22 marca 2010

Aghora – Aghora [2000]

Aghora - Aghora recenzja okładka review coverJeśli Twoim zdaniem zespół Feel komponuje fajną muzykę, techniczny to inaczej szkolny cieć, Malone to koszykarz, a Aghora to nazwa proszku, co wybiela wszystko poza różem, to spierdalaj, to nie jest to tekst przeznaczony dla Ciebie. Pozostali mogą zostać. Ba!, wręcz muszą. Bowiem to, co stworzyła Aghora na swoim pierwszym albumie jest, po prostu, powalające. Prawie godzina doskonałej, fantastycznie zagranej i zaśpiewanej, energetycznej i nietuzinkowej mieszanki fusion i orientalnych klimatów. Ale kiedy się usłyszy kto stoi za takim cudem, nie powinno się być zaskoczonym ochami i achami. Elita jazz-metalowego światka, w dodatku w najlepszej formie. Zaczniemy, inaczej niż zwykle, od garów. Panie i Panowie, przed Państwem Sean Reinert. I wszystko jasne – Cynic, Death, Gordian Knot. Sekcję rytmiczną uzupełnia jedyny i niesamowity Sean Malone. Jeżeli nadal masz wątpliwości, kim jest Malone, to spier… idź się dokształcić. Kolejną wielką, choć nie tak znaną, personą jest pan Santiago Dobles – wioślarz, kompozytor, twórca kapeli i ogólnie jej mózg. Całości obrazu dopełniają jeszcze dwie osoby – drugi wioślarz Charlie Ekendahl oraz wokalistka Danishta Rivero. Oklaski! Czytaczu – ten kwintet stworzył jedno z najoryginalniejszych dzieł w metalowym półświatku. Przykłady? Proszę bardzo: „Satya” – kawałek cudo, a praca basu Malone’a wręcz transowa. Jeśli nie wiesz o co mi chodzi, to znak, żeś ignorant, głuchy w dodatku. „Existence” to kolejna perełka, tym razem okraszona kosmiczną solóweczką perkmana. Jedenastominutowa „Jivatma” to (prawie) instrumentalny hołd dla The Mahavishnu Orchestra, będący doskonałym oddaniem tego, co inspirowało muzyków w ich twórczości. Generalnie można powiedzieć, że każdy kawałek jest popisem, bardzo zajebiście dogranym i przemyślanym, umiejętności muzycznych. Santiago śmiga sobie elegancko na gitarce, zostawiając w tyle niezliczone rzesze gitarowych masturbantów, którzy, co prawda, kręcą solówki jak najęci, ale jakoś bez koncepcji. Riffy i solówki, które wychodzą spod jego palców są niesamowite. Malone po raz kolejny udowadnia, że jest arcymistrzem w swej dziedzinie – tak zagranego basu nie usłyszycie za często. Reinert pokazuje, że gary nie stanowią dla niego żadnej tajemnicy, a jazzowe patenty wyssał z mlekiem matki. O Charlie’m można powiedzieć, że choć nie jest tu bohaterem, to jednak nazwanie go tłem byłoby nie na miejscu. I na koniec pani Danishta, która sprawia, że płyta jest tak niesamowita – jej pełny i ambitny głos spaja razem instrumentalne popisy i tworzy z tego nową jakość. Całość można określić mniej więcej jako „To, czym Portal zawsze chciał być, ale mu się nie udało”. Aghorze się to udało, i to udało jak nigdy!


ocena: 9/10
deaf

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

0 komentarze:

Prześlij komentarz