hoofa. Te personalne przetasowania musiały w jakiś sposób odbić się na muzyce i faktycznie – "Asphyx" dość znacznie różni się od poprzednich albumów, jednak nie na tyle, żeby można było mówić o całkowicie nowej jakości. Podstawowa różnica dotyczy mocniejszego zaakcentowania elementów doom metalu – wolne i bardzo wolne tempa występują w większym nasyceniu, a towarzyszą im odpowiednio miażdżące riffy i gęsta, prawdziwie grobowa atmosfera gdzieniegdzie doprawiona chórami i klawiszami. To, co na wcześniejszych płytach było raczej dodatkiem i urozmaiceniem, na "Asphyx" stanowi poważny procent trwającego godzinę materiału. Dla zachowania równowagi i dynamiki Holendrzy zadbali również o sporo rytmicznych galopów, niekiedy nawet dość szybkich (nowy perkman świetnie się w nich spisuje) i tego pięknego piłowania tremolem znanego głównie z debiutu. Innymi słowy na "Asphyx" bardzo dobrze dobrano proporcje między doom a death, dzięki czemu krążek wydaje mi się ciekawszy od "Last One On Earth", a już na pewno bardziej różnorodny. Wystarczy rzucić uchem na początek płyty, kiedy piekielnie ociężały 'Prelude Of The Unhonoured Funeral' przechodzi w dający kopa, wielowątkowy 'Depths Of Eternity' – czuć moc! Jak dla mnie prawie wszystkie kompozycje są tutaj zmyślnie poskładane, zespół z wyczuciem posługuje się zmianami tempa, więc na nudę nie można narzekać. Ponadto w wielu fragmentach pojawiają się znajome riffy (choćby '’Til Death Do Us Apart' i 'Initiation Into The Ossuary') czy super charakterystyczne przeciągnięte solówki w typie "klasyczny Asphyx", ale to nie wszystko, co "Asphyx" ma do zaoferowania słuchaczowi. Obok tych jakże rozpoznawalnych rozwiązań pojawiają się również i takie, które do zespołu niespecjalnie pasują (np. solo w 'Thoughts Of An Atheist') albo zbytnio odchodzą od wypracowanej formuły i nieco zaburzają odbiór całości. Mam tu na myśli zwłaszcza 'Incarcerated Chimaeras', przy którym moje pierwsze skojarzenia biegną w kierunku Benediction. Nie chodzi o to, że muzyka jest słaba — bo nie jest — tylko o pewne ubytki w sferze tożsamości. Jest jeszcze kwestia wokalu. Ja akurat zaliczam się do tych, dla których Ron van Pol całkiem sprawnie wywiązał się z powierzonych obowiązków, jednak w życiu nie przyznam, że wyziewnością w jakikolwiek sposób dorównuje poprzednikowi, to nie ta liga. Jego głos bardziej przypomina Chrisa Reiferta, choć i tu należy zaznaczyć, że nie powiewa od niego aż taką patologią. Czy van Drunen zaśpiewałby tu lepiej? Przypuszczalnie tak, niemniej to tylko domysły. Pewne natomiast jest, że 'trójka' odznacza się bardzo dobrym, super selektywnym i wgniatającym brzmieniem Stage One. Zajebiście mi się podoba to połączenie pracującej w niskich rejestrach gitary i mających dużo przestrzeni garów. Przy takim podejściu do produkcji słyszalny jest nawet bas, mimo iż cudów nie prezentuje. Nie jest łatwo stworzyć doom-death’owy album. Ciekawy doom-death’owy album. A już zwłaszcza taki, który trwa godzinę. Asphyx podołali, choć jak czas pokazał – kultu z tego nie było i dalej nie ma.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: asphyx.nl

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 kwietnia 2019

Unreal Overflows – Latent [2018]

Unreal Overflows - Latent recenzja okładka review coverHiszpański Unreal Overflows był jak dotąd zespołem, który rozwijał się w bardzo zdrowy sposób i w ciekawym kierunku – na kolejnych materiałach poprawie ulegała muzyka, brzmienie, a także oprawa. Krok po kroku wyrośli na godnego reprezentanta tamtejszej sceny. W końcu nadszedł czas najwyższej próby, czyli krążek numer trzy i... dupa. Już na pierwszy rzut oka digipak "Latent" wygląda dość budżetowo, by nie użyć mocniejszego sformułowania. To pierwsze ostrzeżenie przed tym, że coś jest nie teges. Następne mamy we wkładce, bo oficjalny skład obcięto do dwóch osobników i nigdzie nie wymieniono perkusisty. Kolejne – po odpaleniu krążka. Sytuacja wygląda tak: z jakiegoś powodu Unreal Overflows postanowili pozbyć się żywego perkmana, ubrać materiał w przeciętne brzmienie, a co najgorsze – poważnie cofnąć się w rozwoju. Jedyna pociecha w tym, że już na debiucie prezentowali dobry poziom, więc obyło się bez dramatu. Nie zmienia to faktu, że pierwszy kontakt z "Latent" jest dużym rozczarowaniem. Płyta wywołuje ambiwalentne odczucia, trudno się do niej przekonać i wymaga to sporo walki, choć sam materiał, już po rozgryzieniu, okazuje się naprawdę udany. Najbliżej mu do tego, co przed laty proponowały kapele typu Illogicist czy Sceptic, czyli totalny Death-worshipping ze śmigającymi gitarami, żwawym tempem i skrzeczącym wokalem – wszystko znane i ograne. Ja liczyłem, ba! – byłem przekonany, że Hiszpanie zaproponują coś świeżego, potężnego i bardziej pokręconego niż na "False Welfare", toteż zawartość "Latent" przyjmuję z umiarkowanym entuzjazmem; zwyczajnie wiem, że stać ich na więcej. Nie powiem, jest tu kilka fragmentów, które potrafią podnieść ciśnienie i dowodzą technicznej biegłości muzyków (zwłaszcza 'Rusted Supremacy'), ale jako całość album to muzyka, przynajmniej w tej formie, nieco już przestarzała, nic nie wnosząca. Na poprzednich krążkach Unreal Overflows również całymi garściami czerpali z dorobku Schuldinera, ale miało to trochę więcej polotu i finezji, poza tym zawsze dodawali coś od siebie. Teraz własnego wkładu jest zdecydowanie za mało, a że brzmienie i automat raczej irytują niż podniecają, to "Latent" mogę ocenić najwyżej na 7.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/unreal.overflowsmetal/

Udostępnij:

10 kwietnia 2019

Rotheads – Sewer Fiends [2018]

Rotheads - Sewer Fiends recenzja okładka review cover"Sewer Fiends" to sensacyjny debiut z Rumunii. Debiut się zgadza, Rumunia także, ale z tą sensacją to co najmniej gruba przesada. Owszem — i temu nie można zaprzeczyć — krążka słucha się całkiem przyjemnie, sam poświęciłem mu sporo czasu, jednak do opadu kopary nie doszło ani za pierwszym ani za setnym przesłuchaniem. Może to moja wina, że jestem nieczuły na ich wdzięki, a może po prostu w oldskulowym graniu zrobiła się już zbyt duża konkurencja? Nie ważne. Rotheads przenosi nas w czasie do momentu, kiedy death metal dopiero nabierał kształtu i rozpędu, więc na "Sewer Fiends" nie uświadczymy ultratechnicznych łamańców, bezlitosnych blastów czy krystalicznie czystej produkcji. Krążek zawiera starą muzykę i brzmi odpowiednio po staremu, choć akurat nie wiem, na ile był to intencjonalny zabieg, a na ile kwestia skromnych funduszy (zerknijcie na ich sprzęt...). Załóżmy jednak, że chłopakom od początku chodziło o czytelny acz przysyfiony sound (w tym ten piękny pogłos w solówkach). Taki, który pasuje do muzyki korzeniami tkwiącej w Autopsy ("Severed Survival"), Death ("Leprosy"), Obituary ("Slowly We Rot"), Asphyx ("Embrace The Death") czy Incantation ("Onward To Golgotha"), że wymienię tylko kilku klasyków, od których Rotheads czerpią oczywiste inspiracje. Jeśli chodzi o klimat, to o powiewach świeżości należy zapomnieć, natomiast stęchlizna pełnej martwych szczurów piwnicy unosi się nad "Sewer Fiends" cały czas i jest to jeden z głównych atutów krążka. Nie znaczy to jednak, że Rumuni proponują jakąś prymitywną, opartą na dwóch riffach łupankę. W tych siedmiu utworach doskonale słychać, że muzycy poświęcili dużo czasu zarówno pracy nad warsztatem jak i nad aranżacjami – materiał jest przemyślany, stosunkowo urozmaicony (szczególnie jedenastominutowy 'The Mad Oracle Of Seweropolis') i całkiem miło się wkręca, ale nie na tyle, żeby paść przed nim na kolana. Przynajmniej dla mnie to ciągle za mało. Niemniej doceniam wysiłki Rotheads i na pewno będę miał na nich oku w przyszłości.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/rotheads/
Udostępnij:

6 kwietnia 2019

Equipoise – Demiurgus [2019]

Equipoise - Demiurgus recenzja okładka review coverJeden rzut oka na rozbudowany skład tego projektu powinien wystarczyć, by co wrażliwsi wielbiciele progresywnego death metalu popuścili strużkę z radości. Magia takich nazw jak Beyond Creation, Hate Eternal, Vale Of Pnath, Inferi, First Fragment, Cosmic Atrophy, Zealotry, The Faceless czy Serocs robi swoje – po Equipoise po prostu trzeba spodziewać się wodotrysków z kosmosu. Zresztą spójrzmy prawdzie w oczy, tacy muzycy zbierają się do kupy tylko w jednym celu – żeby sobie powymiatać bez specjalnych ograniczeń. I wymiatają, och jak wymiatają! I to godzinę z okładem, przez co muzyka zespołu wcale nie staje się łatwiejsza do ogarnięcia dla nieprzygotowanego słuchacza. Przy takim nagromadzeniu wpływów i pomysłów, z jakim mamy do czynienia na "Demiurgus", nawet kilka wnikliwych przesłuchań to za mało, żeby wyłapać choćby część tego, co ekipie Equipoise chodziło po głowach. A chodziły różne rzeczy, w dodatku coś mi się wydaje, że każdy z muzyków (a przynajmniej ci, którzy mieli najwięcej do powiedzenia przy produkcji) miał z lekka odmienną wizję tego, jak powinna wyglądać i brzmieć ta płyta. Stąd też wciśnięto tu wszystko, co jest w jakiś sposób ambitne i skomplikowane: progresywny i techniczny death metal, neoklasyczne pasaże, flamenco, jazz, klawiszowe kosmosy... Mają rozmach skurwiesyny! Różnorodności nie można "Demiurgus" odmówić, eklektyczności również, szkoda tylko, że nie zawsze wymienione przeze mnie elementy/wpływy są spójne i odpowiednio się zazębiają, a całości brakuje jakiejś myśli przewodniej. Innymi słowy album nieco kuleje od strony kompozytorskiej i nie przyciąga należycie uwagi. Nie dziwi mnie to jednak, bo — jak już wspomniałem — takie projekty jak Equipoise powstają po to, żeby każdy zaproszony mógł się do woli wytrzepać; inne kwestie są drugorzędne, o ile w ogóle są brane pod uwagę. Utwierdza mnie w tym szczególnie długaśna lista gości (oczywiście nie mogło wśród nich zabraknąć Christiana Münznera), którzy dorzucili na krążku coś od siebie, aż 6 pełnoprawnych instrumentali oraz dwa ośmiominutowe utwory do granic absurdu wypakowane popisami: 'Cast Into Exile' (23 solówki) i 'Dualis Flamel' (24 solówki, przy okazji wcisnęli tu najlepszy riff) – ktoś wspominał o rozmachu? Stąd też "Demiurgus" to przede wszystkim (a może wyłącznie?) gratka dla wielbicieli szaleńczego przebierania paluchami. Innych taka gimnastyka raczej nie ruszy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/PoiseOfficial/

podobne płyty:

Udostępnij:

29 marca 2019

Rotting Christ – The Heretics [2019]

Rotting Christ - The Heretics recenzja okładka review coverNie sądziłem, że Sakis będzie w stanie mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć... No i cóż, nie zaskoczył. Serio, po Rotting Christ nie należy się już raczej spodziewać — ani od nich wymagać — niczego ponad to, co z umiarkowanym powodzeniem klepią od prawie dekady. Nie ma w tym nic specjalnie odkrywczego, ale może to i nawet lepiej, wszak ostatnia duża niespodzianka w ich wykonaniu to "Aealo" – a mnie ciągle trzącha, gdy słucham tej płyty. "The Heretics" takich wstrząsów nie wywołuje, bo nie zawiera żadnych niepotrzebnych dodatków ani niezrozumiałych eksperymentów. Żeby była jasność – takich zrozumiałych także nie; w ogóle niczego do dorobku Greków nie wnosi, chyba że w kwestiach lirycznych, ale to akurat na odbiór płyty nie ma najmniejszego wpływu. W tych dziesięciu utworach mamy do czynienia jedynie ze sprawdzonymi (wielokrotnie) schematami, dość przewidywalnymi strukturami i znajomą atmosferą: dużo tu chórów, deklamacji, marszowego tempa i charakterystycznych melodyjnych riffów – taki Rotting Christ z czterech ostatnich albumów w pigułce. Szczęśliwie dla ewentualnych słuchaczy, owa piguła nie jest zbyt duża, więc łyknięcie jej za jednym zamachem nie powinno nikomu nastręczać problemów. Nade wszystko dlatego, że "The Heretics" wydaje mi się najbardziej strawnym i przekonywającym krążkiem Greków od czasu "Theogonia", choć jeśli chodzi o ogólny poziom, to oczywiście nie ma do niego startu. Niemniej jednak jest tu przynajmniej kilka kawałków, które zasługują na uwagę i które, jak sądzę, powinny na dłużej zagościć w setliście zespołu. Ja polecam zwłaszcza 'Vetryl Zlye' (takiego Rotting Christ mogę słuchać zawsze, nawet ten damski wokal mi podchodzi) oraz spory zestaw utworów z umiejętnie wplecionym mantrowaniem: 'The New Messiah', 'The Voice Of The Universe', 'Dies Irae', 'Fire, God And Fear' i 'Hallowed Be Thy Name' (wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z Iron Maiden), spośród których ten ostatni jest szczególnie posępny, jednowymiarowy i w ogóle się nie rozkręca. Właśnie dzięki takim numerom można ostrożnie założyć, że w przyszłości "The Heretics" będzie trafiać do odtwarzacza znacznie częściej niż trzy poprzedzające go płyty.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.rotting-christ.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

12 marca 2019

Spectral – Neural Correlates Of Hate [2018]

Spectral - Neural Correlates Of Hate recenzja okładka review coverRok 2018 upłyną nam w kraju pod znakiem nieco na siłę nakręcanego hype’u na punkcie Rotheads. Kwartet z Bukaresztu odpowiedzialny za "Sewer Fiends" szybko urósł do rangi objawienia, jednak na mnie znacznie większe wrażenie zrobił inny, ciut starszy debiutant z rumuńskiej ziemi – Spectral. W ciągu 15 lat (sic!) działalności przez skład tego zespołu przewinęło się kilka mniej lub bardziej znanych postaci, więc na "Neural Correlates Of Hate" siłą rzeczy słychać spore doświadczenie, nienaganną technikę oraz — i to akurat jest ciekawe — pomysły od dawna już nieobecnych członków. Utwory na potrzeby krążka powstawały na przestrzeni ostatniej dekady (co najmniej!), stąd też nie powalają oryginalnością czy natłokiem innowacyjnych rozwiązań, ale są zajebiście solidnie dopracowane (co nie powinno dziwić), brzmią zaskakująco świeżo i szybko zapadają w pamięć, głównie ze względu na dynamiczne struktury, dobre melodie i mnogość wypieszczonych solówek. Swoją drogą tak bardzo rozciągnięty w czasie proces twórczy wyszedł zespołowi na dobre, bo właśnie dzięki temu Spectral szczęśliwie rozminęli się z popularnymi ostatnio tendencjami do przedkładania progresywnych plumkań nad czystą brutalność. Na krążku nie znajdziecie astralnych klimacików (aczkolwiek kosmicznego przebierania paluchami nie brakuje), czystych wokali czy symfonicznych wtrąceń. "Neural Correlates Of Hate" to konkretne dopieprzanie w szybkich tempach oraz dowód na to, że w technicznym death metalu można jeszcze komponować muzykę, której duża złożoność (mamy tu dwa ośmiominutowe kolosy) nie zabija czytelności i nie wpływa negatywnie na jej odbiór. To dlatego fani porządnego wymiatania spod znaku Necrophagist (w Spectral popyla ich ostatni perkman, Romain Goulon), Spawn Of Possession, Obscura i Ophidian I powinni bez chwili wahania sięgnąć po "Neural Correlates Of Hate" – materiał chwyta od pierwszego przesłuchania i długo nie pozwala się od siebie uwolnić. Jako ciekawostkę (a być może i wabik) dorzucę, że album ubarwili swoimi solówkami Calin Paraschiv (Necrovile, teraz także Pestilence) oraz wszędobylski Christian Münzner. Jednak nawet bez ich udziału krążek niewiele by stracił, bo mamy tu prawie trzy kwadranse atrakcyjnego death metalu.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SpectralOfficial/

podobne płyty:

Udostępnij:

8 marca 2019

Lividity – Perverseverance [2018]

Lividity - Perverseverance recenzja okładka review coverAż 9 długich lat zajęło muzykom Lividity przygotowanie nowego krążka. Krążka, który chociaż nie jest najlepszym w ich karierze, w tym właśnie momencie jest światu niezmiernie potrzebny. Amerykanie ze swoim humanitarnym przesłaniem "Kill Then Fuck" jawią mi się teraz jako ostoja normalności i zdroworozsądkowa odpowiedź na bzdurne zjawiska scenowe typu feministyczny death metal. Gdzie polityczna poprawność, parytety i mizandria wpieprzają się drzwiami i oknami, tam Lividity kierują firmowy humor, czystą pogardę, wywieszone fujary oraz... blasty. "Perverseverance" od strony technicznej jest materiałem prostszym i mniej wyszukanym niż dwa poprzednie, jednak w ogóle nie ustępuje im pod względem jebnięcia. Nie wiem czy to zasługa łykanej potajemnie viagry, ale w tej kwestii Amerykanie nie wymiękają – grają ciężko, brutalnie i dość szybko, więc pomimo sporej przerwy wydawniczej ciągle należy im się zaszczytne miejsce w gronie zboków z Gorgasm, Prostitute Disfigurement czy Broken Hope. Płyta jest stosunkowo krótka (zwłaszcza kiedy obedrzemy ją z wesołych sampli), cztery numery przelatują wręcz ekspresowo (każdy poniżej 2 minut), więc na pierwszy rzut ucha całość może wydawać się nieco zbyt jednowymiarowa, ale to tylko pozory. Lividity upchnęli na "Perverseverance" dość urozmaiceń — oczywiście w ramach klasycznego brutalnego death metalu — żeby nie powiewało nudą ani zdradą ideałów. Naturalnie nie mamy tu do czynienia z materiałem, który jest w stanie czymkolwiek zaskoczyć, bo ekipa Dave’a Kiblera korzysta wyłącznie ze sprawdzonych i — co tu ukrywać — typowych dla gatunku zagrywek. Lividity doskonale znają swój fach, produkcję mają masywną jak nigdy wcześniej, więc nie ma opcji, żeby takim graniem zawiedli oczekiwania swoich zwolenników. Mnie nie zawiedli, w związku z czym uznaję "Perverseverance" za kolejną dobrą płytę w ich dorobku.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/lividityofficial

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

20 lutego 2019

Ectoplasma – Cavern Of Foul Unbeings [2018]

Ectoplasma - Cavern Of Foul Unbeings recenzja okładka review coverGrecy potrafią w stary death metal, co udowodnili już nie raz, że wspomnę tylko o Dead Congregation, Abyssus czy Resurgency. Nie tak dawno temu za sprawą "Cavern Of Foul Unbeings" do tego zaszczytnego grona dołączyli kolesie z Ectoplasma. Podopieczni Memento Mori z łatwością przebili i tak już niezły debiut, więc, jak myślę, warto poświęcić im przynajmniej kilka przesłuchań. O ile oczywiście lubicie pierwotne wyziewy pierwszej i drugiej fali amerykańskiego death metalu z domieszką co bardziej żwawych załóg europejskich, bo muzycy Ectoplasma dołożyli starań, żeby ich granie jednoznacznie kojarzyło się z tamtym pięknym okresem, kiedy to na listach przebojów królowały Death, Obituary Autopsy, Malevolent Creation, Morbid Angel, Massacra czy Morta Skuld. "Cavern Of Foul Unbeings" niemal w każdym aspekcie idealnie imituje krążki nagrane najpóźniej do 1992 roku. Z oczywistych względów materiał Greków nie dorównuje klasykom – wtedy (prawie) wszyscy starali się grać i brzmieć po swojemu, niepowtarzalnie, natomiast Grecy hurtowo ściągają pomysły od innych i niewiele (jeśli w ogóle) dodają od siebie. Nie powiem, żeby mi to strasznie przeszkadzało, bo "Cavern Of Foul Unbeings" poskładano bardzo rzetelnie, a obcuje się z nim naprawdę przyjemnie (nawet pomimo sporawej długości), ale na przyszłość powinni zastanowić się nad jakimiś wyróżnikami, inaczej zginą w tłumie podobnych kapel. Opcji rozwoju mają kilka, ja na ich miejscu postawiłbym na większą zgniliznę brzmienia (kierunek – Autopsy z "Mental Funeral") i mocniejsze zaakcentowanie partii perkusji, które akurat są najjaśniejszym punktem tego albumu. Odpowiadający za gary Giannis Botsis doskonale wie, jak korzystać z zestawu i w dodatku gra tak, jak lubię najbardziej – nie żałuje gęstych przejść, rozsądnie korzysta z blastów i utrzymuje porządną dynamikę. Doświadczenia mu, jak mniemam, nie brakuje, skoro przewinął się chyba przez połowę greckich kapel. Z gitarami, tak ogólnie, też jest nieźle, chociaż stopniem urozmaicenia na pewno nie dorównują garom. Poza tym gitarniacy proponują ciut za dużo typowych i ogranych motywów, które można usłyszeć u wieeelu innych kapel, zarówno starych, jak i nowych. Na plus trzeba im zaliczyć, że oldskulowy feeling utrzymują bez najmniejszego problemu. Resztę powinni z czasem dopracować. Na koniec ciekawostka – "Cavern Of Foul Unbeings" dopchnięto coverem jednego z większych hitów Unleashed – 'The Immortals'. Pod względem wykonania nie można Ectoplasma niczego zarzucić, jednak spójność bonusa z autorskim materiałem jest co najmniej dyskusyjna.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Ectoplasma-1579524392276613/

Udostępnij:

13 lutego 2019

Horrendous – Idol [2018]

Horrendous - Idol recenzja okładka review coverDebiutancki album Horrendous narobił na scenie sporego zamieszania; dla niektórych Amerykanie wręcz na nowo odkryli obskurny europejski death metal. Zachwyty nie trwały jednak długo, bo na kolejnych płytach chłopaki zaczęli sukcesywnie odpływać w kierunku czegoś mniej oklepanego, a bardziej kompleksowego i oryginalnego. W rezultacie początkowi entuzjaści zespołu wykruszali się z roku na rok, zniechęceni eksperymentami (choć to za duże słowo) i stopniowym łagodzeniem oblicza. Ta tendencja pewnie jeszcze się utrzyma, bo "Idol" to kolejny krok ku muzyce progresywnej, wielowymiarowej i nieprzesadnie brutalnej. Horrendous ciągle trzymają się pierwotnego, organicznego brzmienia (mimo iż jest znacznie czystsze niż w przeszłości) i obleśnie rozpaczliwego wokalu, ale już misternie skonstruowane aranżacje z wieloma zmianami nastroju dają jasno do zrozumienia, że chłopaki ambicjami mocno wyrastają ponad typową młodą kapelę grającą "po staremu". Wystarczy choćby przysłuchać się temu, jak na "Idol" pracuje sekcja rytmiczna Horrendous – to jest naprawdę wyższa szkoła jazdy, jednak nie łączyłbym tego ze szpanowaniem umiejętnościami. W partiach perkusji Jamie Knox do minimum ograniczył powtarzalne i oklepane w death metalu zagrania, kombinując z rytmami, nietypowymi przejściami i ogólnym feelingiem – byle tylko nie popaść w typową łupankę. Wprawdzie tempa nie należą do zabójczych (Horrendous nigdy nie spidowali) — krótka sekwencja blastów pojawia się jedynie w 'Devotion (Blood For Ink)' — ale pod względem gęstości upakowania dźwięków "Idol" i tak wypada dość intensywnie. Ponadto zespół dużo zyskał na zatrudnieniu prawdziwego basmana, który ma w dupie opinie innych i wszystko robi po swojemu albo po prostu dostał wolną rękę. Niezależnie od wersji, chłop ani przez chwilę się nie ogranicza, a słychać to od pierwszych sekund 'Prescience'. Bas pracuje sobie całkowicie indywidualnie, w oderwaniu od reszty instrumentów i praktycznie nawet nie próbuje trzymać się struktur utworów. Fajna sprawa, chociaż pojawia się tu pewna pułapka – śledzenie poczynań basmana może skutecznie odwrócić uwagę od zmyślnie przygotowanych i bardzo urozmaiconych partii gitar. Pokręcone riffy i odjechane melodie robią naprawdę dobre wrażenie i z dużą łatwością wwiercają się w mózg (do tego gitarniacy już nas przyzwyczaili), ale przez ten cały pęd zespołu ku progresji brakuje im trochę zadziorności, która cechowała poprzednie nagrania. Listę minusów "Idol" muszę uzupełnić o bezbarwny instrumental 'Threnody' (nie ma startu do majstersztyku z "Anareta") oraz pojawiające się w 'Divine Anhedonia', 'Devotion (Blood For Ink)' i 'Obolus' czyste wokale, które nie są ani udane ani w jakikolwiek sposób potrzebne. Te dwie kwestie sprawiają, że w moim rankingu płyt Horrendous "Idol" plasuje się poza podium, co nie zmienia faktu, że i na nim nie brakuje świetnych fragmentów, do których warto wracać.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/HorrendousDeathMetal
Udostępnij:

3 lutego 2019

Nasty Surgeons – Infectious Stench [2018]

Nasty Surgeons - Infectious Stench recenzja okładka review coverDobrze grający hiszpański zespół w barwach Xtreem to dla mnie nie lada zaskoczenie, wszak kapele ze swojego podwórka Rotten wydaje chyba wyłącznie z pobudek patriotycznych, zupełnie nie zważając na poziom muzyki. To dlatego początkowo Nasty Surgeons również budzili moje wątpliwości, bo powstali niedawno (2016), a zaskakująco szybko dorobili się kontraktu i debiutanckiej płyty. O dziwo akurat ich materiał wyrastał ponad przeciętność – nie było to nic wielkiego, ale w swojej kategorii dawał radę i zdradzał pewien potencjał drzemiący w tym duecie. W rok po pierwszym krążku Hiszpanie zaserwowali opisywany właśnie "Infectious Stench", który to stanowi pewny krok naprzód i potwierdza ambitne podejście zespołu do wykonywanej młócki, bo to muzyka, do której naprawdę chce się wracać. W stosunku do debiutu poprawie uległo w zasadzie wszystko, więc mamy do czynienia z fajnie (i profesjonalnie!) podanym death-grindem, w którym wciąż przewijają się inspiracje i odniesienia do starych nagrań bogów z Carcass. Nie ma w tym nic odkrywczego, ale z drugiej strony kapel pielęgnujących spuściznę Anglików ostatnio pojawia się jakby mniej, toteż działalność Nasty Surgeons w moich oczach znajduje uzasadnienie. Przemawia za nimi szczególnie to, że ich rozwój jest wręcz namacalny. Zgaduję, że zespół sporo zyskał na rozbudowaniu składu do normalnych rozmiarów — o gitarzystę i basmana — bo nowe utwory stały się ciekawsze, a ich struktury bardziej urozmaicone i czytelne. Mniej tu przypadkowych dźwięków i chaosu, a więcej konkretnych, żyjących własnym życiem riffów i chwytliwych solówek tudzież motywów melodycznych. Wprawdzie "Infectious Stench" nie kasuje słuchacza ekstremalnością (jak choćby Disgorge), jednak ma do zaoferowania duże pokłady fajności – muzyka Nasty Surgeons jest skoczna i łatwo przyswajalna. W tym miejscu cisną mi się na klawiaturę skojarzenia z wczesnymi płytami Gorerotted i Exhumed, które przy całej swojej krwistości wpadały w ucho już przy pierwszym kontakcie. Jeśli takie podejście do death-grindu wam pasuje, to polecam się rozejrzeć za "Infectious Stench". Na pewno nie przepłacicie.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/nastysurgeons

podobne płyty:

Udostępnij:

26 stycznia 2019

Revolting - Monolith Of Madness [2018]

Revolting - Monolith Of Madness recenzja okładka review coverSzwedzki death metal jest fajny, więc nic dziwnego, że ma spore grono oddanych fanów... Nie wiem, czy spece od księga rekordów Guinnessa już to zweryfikowali, ale można w ciemno zakładać, że największym maniakiem tego gatunku jest niejaki Rogga Johansson. Rozumiecie, do czego zmierzam... "Monolith Of Madness" to kolejna już płyta z typowym 'Rogga death metalem'. Nie znam poprzednich dokonań Revolting, nigdy nie próbowałem ich szukać, ale zawartość opisywanego właśnie krążka dostarcza mi dość wrażeń i informacji, żebym już więcej do tego projektu nie wracał. Nie zrozumcie mnie źle, to wcale nie jest kiepski materiał; jest po prostu makabrycznie wtórny i typowy. Rogga gra to, co lubi najbardziej — czyli wariacje na temat wczesno-średniego Dismember z dodatkiem mielonek Grave — a czyni to w ten sam sposób, co w większości ze swoich ośmiuset czterdziestu trzech zespołów. Takie podejście sprawia, że nie idzie odróżnić jeden od drugiego, a w związku z tym gromadzenie kolejnych identycznie brzmiących płyt zwyczajnie mija się z celem. Równie bezsensowne jest produkowanie co 3-4 miesiące tego samego pod różnymi nazwami. Sorki, mnie to nie podnieca. Wiadomo, że Rogga to chłop obdarzony wielkim talentem i niezłymi umiejętnościami, jednak niepotrzebnie aż do tego stopnia rozmienia się na drobne. O ile świat (szwedzkiego) death metalu byłby piękniejszy, gdyby dał sobie na wstrzymanie i raz na rok-dwa nagrywał płyty tylko z topowym materiałem. Pomarzyć...


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Revolting/144322252254789
Udostępnij:

21 stycznia 2019

Eroded – Necropath [2018]

Eroded - Necropath recenzja okładka review coverNie samą Ameryką miłośnik death metalu żyje. Dobrze to wiedzą muzycy Eroded, którzy dali się poznać za sprawą całkiem niezłego "Engravings Of A Gruesome Epitaph", a po sześciu latach przypomnieli o sobie za sprawą "Necropath". Tak długa przerwa między kolejnymi płytami może dziwić w kontekście tego, co i jak Włosi grają (wszak wodotrysków nikt się u nich z pochodnią nie doszuka), ale ma to głębszy sens. Po prostu w większych dawkach i przy większej aktywności wydawniczej muzyka Eroded najprawdopodobniej stałaby się nużąca. Póki co umiar (tym razem zmieścili się w 36 minutach) przemawia na korzyść zespołu, więc każdy fan starego europejskiego death metalu, a zwłaszcza Grave (do "You'll Never See...") i Benediction nie powinien czuć się zawiedziony zawartością krążka. "Necropath" to średnie tempa, nieskomplikowane rytmy, oszczędne melodie i ryczące wokale – klasyczna mielonka w standardowym wydaniu. W stosunku do debiutu nie odnotowałem żadnych poważniejszych zmian (choć z pewnością grają lepiej), w uszy rzuca się jedynie potężniejsze brzmienie. Mnie to nawet pasuje, ale zdaję sobie sprawę, że wielu osobom będzie tu czegoś brakowało – odrobiny oryginalności. Pod tym względem Eroded w ogóle się nie wybija spośród masy podobnych (mimo że zwykle bardziej zapatrzonych w Entombed) kapel, a samo ich poważne i profesjonalne podejście do tematu zostanie docenione jedynie, jeśli ktoś będzie miał dość fuksa, żeby trafić akurat na "Necropath". Jako że Włosi są pod opieką F.D.A. Records, to można zakładać, że tu i ówdzie zaistnieją, więc ja bym ich tak szybko nie skreślał. W końcu nie zrażali się dotychczasowymi niepowodzeniami.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/erodeditaly/
Udostępnij:

13 stycznia 2019

Posthuman Abomination – Transcending Embodiment [2018]

Posthuman Abomination - Transcending Embodiment recenzja okładka review coverBrutalny włoski death metal w amerykańskim stylu. Chyba już każdy osobnik jako tako orientujący się w gatunku doskonale wie, czego można (należy!) się po takiej etykiecie spodziewać? A już zwłaszcza, gdy w skład zespołu wchodzą ludzie umoczeni w Vomit The Soul, Devangelic czy Natrium... Tu nie ma miejsca na domysły. W dodatku Posthuman Abomination nie robią absolutnie niczego, żeby wyjść poza najpopularniejsze gatunkowe schematy czy choćby w minimalnym stopniu nadać muzyce indywidualny rys. Nic z tych rzeczy – oni tylko napierdalają, jak bogowie zza oceanu — zwłaszcza z okolic Nowego Jorku — przykazali. I chociaż kawałki z "Transcending Embodiment" dość szybko (czytać: od drugiego) zaczynają się ze sobą zlewać w jeden wielki bulgotliwy łomot, to ich intensywność, wylewająca się z każdej sekundy czysta brutalność rekompensują znikomą rozpoznawalność i całkowity brak oryginalności. Nie ma się co oszukiwać, po takie granie nie sięga się, by poszerzać horyzonty albo dla wyjątkowo estetycznych doznań (tak na marginesie, technicznie są całkiem obcykani), tylko by poczuć solidne jebnięcie w twarz, by zostać przytłoczonym. Z tak postawionego zadania Posthuman Abomination wywiązują się naprawdę dobrze – "Transcending Embodiment" miażdży, co nie zmienia faktu, że opisane na początku podejście do tematu skazuje ich na zapomnienie. W ten sposób chłopaki w jakimś stopniu marnują swój potencjał, bo choć nie ma wśród nich wielkich gwiazd, to umiejętności mają akurat na tyle, żeby zaproponować światu coś bardziej wyrazistego niż przewidywalna symfonia bulgotów i blastów. Może następnym razem? O ile w ogóle do niego dojdzie...


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Posthumanabomination/
Udostępnij:

5 stycznia 2019

Requiem – Global Resistance Rising [2018]

Requiem - Global Resistance Rising recenzja okładka review coverPrzyszło nam cholernie długo czekać na szósty album Requiem, ale wytrwałość się opłaciła, bo Szwajcarzy nagrodzili swych fanów znakomitym death metalowym ochłapem, który można nawet rozpatrywać w kategoriach najlepszego w ich historii, choć to akurat najmniej ważne. Istotne jest natomiast to, że Requiem nie wymiękają, a tym samym nie zawodzą. Od "Within Darkened Disorder" upłynęło aż siedem lat, w międzyczasie zespół rozrósł się do kwintetu (o nowego gitarzystę i wokalistę), jednak w ogóle nie wpłynęło to na podejście do grania i ogólny kształt "Global Resistance Rising". Requiem w zasadzie od debiutu trzymają się prostej — i sprawdzonej, jak się okazało — formuły: tremolo, blast i do przodu. Bez wielkich komplikacji, bez udziwnień, bez ozdobników, no i bez wytchnienia. Bezpośrednia i zajebiście chwytliwa jazda od początku do końca, która w ich wykonaniu zawsze trafia do mnie z taką samą łatwością. Tu naprawdę nie trzeba rozkładać muzyki na czynniki pierwsze czy gmerać w poszukiwaniu drugiego dna, żeby załapać, o co chłopakom chodzi. "Global Resistance Rising" to kopiący w dupę szybki death metal, którego nie powstydziliby się weterani z Malevolent Creation w latach 2000-2004. No, może Szwajcarzy grają trochę brutalniej i nie przywiązują szczególnej wagi do popisów solowych, niemniej jednak muzyka wywołuje bardzo podobne wrażenia. Liczy się konkretny wygar, co zresztą Szwajcarzy sprytnie podkreślili dwoma niespełna półtoraminutowymi strzałami. Pozytywny obraz "Global Resistance Rising" dopełnia odpowiednio ciężkie brzmienie i czytelna, choć nie krystalicznie czysta produkcja. Jeśli o mnie chodzi, takie płyty mogą się ukazywać codziennie.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.requiem-net.com

podobne płyty:

Udostępnij: