facebook

30 kwietnia 2010

Neverending War – Muted [2009]

Neverending War - Muted recenzja okładka review cover
Grający na poziomie zespół z Rosji to już dzisiaj prawie nic zaskakującego, więc bez zdziwienia przyjąłem do wiadomości fakt, że Neverending War są nieźli. Pozytywne wrażenie pogłębia się, jeśli dokładniej przyjrzymy się temu, co i jak chłopaki grają. Na "Muted" mamy do czynienia z mixem nowoczesnego technicznego death metalu (powiedzmy w typie Beneath The Massacre) z czymś na kształt pozbawionego cioterskiej strony metalcore’a, a więc muzyką, która normalnego fana death metalu zanudzi i wkurwi w dwie minuty. No i pierwszy numer jest właśnie takim typowym połączeniem stężonego napieprzania ze świdrującymi gitarami. Nie pojmuję, czemu tak wtórny kawałek zapodali na początek, bo coś takiego skutecznie odstrasza, ale jeśli już zaciśniemy zęby i mężnie przetrwamy te dwie i pół minuty, to otworzy się przed nami całkiem niegłupia płytka. Neverending War technicznie zapewne nie dorastają swoim idolom do pięt, ale oleju w głowach mają jakby więcej.

28 kwietnia 2010

Kreator – Enemy Of God [2005]

Kreator - Enemy Of God recenzja okładka review cover
Stare powiedzenie mówiące, że przemoc rodzi przemoc sprawdza się w 100%, czego dowodem jest "Enemy Of God". Kreatorowi udało się utrzymać bardzo wysoki poziom z "Violent Revolution". Ten album jest równie agresywny i naładowany przemocą jak poprzednik. "Czysty brutalny thrash! Tony szybkiego zapieprzania, chore solówki, konkretne riffowanie..." – tak Mille Petrozza opisywał "Enemy Of God". Już pierwszy, tytułowy utwór jest tego potwierdzeniem: niesamowicie jadowity, szybki, agresywny i brutalny thrash metal z miażdżącymi solówkami, kąsającymi riffami i jak zawsze bardzo mocnym wokalem Mille. W kolejnych dwóch utworach: "Impossible Brutality" i "Suicide Terrorist" agresja narasta jeszcze bardziej, co szczególnie słychać w refrenie "Suicide...".

26 kwietnia 2010

Summoning – Oath Bound [2006]

Summoning - Oath Bound recenzja okładka review cover
Po przygodzie z Nibelungami i Moorcockiem, austriacki duet Summoning powrócił do swojego ulubionego uniwersum – tolkienowskiego Śródziemia. Powrócił w wielkim stylu, bo klimat 'ciemnej strony Tolkiena' promieniuje z albumu potężnymi dawkami. I bez wątpienia jest w tym spora zasługa jednego kawałka: "Mirdautas Vras". Chciałbym, byście mnie dobrze zrozumieli – nie chodzi mi o to, że pozostałym kawałkom brakuje klimatu, nie, mam na myśli raczej fakt, że wraz z nagraniem "Mirdautas Vras" Summoning osiągnął swoje apogeum. W tylko tym jednym utworze skupiły się wszystkie najlepsze pomysły, jakie pojawiły się i przewinęły przez głowy muzyków od początku ich działalności. Po latach eksperymentów i eksplorowania nowych dziedzin, udało im się nagrać utwór wzorcowy, będący kwintesencją ich muzyki i muzycznej samoświadomości. Trudno jest mi wyobrazić sobie, by byli w stanie nagrać coś, co przyćmiłoby jego mistrzostwo (choć znając ich talent nie jest to wykluczone).

24 kwietnia 2010

Kat – Oddech Wymarłych Światów [1988]

Kat - Oddech Wymarłych Światów recenzja okładka review cover
"Oddech Wymarłych Światów" to najprawdopodobniej najbardziej cenione przez rodzimych metalowców dzieło KATa. Sam mam innego faworyta, ale byłbym hipokrytą, gdybym próbował umniejszać tej płycie cokolwiek z jej naturalnej zajebistości. Ten rewelacyjny album to dokładnie 39 minut, a wypełnia je siedem doskonałych, agresywnych, zróżnicowanych, stosunkowo oryginalnych, brutalnych, chwytliwych i ogólnie poniewierających thrash’owych wałków, które błyskawiczne wkuwa się na blachę. To, za co szczególnie uwielbiam ten krążek, to zatęchły klimat i przepięknie miażdżące napierduchy-przyspieszenia występujące w kilku numerach – takie wejścia na piąty bieg bez oglądania się za siebie. Zagrane są z mocarnym wykopem i młodzieńczą werwą, a brzmią naprawdę konkretnie, co w tamtych czasach w Polsce Ludowej nie było łatwo osiągalne.

22 kwietnia 2010

Gorefest – Rise To Ruin [2007]

Gorefest - Rise To Ruin recenzja okładka review cover
Kto by przypuszczał, że "Rise To Tuin" będzie ostatnim dokonaniem Holendrów? Tym bardziej, że ich powrót był bardzo, bardzo udany, a "Rise To Ruin" utwierdził wszystkich, że tych 4 Panów nie powróciło dla samej idei, tylko po to, aby wszystkim zbić dupska. A zbili je równo! Gorefest na swym ostatnim longu zaatakował swoich fanów kompletnie niespodziewaną bronią. Nikt chyba nie spodziewał się, że ta płyta będzie aż tak brutalna, tak ciężka i tak surowa. Ja, jako długoletni fan zespołu, powiem, że nawet przez myśl mi to nie przeszło! "Rise To Ruin" pod względem brutalności plasuje się tuż obok "Mindloss"!!! Tak, tak, dobrze przeczytaliście, "Mindloss", a dzięki kapitalnej produkcji i brzmieniu można nawet odnieść wrażenie, że jest jeszcze silniejszy niż debiut. "Rise To Ruin" można nazwać brakującym ogniwem pomiędzy "Mindloss" a legendarnym "False"!

20 kwietnia 2010

Blind Guardian – A Twist In The Myth [2006]

Blind Guardian - A Twist In The Myth recenzja okładka review cover
Zapowiada się bardzo ciekawy rok, pod względem muzycznym oczywiście. Mam na myśli — po pierwsze — kolejny koncert Blindów w Polsce, a po drugie – nowy album studyjny tychże. O koncert jestem spokojny, bo byłem w Płocku, widziałem to na własne oczy, słyszałem na własne uszy i wiem, że rządzą Blindzi niepodzielnie. O płytę powodów do obaw też nie ma, choć może być niejakim zaskoczeniem w tym sensie, że ciężko dziś odgadnąć kierunek, w którym poszli muzycy po "A Twist In The Myth". A był krążek nielichą niespodzianką. O co więc chodzi? Ano chodzi o to, że "A Twist In The Myth" zszedł z obranego gdzieś koło IftOS kursu — kursu, którego najdoskonalszymi reprezentantami były NiME i ANatO — i powrócił do mniej złożonych kompozycji. Po dosyć zaskakującym rozstaniu z Thomenem, który wyraził w ten sposób swoje niezadowolenie z ówczesnego grania, BG nagrał album, który najpewniej bardzo by mu spasował. Paradoksalnie.

18 kwietnia 2010

Demilich – Nespithe [1993]

Demilich - Nespithe recenzja okładka review cover
Z czym się kojarzy Finlandia? Muzyczna Finlandia, dodajmy dla ułatwienia, bo o wódzie wiadomo. Ano kojarzy się z: wesołymi melodyjkami, pedalstwem, bzdurnymi folkowymi przytupami, pedalstwem i Eurowizją – o zgrozo to wszystko ma u Finów związek z metalem. I pomyśleć, że kiedyś tak nie było, a ludzi elektryzowały takie akty jak Convulse, Xysma, Funebre czy bohaterowie tej recenzji. Demilich w swych chorobliwych poczynaniach zdecydowanie bliżsi byli amerykańskiej niż szwedzkiej szkole brutalności, a przy tym właściwie w niczym nie ustępowali mistrzom zza wielkiej wody. Dotyczy to również — i to dość zaskakujące jak na ten rejon globu naście lat temu — umiejętności, bo krajanie Muminków przez te 40 minut tłuką techniczny death metal z wieloma zmianami tempa, pokręconymi wiosłami i popieprzonymi, grindującymi zagrywkami.

16 kwietnia 2010

Hypocrisy – Hypocrisy [1999]

Hypocrisy - Hypocrisy recenzja okładka review cover
Okładka ładna, a nawet bardzo ładna, zapowiadająca kontynuację bomb Hypo z "Abducted" i "The Final Chapter", ale w środku... No cóż, nie spodziewałem się tak słabego albumu po Hypocrisy. Krążek mam już kilka ładnych, długich lat i za każdym razem jak go włączam, mam problem. Problem z wysłuchaniem go do końca. Jak dla mnie męka! W większości utworów brak jest brutalnych voakli, są same czyste, a na dodatek wszystko opatrzone jest słodkimi melodyjkami. Peter & Co przesadzili z melodyjnością, która często jest tak mdła jak tania słodka buła od nędznego cukiernika, przesadzili z klawiszami, które ani nie są mroczne, ani tajemnicze, są po prostu nijakie. Głównie te dwie rzeczy zabiły klimat, zabiły brutalność, zabiły jad Hipokryzji. W sumie trudno tu szukać jakiegokolwiek jadu.

14 kwietnia 2010

Portal – Swarth [2009]

Portal - Swarth recenzja okładka review cover
Przyznam się bez bicia – to pierwszy album Australijczyków, który nabyłem. Ba – pierwszy, który słyszałem w całości. Miałem też napisać, że pierwszy i ostatni w ogóle, ale póki co wstrzymam się z taką deklaracją. Wstrzymam się, ponieważ jest w ich muzyce coś, co pozostaje we łbie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Niemniej jednak naturalnym odruchem jest chęć jak najszybszego wywalenia płyty z odtwarzacza i jeszcze szybszego zapomnienia o niej. Problem w tym, że — jak wspomniałem — nie da się, coś się we łbie zagnieżdża. Jednolita ściana dźwięku, nieustanny hałas i brak jakichkolwiek struktur – przez to trzeba się przegryźć, by zapoznać się z tą deathową awangardą. A potem okazuje się, że nic ponadto nie ma – jest tylko hałas, dźwiękowa monotonia i bezład. Tak właśnie muzykę rozumie Portal.

12 kwietnia 2010

Aborted – Goremageddon: The Saw And The Carnage Done [2003]

Aborted - Goremageddon: The Saw And The Carnage Done recenzja okładka review cover
Już przy okazji płyty "Engineering The Dead" — nota bene w prasie każdorazowo objeżdżanej — wszędzie zamiast "Belgowie z Aborted" czytałem: "Bogowie z Abotred"... No i miałem, kurwa mać!, rację, bo to był pieprzony OMEN! A jeśli jeszcze ktoś będzie śmiał wątpić w wartość tej płyty to... mam go głęboko w dupie, bo z takimi typami w ogóle nie ma sensu się zadawać! Oczekiwałem po tym albumie porządnej napierduchy, a spotkał mnie maksymalny, soczysty i nader krwawy napierdol. "Goremageddon" to odegrany z chirurgiczną precyzją (to akurat nie powinno specjalnie zaskakiwać – wystarczy rzut okiem na teledysk) kurewsko szybki i brutalny gore death/grind z wpływami perełek w postaci "Necroticism: Descanting The Insalubrious" (czyżby jakaś analogia w tytułach?) oraz "Heartwork" wiadomego zespołu

10 kwietnia 2010

Cephalic Carnage – Xenosapien [2007]

Cephalic Carnage - Xenosapien recenzja okładka review cover
Czekając na kolejne dzieło chłopaków z Colorado, napiszę może coś o ich ostatnim wybryku. Był to niewątpliwie album, co do którego miałem naprawdę duże oczekiwania. Tak więc zadam sobie samemu pytanko: czy "Xenosapien" spełnił moje oczekiwania, nasycił mnie, zgniótł, zmiażdżył, pokroił, poćwiartował, jednym słowem czy mnie rozjebał? Hmm... trudno jest mi znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Z jednej strony Tak, z drugiej strony Trochę Nie... TAK, dlatego, że trzyma solidny i wysoki poziom, jest w nim od chuja dziwnych pomysłów i niezidentyfikowanych dźwięków, czyli zawiera to, co powinien. Trochę Nie, ponieważ nie przebił "Anomalies" i w moim odczuciu jest odrobinę słabszy. "Xenosapien" to taki mix wszystkich poprzednich płyt CC, a szczególnie "Lucid Interval" i "Anomalies".

8 kwietnia 2010

Betrayer – My Twisted Symphony [1998]

Betrayer - My Twisted Symphony recenzja okładka review cover
Chyba tak już musi być, że niekiedy kapele po nagraniu całkiem niezłego materiału — czy to demo, ep-ki czy nawet longpleja — przepadają bez śladu. Z drugiej strony – istnieją też rzesze kapel, które prezentują sobą poziom niedorozwiniętej marchewki, a głupi lud i tak się nimi podnieca. Na szczęście na naszym blogu takich szmir nie uświadczycie, więc spokojnie możecie czytać wszystkie teksty. W powyższe rozważania doskonale wpisuje się bohater dzisiejszego dnia, czyli izraelski Betrayer – kapela, która nagrała całą jedną ep-kę (a wcześniej kilka demówek), po czym słuch po niej zaginął. Na szczęście nie zaginęły płyty, a jednej z nich stałem się szczęśliwym posiadaczem. "My Twisted Symphony" to nieco ponad kwadrans nietuzinkowych, thrash/deathowych aranżacji wzbogaconych o klawisze i techniczne zagrywki.

6 kwietnia 2010

Lost Soul – Chaostream [2005]

Lost Soul - Chaostream recenzja okładka review cover
Skłamałbym, mówiąc, że mam do "Chaostream" jakiś wielki sentyment. Nie chodzi tu w żadnym wypadku o brak sympatii, ale po prostu – za krótko się znamy. Mimo to, odfajkowane pięć lat i setki przesłuchań ani odrobinę nie zmieniły mojego podejścia do tej płyty. Jak rozpierdalała mnie w pył wtedy, tak czyni to i dzisiaj. I w dalszym ciągu z podziwu nad tą rzeźnią wyjść nie mogę. Panowie zdecydowanie przekroczyli granice uprawianego dotąd przez siebie łomotu, bo tak niesamowicie intensywnie jak na "Chaostream" na pewno wcześniej nie grali. Gdzieniegdzie nasuwają się co prawda skojarzenia z motoryką Morbid Angel, szybkościami Hate Eternal i zakręceniem Immolation, ale Lost Soul traktuje death metal jednak trochę inaczej, po swojemu, w sposób mimo wszystko bardziej bezwzględny i dosadny. Jest w tym ogrom brutalności, wielki ciężar (duża w tym zasługa siedmiostrunowych gitar i niskiego stroju – takie brzmienie miażdży!),

4 kwietnia 2010

Kataklysm – The Prophecy (Stigmata Of The Immaculate) [2000]

Kataklysm - The Prophecy (Stigmata Of The Immaculate) recenzja okładka review cover
Przyznam się szczerze, że to właśnie od tego albumu zaczęła się moja przygoda z KATAKLYSM. Gdy usłyszałem pierwszy utwór z "The Prophecy" ('6661'), pomyślałem "zajebiste!, hm chyba goście mają automat perkusyjny". Zajrzałem we wkładkę, a tu żadnego automatu, za bębnami siedzi gość o nazwisku Duhamel! Hehe. Ale cóż w tym dziwnego, że można się pomylić, bo na tym albumie jego blasty, a raczej hyperblasty są bardzo mocne i mechaniczne. No ale trzeba przyznać, że cała czwórka dała z siebie wszystko na tym longplayu, komponując miażdżący death metal z elementami grind. Wspaniałe brutalne, chlaszczące po gębie, ciężkie riffy, w które nieraz wplecione są powalające "melodie" i fajne solówki (a najlepsza jest ta z utworu 'Lamnets Of Fear & Despair'), bardzo dobra gra basu, niszczące wokalizy growlowo-skrzekowe Mauriza, no i wcześniej już wymienione hyperblasty.

2 kwietnia 2010

Nile – Those Whom The Gods Detest [2009]

Nile - Those Whom The Gods Detest recenzja okładka review cover
Wracamy z mocą i od razu jebnięciem z grubej rury. Nile, po dość przeciętnym (czyli słabym jak na swoje warunki) "Ithyphallic", nagrał album, który z czystym sumieniem można nazwać dobrym i uznać za krok we właściwą stronę. Ograne po tysiąckroć, przemielone i przeżute do utraty smaku patenty, od których wręcz roił się "Ithyphallic", rozcieńczono i użyto tylko tyle, by wciąż było jasnym, że gra Nile. Mówiąc wprost – dali sobie spokój z rzężeniem i sraniem po kątach. Wyzbywszy się większości przynudnawych zagrywek, zaserwowali album pełen wigoru, agresji i wręcz młodzieńczej radości. Łeb macha się sam – tyle tu zgrabnych i rytmicznych riffów. Pozytywnie zaskakuje niespotykana od lat melodyjność aranżacji. Jeszcze większym zaskoczeniem jest pewna behemotowatość muzyki – jakkolwiek niedorzecznie i niewiarygodnie to brzmi, tak właśnie jest. Ową behemotowatość słychać już w pierwszych sekundach, przewija się ona także tu i tam przez cały krążek i idealnie wpasowuje się w 'nowy' styl Amerykańców.