Nie tak dawno temu Banisher odbębnił dwudziestolecie działalności w branży rozrywkowej, co samo w sobie jest całkiem niezłym wynikiem, jednak gdy przeliczymy czas spędzony na scenie na dorobek płytowy, wygląda to raczej skromnie. Oczywiście, nie ilość się liczy, tylko jakość… Nooo… i tu mamy problem, bo nie dość, że na Metamorphosis zespół zaliczył wyraźny spadek formy, to jeszcze mocno pogubił się stylistycznie – jakby kompletnie nie wiedział, za co się złapać, w jakim pójść kierunku i właściwie dlaczego.
Przez kilkanaście lat Hubert Więcek wraz z często zmieniającymi się kolegami stopniowo rozwijał swoją wizję (technicznego) death metalu – od zatopionej w chaosie radosnej napierdalanki po stosunkowo dojrzałe granie, acz z nieusuwalnym kompleksem Decapitated. I chociaż nigdy nie nagrał czegoś, bo by mogło łby pourywać, coraz wyższym poziomem kolejnych płyt zagwarantował sobie miejsce gdzieś w czołówce krajowej drugiej ligi. Dlaczego więc teraz postanowił się wypiąć na cały dotychczasowy dorobek Banisher, nagrywając Metamorphosis – album, który rozłazi się w szwach już od pierwszego kawałka?
Piąta płyta Banisher to materiał tak bardzo zróżnicowany, wielobarwny i nietrzymający jakichś konkretnych ram, że już zwyczajnie niespójny i niespecjalnie komunikatywny. Znaną z „Degrees Of Isolation” formułę zespół „urozmaicił” czy raczej przykrył licznymi naleciałościami deathcore’a, groove metalu, jakimiś popłuczynami po Slipknot czy Fear Factory, elektroniką oraz… hammondami. Nic dobrego z tego nie wyszło, bo dosłownie każdy kawałek zawiera któryś z tych cudnych upiększaczy, a w związku z tym żaden nie przekonuje od początku do końca. I na nic okazjonalne dobre riffy, porządne partie perkusji (gościnnie nagrali je Michał Łysejko i Eugene Ryabchenko) czy fajne solówki, skoro uwagę od nich odwracają niepasujące do niczego pomysły z dupy.
No i te wokale… Czy w Polsce naprawdę już nie ma kiepskich wokalistów, że trzeba było takiego importować aż z Belgii? Sposób darcia się Jorgiego jest wybitnie wkurwiający, barwa jego głosu drażni, a czyste zaśpiewy doprowadzają do szału. Gdzie muzyka jeszcze była w stanie sama się obronić, tam Vanhees musiał napaskudzić głosem. Anetka z HRu powinna dostać srogi opierdol za ten angaż.
Może przemawia przeze mnie naiwność, ale wydawało mi się, że na wysokości piątej płyty już wypada mieć jasno sprecyzowaną wizję tego, co i jak chce się grać. Właśnie tej sprecyzowanej wizji, a co za tym idzie konsekwencji oczekiwałem po Hubercie, nie zaś przypadkowych głupot. Produkcja, wykonanie – to wszystko daje radę, natomiast w kompozycjach na Metamorphosis zbyt wiele rzeczy nie pykło.
ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.banisher.pl
inne płyty tego wykonawcy:
Worm zasłynął przynajmniej z dwóch rzeczy: z dość oryginalnego podejścia do podziemnego doomu oraz z ogromnych skoków jakościowych między kolejnymi wydawnictwami. Gdy zestawimy ze sobą prymitywny „Evocation Of The Black Marsh” i ambitny „Foreverglade”, możemy łatwo dojść do wniosku, że mamy do czynienia z dwoma różnymi zespołami z zupełnie innej ligi. Przy okazji czwartej płyty robaczywy duet postanowił pójść ze zmianami jeszcze dalej, mocno rozwijając nie tylko samą muzykę, ale i jej otoczkę, całymi garściami czerpiąc z żenującego wizerunku czołowych przedstawicieli niby symfonicznego black metalu z połowy lat 90. XX wieku. Oprawa graficzna, zdjęcia, stroje, teledyski, tytuły – wszystko to nawiązuje do najgorszych klisz znanych z twórczości Dimmu Borgir, Cradle Of Filth, Ancient czy Limbonic Art.
Od pierwszego zetknięcia z Descent byłem przekonany, że spłodzony na tę okazję tekst będzie raczej formą rozliczenia się z tym, co napisałem na temat
U zespołów parających się muzyką ekstremalnie ekstremalną po paru latach generowania dość jednorodnego hałasu często pojawia się chęć zrobienia czegoś inaczej, wyjścia poza dotychczasową formułę i poeksperymentowania – jakby wyczerpały im pomysły na takie granie albo zwyczajnie się nim znudziły. Właśnie wtedy dają sobie dłuższą chwilę na wymyślenie siebie na nowo, zmianę podejścia do słuchaczy, badania w grupach fokusowych i tym podobne dyrdymały, które później są podciągane pod kategorię „rozwój”. Z radością spieszę donieść, że Mylingar do takich kapel się nie zaliczają, a ich trzeci pełny krążek jest potwierdzeniem konsekwencji w dążeniu do totalnego i niekoniecznie kontrolowanego chaosu.
Jak wiadomo, obserwacja zmienia obiekt obserwowany, toteż od jakiegoś czasu z bezpiecznej odległości śledzę sobie poczynania Aversio Humanitatis i z zadowoleniem stwierdzam, że zespół konsekwentnie rozwija się w pożądanym przeze mnie kierunku, co z kolei sprawia, że z każdym ich kolejnym wydawnictwem gęba coraz bardziej mi się cieszy. Nie inaczej jest w przypadku To Become The Endless Static, który na obecną chwilę jestem skłonny uznać nie tylko za największe osiągnięcie Hiszpanów, ale i jedną z ciekawszych płyt z blackiem, jakie ostatnio dotarły do nas z Półwyspu Iberyjskiego.
Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Trochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Stało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.


