Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2018

Vomit The Soul – Apostles Of Inexpression [2009]

Vomit The Soul - Apostles Of Inexpression recenzja okładka review coverWkład Vomit The Soul w brutalny death metal skończył się na wydanym cztery lata po debiucie "Apostles Of Inexpression". Celowo nie piszę, że wkład w rozwój death metalu, bo chociaż krążek stanowi dość wyraźny krok naprzód w stosunku do "Portraits Of Inhuman Abominations", to w skali gatunku nie przynosi z sobą niczego naprawdę nowego. Ktoś się czuje tym zaskoczony? Rozczarowany? No bez jaj... Inspiracje Włochów pozostały bez zmian, styl w zasadzie też, podciągnięto natomiast poziom wykonawczy i władowano więcej pieniędzy w produkcję materiału. To słychać, bo "Apostles Of Inexpression" jest albumem bardziej technicznym, złożonym i urozmaiconym w strukturach, a w rezultacie – muzycznie intensywniejszym od poprzednika. Nie bez znaczenia efektu jebnięcia jest również masywność brzmienia, dzięki której album mocniej wgniata słuchacza w podłoże. Co ciekawe, Vomit The Soul udało się uniknąć totalnego zamulenia dźwięku w niskich rejestrach — tak przecież charakterystycznego dla wielu amerykańskich załóg — więc całość może pochwalić się zupełnie niezłą selektywnością, na której zyskał zwłaszcza bas – niemal cały czas obecny na powierzchni. Dążenie do perfekcji wykonawczej i coraz większej brutalności odbiło się trochę na chwytliwości krążka, który pod tym względem ustępuje "Portraits Of Inhuman Abominations". Nie ma jednak z czego robić dramatu, bo twórczość Vomit The Soul to nie muzyka z listy przebojów eski i takie drobne zmiany nie wpływają na jej odbiór – a ten jest ponownie pozytywny. "Apostles Of Inexpression" to dobry łomot wart swej ceny, choć zdecydowanie nie dla wielbicieli innowacji.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Vomit-The-Soul/203301583050187

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

12 lipca 2016

Obituary – Live Xecution – Party.San 2008 [2009]

Obituary - Live Xecution - Party.San 2008 recenzja okładka review coverDrugie dvd Obituary było niezłą okazją do uzupełnienia ewentualnych braków "Frozen Alive", a tym samym do totalnego nasycenia fanów ekipy z Florydy. Niestety, wyszło to znacznie poniżej oczekiwań, żeby nie powiedzieć – słabo. Już sam wybór na główne danie koncertu z Party San (z 2008) jest, jak dla mnie, średnio trafiony, bo gwiazda Tego formatu, z Takim dorobkiem, ograniczona festiwalowymi wymogami nie jest w stanie zaprezentować wszystkich swoich atutów. Oznacza to przede wszystkim ostre cięcia w setliście – trzy środkowe krążki nie mają tu nawet najmniejszej reprezentacji, zaś podstawa występu to materiał post-reunionowy, w tym epka "Left To Die". Braki w klasykach wpływają na mniejszą radochę z oglądania, a to z kolei na brak ciśnienia do ponownego odpalenia dvd Oczywiście, to co zagrali, zagrali po mistrzowsku, prezentacja sceniczna też nie odbiega od normy, ale to wszystko mało. Nie powala również realizacja – broni się jedynie dźwięki, bo do jakości obrazu i montażu można mieć już zastrzeżenia. W dodatkach mamy pozbawiony narracji 30-minutowy filmik zlepiony z ujęć z bekstejdżu, kanciapy Obitków (miło chwilę ich popodglądać, ale akcji brak, toteż szybko się to nudzi), jak również... nic więcej! Żadnych teledysków, wywiadów, bonusowych koncertów – po prostu nic, bida aż piszczy. "Live Xecution" to wypasiony bootleg, ale jako oficjalne dvd wypada blado.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 listopada 2014

Carcariass – E-xtinction [2009]

Carcariass - E-xtinction recenzja okładka review coverZdaje się, że Carcariass pojawiło się pewnie cały jeden raz na łamach naszego bloga, a i to w kontekście jakiejś innej kapeli. Chyba więc najwyższa pora coś z tym zrobić, bo — jakby nie było — francuska grupa swoje lata ma i nawet dorobiła się własnego, całkiem oryginalnego stylu. Sęk w tym, że jest to dość wyjątkowy styl, kontrowersyjny to możne za mocne słowo, ale na pewno nie każdemu podchodzący. Cały myk polega bowiem na tym, że Francuzi grają dość mocno popową odmianę metalu: bardzo przystępną, melodyjną aż do szpiku kości, na poły instrumentalną (żeby nie denerwować babci w sąsiednim pokoju zbyt dużą ilością warczeń i pokrzykiwań), ale jednocześnie wirtuozerską i nieskazitelną pod względem produkcji. Głównym problemem trapiącym zespół jest fakt, że czym młodsze wydawnictwo tym procentowy udział pop-metalowych elementów rośnie zabierając oczywiście z bardziej męskiego grania, jakie zdarzało się kapeli na początku. Zasadniczo jednak podobnie grali przy okazji pierwszego longpleja zatytułowanego "Hell on Earth" i podobnie grają na ostatnim dotychczas wydawnictwie – "E-xtinction". W ciągu dwunastu lat, które dzielą debiut od wspomnianego albumu, w stylu muzyków nie zmieniło się wiele, co z jednej strony sprawia, że wszystkie wydawnictwa brzmią bardzo podobnie i czasami trudno wskazać które są z kiedy, ale z drugiej strony pozwoliło muzykom wyhodować sobie dość wierną rzeszę fanów, którym taki rodzaj uprawiania metalu najwidoczniej pasuje. I o ile w przypadku tych ostatnich taka strategia zdaje się sprawdzać, o tyle dla przeciętnego (ale także dla takiego bardziej wyrobionego) pochłaniacza metalowych wyziewów muzyka Carcariass musi budzić i budzi pewien niedosyt, ujmując rzecz delikatnie. Mniej delikatnie będzie napisać nudzić i irytować, ale pozostańmy przy poprawnej politycznie nowomowie. Wiem to po sobie, bo zabieranie się do któregokolwiek z krążków poprzedza zwykle okres pompowania w siebie znacznych ilości bardziej wymagającego grania, więc Carcariass można potraktować jako przerywnik dający nieco ochłonąć przed kolejną turą mniej przyjemnej i wygładzonej muzyki. Zwykle też, po kilku dniach dość intensywnego słuchania, kapela zaczyna mierzwić i nieopłakiwana wraca na swoje miejsce na półce. Może więc taka jest rola zespołu i za to powinien być doceniony. Może. Znakiem rozpoznawczym Francuzów są brzmiące jak solówki, lecz ciągnące się całymi utworami riffy, które w połowie kapel mogłyby robić za oklaskiwane popisy gitarzysty wiodącego. Na początku przygody z zespołem potrafią zrobić naprawdę piorunujące wrażenie, tym większe, im bardziej człek zapatrzony w gitary, z czasem jednak zaczynają wychodzić na jaw powtarzane w kółko schematy i czar nieco pryska. Zgoda, fajerwerki są niezłe, zwłaszcza przy realizacji tak bezbłędnej jaką serwują muzycy, ale kwestią czasu jest pojawiające się znużenie, a w przypadku dłuższych posiedzeń nad całym dorobkiem – wrażenie déja` vu. Sam album "E-xtinction" to w sumie dwanaście kawałków, z czego cztery to czysto instrumentalne wersje wokalnych kawałów (według oficjalnej wersji), albo na odwrót. Jakby nie było, wokal zdaje się być dodatkiem, bo utwory jego pozbawione czasami brzmią nawet lepiej, zupełnie jakby skrojono je właśnie w takim kształcie i wokal dodano później. Trochę zabrakło, a może nie tyle zabrakło, co się zwyczajnie osłuchały, ewidentnych mega-solówek, które dość gęsto zaludniały poprzedni album. Wciąż jednak, przy odpowiednim nastroju, można dać się porwać muzyce i zapomnieć się w niej. Taka już magia zespołu, nawet po tylu latach. Ocena jest więc wypadkową z dni, kiedy "E-xtinction" wchodzi bez popity i kiedy dałby się człowiek pokroić za zestaw audio z najwyższej półki oraz tych, kiedy lukier wylewa się uszami i jedyne co słychać, to pitolenie dla bab. A są to dość mocno różniące się oceny.


ocena: 7/10
deaf
oficjalna strona: www.carcariass.com
Udostępnij:

20 lipca 2014

Hysteria – When Believers Preach Their Own Hangman’s Dogma [2009]

Hysteria - When Believers Preach Their Own Hangman’s Dogma recenzja okładka review coverPrzykład takiego zespołu jak Hysteria boleśnie pokazuje, w jak głębokiej dupie są muzykujący podziemniacy w naszym kraju. Kapela właściwie znikąd, słabo znana, bez kontraktu z poważną wytwórnią i bez przyzwoitej dystrybucji, a na potrzeby swojego drugiego krążka potrafiła zadbać o taką produkcję, o jakiej większość naszej czołówki może najwyżej pomarzyć oraz oprawić krążek w bardzo estetyczne grafiki Setha. Dochodzi do tego poziom samej muzyki, który niejedną profesjonalnie działającą kapelę (już niekoniecznie z Polski) powinien zawstydzić. Z której strony by nie spojrzeć, to Francuzi napieprzają death metal w całości mieszczący się w ramach gatunku, który nie zawiera absolutnie niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli setki razy, a jednak łatwo ich odróżnić od tysięcy innych grajków-brutalistów, bo wzorce mają mniej 'na czasie', a i uczucia jakby w tej sieczce więcej. Muzyka na "When Believers Preach Their Own Hangman’s Dogma" stanowi cholernie udaną wypadkową Morbid Angel (z okresu "Gateways To Annihilation") oraz Kataklysm (choćby z takiego "Epic") z okazjonalnymi wpływami Gojira (gitary w najwolniejszych fragmentach) i Suffocation (perkusja w tych najszybszych) – ciężką, motoryczną (bardzo urozmaicone partie perkusji, zajebiste rozbudowane przejścia), wpadającą w ucho i z bardzo dobrym growlem. Względem starszego o trzy lata debiutu, oprócz brzmienia, Francuzi poprawili przede wszystkim aranżacje, uczynili swe kawałki bardziej zwartymi, bezpośrednimi i przejrzystymi. Kolesie prezentują technikę na bardzo dobrym, wyraźnie wyższym niż na "Haunted By Words Of Gods" poziomie, ale nie pchają się z nią na pierwszy plan, pilnując raczej składności i fajności swoich utworów. To dlatego na płycie nie brakuje zapamiętywalnych riffów (w liczbie szokującej jak na współczesny zespół death metalowy), ciekawie równoważonych temp (oczywiście z przewagą tych szybkich) i akcentów zapewniających charakterystyczność poszczególnym kawałkom (tu znowu wybija się perkman). "When Believers Preach Their Own Hangman’s Dogma" słucham od paru lat ciągle z taką samą radochą jak na początku i zawsze chętnie do niej wracam, bo niewiele takiej muzyki dociera z nowych płyt, a tu wszystko jest zrobione rzetelnie, w odpowiednich proporcjach, równo, logicznie z siebie wynika i chodzi jak w chińskiej fabryce szwajcarskich zegarków. Co więcej — a to ostatnio nie takie oczywiste — potrafiłem nawet wyłuskać kilka ulubionych numerów, toteż teraz polecam wam szczególnie 'Sufferings Make Me Almighty', 'Your Kingdom Will Be Mine' i 'The Unholy Creation'. Jeśli tylko Francuzi nauczą się pisać same przeboje (na krążku siedem na dziewięć kawałków wchodzi bez popity i nie można im absolutnie niczego zarzucić) oraz zbrutalizują popisy solowe (póki co niektóre są zbyt ładne – technika wygrywa z chęcią dojebania), to zupełnie uzasadnienie będą mogli się pchać na salony. Na razie są 'tylko' bardzo dobrymi reprezentantami Europy z naprawdę niezłymi widokami na przyszłość.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.hysteria-deathmetal.fr

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

11 maja 2014

Slayer – World Painted Blood [2009]

Slayer - World Painted Blood recenzja okładka review coverMinęło już prawie pięć lat od premiery "World Painted Blood", a ja bez zerkania na tracklistę ciągle potrafię wymienić tylko numer tytułowy – i nie chodzi o to, że jest super wypasiony, co po prostu... tytułowy. Na "World Painted Blood" — mimo przynajmniej kilkudziesięciu (o czym za chwilę) przesłuchań — nie znalazłem ani jednego kawałka, który nawet od biedy mógłbym nazwać hiciorem, i o który mógłbym się wydzierać na koncercie Slayera. Mnie ten album po prostu zupełnie nie ruszył. "World Painted Blood" oczywiście jest stuprocentowo slejerkowy, co się rzuca w uszy od samego początku, muzycznie stoi na (przeważnie) dość dobrym poziomie, wykonawstwo to światowa ekstraklasa, ale jakby to powiedzieć... jest nudny, raczej bezbarwny, momentami irytujący i co najgorsze – w ogóle nie chce się go słuchać. Slayer dorobił się kilku płyt studyjnych – jednych lepszych, innych słabszych, jeszcze innych wybitnych, ale nie przypominam sobie sytuacji, w której zmuszałem się do sięgnięcia po dany krążek. I wcale nie jest mi wstyd z tego powodu! To także pierwszy album Zabójców, przy odsłuchu którego usłyszałem z ust zagorzałego fana zespołu "włącz coś innego". O czymś to świadczy. Zresztą, rezygnując odpowiednio wcześnie, nie narażamy się na kontakt z wyjątkowo przeciętnymi 'Beauty Through Order', 'Human Strain' czy 'Playing With Dolls'. Pozostałe kawałki, w sensie ogólnym, dają radę i nawet mogą się momentami podobać, ale po wybrzmieniu ostatniego nic specjalnego z nich w głowie nie zostaje, nie potrafią zaciekawić, nie zmuszają do powtórzeń. Ot przyzwoite rzemiosło w wykonaniu czterech bardzo znanych kolesi, którzy swoje najlepsze lata mają dawno za sobą. Ponadto Slayer niezbyt dobrze wyszedł na zmianie brzmienia. Pamiętam, że jeszcze przed premierą "Death Magnetic" Kerry King z pełnym przekonaniem głosił w wywiadach, że nawet Rick Rubin nie jest w stanie uratować Metallicy od ostatecznego upadku. Los tymczasem spłatał mu figla i już niedługo później jego zespół zabrzmiał niemal identycznie. Niestety, o ile taki suchy, szorstki dźwięk bardzo się Metallice przysłużył, tak Slayer bez mięsa w gitarach stracił sporo mocy, a zarazem szansę na podratowanie średniawego materiału. "World Painted Blood" daję nędzne 6 i pół punktu, boję się jednak, że to ocena zawyżona.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.slayer.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 marca 2014

Cinis – The Last Days Of Ouroboros [2009]

Cinis - The Last Days Of Ouroboros recenzja okładka review coverZ tego co zauważyłem, zespół Cinis spotkał się z większym zainteresowaniem i uznaniem u zagranicznych maniaków — będąc dla nich kolejnym już potwierdzeniem dominacji polskiego death metalu na mapie Europy — niż u rodzimych. O szczytach krajowej hierarchii na razie nie ma co mówić, ale debiutancki album białostoczan jest więcej niż udanym ochłapem brutalnego wyziewu. Ja sam, przyznaję szczerze, nie spodziewałem się aż takiej jazdy po muzykach terminujących na co dzień w raczej niespecjalnie brutalnych (do tego blackowych) kapelach, stąd też ogólny poziom "The Last Days Of Ouroboros" bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. I tylko poziom, bo zaprezentowany styl nie należy do wyjątkowo oryginalnych, a chodzi oczywiście o zagrany na polską modłę klasyczny amerykański death metal – brzmiący tutaj, jakby Trauma wzięła się za kawałki Malevolent Creation z "Eternal" lub "The Fine Art Of Murder". Z innych długodystansowców, którzy pewnie mieli wpływ na twórców Cinis, wymieniłbym jeszcze Cannibal Corpse (ludzie, przecież początek 'Great Wall Of Ages' mógłby się znaleźć na "Bloodthirst"!) oraz starszy Deicide – tyle w zupełności wystarczy, by zorientować się, w jakim kierunku zmierza białostocka ekipa. Mnie takie podejście przekonuje – muzyka kopie, jest dynamiczna, nienaganna techniczne (choć same aranżacje nie należą do nadmiernie skomplikowanych) i brzmi klawo. Fajności i niezłego potencjału również nie można Cinis odmówić, więc zespół jawi się jako perspektywiczny. Na przyszłość muszą tylko przemyśleć dwie sprawy. Pierwszą jest nieco większe urozmaicenie utworów. Albo po prostu więcej takich zajebistych jak 'Cancer As A Model Work Of Art' – toż to hicior jakich mało! Druga kwestia dotyczy długości materiału – 25 minut to niewiele nawet jak na brutalny death metal, więc niedosyt pozostaje spory. Nie wiem, jaki jest stopień nieświętości Cinis, ale choćby przyzwoitości powinni mieć na tyle, żeby hałasu narobić przez prawdziwe pół godziny.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/cinisband
Udostępnij:

26 września 2013

Vengeful – The Omnipresent Curse [2009]

Vengeful - The Omnipresent Curse recenzja okładka review coverVengeful to jeszcze średnio znany przedstawiciel drugiej ligi kanadyjskiego death metalu, który na awans do ekstraklasy swego kraju szanse ma raczej marne, ale prezentuje się na tyle dobrze, że warto się tym zespołem choćby na chwilę zainteresować, przymykając naturalnie oko na koszmarną — a konsekwentnie utrzymywaną — oprawę graficzną ich wydawnictw. Na "The Omnipresent Curse" Kanadyjczycy się nie pierdolą w mroczne zawodzenie i od pierwszych sekund rozkręcają swą machinę w sposób bardzo obiecujący, żeby już pod koniec 'Forsaken' napierać dość intensywnie. Ważenie skomasowanego, chaotycznego ataku potęguje mocno zagęszczone, zwłaszcza w niskich rejestrach, brzmienie. Właśnie przez te doły przy pierwszym kontakcie z materiałem wyłania się z niego tylko jednorodna, zamulająca ściana brutalnego hałasu i dlatego trzeba nieco więcej czasu (co za zawodowy rym!), żeby odkryć prawdziwe, a przynajmniej wyrastające ponad napierdol, zalety tego krążka. Z techniką, jak to Kanadyjczycy, muzycy Vengeful (a przynajmniej ludzie, którzy ten materiał nagrywali – wkładka nie do końca wyjaśnia, kto za co odpowiada) problemów nie mają, jednak nie znajdziecie na płycie żadnych wymyślnych popisówek – oni postawili na zwartą, prawie monolityczną całość, w której — odnoszę wrażenie — chodzi bardziej o przytłoczenie słuchacza niż zaimponowanie mu sprawnością paluchów. Potwierdzeniem tych przypuszczeń może być konstrukcja, układ albumu. Kolejne kawałki nie są przesadnie rozwlekłe, jest ich niewiele i przelatują dość szybko, podejrzanie szybko, bo materiał trwa 50 minut, więc coś tu musi być nie tak... Wszystko wyjaśnia się przy okazji 'Transcending' – 21-minutowego kolosa, w którym dzieje się naprawdę dużo, a klimat i zagęszczenie struktur sięgają zenitu do tego stopnia, że numeru nie powstydziłby się Gorguts – i jest to o tyle pewne, że gościnnie w kilku miejscach wydziera się tu sam Luc Lemay. Nie ukrywam, że to właśnie obecność tego jegomościa była dla mnie najmocniejszym argumentem przy wyborze tej płyty, ale na szczęście na genialnym muzyku Gorguts plusy "The Omnipresent Curse" się nie kończą i dlatego pieniędzy wydanych na płytkę nie uważam za zmarnowane. Niby średniak, a sprawnie robi swoje.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vengeful1
Udostępnij:

14 września 2013

Hellwitch – Omnipotent Convocation [2009]

Hellwitch - Omnipotent Convocation recenzja okładka review coverCzy powrót Hellwitch był czymś spektakularnym? Nie bardzo, przynajmniej w mediach to wydarzenie przeszło w zasadzie bez echa i należytej podniety. W pewnym sensie nie powinno to nawet dziwić – raz, że nie było żadnych poważnych przesłanek, że Amerykanie znowu na dłużej zbiorą się do kupy, a dwa że raczej nie mogli liczyć na tłumy wypatrujących ich fanów. Muzycy Hellwitch sprawili jednak wszystkim — naturalnie tym jako tako świadomym ich istnienia — dużą niespodziankę i leeedwie 19 lat po znakomitym debiucie za pośrednictwem Xtreem Music przedstawili światu — również znakomity, mimo iż nie tak nowatorski — "Omnipotent Convocation". Ja wiem, że prawie dwie dekady to żaden rekord Guinnessa, ale jak na metalowe warunki to i tak spora przerwa. Najciekawsze, czy raczej zdumiewające, jest to, że upływające hurtem lata wcale nie zmieniły tego zespołu. W ich przypadku z duchem czasu poszło jedynie brzmienie – siłą rzeczy stało się nowocześniejsze (choć bez przesady – na pewno nie sterylne), cięższe i dzięki niemu muzyka zabrzmiała trochę brutalniej. Podejście do struktur, balans kompozycji, techniczne popieprzeństwa, intensywność, feeling, wokale – wszystko udanie kontynuuje idee zawarte wieki temu na "Syzygial Miscreancy". O postawie kapeli i wierności metalowej tradycji najlepiej świadczy fajny cover 'Infernal Death' z tekstem zmienionym na jeszcze bardziej infantylny. Numer Death to tylko miły dodatek — który przy okazji nie rozwala spójności albumu — bo najważniejsze jest to, że Amerykanie pokazali prawdziwą klasę w autorskich utworach, ponownie łącząc w różnych proporcjach pierwiastki death i thrash w sposób tyleż wspaniały co niepodrabialny. Bez błazeństw, bez rozmieniania się na drobne – Hellwitch pruje przez prawie 40 minut (miła to odmiana po arcy krótkim debiucie) z werwą debiutantów i rozmachem naprutego (winem, błehehe!) oddziału marines. "Omnipotent Convocation" to doskonały przykład na to, jak powinno się wracać z muzycznych zaświatów, nie wystawiając przy tym zespołu na pośmiewisko. Takiej niebanalnej muzyki można słuchać bez oznak znudzenia – ma porządnego kopa, ciągle coś się w niej zmienia i choć niektóre fragmenty błyskawiczne wbijają się w pamięć, to dogłębne poznanie całości zajmuje więcej niż kilka szybkich przesłuchań. Innymi słowy to płyta z wyjątkowo długim okresem przydatności do użycia. Byle tylko muzycy tego nie nadużyli – nie mam zamiaru czekać 20 lat na krążek numer trzy!


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.hellwitch.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 sierpnia 2013

Susperia – Attitude [2009]

Susperia - Attitude recenzja okładka review coverJak się okazuje, Norwedzy potrafią grać nie tylko ubliżający Bogu/bogom/światu black metal. Potrafią także thrashować. I taki właśnie thrashujący, czy może raczej groove’ujący, band jest bohaterem dzisiejszej recenzji, band o wdzięcznej nazwie Susperia. Nie byliby jednak Norwedzy sobą, gdyby jakichś blackowych elementów do muzyki nie poupychali. Tyle tylko, że w przypadku dzisiejszych bohaterów brzmi to całkiem ładnie i elegancko trzyma się kupy – ujmując temat krótko: żaden dupawy black/thrash dla/przez nieuków i muzycznych(e) miernot(y). "Attitude" to niespełna 40 minut dość melodyjnego i gęstego grania, które bliższe jest średniemu Nevermore, bądź Charred Walls Of The Damned niż jakiejkolwiek blackowej ekipie i gdzie blackowe elementy ograniczają się zasadniczo do wspomnianej gęstości, szczególnie w przypadku garów, wybrzmiewającego tu i ówdzie gitarowego riffu i gościnnego występu Shagratha z Dimmu Borgir. Ale to właśnie one nadają muzyce Norwegów przyjemnie brzmiącego ciężaru i niepowtarzalnego klimatu. Jeżeli dodamy do tego dobre kompozycje, niezłe umiejętności poszczególnych muzyków i soczyste brzmienie, wyjdzie z tego płytka godna pochwały. Album od samego początku trzyma całkiem wysoki, równy poziom z dosłownie kilkoma tylko zjazdami, które nie psują jednak odbioru całości. Do tych pierwszych zaliczyłby przede wszystkim otwierający album "The Urge", "Elegy and Suffering", ciekawie wypadającego Shagratha w "Sick Bastard" oraz — mój ulubiony — "The One After All", którego siła przyprawia mnie o ciary na plecach. Grupę spadkową reprezentuje w sumie tylko jeden utwór – dość niemrawy i zagrany bez polotu "Mr. Stranger", choć i on pod koniec się rozkręca. Na krótko, ale rozkręca. Patrząc na całokształt należy stwierdzić, że Norwedzy odwalili kawał dobrej roboty, postarali się o muzykę nietuzinkową, ciekawie zaaranżowaną i przemyślaną od początku do końca. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć muzykom równie dobrych pomysłów w przyszłości.


ocena: 8/10
deaf
oficjalna strona: http://www.susperia.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 maja 2013

Heathen – The Evolution Of Chaos [2009]

Heathen - The Evolution Of Chaos recenzja okładka review coverPrzygodę z trzecim z wielkiej trójcy amerykańskiego speed/thrash – Heathen śmiało można zacząć od końca. Zresztą prawda jest taka, że za który krążek byście się nie wzięli, za każdym razem otrzymacie uderzeniową dawkę tego, co w gatunku najlepsze: karkołomnych prędkości, pierwotnej energii, nieprzeciętnej techniki i bezdennych pokładów melodyjności. No cóż, nie każdemu to się podoba – nie każdemu musi. Zawsze można słuchać Pussycat Dolls, Majki Jeżowskiej albo Sunn O))). Tym, którym wspomniane wyżej elementy pasują jak Gołocie pizda pod okiem – zapraszam do recenzji. Pewną ciekawostką jest fakt, iż ostatni, a opisywany dziś album, dzieli od poprzedniego 18 lat, co oznacza ni mniej, ni więcej jak come-back. Niektórym się udaje, co należy jednak traktować jako wyjątek. Już się na ten temat wypowiedziałem wielokrotnie, zainteresowanych odsyłam do literatury [Wolf Spider – Feniks], nie ma więc potrzeby powtarzać się. Trochę za to poględzę o muzyce. Nie ukrywam, że "The Evolutnion of Chaos" zaskoczył mnie swoją klasycznością. Po tylu latach można się było spodziewać niepotrzebnych eksperymentów, ogólnego złagodnienia albo kretyńskiej buńczuczności, zdziadzenia się muzyków i kilku innych, jakże niestety powszechnych, symptomów upływającego czasu. A tu, alleluja!, wszystko po staremu, wszystko na swoim miejscu – tak, jak być powinno. Gitary, wokale, motoryka, przebojowość rodem z "Lata z radiem" i ta niesamowita energia. Czasami wręcz odnoszę wrażenie, że dziadki trzymają się lepiej, niż na początku lat 90-tych. Posłuchajcie White’a – ten gość wygrałby zawody na pojemność płuc z płetwalem błękitnym – całkiem przyzwoicie jak na 50-latka. Spodobało mi się jeszcze kilka bardzo ładnych zaśpiewów pod Bruce’a Dickinsona, którego wokal wchodzi mi całkiem gładko. I ta chrypka. Moc pozostała także w gitarach, mimo rotacji na jednym ze stanowisk, więc riffy są jak zwykle rytmiczne, szybkie, ciekawie skonstruowane, a przy tym czytelne i łatwo przyswajalne. Heathen pozostał wierny swojej lekkostrawności. To sztuka, bo połączyć kompleksowość i przejrzystość nie jest prosto, o czym przekonało się wielu kończąc albo jako prostacy albo niezrozumiani i nieprzyswajalni kombinatorzy. Służę przykładami, jakby co. Highlighty: "Dying Season", "Undone" oraz "No Stone Unturned" (mój faworyt). Ciekawie brzmi sitarowe "Intro", gitary w "Fade Away" potrafią zahipnotyzować, za to "A Hero's Welcome" to potężnie przejebany, amerykańsko-patrityczno-patetyczny potworek, który za swój tekst powinien zostać wybrany jak hymn US Army. Kupa śmiechu, ale to wyjątek. Reszta krążka trzyma równy, wysoki poziom. Jeśli tak miałyby wyglądać kam-baki, gotowy jestem wydrukować i zjeść wszelkie teksty piętnujące owo zjawisko. Coś mi się jednak zdaje, że celulozowym bobrem za szybko nie zostanę. W oczekiwaniu zapodam sobie "The Evolution of Chaos".


ocena: 8,5/10
deaf
oficjalna strona: www.myspace.com/heathenmetal

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 lutego 2013

Vektor – Black Future [2009]

Vektor - Black Future recenzja okładka review coverW ubiegłym tygodniu zaproponowałem Wam bodaj pierwszy tech-thrashowy album w dziejach ludzkości. Mam nadzieję, że jeśli nie mieliście okazji przesłuchać go wcześniej, uczyniliście to teraz. Warto bowiem wiedzieć co było pierwsze: jajko czy kura. Kura. Pozostając w klimatach thrashu dla dorosłych, dziś płytka znacznie młodsza, bo z 2009 roku – debiut amerykańskiej formacji Vektor. Pewną wesołość budzi fakt, że w czasie, kiedy przywołany w pierwszym wersie "Energetic Disassembly" brylował na salonach, część ekipy z Filadelfii miała jeszcze mleko pod nosem, a innych w ogóle nie było na tym świecie. Nie zmienia to jednak faktu, że debiutancki "Black Future" jest jednym z lepszych debiutów ostatniej pięciolatki. To właśnie o nich pisałem przy okazji pierwszego longpleja Hexen i to właśnie w nich upatruję nadzieję na przyszłość thrashu. Dojrzałość krążka budzi moje najwyższe uznanie, co w połączeniu z przemyślanym podejściem do gatunku oraz sensowną realizacją (wszak to debiut!) każe spojrzeć na płytę w kategoriach debiutu roku. Nie zapomniano o niczym, przez co zaczynam się zastanawiać czemu oni mogą, zaś większość pojebuje sprawy znacznie poważniejsze niż własny image bądź strona graficzna wydawnictwa. Z drugiej strony, jeśli większości odpowiada przeciętność, to niech im będzie, będę im to wytykał aż do śmierci, mojej bądź ich. Ale do rzeczy, zacznę od małej uwagi – narzucające się, tak za sprawą logo, jak i, wspomnianego już, kosmicznego image'u, podobieństwo do Voivod, na szczęście jest dość powierzchowne i pewnie dlatego Vektor da się słuchać a Voivod niekoniecznie. Filadelfijczycy postawili na szybki i agresywny prog/tech thrash z wokalami, którym jednak bliżej do blacku niż thrashu. Zresztą chylę czoła przed wokalistą, który spisuje się lepiej niż wielu nominalnie blackowych krzykaczy – tak wysokich wrzasków i pisków szukać ze świecą, a na dodatek umie chłopak utrzymać się w tych rejestrach przez dłuższy czas bez zafałszowania. W niższych partiach też się nie gubi, ale to właśnie góry robią największe wrażenie – coś wspaniałego. Zresztą góry są w ogóle dość mocno zaludnione – a to za sprawą gitar. Sporo niecodziennych przejść, struktury i melodie przywodzące na myśl światy z powieści Lema, dobrych kilka solówek, tak neoklasycznych jak i progowych, a także trochę mechaniczne, drapieżne riffy, które sprawiają, że ma się ochotę pociąć w Motral Kombat. Tak, tak – gitarki pracują żwawo i agresywnie i nie biorą wolnego przez bitą godzinę. Jak na prog/tech przystało, bas wyłuskano z sekcji i należycie podbito, dzięki czemu kolejna linia melodyczna nakurwia słuchacza z zapałem Żyda nakurwiającego Araba (i vice versa). Nie znaczy to oczywiście, że bas nie współgra z perkusją, bo gra, a kiedy zaczynają kooperować, wrażenie podróży przez "suchy przestwór [kosmicznego – przyp. autor] oceanu" jest ogromne. Perkman, czy to wspierany przez basistę czy nie, wybija rytmy dość pokręcone, by zawstydzić świński ogon, niejednokrotnie wychodzi także na pierwszy plan; doskonałym przykładem będzie tu "Hunger for Violence". We czterech udało się stworzyć chłopakom muzykę bardzo kompleksową i rozbudowaną, inspirując się wszystkim, co dobre, a nawet Voivod. Niemniej jednak przy takim pomyśle na siebie nie powinno to dziwić, tym bardziej, że podeszli do swoich idoli w sposób niesamowicie dojrzały i twórczy. Kończąc wypada mi wspomnieć, że krążek wręcz pachnie przestrzenią kosmiczną, science-fiction i cybernetyką z lat 80tych i 90tych. Cieszy mnie to, bo nie wiąże się to z tandetną elektroniką i sterylnością dźwięków – znacznie bliżej Vektorowi do Nocturnus niż The Kovenant. I chwała im za to! Obowiązkowa pozycja dla thrashowców wszelkiej maści i wyznania. Amen.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vektor

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 stycznia 2013

Pathology – Age Of Onset [2009]

Pathology - Age Of Onset recenzja okładka review coverKojarzycie może "Age Of Onset"? No właśnie. Tą płytą Pathology świata nie zawojowali, czemu zresztą nie ma się co dziwić, bo to bardzo typowe, archetypiczne wręcz amerykańskie brutalizmy. Napierducha jakich wiele, choć bez wątpienia podana profesjonalnie i bez wielkich uchybień – w końcu to nie jest ich pierwszy krążek. Powiedzmy sobie jasno – taki materiał ginie w morzu podobnych. Ale... Jest jednak coś, co potrafi przykuć do głośników wtajemniczonych miłośników krwawej sieczki – wokale, za które odpowiada Matti Way. Chłop swoim bulgotliwym jestestwem oczywiście nie wywindował kapeli na jakiś niemożliwie wysoki pułap (tym bardziej, że niekiedy zagłusza instrumenty), ale dzięki niemu "Age Of Onset" jest już w pewien sposób albumem charakterystycznym i miejscami wyrastającym ponad przeciętność, jakiej w tym gatunku nie brakuje. Muzyka, jaką zapchano te pół godziny, wbrew pozorom do najbrutalniejszych nie należy, a od wyczynów obecnych gwiazd podziemnego napierdalania (dajmy na to Brain Drill, abstrahując od ich poziomu) dzieli ją naprawdę sporo. Nawet dość stary "She Lay Gutted", do którego porównania są tu najbardziej na miejscu, jest od strony instrumentalnej albumem brutalniejszym i bardziej technicznym. Pathology nadrabiają trochę czytelnością struktur i okazjonalnymi melodycznymi zapędami, jakie słychać w najbardziej bodaj udanych 'Gestation Begins', 'Cyst Excise' i 'Zodiac Principles'. "Age Of Onset" to rzetelne i zajebiście wtórne granie z bardzo dobrym wokalem. Krążek bez szału, ale dający radę. Słucha się go nawet fajnie, choć wyżej wycenić nie sposób.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.pathologymusic.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

26 października 2012

Senseless Dementia – Aberrant [2009]

Senseless Dementia - Aberrant recenzja okładka review cover"Aberrant" trąci amatorką i brakiem konkretnych funduszy, ale nic nie szkodzi, bo gdy się dobrze wsłuchać (najlepiej z pomocą słuchawek), to Amerykanie mają do zaoferowania kawał zupełnie przyzwoitego gania. I to nawet szczątkowo oryginalnego, bowiem muzycy nie bawią się w rozgniewanych chłopców-hardcore’owców ani też nie tłuką typowego amerykańskiego ultra brutalnego death-grindu. Senseless Dementia obrali sobie za styl dość archaiczny europejski death metal skłaniający się ku szwedzkiej odnodze gatunku, z charakterystycznie rzężącymi gitarami. Zalatuje od nich klasykami w typie starego Necrophobic czy Dismember, więc nie jest źle. Do tego, dla większej pikanterii, dołożyli trochę wpływów blacku i thrash’u. Panowie tłuką bez fajerwerków, zabójczego tempa czy niesamowitej brutalności – ot, tak zwyczajnie, naturalnie i chyba na dużym luzie. Podobnie lajtowo się tego słucha; bez trudu można nimi nadążyć, a długość albumu (równe 30 minut, wliczając intro, outro i krótkie interludium) wyklucza zaśnięcie w połowie. Na uwagę w tej muzyce zasługują przede wszystkim dobre acz trochę niewyraźne (stąd początkowa gadka o słuchawkach) partie gitar z dużą ilością fajnie piłujących melodyjnych riffów – takie proste, oklepane patenty, a ciągle potrafią ucieszyć. Mimo produkcyjnych niedostatków — a może i również dzięki nim — kawałki (a zwłaszcza 'Pathogenic Ascendancy', 'Flesh Alignment' i 'Aberrant') posiadają dość wewnętrznego uroku i szybko wpadają w ucho, a cały materiał przelatuje jak z bicza strzelił. Tyle mi wystarcza i więcej od "Aberrant" wymagać nie zamierzam. Jest git!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/senselessdementia
Udostępnij:

23 sierpnia 2012

Karlahan – A Portrait Of Life [2009]

Karlahan - A Portrait Of Life recenzja okładka review coverW intrze jakiś koleś mówi, że dźwięki, których zaraz doświadczymy, zostały stworzone, by wywołać uczucie euforii... Powiedzcie mi, moi mili, jak po takim początku można potraktować zespół poważnie i bez złośliwości? No jak?! Gdyby taki tekst znalazł się na płycie Immolation albo Sadist, to rozumiem, ale tu mamy do czynienia z jakimiś anonimami. Do tego z Hiszpanii, co wcale mi nie poprawiło humoru, bo w kwestii metalu ten kraj to jakieś nieporozumienie. Żeby mnie dobić, te pięknie opalone chłopaki grają zlepek lajtowego niby-blacku (czyli trochę wrzeszczą, ale nie za głośno), podciąganej chyba pod średniowiecze folkowizny, symfoników a’la bajki Disney’a i powerowych przytupów. Innymi słowy – ugładzone, ładne, melodyjne, proste i zupełnie niezajmujące pitolonko, którym z pewnością zachwycone będą dziewczynki wciskające swój ponadnormatywny tłuszcz w gorsety i szukające gładkich chłopców w bractwach rycerskich. W związku z powyższym "A Portrait Of Life" może być ostatnią deską ratunku dla chłopców z fryzami na pazia, którzy pragną wyrwać jakiegoś kaszalota w sukni po prababci. Nikomu normalnemu jednak bym tego nie polecał. Grajcie w piłkę, napierdalajcie się pomidorami, ale metal zostawcie innym.


ocena: 2/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/karlahan
Udostępnij:

14 sierpnia 2012

Lost World Order – Marauders [2009]

Lost World Order - Marauders recenzja okładka review coverNie spodziewałem się, że kiedykolwiek usłyszę taką muzykę w wykonaniu niemieckiego zespołu, a jednak. Lost World Order grają mocny, zadziorny thrash, łączący w sobie tradycję i odrobinę nowoczesności. Nic niezwykłego, ale... Największym zaskoczeniem jest u nich połączenie siły uderzeniowej rodzimych wskrzeszonych klasyków — Kreator i Destruction — z pewną dozą rozmachu i finezji charakterystycznej dla... Annihilator! Naturalnie chodzi tu o 'nowy' Annihilator, ale i tak wrażenie jest pozytywne, bo patenty kanadyjskich wypierdalaków podano w znacznie ostrzejszej formie. Jakby tego było mało, głos Mata jest miejscami baaardzo bliski temu, co od jakiegoś czasu robi Dave Padden – szacuneczek! Całość doprawiono brutalizującymi krążek wpływami death metalu, przejawiającymi się głównie w blastach i wokalnych dołach. No i wypada to, kurna, dość oryginalnie, bo nijak nie idzie zestawić Lost World Order z tym tałatajstwem, które obecnie określa się mianem 'thrash-death'. Chłopaki potrafią grać więcej niż sprawnie, jednakże jeszcze dużo pracy przed nimi zanim dobiją (choć nie dobiją – tak im tylko chciałem dorzucić złudzeń) do poziomu techniczno-kompozytorskiego wyżej wymienionych herosów gatunku. Przede wszystkim chodzi o rozwinięcie umiejętności trzaskania wypasionych solówek, bo już z riffami radzą sobie jak należy – jest w nich dość mocy, feelingu i chwytliwości, żeby nie odkładać płytki po jednym pobieżnym przesłuchaniu. Pewne braki, wynikające z młodości, wychodzą na "Marauders" przy tych najdłuższych kawałkach, bo niekoniecznie chłopaki potrafią w nich utrzymać napięcia do samego końca, a samo zagęszczanie motywów nie zawsze daje najlepszy efekt. Stąd też cieszy fakt, że nacisk położono na utwory bardziej zwarte i lepiej przemawiające do słuchacza – wybijają się tu szczególnie '21st Century Threat', 'Cannibals', 'Welcome To The Slaughterhouse' i 'Killing Spree' (wbrew pozorom nie jest to cover Death). Kierunek obrali dobry, więc Niemcy mogą dalej trzaskać podobne płyty – w końcu odpowiednio się rozkręcą.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.lostworldorder.com

podobne płyty:

Udostępnij:

2 lipca 2012

Squash Bowels – Grindvirus [2009]

Squash Bowels - Grindvirus recenzja okładka review coverNa tej płycie powinna znajdować się nalepka "Uwaga! Może wywołać ogień z dupy!". Ledwie trzech ludzi, niecałe pół godziny muzykowania, a zamieszania swym (po)tworem robią więcej niż cała blackowa scena jakiegoś średniej wielkości kraju – choćby Polski. W klimat "Grindvirus" wprowadza genialnie nastrojowe, choć krótkie, intro a potem jest już tylko i wyłącznie super brutalna sieczka w dominujących tempach szybkich i bardzo szybkich. Esencja gatunku, ale bez silenia się na archaiczne rozwiązania. Kapel grających w ten sposób jest całe mrowie, Squash Bowels są jednak od nich dużo lepsi, chociaż trudno mi tak naprawdę sprecyzować, dlaczego i w których elementach. Najtrafniejszy byłby w tym miejscu typowo kobiecy argument – bo tak i już. Samcom pozostaje posłuchać samemu, a wówczas wszystko będzie zajebiście jasne. Ta płyta ma po prostu odpowiednie pierdolnięcie – aranżacje są raczej proste i z łatwością trafiają do świadomości, dłużyzn ani przestojów nie odnotowałem, zaś technika muzyków znacznie wykracza ponad to, co grają, więc takie masakrowanie przychodzi im bez najmniejszego wysiłku. Do tego w Hertz zadbano o masywny, a zarazem przyjemnie kaleczący dźwięk – żadnych rozjazdów i przeginania z dolnymi rejestrami. "Grindvirus" posiada ponadto główną zaletę najlepszych albumów gatunku (do tego grona akurat aspiruje) – chce się przy niej w dzikim szale rozpierdolić otoczenie. Zwykle trudno się pozbierać po tak skomasowanym ataku, w przypadku dzieła Squash Bowels jednak zwycięża chęć ponownego odpalenia płyty. Ubój pierwsza klasa!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/squashbowels

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

26 maja 2012

Xerosun – Absence Of Light [2009]

Xerosun - Absence Of Light recenzja okładka review coverXerosun stawia na nogi, o czym mogę osobiście zaświadczyć. Akurat odpoczywałem ze wszech miar biernie, leżąc wentylem do góry, gdy zmieniarka przeskoczyła na "Absence Of Light" nieznanego mi wcześniej zupełnie irlandzkiego zespołu. Poleżałem, posłuchałem i przy okazji czwartego kawałka poderwałem się z wyra, bo pech chciał, że położyłem almighty pilota poza zasięgiem spracowanych rąk. Dalszy ciąg tej mrożącej krew w żyłach opowiastki jest następujący: wyłączyłem to w pizzzdu. Płytę w całości przesłuchałem znacznie później tylko raz — jedynie na potrzeby recki — albowiem jej zawartość syfiastą jest. Wydaje mi się, że na którymś etapie swej kariery w ten sposób mogli grać Paradise Lost. Jest to z mojej strony naturalnie strzał w ciemno, bo kontakt z Angolami zakończyłem na debiucie i wszystko, co późniejsze, jest mi obce i wstrętne. No ale o czym to ja... Właśnie, ten raczej nietrzymający się kupy bełkot ma na celu zakomunikowanie wam, że Xerosun grają strasznie drętwo, nieruchawo (w ledwie dwóch kawałkach na dziesięć próbują wprowadzać trochę dynamiki), denerwująco i z finezją dorównującą staremu Rammstein. Coś takiego określa się teraz ponoć nowoczesnym klimatycznym metalem. Dla mnie to zwykłe ciągnące się w nieskończoność mędzenie dla dziewuszek i sophisticated gimnazjalistów, bo pewnie przeciętna (nie)szanująca się gotka nawet by przy tym nie zadarła spódnicy. Irlandczycy dobijają szczególnie dwoma elementami – biedną, podaną po amatorsku i bez pomysłu elektroniką w tle oraz wokalami z niewiadomych względów rozbudowanymi grubo ponad możliwości wokalmena. Koleś ma zupełnie nieciekawą barwę głosu, ze śpiewaniem u niego kiepsko, a mimo to strzela ozdobnikami na prawo i lewo, robiąc podobną wiochę, co frontmeni Feel, Iry i tym podobne niedojdy. Chwalić bozię w niebiesiach, że z takim graniem mam styczność góra raz na rok. W innym wypadku dorobiłbym się słomy w uszach. Ocena naciągnięta za okładkę.


ocena: 3/10
demo
oficjalna strona: www.xerosun.com
Udostępnij:

8 kwietnia 2012

Whorehouse – Execution Of Humanity [2009]

Whorehouse - Execution Of Humanity recenzja okładka review coverNiezmiernie mnie cieszy że ciągle, choć niestety rzadko, pojawiają się takie płytki! Tą radochę wzmaga dodatkowo fakt, że powstają one właśnie w Polsce – wreszcie mamy uzasadniony powód do narodowej dumy, a nie tylko "Jarosław! Jarosław!". Whorehouse to drugi, po Horrorscope, znany mi krajowy zespół, który w ten sposób kultywuje tradycje naparzania klasycznego (może i nawet trochę konserwatywnego) thrash’u w jak najbardziej współczesnej oprawie. Thrash’u ciężkiego, motorycznego, chwytliwego i agresywnego, opartego na solidnych umiejętnościach technicznych i podanego w dobrym, nie wymuskanym brzmieniu. Bardzo rajcowna jest gatunkowa czystość i pewna szlachetność tego materiału – chłopaki ani nie udają retro wojowników, co to opanowali dwa riffy na krzyż, ani nie rzucają się w wir blastów i ewidentnie nowomodnych death’owych patentów, ani w końcu nie tytłają się w skandynawskiej proweniencji wesołych melodyjkach. Od "Execution Of Humanity" nawet przez chwilę nie zalatuje sztucznością czy przekombinowaniem. Płyta ma kopa, jakiego powinno się wymagać od takiego grania, a jednocześnie jest bardzo czytelna i łatwo wpada w ucho. Odpowiednio zbalansowano tu czysty czad i partie bardziej melodyjne, zadbano o dobre refreny i przenikliwe solówki (niestety nie rozpisano, kto za którą odpowiada – w każdym razie autor tej drugiej z 'Friendly Fire' i również drugiej z 'Ex Termin 8' ma u mnie browca), zdecydowany choć jeszcze niedoskonały wokal i wyszedł materiał z charakterem, do którego z przyjemnością się wraca. Nie jest to jeszcze ten poziom 'wytrzepania', co u wspomnianego Horrorscope, ale można to zrozumieć i wybaczyć – to dopiero debiut (mimo, iż poprzedzony długim okresem demówkowym), więc pewnie zdążą się należcie otrzaskać, a następny krążek będzie lśnił bardziej niż łysina Szpakowskiego.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/alkowhoreinc

podobne płyty:


Udostępnij:

11 marca 2012

Resurrecturis – Non Voglio Morire [2009]

Resurrecturis - Non Voglio Morire recenzja okładka review coverWłosi chyba mają słabość do różnej maści muzycznych dziwadeł, bo podejrzanie często wypływają stamtąd kolejne kapele, z którymi jest coś nie teges. Resurrecturis należy właśnie do takiej kategorii, choć początek "Non Voglio Morire" niczego takiego nie zwiastuje. Trzy pierwsze kawałki (interludium pomijam, bo niczego nie wnosi i szybko się o nim zapomina) to rozważnie potraktowany death metal – szybki, ciężki i agresywny, czyli dokładnie taki, jakiego oczekuje się od ludzi odpowiedzialnych za piosenkę 'Fuck Face'. Granie bez przebłysków, ale jak najbardziej do zaakceptowania. Cuda zaczynają się dziać dopiero od 'The Artist', który jest jakimś kulawym gotyckim gównem z niby posępnymi czystymi wokalami, elektronicznym syfem w tle i fatalnie piejącym babonem. To kurestwo robi tak potężne wrażenie, że za pierwszym razem musiałem się upewnić, czy przypadkiem sprzęt nie sprawił mi psikusa i nie przełączył muzyki na jakieś wypociny dla mentalnych cip. Tylko niby skąd coś takiego miało by się dostać do mojego odtwarzacza?! Prawda wypada mało atrakcyjnie dla Resurrecturis – oni naprawdę wrzucili na płytę gotyckie wypociny. To jednak nie ostatnia niespodzianka na "Non Voglio Morire", bo później dostajemy chociażby mdły szwedzki melo-death/metalcore, heavy metalowe mruczanki, trochę thrash’owania, ogniskową balladkę, czy nawet nu-metalowe szczyny. Zróżnicowaniem stylistycznym trzeci album Włochów niemal dorównuje "Purgatory Afterglow", ale skutki słuchania go mogą okazać się zupełnie inne niż w przypadku dzieła Edge Of Sanity. Niestrawność to mało powiedziane. Dla mnie to brzmi jak super przekrojowa składanka z bardzo dobrym masteringiem, a nie normalny, regularny krążek. Toteż tak na dobrą sprawę oprócz trzech początkowych numerów pasuje mi jedynie kopiący 'After The Show'. Co ciekawe – większość pozostałych, a dla mnie niestrawnych, kawałków prezentuje, jak na własne gatunki, nawet niezły poziom – trafiają się w nich sensowne riffy, melodie, wokale, itp. Niestety, zebrane w jednym miejscu i wymieszane bez ładu i składu potrafią doprowadzić do szału. Co przyświecało Resurrecturis przy kompletowaniu tego misz-maszu, tego odgadnąć nie potrafię. Na pewno nie chodziło o dogodzenie wszelkim możliwym grupom fanów. Spełnienie artystyczne też nie wchodzi w grę, zważywszy na brak w muzyce zauważalnej myśli przewodniej. Ja się poddaję, choć nie powiem, żeby mi bardzo zależało na rozkminieniu tych włoskich idei.


ocena: 4,5/10
demo
oficjalna strona: www.resurrecturis.com
Udostępnij:

29 lipca 2011

Cephalectomy – An Epitaph To Tranquility [2009]

Cephalectomy - An Epitaph To Tranquility recenzja okładka review coverIm bardziej ekstremalna muza, tym gorzej wypada w niej automat perkusyjny. Cephalectomy grają z tym gównem zakręcony death-grind, więc możecie sobie wyobrazić, jak to wszystko brzmi. A jak to może (nie)zabrzmieć na żywo, aż się boję pomyśleć. Najgorsze jest to, że Kanadyjczycy mają całkiem niegłupie pomysły, które dobrze oprawione mogłyby dać w rezultacie solidny i o zgrozo dość melodyjny album, gdyby nie ten pierdzący plastikowo-elektroniczny szajs. Chłopaki kombinują jak partie przed wyborami, w zasadzie każdy kawałek jest inny, choć wszystkie — z wyjątkiem miniatur — są utrzymane w tej samej pogiętej stylistyce: fragmenty kakofoniczne przeplatają z ambitnymi, więc przy pierwszym odsłuchaniu ciężko stwierdzić, czy naprawdę potrafią grać, czy tylko udają. Cephalectomy do celu (a tym, jak mniemam, jest wymordowanie słuchaczy) dochodzą niemal wyłącznie okrężnymi drogami, tak więc zwolennicy konwencjonalnego, bezpośredniego napieprzania wielkiej uciechy z "An Epitaph To Tranquility" mieć raczej nie będą. Zauważyłem, że w kontekście tego zespołu często pada nazwa Kataklysm. Jest w tym sporo racji — przy czym chodzi o stary Kataklysm — bo rozbudowane dzikie wokale, 'northern hyperblasty' (czyli takie plastikowe prrrrrrr) i wybuchy pierwotnego chaosu kojarzą się jednoznacznie z ich rodakami. Tylko czemu, kurwa!, czemu nie sprowadzili prawdziwego perkmana, skoro pozwolili sobie na to, żeby na "An Epitaph To Tranquility" aż trzy osoby wydzierały ryja. Rozumiem taki problem w Burkina Faso, ale w Kanadzie? Niepojęte. A mogła być z tego fajna płytka, eh...


ocena: 4/10
demo
oficjalna strona: www.cephalectomy.com
Udostępnij: