facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty

5 kwietnia 2013

Twisted Into Form – Then Comes Affliction To Awaken The Dreamer [2006]

Twisted Into Form - Then Comes Affliction To Awaken The Dreamer recenzja okładka review cover
Kapela jak na Norwegię w najwyższym stopniu niecodzienna, co jednak należy traktować, jako zaletę. Młodszy i mniej rozgarnięty brat Spiral Architect, z którym dzieli zresztą część członków, przede wszystkim zaś styl grania. Niestety bycie młodszym i mniej rozgarniętym bratem niesie ze sobą pewne przykre konsekwencje, co sprowadza się do tego, że muzyka kwartetu z Oslo tak wspaniała i powalająca już nie jest. Problem jest mianowicie taki, że TIF chciał być zarówno techniczny i pogmatwany, jak i ciężki oraz monolityczny. Kłopoty zaczynają się szybko, bo już w momencie chęci strzelenia jakimś popisem instrumentalnym. No więc psikusa sobie Norwedzy wykręcili, bo efekt tego mariażu jest taki, że miast wirtuozerskiego majstersztyku do uszu słuchacza dobiega plumkanie basu połączone z bulgoczącymi gitarami. Iście bagienna atmosfera. Problem dotyczy, jak się chwilę później człowiek orientuje, nie tylko solówek, ale właściwie całego albumu.

8 lutego 2013

The Devin Townsend Band – Synchestra [2006]

The Devin Townsend Band - Synchestra recenzja okładka review cover
Można się zdrowo pogubić w całej tej Devinowej zabawie z kapelami. DTB to właśnie jedna z takich kapel-projektów; byt krótki, bo zaledwie dwupłytowy i umiarkowanie udany i właśnie przez tą "ujdzie-w-tłumie-owatość" – nie wywołujący u mnie bezsennych nocy. Co więcej, oba wydawnictwa spod znaku DTB wydano w przedziale czasowym między wspaniałymi "Terria" i "Ziltoid the Omniscient", tym razem firmowanych jedynie przed (prawie samego) Devina, dlatego zastanawiam się, czemu nie dorównują im poziomem. "Accelerated Evolution" oraz opisywany dziś krążek "Synchestra" wydano w czasie, kiedy Devinowi bardziej w sercu ambient grał, a żeby jednak trochę metalu w świat wypuścić, zebrał Devin kilku grajków i wzięli się za nagrywanie. "Synchestra" niemal dokładnie wpisuje się w styl znany z wcześniejszych wydawnictw Kanadyjczyka,

23 grudnia 2012

Forger Emaciated – Hypercrisis [2012]

Forger Emaciated - Hypercrisis recenzja okładka review cover
W tych nagraniach słychać młodość. Niestety, nie objawia się ona w ten najbardziej pożądany przeze mnie sposób, czyli świeżością i napierdalaniem na oślep. Forger Emaciated, choć deklarują się jako progresywny death metal, nie mają z ostrym dopieprzaniem nic wspólnego. Tak na dobrą sprawę ja w ich muzyce nie widzę wielu punktów utożsamianych z tym, co mają na etykietce, a gdy za sztandarowy przykład progresywnego death metalu przyjąć Obscurę albo nawet łagodniejszy Sadist, to mówimy o zupełnie rożnych, bardzo od siebie odległych światach. Na progresję "Hypercrisis" jest zbyt prosty, zbyt standardowy, a pojawiające się często przebitki basu na pierwszy plan nie zmienią mojego zdania w tym temacie. Z kolei jak na death metal to nie te tempa, ciężar, poziom brutalności, a już na pewno nie te koszmarne czyste wokale!

2 października 2012

Samael – Lux Mundi [2011]

Samael - Lux Mundi recenzja okładka review cover
Czy nie można było tak od razu?! Czy naprawdę potrzebowali kilku lat, żeby dotarło do nich, w czym są najlepsi? Niepojęte! Otwierający płytę 'Luxferre' to fenomenalne uderzenie na miarę kapitalnych 'Rain' i 'Year Zero', z tym że jest jeszcze bardziej dynamiczny i przebojowy. Porywa od pierwszych taktów, miażdży super chwytliwym refrenem i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Rewelacja! Gdyby cały album był utrzymany na takim poziomie, to bez wahania okrzyknąłbym go najlepszym w historii zespołu, a poniżej wklepał mocne 10 i kategoryczny nakaz kupienia go za wszelką cenę. Tak dobrze jednak nie ma — choć i tak jest bardzo dobrze — i w większości pozostałych utworów Szwajcarzy korzystają z patentów, które sprawdziły się m.in. na "Reign Of Light" i "Solar Soul". Sprawdziły się i tutaj, bo podniosłe, wolne i bardzo klimatyczne utwory w typie 'For A Thousand Years', 'Mother Night', 'Pagan Trance' to przecież esencja ich stylu (a pisząc to mam na myśli oczywiście czwartą i piątą płytę) i znudzić się nimi nie sposób.

26 maja 2012

Xerosun – Absence Of Light [2009]

Xerosun - Absence Of Light recenzja okładka review cover
Xerosun stawia na nogi, o czym mogę osobiście zaświadczyć. Akurat odpoczywałem ze wszech miar biernie, leżąc wentylem do góry, gdy zmieniarka przeskoczyła na "Absence Of Light" nieznanego mi wcześniej zupełnie irlandzkiego zespołu. Poleżałem, posłuchałem i przy okazji czwartego kawałka poderwałem się z wyra, bo pech chciał, że położyłem almighty pilota poza zasięgiem spracowanych rąk. Dalszy ciąg tej mrożącej krew w żyłach opowiastki jest następujący: wyłączyłem to w pizzzdu. Płytę w całości przesłuchałem znacznie później tylko raz — jedynie na potrzeby recki — albowiem jej zawartość syfiastą jest. Wydaje mi się, że na którymś etapie swej kariery w ten sposób mogli grać Paradise Lost. Jest to z mojej strony naturalnie strzał w ciemno, bo kontakt z Angolami zakończyłem na debiucie i wszystko, co późniejsze, jest mi obce i wstrętne.

20 lutego 2012

Morgoth – Feel Sorry For The Fanatic [1996]

Morgoth - Feel Sorry For The Fanatic recenzja okładka review cover
Ostatni album Morgoth nie cieszy się wśród fanów specjalną estymą, a zdecydowana większość uważa go za zwyczajne, niewarte splunięcia gówno. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby wielu spośród tych ludzi w ogóle "Feel Sorry For The Fanatic" nie słyszało, a wybitnie krytyczna ocena całości produkowana była tylko na podstawie bardzo nietypowej okładki, która z death metalem nie ma nic wspólnego. To ostatnie nawet jest na miejscu, bo i sam materiał również nie ma z tą muzyką punktów wspólnych, ale to akurat nie powinno dziwić nikogo, kto zaznajomił się z wcześniejszymi płytami Niemców. Morgoth poszli (pognali) do przodu z eksperymentami tak daleko, że wyszedł im z tego zmetalizowany rock z elektronicznymi/industrialnymi dodatkami i tylko majaczącymi w oddali pozostałościami po "Odium". Ostro, prawda? Efekt tej całej ewolucji to... kopiące i przebojowe rockowe kawałki, których na płycie jest dziewięć.

5 listopada 2011

Lou Reed & Metallica – Lulu [2011]

Lou Reed & Metallica - Lulu recenzja okładka review cover
To nie jest Metallica, to nie jest Metallica – powtarzałem sobie dla nabrania odwagi przez pierwsze minuty "Lulu"... A potem mi przeszło i rozważania, czym jest, a czym nie jest ten album odłożyłem na bliżej nieokreślone nigdy. Mogłem sobie na to pozwolić, bo — w czym zapewne będę odosobniony — rezultat współpracy Reeda i Metallicy uważam za naprawdę dobry. Dziwny, odważny, denerwujący, ale ciągle dobry. Niewykluczone, że ma to jakiś związek z tym, iż przemawia przeze mnie kompletna ignorancja, bo nie wiem za bardzo, kto to taki ten Lou Reed i czego wielkiego w życiu dokonał – koleś wygląda jak średnio zaawansowany Keith Richards, coś tam potrafi brzdąknąć na gitarze, a wokalista jest z niego dość tragiczny, żeby nie powiedzieć – żaden. Pal licho tę klasyczną rockową aparycję i raczej nieznaczące partie instrumentalne w jego wykonaniu – tu o głos się rozchodzi.

23 kwietnia 2011

Aghora – Formless [2006]

Aghora - Formless recenzja okładka review cover
Długo kazała na siebie czekać ekipa pod wezwaniem Santiago Dobelsa, ekipa zupełnie odmieniona, zbudowana całkowicie od podstaw. Do wymiany poszli wszyscy poza samym Dobelsem, który — parafrazując Ludwika XIV — powiedział "Aghora to ja". Tym sposobem z zespołem pożegnała wokalistka Danishta, Cyniczna sekcja rytmiczna z oraz drugi wiosłowy Charlie. Biorąc pod uwagę zajebistość debiutu, takie roszady mogły budzić pewne zdziwienie (w końcu nie zmienia się zwycięskich składów) oraz obawy o poziom nowego albumu. Ubiegając jednak fakty powiem, że po dobrych dziesiątkach przesłuchań i mimo początkowego rozczarowania, udało się zespołowi wyjść z personalnych zawieruch obronną ręką i nagrać album, który, może nie tak wybitny, wciąż jednak dla miłośników progowo-jazzowych nut w orientalnych klimatach powinien być nie lada kąskiem. Ale po kolei.

2 lutego 2011

Alkatraz – Error [2001]

Alkatraz - Error recenzja okładka review cover
Pomysł na Alkatraz powstał jakiś czas po śmierci Jacka Regulskiego, gdy Piotr Luczyk nie przejawiał wielkich chęci do grania, u Irka Lotha siadło zaangażowanie, a reszta składu KATa nie chciała siedzieć bezczynnie na dupach. Wkrótce później panowie Kostrzewski i Oset nawiązali współpracę z Valdim Moderem, ten zaś sprowadził do kapeli swoich kolegów. Efekty tej kooperacji znalazły się na "Error", pierwszym i ostatnim albumie tego projektu. Niezależnie od oczekiwań, można było być pewnym tego, że tak doświadczeni (niektórzy nawet kultowi) muzycy niczego przypadkowi nie pozostawią. Tak też jest w istocie. "Error" to nowocześnie zaaranżowany, cholernie masywny, niezbyt szybki, precyzyjnie ociosany i doprawiony licznymi technicznymi zagrywkami mniej-więcej-thrash, w którym pobrzmiewają echa... No kogo?... Jasne, KATa.

29 grudnia 2010

Samael – Eternal [1999]

Samael - Eternal recenzja okładka review cover
Jak już zdążyliście poznać po ocenie, "Eternal" to dla mnie znakomity krążek. Przyznaję, że gdy po raz pierwszy usłyszałem 'luzem' kilka kawałków z tej płyty, byłem nimi ogromnie rozczarowany (z wyjątkiem genialnego 'The Cross', bo ten akurat chyba podoba się każdemu). Ale... no właśnie – gdy zapoznałem się z całością, to zwyczajnie nie mogłem wyjść z zachwytu. Ta płyta rajcuje mnie nadal i pewnie będzie tak długo, bo wiem, że "Eternal" na pewno będzie wieczny, gdyż przemawia do słuchacza (a przynajmniej do mnie) bogatą warstwą muzyczną oraz potężnym ładunkiem przeróżnych emocji zawartych w tekstach. Muzyka Szwajcarów na przestrzeni lat stopniowo ewoluowała, przeobrażała się, lecz za każdym razem była czymś wyjątkowym, nowym, nie do podrobienia (nawet dla Alastis he, he...). Tylko ostatnimi laty ta wyjątkowość wyraźnie im siadła, przekształcając się w... hmm, jakieś nieskoordynowane cuś.

14 sierpnia 2010

Mastodon – Blood Mountain [2006]

Mastodon - Blood Mountain recenzja okładka review cover
Nieumiejętność rozpoznania Mastodona dla szanującego się metala jest, mniej więcej, równie wstydliwa, co załapanie swędzenia na jakimś festiwalu gotyckim. Dany osobnik powinien — dla dobra ludzkości — poddać się sterylizacji (żeby swoich durnowatych genów nie dodawał do puli), po czym zgłosić się na ochotnika do akcji kopania wzdłużnego tunelu pod Wisłą, ewentualnie jako królik doświadczalny dla środków przeciwgrzybiczych. Po prostu nie można nie znać tej kapeli, zwyczajnie nie wypada, bo to zwykły brak obycia i kultury. Trzeci longplej Amerykańców dostarcza słuchaczowi porządną dawkę pokręconych, zawiłych jak polskie przepisy, poczynań, przy których połowa członków Mensy powysiadałaby z wyczerpania. Przy "Blood Mountain" nawet "Leviathan" wydaje się jeno dziecinną zabawką — niewinną i prostą — a przecież wszyscy wiemy, że takową nie jest.

23 marca 2010

Meathook Seed – Embedded [1993]

Meathook Seed - Embedded recenzja okładka review cover
Rodzinka kapel związanych w jakiś sposób z Napalmami zawiera sporo konkretnych aktów, zaś Meathook Seed jest w tym gronie jednym z dziwniejszych. Sam skład sugeruje jakiś masywny death-grind’owy wypierd, a tu niespodzianka – "Embedded" jest raczej rozwinięciem eksperymentów z "Utopia Banished" – w jeszcze bardziej posranym wydaniu i z większym udziałem elektroniki. Tym samym płycie bliżej do brzmień Godflesh niż do macierzystych zespołów członków tego projektu. Nie jest to zatem death metal, ale wciąż mamy do czynienia z muzyką dość ekstremalną - szorstką, solidnie przybrudzoną, ciężką, z przytłaczającym klimatem... Miejscami także nieprzystępną, bo industrialne elementy (m.in. sample) ostro ścierają się z mocnymi, podszytymi (grind)core’m riffami, co daje różne efekty

Atheist – Elements [1993]

Atheist - Elements recenzja okładka review cover
Ostatnie dzieło Atheist jest bez wątpienia jednym z nielicznych ewenementów jakie ukazały się w całej historii metalu. O tym albumie można pisać rozmaite referaty, rozprawki naukowe oraz analizy, tak mocno jest nietypowy. Nie chodzi tu tylko o samą muzykę, ale także o samo powstanie tego albumu. Już samym ewenementem jest to, że zespół w chwili nagrywania "Elements" formalnie nie istniał, a krążek został nagrany tylko po to, aby wywiązać się z kontraktu!!! Nie było chyba jeszcze zespołu, oprócz Atheist, który aby wywiązać się z umowy nagrałby genialny album. Mało tego, ostatni genialny zapis Amerykanów został skomponowany i zarejestrowany w 40 dni!!! Aż się nie chce wierzyć, że tak unikalna muzyka powstała tak szybko i z takiego powodu. Żadna kapela nie nagrała jak dotąd takiej muzyki jak Atheist 16 lat temu.

Dusk – Jahilia [2003]

Dusk - Jahilia recenzja okładka review cover
Może wam się wydawać, że już wszystko o muzie wiecie i jesteście harpagany, ale to tylko ułuda. Jestem bowiem przekonany, że na przykład o kapelach z Pakistanu to raczej niewiele słyszeliście. No chyba, że pobyt w Anglii upłynął wam pod znakiem sąsiedztwa z Pakistańskimi kamratami i ich zaśpiewkami religijnymi. Ale luzik, żadnych takich rewelacji nie będzie. Będą natomiast inne, gdyż muzyka Dusk jest cokolwiek nietuzinkowa – sporo w niej sampli i innych elektronicznych gadżetów, sporo jest mieszania różnych gatunków i nastrojów, sporo jest — w końcu — postępowej myśli i szerszego spojrzenia na muzykę. Całość przypomina kolaż Sadista z Samaelem, a tu czy tam można także usłyszeć patenty na modłę Theriona czy Sigh. Jest tam też sporo innego tałatajstwa, które nawet trudno zidentyfikować, ale muszę przyznać, że całość tworzy dość zgrabną kompozycję. Przyznacie więc, że to dość szerokie spektrum.

Cynic – Traced In Air [2008]

Cynic - Traced In Air recenzja okładka review cover
Że tak sparafrazuję Kazia, chłopaka Isabel, znanego ex-premiera z Gorzowa: no, no, no! 15 lat czekania i taka kupa, tak się nie godzi. 15 lat na zrobienie czegoś równie zajebistego i przełomowego jak "Focus", 15 lat na dopieszczenie każdego szczegółu, dopasowanie każdej nuty, 15 lat na skomponowanie arcydzieła. Ale po chuj, jak można zrobić coś takiego. To już lepiej nic nie robić i pozostać kapelą jednego albumu, ale albumu przez wielkie "a". Pytam się raz jeszcze: po co w ogóle nagrywać cokolwiek, gdy pomysłów starcza na mniej niż połowę krążka? Niestety brak idei słychać doskonale w większości przypadków, z wyjątkiem może — znanych już z demka 2008 — "Integral Birth" i "Adam’s Murmur". Zupełnie niezrozumiałe jest nagrywanie materiału, który jest bardziej cipowaty niż Aeon Spoke.

Mastodon – Crack The Skye [2009]

Mastodon - Crack The Skye recenzja okładka review cover
Czołem złamasy! O pardon, chyba się zapomniałem... złamaski też. Ale na bok te uprzejmości, bowiem dziś kolejna nowość. Kapeli chyba specjalnie przedstawiać nie trzeba, bo wyczyny Amerykańców od jakiegoś czasu są na językach metalowej braci. Z metalowością "Crack the Skye" jest jednak problem – otóż wydaje mi się, że chłopaki jakby nieco jaja stracili. W wyniku częściowej kastracji dostajemy coś ponad 50 minut (co akurat uważam za rozsądne posunięcie, bo trwający około 20 minut więcej "Blood Mountain" był ciut przydługi) ostrawego rocka, który tylko w kilku momentach zahacza o metal. W mojej opinii, jakże skromnej i lichej, uważam to właśnie zdziadzienie za najpoważniejszy mankament Mastodona '09. Prawdę powiedziawszy – jedyny. Faktem natomiast niezmiennie pozostaje, że wciąż trzeba sporo się przekonywać do każdego z ich albumów. Moja pierwsza reakcja na "Crack..." była, mniej więcej, taka: szit, ale smęty.

Mastodon – Leviathan [2004]

Mastodon - Leviathan recenzja okładka review cover
Mastodon nie miał u mnie dobrego startu, bo polecano mi ten zespół jako przykład super technicznej i brutalnej napierduchy na najwyższych obrotach, dzikiej i zakręconej. Przy tak ukierunkowanych oczekiwaniach (i wiedzy, że dwaj muzycy maczali paluchy w Today Is The Day) "Leviathan" w żadnym wypadku nie mógł się spodobać, bo z death-grindem czy inną ekstremą nie ma nic wspólnego. Ponowną szansę płyta dostała dopiero po kilku tygodniach, wtedy to okazało się, że przy odpowiednim nastawieniu (w tym przypadku neutralnym) Mastodon może się spodobać. I to jak cholera! Nie da się jednoznacznie określić, co grają Amerykanie (przynajmniej dla mnie jest to zadanie niewykonalne), ale jest w tym sporo techniki, wyobraźni i otwartości na rozmaite wpływy. Kawałki montują ciężkie, całkiem dynamiczne, zróżnicowane, z interesującymi progresywnymi ozdobnikami i sporą dawką rockowej chwytliwości.

22 marca 2010

Aghora – Aghora [2000]

Aghora - Aghora recenzja okładka review cover
Jeśli Twoim zdaniem zespół Feel komponuje fajną muzykę, techniczny to inaczej szkolny cieć, Malone to koszykarz, a Aghora to nazwa proszku, co wybiela wszystko poza różem, to spierdalaj, to nie jest to tekst przeznaczony dla Ciebie. Pozostali mogą zostać. Ba!, wręcz muszą. Bowiem to, co stworzyła Aghora na swoim pierwszym albumie jest, po prostu, powalające. Prawie godzina doskonałej, fantastycznie zagranej i zaśpiewanej, energetycznej i nietuzinkowej mieszanki fusion i orientalnych klimatów. Ale kiedy się usłyszy kto stoi za takim cudem, nie powinno się być zaskoczonym ochami i achami. Elita jazz-metalowego światka, w dodatku w najlepszej formie. Zaczniemy, inaczej niż zwykle, od garów. Panie i Panowie, przed Państwem Sean Reinert. I wszystko jasne – Cynic, Death, Gordian Knot. Sekcję rytmiczną uzupełnia jedyny i niesamowity Sean Malone.