10 listopada 2018

Tiamat – Sumerian Cry [1990]

Tiamat - Sumerian Cry recenzja okładka review coverNiektórzy pewnie nie zdają sobie z tego sprawy, ale właśnie tak wyglądał prawdziwy szwedzki death metal zanim (czytać: rok później) gatunek sprowadzono do "grania jak Entombed". Tiamat, jako jedni z pionierów takiego grania, mogli mieć naprawdę duży wpływ na szereg nowych kapel, jednak drastycznymi zmianami stylu chyba tylko odstraszyli potencjalnych naśladowców i nie załapali się na kult. Przynajmniej na jakiś czas, bo obecnie łatwiej trafić na zespoły powołujące się na wpływy Szwedów niż to miało miejsce jeszcze dekadę czy dwie temu. Dlatego też z perspektywy czasu "Sumerian Cry" sprawia wrażenie krążka znacznie bardziej oryginalnego, znaczącego i nieskażonego ślepym naśladownictwem niż to było w momencie wydania. Choć i wówczas materiał prezentował się niczego sobie. Wprawdzie krążek nie powala brutalnością jak pierwsze nagrania Carnage czy wspomnianego Entombed, ale w żadnym wypadku nie można o nim napisać, że to muzyka dla lalusiów. "Sumerian Cry" to głównie żwawe tempa, proste (niekiedy wręcz pierwotne!) rytmy, nieźle pomyślane agresywne riffy i gardłowy wokal, tyle że priorytetem dla Tiamat wydaje się być górujący nad wszystkim iwoliczny klimat potęgowany przez zajebiście ciężkie (i zaskakująco przejrzyste) brzmienie Sunlight. Naturalnie tę specyficzną atmosferę najlepiej słychać, gdy zespół zwalnia i dorzuca do gitar odrobinę melodii (jak w 'Where The Serpents Ever Dwell'), ale i te szybsze partie nie pozostawiają złudzeń, że chłopakom tylko piekielne opary w głowach, zresztą jak przystało na ekipę stylizowaną na Celtic Frost. A propos oparów, choć niekoniecznie z diabelskiego kotła... niezależnie od tempa "Sumerian Cry" leci sobie sprawnie w death metalowej manierze (z małymi urozmaiceniami w postaci akustyków), aż tu nagle w połowie 'Evilized' znienacka wchodzi ni to jazzowa, ni to bluesowa wstawka z ksylofonem (to ten instrument podobny do ławki w parku) na pierwszym planie. Progresja, awangarda, dziwactwo – nazwijcie to według własnego uznania. Dla mnie to poziom pojebaństwa godny płyt Xysma. Dobrze, że po tym jednominutowym wybryku zespół wraca do normalnego nawalania i nie odpuszcza go do ostatnich dźwięków 'The Sign Of The Pentagram'. Inna sprawa, że tak czysty death metal Tiamat porzucił ledwie chwilę później. Choć może to i dobrze, bo inaczej nie powstałby "The Astral Sleep"...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/tiamat
Udostępnij:

4 listopada 2018

Behemoth – I Loved You At Your Darkest [2018]

Behemoth - I Loved You At Your Darkest recenzja okładka review coverCztery lata temu Behemoth odfajkował płytę numer dziesięć, następnie odtrąbił (zasłużony) komercyjny sukces, a dzięki temu... mógł wrzucić na luz. To słychać na "I Loved You At Your Darkest", który jest najbardziej stonowanym krążkiem w historii zespołu. Wprawdzie Nergal próbuje nadrobić ubytki w ekstremalności muzyki jakąś wyjątkowo bluźnierczą otoczką, ale powiedzmy sobie szczerze – więcej w tym elementów humorystycznych (choćby stylizacja zdjęć – kulturoznawcy będą mieli radochę) aniżeli szokujących – przynajmniej trzeźwo myślącego człowieka. Do oprawy jeszcze wrócę, a na razie pochylę się nad zawartością stricte muzyczną. Pod tym względem płyta prezentuje się naprawdę nieźle, jednak na pewno nie robi tak dużego wrażenia jak "The Satanist", choć kontynuuje większość zapoczątkowanych wówczas wątków. Oznacza to jeszcze mocniejszą synergię oszczędnego w techniczne ozdobniki blackowego nawalania z klimatami sakralnymi w estetyce wschodniego obrządku. Oprócz tego, także w ramach lajtowizny, mamy tu więcej wpływów klasycznego rocka – czy to w spokojnych riffach czy solówkach zagranych z charakterystycznym feelingiem. Wszystko to zebrane do kupy sprawia, że "I Loved You At Your Darkest" jest materiałem łatwym i dość przyjemnym w odbiorze, mimo iż niekiedy nieco się rozjeżdża w skrajnych elementach. Stąd też obok bardzo udanych 'God = Dog', 'Rom 5:8' czy 'Bartzabel' (ten bym nawet wskazał jako najlepszy w zestawie) trafia się 'Sabbath Mater', w którym mamy kumulację nietrafionych pomysłów z tragicznymi chóralnymi zaśpiewami w refrenie na czele. Na szczęście dla Behemoth większa część albumu to utwory bardzo rzetelnie skomponowane – może i bez wodotrysków i wielu szczególnie zapadających w pamięć fragmentów, ale w sam raz na kilka(naście) uważniejszych przesłuchań. Trochę to mało? Ano tak, bo odnoszę wrażenie, że nowe kawałki tak "na sucho" nie są w stanie w pełni przekazać wszystkiego, co Nergalowi chodziło po głowie, że zaplanowano je na coś więcej. I tu wracam do oprawy – w muzyce pojawiają się miejsca, które bez obrazu wydają się niekompletne, które aż proszą się o uzupełnienie odpowiednio sugestywną wizualizacją. Przeciętny zjadacz chleba, znający zespół głównie z jutjuba, pewnie nie zwróci na to uwagi, bo wszystko ma podane na tacy, ale dla bardziej wymagających odbiorców, którzy lubią pobyć z płytą sam na sam, może to być pewien problem. Behemoth na własne życzenie stał się tworem wielowymiarowym; oddziałuje różnymi kanałami na różne zmysły i to jest nawet w porządku, tylko czy przypadkiem muzyka nie zaczyna na tym tracić? "I Loved You At Your Darkest" zdradza takie symptomy...


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.behemoth.pl

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij: