Quentin Tarantino to utytułowany amerykański scenarzysta oraz reżyser, znany z nieliniowej narracji, zamiłowania do łączenia różnych gatunków, licznych odwołań do popkultury, rozbudowanych dialogów czy wyjątkowo pomysłowych i krwawych scen przemocy. Jest kultowy, jest podziwiany, ale nie jest święty, bo i jemu zdarzył się gniot okrutny w postaci „Grindhouse: Death Proof”. Czy będący w dobrej formie Exhumed byłby w stanie uratować tamten film? Oj nie sądzę, jednak z Red Asphalt — którego tematyka kręci się właśnie wokół makabrycznych wypadków drogowych — jako soundtrackiem seans na pewno nie byłby aż tak usypiający.
Dziewiąty album Exhumed to, tak jak „To The Dead”, fachowo podana death-grindowa sieczka, z jakiej ten zespół się doktoryzował i do jakiej fani najbardziej wzdychają – szybka, brutalna, zgrabnie zaaranżowana i nad wyraz chwytliwa. Produkcji, wykonaniu i kompozycjom z Red Asphalt nie można w zasadzie niczego zarzucić, bo odpowiadają za nie ludzie, którzy doskonale wiedzą, jak szarpnąć strunę, przywalić pałą czy pokręcić gałą, żeby było dobrze, a rezultat podskórnie kojarzył się z Carcass. No i jest dobrze, no i są skojarzenia z Carcass, ale — i tu pojawia się główny, a właściwie jedyny problem — całość jest baaardzo podobna do poprzedniego krążka, różnią je dosłownie detale, zaś zaskakujące elementy czy jakiekolwiek nowości jak na moje ucho w ogóle tu nie występują.
W związku z powyższym jestem niejako zmuszony czepiać się na siłę, bo chociaż Red Asphalt sam w sobie jest naprawdę fajny i sprawia dużo radochy, nie wnosi niczego do dorobku zespołu, trudno też podciągnąć go pod „powrót do formy”. Jeśli komuś zechce się głębiej analizować ten materiał i rozbierać go na czynniki pierwsze, może dojść do wniosku, że sprawia on wrażenie odrobinę mniej ekstremalnego od „To The Dead”, za to nieznacznie bardziej melodyjnego, treściwego i urozmaiconego rytmicznie. Czy to coś zmienia? Ano niespecjalnie. Dlatego już lepiej nie grzebać, tylko skupić się na energetycznych i odpowiednio kopiących kawałkach o sporym potencjale koncertowym.
Doceniam konsekwencję Exhumed i wysoki poziom Red Asphalt, niemniej jednak daję pół punktu mniej od „To The Dead”. I to wyłącznie dlatego, że te płyty ukazały się w takiej, a nie innej kolejności. Słuchać można ich bowiem wymiennie.
ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ExhumedOfficial
inne płyty tego wykonawcy:
Pierwszy album Brytyjczyków narobił sporego zamieszania w kręgach wielbicieli technicznego thrash/death jako materiał doskonale zagrany, cechujący się niepowtarzalnym kosmicznym klimatem, a w swej złożoności niemal wizjonerski. Cóż… dobra to była płyta, taka nawet ambitna (choć w oczywistych miejscach zalatywało od niej przerostem formy nad treścią) i do posłuchania, ale stanowczo zbyt przehajpowana. W każdym razie ja nie doszukałem się na „Visitations From Enceladus” tego, co u innych wywoływało tyle podniety. Enyłej, jadąc na tym hajpie, Cryptic Shift załapali się na kontrakt z Metal Blade i to właśnie dla nich po przydługiej przerwie nagrali Overspace & Supertime, materiał również przehajpowany…
Trochę to trwało, w dodatku nadzieje na to były niewielkie, ale w końcu Kreator odbił się od artystycznego dna i powrócił. Nie, nie do korzeni ani do topowej formy, a po prostu do pisania akceptowalnych piosenek, które nie odrzucają i nie budzą zażenowania już przy pierwszym kontakcie. Może to i nisko zawieszona poprzeczka jak na legendę teutońskiego thrash’u, ale biorąc pod uwagę, w jak głębokim kryzysie znajdował się zespół, trzeba się cieszyć nawet z małych rzeczy, jak to śpiewała Sylwia Grzeszczak. No i Krushers Of The World w jakimś stopniu cieszy, jednak nie na tyle, żeby prorokować Niemcom rychły renesans i lata prosperity.
Przez dobre kilka miesięcy byliśmy zewsząd atakowani tematem pożegnalnej płyty Megadeth i jej znaczenia dla dalszych losów ludzkości. Wiadomo, to przecież taki wzruszający moment, koniec epoki i nieśmiertelne dziedzictwo pozostawione maluczkim – ogólnie podziw i smuteczek bardzo. O będącym w tym samym punkcie „kariery” Monstrosity jest natomiast cicho… Nie ma się bowiem co oszukiwać, przy tak niemożebnie rozciągniętym procesie twórczo-wydawniczym Screams From Beneath The Surface może się okazać ostatnim krążkiem w dorobku tego zasłużonego, acz niezbyt pracowitego zespołu, nawet jeśli Lee Harrison jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Stało się, Mustaine posłał Rattleheada do piachu. Nie pierwszy to raz, ale ponoć już definitywnie ostatni. Koniec, kropka, kaplica, więcej płyt Megadeth nie będzie – cała kampania promocyjna Megadeth została oparta właśnie na tym. Nikt się nawet słowem nie zająknął, że to ma być najlepszy album w dorobku zespołu, że może najszybszy, że najcięższy, że najbardziej chwytliwy, że cokolwiek innego – nie, po prostu pożegnalny. Doceniam, że sprawę postawiono uczciwe i nie próbowano mydlić oczu fanom, że oto po ponad 40 latach grania Rudy nagle wzniósł się kompozytorsko na wyżyny. Nie wzniósł, ale i tak będzie miał godne epitafium.


