facebook

29 stycznia 2013

Cryptopsy – Cryptopsy [2012]

Cryptopsy - Cryptopsy recenzja okładka review cover
Cryptopsy odeszli w kiepskim, zupełnie nieprzekonywającym i przede wszystkim nie swoim stylu, toteż ich powrotem w ogóle nie zaprzątałem sobie głowy. Jak się dobrze zastanowić, to nawet nie mieli po co odgrzebywać tego trupa, skoro wielu, dla których docelowo nagrywali, świadomie ich z pamięci wymazało. Jednak Kanadyjczycy podjęli to ryzyko i nie tylko się reaktywowali, ale zrobili to z niesławnym Mattem McGachy w składzie. A płyta? Wyszło z tego duże zaskoczenie, bo krążek udał im się bardzo dobry, nawiązujący do tego, co w ich dyskografii najlepsze – "Whisper Supremacy" i "And Then You'll Beg". Wprawdzie nie wspięli się na aż tak wysoki poziom, jak przed laty (co im raczej nie zapewni przewodnictwa w kanadyjskim death metalu) i niczego nowego na "Cryptopsy" nie odkrywają (za to akurat można im podziękować), ale ponownie zaprezentowali się jako zespół naprawdę brutalny, pełen dobrych pomysłów i porządnie zakręcony.

26 stycznia 2013

Watchtower – Energetic Disassembly [1985]

Watchtower - Energetic Disassembly recenzja okładka review cover
Aż trudno uwierzyć, że krążek ten ma już niemal 30 lat. Jeszcze większe zaskoczenie budzi fakt, że dla większości metalowców kapela ta stanowi zagadkę nie mniejszą niż 2+2*2=6 dla współczesnej młodzieży gimnazjalnej. W obu przypadkach sprawa rozbija się, niestety, o znajomość podstaw. Matematyką zajmował się tutaj nie zamierzam (pierwszeństwo mnożenia, kretyni!), kilka słów mogę jednak napisać o tej, jakże niesamowitej, płycie. W czasach, kiedy znaczna większość metalowców dopiero dopieszczała swoje talenty muzyczne, kwartet z Austin jebnął tak niesamowitą porcją dźwięków, że niektórzy do dziś mają napuchnięte uszy. I nie ma w tym ani odrobiny przesady, bo w swoich czasach, a nawet dzisiaj, poziom umiejętności muzyków oraz zaawansowanie techniczne materiału bije na łeb znakomitą większość produkcji muzycznych. Potworna szkoda, że Watchtower przez wiele, wiele lat nie znalazł swoich naśladowców, choć może właśnie przez ową kompleksowość nikt nie garnął się do podjęcia rękawicy.

23 stycznia 2013

Pathology – Age Of Onset [2009]

Pathology - Age Of Onset recenzja okładka review cover
Kojarzycie może "Age Of Onset"? No właśnie. Tą płytą Pathology świata nie zawojowali, czemu zresztą nie ma się co dziwić, bo to bardzo typowe, archetypiczne wręcz amerykańskie brutalizmy. Napierducha jakich wiele, choć bez wątpienia podana profesjonalnie i bez wielkich uchybień – w końcu to nie jest ich pierwszy krążek. Powiedzmy sobie jasno – taki materiał ginie w morzu podobnych. Ale... Jest jednak coś, co potrafi przykuć do głośników wtajemniczonych miłośników krwawej sieczki – wokale, za które odpowiada Matti Way. Chłop swoim bulgotliwym jestestwem oczywiście nie wywindował kapeli na jakiś niemożliwie wysoki pułap (tym bardziej, że niekiedy zagłusza instrumenty), ale dzięki niemu "Age Of Onset" jest już w pewien sposób albumem charakterystycznym i miejscami wyrastającym ponad przeciętność, jakiej w tym gatunku nie brakuje.

20 stycznia 2013

Blind Guardian – Imaginations From The Other Side [1995]

Blind Guardian - Imaginations From The Other Side recenzja okładka review cover
Najlepszy album w całym dorobku Strażników – tak zapewne mogłoby powiedzieć wielu fanów zespołu. Ja się pod tym nie podpisuję, co nie znaczy, że uważam krążek za słaby. Co to, to nie! Bo jakby na to nie spojrzeć "Imaginations from the Other Side" to dzieło wielkie, arcydzieło ośmielę się stwierdzić. Arcy-kurwa-dzieło! Dziewięć kawałków, a jeden lepszy od drugiego. Tym razem nie ośmielę się wskazać, który jest lepszy, który bardziej do mnie przemawia, którego słucham częściej niż pozostałe. Się po prostu nie da. Były takie czasy, kiedy album nie schodził z tapety przez całe tygodnie, słuchałem go bez przerwy, a kiedy nie słuchałem, to i tak słuchałem – tyle że na sieci w wersjach koncertowych, akustycznych, na budzik i piszczałkę, etc. Swoją drogą, w wydaniu koncertowym utwory wydają się jeszcze bardziej epickie i przejmujące – wiem, przekonałem się na sobie. I zajebiste. Generalnie trudno pisać o czymś używając tylko superlatywów, samych ochów i achów, ale kiedy sobie przypominam tamten koncert...

17 stycznia 2013

Gortal – Deamonolith [2012]

Gortal - Deamonolith recenzja okładka review cover
Nie ma sensu popadać w grubą przesadę i trąbić, że Gortal zmienił się jakoś znacząco od czasu solidnego debiutu. Gortal się jedynie poprawił, a przy tym odpowiednio rozwinął – potwierdził poziom, niemały potencjał i jednoznacznie ugruntował swoją i tak już wysoką pozycję na krajowej scenie. I na pewno nie rozczarował. Wynika stąd, że "Deamonolith" nie jest żadnym eksperymentem, a logiczną konsekwencją obranego przed laty kierunku. Krążkiem, który nie tylko przewyższa poprzednika w podstawowych elementach — intensywność, brutalność, szybkość — ale i znacznie lepiej od niego brzmi (bo tym razem nagrywali w bardziej cywilizowanych warunkach). Jednocześnie w muzyce zespołu, przy zachowaniu jej ekstremalnego charakteru, jest teraz więcej przestrzeni, motorycznych partii, urozmaiceń (w tym także zwolnień) i fajnie wkręcających się melodii.

14 stycznia 2013

Ihsahn – The Adversary [2006]

Ihsahn - The Adversary recenzja okładka review cover
Krążkiem "Prometheus" potraktował Cesarz swoich słuchaczy zupełnie nie po chrześcijańsku: chociaż ci starali się i spinali by nadstawić drugi policzek i zaliczyć pierwszoligowego Kliczkę, muzycy Emperora stwierdzili "the end" i zwinęli interes. A to znaczy: noł mor longplejs. I jak tu w takim momencie nie zakurwić, tak komuś jak i pod nosem. Nie można nagrać czegoś tak wspaniałego jak "Prometheus" i na pięć lat oddać się Bóg wie czemu. Dzisiaj mogę jednak śmiało stwierdzić, że warto było czekać, bowiem "The Adversary" to album tej samej klasy. Tytułem wstępu muszę jeszcze dodać, że wszelkim fanom czystości gatunkowej i prawdziwości spod znaku piwnicy i Kasprzaka, opisywany krążek raczej nie przypadnie do gustu, ale tego się zapewne spodziewali. Jeśli ktoś jednak spędził miłe chwile nad "Prometeuszem" nie powinien narzekać, ba, będzie wniebowzięty. I jeśli ów krążek pozostawił pewien niedosyt w warstwie muzycznej, to wydaje mi się, że "The Adversary" świetnie ten niedosyt likwiduje.

11 stycznia 2013

Capharnaum – Fractured [2004]

Capharnaum - Fractured recenzja okładka review cover
W przypadku kapel takich jak Capharnaum istnieje duże ryzyko, że nazwiska muzyków biorących udział w nagraniach zupełnie przesłonią zawartość albumu, albo koniec końców będą jedyną atrakcją. Na "Fractured" tego bezproblemowo uniknięto, bo chociaż Gorguts, Martyr czy Monstrosity to znakomite zespoły, to do najpopularniejszych nie należą i na dobrą sprawę mało kto zwraca na nie uwagę, a sam Capharnaum — jeszcze za czasów zamierzchłego debiutu — znany był tylko garstce zapaleńców. Ze smutkiem trzeba skonstatować, że z nowym składem i drugą, opisywaną właśnie, płytą notowania poprawili tylko w niewielkim stopniu. Nie zmienia to faktu, iż w każdej sekundzie "Fractured" słychać, że za tym materiałem stoją prawdziwi zawodowcy, którzy techniczny death metal opanowali na najwyższym poziomie i z ogromną swobodą grają to, na czym inni najprawdopodobniej połamaliby sobie palce.

8 stycznia 2013

Death Angel – Relentless Retribution [2010]

Death Angel - Relentless Retribution recenzja okładka review cover
Tak właśnie mi się zdawało, że niektóre rozwiązania stylistyczne na ostatnim krążku Kreatora skądś kojarzę. I voila! – przypomniałem sobie. A skoro sobie przypomniałem, to nie mogę pozostawić tego samopas, bo materiał wchodzi zajebiście i dostarcza rozrywki na bardzo wysokim poziomie, ocierając się niekiedy nawet o zajebistość – że tak zacytuję Ziobrę. A mowa oczywiście o ostatnim krążku amerykańskiej formacji Death Angel. W ramach wyjaśnienia zaznaczam, że nie chodzi mi o to, że Kreator rżnął z DA, bo nie musiał, ale że skorzystał z pewnych patentów, których wcześniej raczej nie stosował, a które były i są na porządku dziennym u amerykańców. Sami zresztą przyznacie, że tak melodyjnego Kreatora dawno nie było – i właśnie o tą melodyjność mi chodzi. Fanom surowszej obróbki pewnie takie melodie u Niemców spodobały się mniej, ja natomiast przyjąłem je z otwartymi ramionami i staropolskim misiem. Ale ja nie o Kreatorze, bo tego już demo zrecenzował, tylko właśnie o Death Angel.

5 stycznia 2013

Victimizer – Tales Of Loss And New Found Serenity [2011]

Victimizer - Tales Of Loss And New Found Serenity recenzja okładka review cover
Victimizer wraz z ich drugim krążkiem "Tales Of Loss And New Found Serenity" to dla mnie największe odkrycie paru ostatnich lat. Powiedziałbym także, że i duża nadzieja na przyszłość, ale z tym się wstrzymam, bo zważywszy na przebieg ich dotychczasowej, ten tego, kariery, następnego razu może nie być. Niestety, zespół to niemłody, uczulony nawet na małe sukcesy, więc diabli wiedzą, jak długo jeszcze utrzymają się na powierzchni. Dlatego, nie czekając do podsumowania, już teraz wystosuję możliwie jasny i nieco desperacki apel – bardzo mi zależy, żebyście zwrócili na nich uwagę, bo są przezajebiści i w swoim fachu mogą bez kompleksów konkurować z najbardziej znanymi. Przechodząc już do samej płyty, okazała się dla mnie odkryciem, ale w żadnym wypadku zaskoczeniem, bo trudno o takie, kiedy prezentowany gatunek nie jest pierwszej młodości, a i poszczególne utwory były szlifowane po kilka lat.

2 stycznia 2013

Overkill – Ironbound [2010]

Overkill - Ironbound recenzja okładka review cover
Ostatni krążek Overkill "The Electric Age" zdecydowanie daje radę, ale nie jest nawet w połowie tak dobry jak poprzedni, a dziś recenzowany – "Ironbound". Muzyka nie różni się jakoś specjalnie od tego, do czego zdążył nas Overkill przyzwyczaić, czyli jest agresywnie, zdecydowanie do przodu (choć nie na złamanie karku), bez zbędnych spowolnień i marudzenia, a przy tym melodyjnie i z rewelacyjną motoryką, ale to akurat dobrze. Nie można też zapominać o fenomenalnym wręcz talencie Overkill do komponowania riffów, które od chwili narodzenia mogą być uznawane za klasyki gatunku. Kolejną cechą rozpoznawczą zespołu jest wokal Bobby Ellswortha, do którego trzeba się na początku przyzwyczaić, ale który później okazuje się jedynym, który pasuje do tej muzyki. Jakoś nie wyobrażam sobie innych metalowych wokalistów, np. Mustaine'a bądź Billy'ego, skądinąd zajebistych, którzy pasowaliby do utworów Overkill.