Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2007. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2017

Odious Mortem – Cryptic Implosion [2007]

Odious Mortem - Cryptic Implosion recenzja okładka review coverStrach pomyśleć, ale od premiery "Cryptic Implosion" minęło już dziesięć lat! Od tamtego momentu Odious Mortem milczą i — wbrew szumnym zapowiedziom — nic nie wskazuje na to, żeby to się miało w najbliższej przyszłości zmienić. Domyślam się, że Amerykanie mają ten sam problem co Necrophagist i kilka innych ostro kombinujących kapel z najwyższej półki: w swoim czasie zrobili coś zajebistego i teraz nie mają pojęcia, co dalej – w którym pójść kierunku, żeby wciąż było zajebiście, ale jednak inaczej. Skok jakościowy, jakiego Odious Mortem dokonali między "Devouring The Prophecy" a "Cryptic Implosion", był doprawdy zadziwiający (i to mając na uwadze, że debiut był co najmniej solidny), więc marne szanse, że udałoby się im go powtórzyć. Tym bardziej, że opisywana płyta w zasadzie nie zostawiła miejsca na poprawki i wciąż bije od niej ta sama świeżość, co dekadę temu. A to prawdziwa sztuka jeśli chodzi o brutalny i przede wszystkim techniczny death metal, w którym — jak się zdaje — wszystko już zostało powiedziane. "Cryptic Implosion" to fantastycznie skomponowany i nienagannie zagrany materiał, który ilością pomysłów (dodajmy, że kapitalnych) na minutę utworu powoduje opad kopary, ślinotok i drganie lewej górnej powieki. Taka nawałnica dźwięków nie ma prawa nudzić nawet przez moment, choć niedostatecznie przygotowanego słuchacza może zmęczyć intensywnością i ogłupić natłokiem estetycznych doznań. Łomot w wykonaniu Odious Mortem jest naprawdę konkretny, Amerykanie nie szczędzą bardzo szybkich temp i (so)czystej brutalności, jednak — co nietrudno zauważyć — stawiają przede wszystkim na pompę i rozmach aranżacyjny – rozwiązania efektowne, skomplikowane i niejednokrotnie zadziwiające. Należy przy tym nadmienić, że album wyróżnia się porządnym brzmieniem i bardzo selektywną (każdy instrument ma swoje miejsce) produkcją, która znacząco ułatwia wychwycenie wszystkich smaczków gęsto poutykanych w utworach. Owszem, w przypływie złośliwości można czepiać się zespołu za przerost formy nad treścią, ale ja akurat nie widzę w tym najmniejszego problemu, bo "Cryptic Implosion" porywa i angażuje od pierwszych taktów. Ponadto materiał jest bardzo sycący, czego o 23-minutowym debiucie nie można było powiedzieć. Zachodzę tylko w głowę, dlaczego z taką muzyką i solidnym wydawcą zespół nie zyskał większego (i należnego) rozgłosu. Jak dla mnie ta płyta to przyszły klasyk.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Faebook: www.facebook.com/pages/Odious-Mortem/134874569903774

podobne płyty:

Udostępnij:

5 stycznia 2016

Disavowed – Stagnated Existence [2007]

Disavowed - Stagnated Existence recenzja okładka review coverHolendrzy z Disavowed, zabierając się za płytę numer dwa, najwyraźniej doszli do jedynie słusznego wniosku, że w tak hermetycznej stylistyce jaką jest brutalny amerykański death metal już nic ponad to, co zrobili, zrobić się nie da. To dlatego "Stagnated Existence" jest materiałem świeższym, z nieco inaczej rozłożonymi akcentami, choć na pewno nie mniej bezwzględnym niż debiut. Chłopaki mogli sobie pozwolić na mniej lub bardziej odważne zmiany, bo przez te kilka lat, które dzielą obie płyty, nabrali doświadczenia (także w innych kapelach) i wyraźnie rozwinęli umiejętności kompozytorskie i czysto techniczne. No i chyba mogli liczyć na przyzwoity budżet od Neurotic... Ale po kolei. "Stagnated Existence" to bardzo dobrze przemyślane oblicze sonicznej brutalności – z często zmienianym tempem (dominuje oczywiście szybki wygar – nawet szybszy niż poprzednio, bo nawala Romain Goulon), urozmaiconymi rytmami i atakującymi ze wszystkich stron popieprzonymi riffami. To już nie jest napierdalanie dla samej idei napierdalania i ku chwale Disgorge, a dość złożona i precyzyjnie odegrana muzyka, która potrafi zamęczyć swoją intensywnością. Album odbiera siły już za sprawą super przejrzystego brzmienia – dzięki niemu, każdy detal mocniej uderza w mózgownicę, jakkolwiek ogarnięcie ich wszystkich zajmuje trochę czasu. Żeby jednak ekstremalność "Stagnated Existence" nie odstraszyła mniej wyrobionych słuchaczy, ekipa Disavowed zawarła na płycie dwa haczyki, które w oczach fanatyków brutal death mogą uchodzić nawet za zdradę gatunkowych ideałów. Po pierwsze, kilka riffów ociera się o coś, co przy odrobinie dobrej woli można nazwać melodią – w skali całego albumu nie ma ich wprawdzie wiele, ale gdzieś tam się pojawiają. Po drugie, wokalista wyrzuca z siebie garstkę zrozumiałych słów, które w żaden sposób nie pozwalają połapać się w tekstach, ale — uwaga, bis! — gdzieś tam się pojawiają. Oba te elementy zebrane do kupy nie osłabiają muzyczno-lirycznego przekazu Disavowed, więc fani debiutu powinni bez obaw sięgnąć także po "Stagnated Existence".


ocena: 8,5/10
demo
oficjalna strona: www.disavowed.nl

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

5 października 2014

Immolation – Hope And Horror [2007]

Immolation - Hope And Horror recenzja okładka review coverPierwsza w dwudziestoletniej historii EPka Immolation w żaden sposób nie zaskakuje swoją zawartością, ale nie o to tu przecież chodzi. Wszak chyba nikt nie oczekiwał, że przy takiej okazji Amerykanie zabiorą się za remixy techno, hiphopowe bełkoty, covery Graveland czy pieśni ma-ryjne. Trzy kawałki składające się na "Hope And Horror" to po prostu kwadrans pierwszorzędnej rzeźni w stylu, jaki uwielbiamy. 'Den Of Thieves' to najbrutalniejszy wyziew w tym zestawie – liczne blasty i odrobina wolniejszego grania. 'The Condemned' mógłby się znaleźć na "Shadows In The Light", bo niczym nie odbiega od kawałków z tamtego LP, jest tak samo pokombinowany i chwytliwy zarazem. 'The Struggle Of Hope And Horror' jest numerem instrumentalnym i to największa nowość w dorobku Immolation. Stylistycznie i klimatem prezentuje typowe oblicze zespołu, ale czyż to nie jest powód do radości? Pewnie że tak! A te solówki (szczególnie druga) – miazga! Jak już ktoś się dostatecznie nasłucha, może zająć się drugą płytką w zestawie – tym razem dvd. Szoł z "BB King Club & Grill" robi bardzo dobre wrażenie, choć jakość obrazu jest najwyżej średnia a wokal w paru miejscach zanika. Przynajmniej mamy ujęcia z kilku kamer, więc obraz dynamicznie zmontowano. Tymi dziesięcioma utworami (wśród nich takie hity jak 'Unholy Cult' czy 'No Jesus, No Beast') muzycy Immolation pokazali, że niepotrzebna im jakaś wycyckana oprawa i gadki o misterium by zrobić z dup widzów jesień średniowiecza i ich zaczarować. Pełen profesjonalizm, doskonała forma sceniczna (Robert jest wielki forever!), zero udawania i zero gwiazdorki. Tak powinien wyglądać prawdziwy death metalowy zespół na żywo!


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 września 2014

Sickening Horror – When Landscapes Bled Backwards [2007]

Sickening Horror - When Landscapes Bled Backwards recenzja okładka review coverZanim George Kollias zyskał sławę dzięki intratnej posadzie w Nile, bębnił sobie z powodzeniem w powszechnie szanowanym Nightfall oraz rozkręcającym się z wolna i bez szału Sickening Horror. Co ciekawe, to postawą w tym drugim zespole zasłużył sobie w oczach Karla Sandersa na awans do najwyższej ligi. Po tej przygodnie prawie jak z "Kopciuszka" wbrew pozorom Kolliasowi woda sodowa nie uderzyła do głowy i ze starymi kolegami zdołał nagrać jeszcze debiutancki krążek – "When Landscapes Bled Backwards". Krążek, który z pewnością dupy nie urywa, ale można go spokojnie zaliczyć do udanych, choć niewiele ponadto. W dużym skrócie, Grecy zapodają szybki i intensywny death metal (z bardzo wyraźnymi wpływami Nile i Morbid Angel) z zapędami w kierunku czegoś ambitnego i oryginalnego. Metalowa podstawa muzyki tego trio jest naprawdę niezła, bo panowie dobrze wiedzą, do czego służą instrumenty i potrafią z ich pomocą generować brutalny hałas. Jazda w ich wykonaniu nie niesie z sobą nic odkrywczego, ale przy odpowiedniej głośności może się podobać. Zaskakiwać może jedynie to, że płyta nie jest aż tak szybka, jak można by oczekiwać. W każdym razie – póki Sickening Horror łoją czysty death metal, to jest fajnie i wszystko trzyma się kupy. Nieciekawie robi się, gdy Grecy zbytnio zapędzają się z dodatkami. Mam tu na myśli zwłaszcza elektronikę i wpychanie się basu przed szereg, choć i to pianino na końcu płyty jest zbędne. Pierwsze i ostatnie nie wymagają komentarza, ale ten bas – i owszem. Trochę mi to śmierdzi nachalną próbą pokazania światu: patrzcie, kurwa, jacy jesteśmy techniczni; trochę, bo większość tych eksponowanych zagrywek to takie wciśnięte na siłę puste przebieranie palcami dla przebierania palcami. Ani to logicznie nie wynika ze struktury kawałków (za to skutecznie je rozwala od środka), ani nie służy za ozdobnik, ani też nie jest ciekawe od strony muzycznej. Przesadne ambicje twórców tylko zaszkodziły "When Landscapes Bled Backwards", co nie oznacza, że pozbawiona tych 'oryginalnych' domieszek płyta sprowadziłaby wszystkich do parteru. Nie, to dalej byłby tylko (lub aż) solidny i niewybijający się death metal.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sickeninghorror

podobne płyty:

Udostępnij:

2 lipca 2014

Visceral Bleeding – Absorbing The Disarray [2007]

Visceral Bleeding - Absorbing The Disarray recenzja okładka review coverVisceral Bleeding dla tabunów kapel obracających się w ramach brutalnego i technicznego death metalu nie tylko mogą, a wręcz powinni służyć za wzór tego, jak mordować intensywnością, nie grając przy tym z oszałamiającą prędkością. Szwedzi są po prostu bezkonkurencyjni w tej dziedzinie, a ogarnięcie struktur ich najprostszych utworów (o ile są takowe) nie należy do zadań łatwo wykonalnych. Przy takim zagęszczeniu pojebanych motywów, z jakim mamy do czynienia na płycie, przed przegrzaniem mózgownicy nie uchroni nawet bardzo selektywne brzmienie, które uzyskali w przybytku o nazwie Flatpig. Na "Absorbing The Disarray" nie ma już charakterystycznego dla poprzednich produkcji Szwedów totalnego zapatrzenia w Suffocation — choć takich wpływów wcale się nie wyzbyli — bo muzyka na tym krążku nabrała więcej indywidualnych cech, stała się także jeszcze bardziej (!) techniczna i zakręcona. Jakby tego było mało, Visceral Bleeding z pełną perfidią skomponowali aż 40 minut materiału, więc zapewne dla wielu niedzielnych ekstremistów kontakt z płytą zakończy się podpięciem pod kroplówkę i wąchaniem soli trzeźwiących. Nie ma bata, soniczna miazga generowana przez ten zespół zrobi wrażenie na każdym, niezależnie od tego, czy potrafi coś z niej zrozumieć, czy też nie (a to nie wstyd). Co ciekawe, z tego instrumentalnego szaleństwa można wyłowić kilka fragmentów, które całkiem nieźle wpadają w ucho, choć melodii w nich tyle, co kot napłakał. Za to już brutalnością "Absorbing The Disarray" można by obdzielić death’owe sceny dwóch-trzech krajów. W znakomitym 'Bring Forth The Bedlam' padają słowa: "I will be bringer of mayhem / I will be bringer of disorder / I will be bringer of chaos", które spokojnie można odnieść do całego albumu, bo death metal w wykonaniu Visceral Bleeding rzeczywiście niesie ze sobą chaos, nieład i zniszczenie – wszystko najwyższej jakości i bez wątpienia godne polecenia. Neurotic, zgodnie ze swoim zwyczajem, wzbogacili krążek o multimedia (teledyski do 'Rip The Flesh' i 'Disgust The Vile') i zapakowali go w slipcase – to taka dodatkowa zachęta do zakupu.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/31930544

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

20 maja 2014

Blotted Science – The Machinations Of Dementia [2007]

Blotted Science – The Machinations of Dementia recenzja okładka review coverInstrumentalne trio pod wodzą Jarzombka może oznaczać tylko jedno – totalną dźwiękową rozwałkę poczynioną strukturami, wielopłaszczyznowością, intensywnością i stopniem komplikacji. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy Blotted Science a wieloma zespołami instrumentalnymi, a mianowicie taka, że muzycy Blotted Science nie muszą nikomu niczego udowadniać. W związku z tym, album nie jest ledwie lichym popisem umiejętności manualnych, ale stanowi pełnoprawny i przemyślany album. Oczywiście, karkołomnych zagrywek jest tutaj od zajebania, jednak nie są one celem samym w sobie, a służą — i doskonale to słychać — większej sprawie, jaką jest granie dobrej, wymagającej muzyki. Debiutancki krążek amerykańskiego trio proponuje podróż w niezbadane i niewyeksploatowane pokłady progresywnego metalu pełnego najrozmaitszych smaczków i fantazyjnych detali. Jest przy tym dość intensywny i ciężki, by zadowolić także tych, którzy na co dzień z muzyką instrumentalną nie zwykli obcować. Poza typowo progresywnymi zabiegami bowiem jest tu mnóstwo rasowego i treściwego metalu, stanowiącego szkielet dla wszystkich tych postępowych aranżacji. Nie ma więc także, obecnych na większości albumów instrumentalnych, często zbędnych, wycieczek w poza-metalowe rejony, bądź psujących całość, tworzonych na siłę zwolnień i wyciszeń. Na "The Machinations of Dementia" wszystko do siebie pasuje, a całość jest większa niż suma elementów. Udało się muzykom Blotted Science nagrać album od początku do końca ciężki i pełen mocy. Co więcej, udało się to zrobić mimo niesamowitej długości płyty, bo niemal godziny. W tym czasie ani na moment muzycy nie odpuszczają i grają jak opętani coraz to bardziej zawiłe i połamane kawałki. Jeszcze lepsze, że nie kopiują innych i tworzą muzykę oryginalną oraz ciekawą. Warto także wspomnieć kto, poza Jarzombkiem, wchodzi w skład zespołu, bo można się miło zaskoczyć. Za gary odpowiada szerzej nieznany Charlie Zeleny, ale prawdziwą niespodzianką jest obecność basisty Cannibal Corpse – Alexa Webstera. Muszę przyznać, że o ile Zeleny, który udziela się w kilku dość marginalnych kapelach, choćby Behold the Arctopus, nie jest akurat dla mnie żadną nowością, dobrze znam jego twórczość i wiem, do czego jest zdolny, o tyle obecność Webstera pozytywnie mnie zaskoczyła. Przede wszystkim dlatego, że nigdy wcześniej nie dał się poznać z tej strony. Wyszedł jednak z tego zadania obronną ręka, nie pozwolił zepchnąć się na dalsze plany i na równi z pozostałymi uczestniczy w zamieszaniu, które dzieje się na płycie. "The Machinations of Dementia" to wymagający pewnego zacięcia i oddania album, który rewanżuje się jednak ciekawymi aranżacjami, świeżym podejściem do tematu i — o czym nie można zapomnieć 3 mnóstwem energii. Na pewno nie jest to album, którego słucha się od niechcenia, jeśli jednak znajdzie się trochę wolnego czasu – potrafi wciągnąć na długie godziny. Szczerze polecam.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/blottedscience

podobne płyty:

Udostępnij:

8 listopada 2013

Sigh – Hangman's Hymn: Musikalische Exequien [2007]

Sigh - Hangman's Hymn: Musikalische Exequien recenzja okładka review coverJapończycy wciąż w wysokiej formie. Po odjechanym, ale także i genialnym przecież "Gallows Gallery", muzycy raz jeszcze postanowili zaskoczyć i pobawić się w ciuciubabkę ze swoimi fanami. Więc i mnie się znienacka oberwało. Awangardowe kompozycje, saksofon, rockowy feeling – tym i mnóstwem innych rzeczy stał przywołany "GG", "Hangman's Hymn" zaś jest od niego tak różny, iż wydaje się być nagrany przez kogoś innego. Symfoniczny, surowy black metal z mnogością sampli, klasycznych odwołań i iście King-Diamondowskim klimatem. A to wszystko, ten cały soniczny misz-masz i burdel na kółkach postanowili Japończycy przyozdobić kilkoma chochelkami ironii i wypaczonej, kabaretowej atmosfery rodem z horrorów klasy B. Jednak, o zgrozo, wchodzi to elegancko – wszystkie elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie, a kiedy potrzeba – wzmacniają. Słucham tego albumu i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sprawdziłby się doskonale w roli musicalu o jakiejś groteskowej, grobowo-prześmiewczej tematyce typu Halloween w przycmentarnym psychiatryku. Kolejne utwory aż ociekają chorym patosem i pompatycznością i widok całego chóru ucharakteryzowanych aktorów śpiewających kolejne utwory, wcale nie wydaje się przesadzony. Nie zabrakło również kilku mistrzowsko wykonanych gitarowych solówek, zwykle neoklasycznych, ale w nieco offowej tonacji. Nie mógłbym nie wspomnieć także o garowym, bo jest on cichym (no, nie takim cichym) bohaterem tego albumu: napierdala jak szatan jeden motyw z zaangażowaniem godnym twórców brazylijskich telenowel. Sami zresztą przyznajcie – jechać przez trzy kwadranse albumu dwa riffy na krzyż i robić to cały czas równo i z mocą, to trzeba umieć. I mieć odpowiednio zryty beret. Wokalnie, poza oczywistym powrotem do źródeł: kilka ładnych, czystych linii, kilka — także wspomnianych — falsetów a'la King Diamond, oraz trochę, a jakże, bezpardonowych wyrzygów – w skrócie: wszystko i jeszcze więcej. Pochwalić również trzeba realizację i brzmienie, które uległo znacznej poprawie i w końcu płyta nie brzmi jak puszczana z gramofonu. Podsumowując – album może zaskakiwać i zaskakuje. Kto oczekiwał prostej kontynuacji "Gallows Gallery", będzie musiał nieco zmienić optykę, bo jednak albumy dość znacznie się od siebie różnią. Nie na tyle jednak, by nie móc znaleźć wspólnego mianownika, tych cech wspólnych, które nadają muzyce Sigh posmaku wyjątkowości i niepowtarzalności. Za to, miedzy innymi, mają mój szacunek i pewność, że ich płyty będą się długo i wartko kręciły w moim playerze.


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sighjapan

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 września 2013

Man Must Die – The Human Condition [2007]

Man Must Die - The Human Condition recenzja okładka review coverDrugi krążek Szkotów nie mógł być dla nikogo, kto ma więcej niż dwa zwoje mózgowe, żadnym zaskoczeniem. Wszak po tym, co zaprezentowali na debiucie, nie mogło być najmniejszych wątpliwości co do jakości i klasy muzyków, a więc i do samej muzyki. Owszem, zdarzają się wpadki, żeby nie powiedzieć zajebania łysą grzywką o kant kuli, które skutecznie podkopują wiarę człowieka w ludzkość, jednak nic takiego w przypadku Man Must Die nie mogło się wydarzyć i się nie wydarzyło. "The Human Condition" pokazał, że Szkoci są w dobrej formie, mają głowy pełne pomysłów i aż ich świerzbi, by ta myśl stała się muzyką. Cały krążek jest dowodem na to, że nie zmarnowali tych kilku lat, a solidnie i z wytrwałością budowali swoją markę, szlifowali umiejętności i komponowali nowe, lepsze kawałki. Płyta utrzymana jest generalnie w stylu debiutu: jest technicznie, umiarkowanie brutalnie i z pewną dozą melodyjności, co plasuje muzykę mniej więcej na tej samej półce, co Neuraxis (co zaskoczeniem być nie może, biorąc pod uwagę brzmienie debiutu), Kataklysm, Gorod, Never i pewnie wiele, wiele innych kapel, czyli bliżej środka aniżeli jakichkolwiek ekstremów. Tu jednak leży pies pogrzebany, bowiem trzeba mieć talent, by w tej dosyć (jakby na to nie patrzyć) umiarkowanej i tradycyjnej konwencji znaleźć na tyle ciekawych riffów, nieoczekiwanych zmian tempa i starego, dobrego nakurwu, by zainteresować słuchacza na dłużej, a także nie popaść w błędne koło bezczelnego zżynania. I wydaje mi się, że chłopakom z Man Must Die udało się to wybornie. Muzyka w porównaniu do debiutu dojrzała, nieco skomplikowała się i stała bardziej monolityczna w tym sensie, że sprawia wrażenie wielkiej i wszechobecnej. Odbyło się to kosztem melodyjności, jednak nie do tego stopnia, by móc stwierdzić jakąś kolosalną różnicę pomiędzy wydawnictwami; ot, chłopaki więcej nakurwiają połamańców i zmian tempa niż uciekają się do "ładnych" melodyjek. Wraz ze spadkiem melodyjności i wzrostem techniczności, spadła nieco przebojowość, czego żałuję. Podsumowując zmiany jakie dokonały się na "The Human Condition" muszę jednak stwierdzić, że stało się to z wyczuciem i w zgodzie ze stylem zespołu. Muzycy robią swoje, więc nie będę się silił na epitety, realizacja i produkcja trzyma wysoki poziom debiutu, wszystko dopięte na ostatni guzik – w kilku słowach: rzetelnie i profesjonalnie podany tech death na światowym poziomie. Może jeszcze bez przełomu, może wciąż nieco zbyt zachowawczo, ale nie mam wątpliwości, że Szkoci mają jaja nagrać coś naprawdę zajebistego.


ocena: 8/10
deaf
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ManMustDie

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

29 czerwca 2012

Monstrosity – Spiritual Apocalypse [2007]

Monstrosity - Spiritual Apocalypse recenzja okładka review coverTypy idealne mają to do siebie, że nie występują w naturze. Całe szczęście, że od tej reguły są dwa wyjątki: kanadyjskie blondaski i death metal. Teraz będzie o tym mniej interesującym, czyli o muzyce. I to nie byle jakiej! W mojej opinii "Spiritual Apocalypse" należy do niezbyt licznego grona płyt w ramach klasycznego technicznego death metalu, do których nijak nie da się wcisnąć choćby jednej dodatkowej nuty, a to z tego zajebiście prostego powodu, że wszystko, co trzeba, już tam jest. Co więcej – jest tak dopracowane i podane na tak zajebiście wysokim poziomie, że to aż nieprawdopodobne, zajebiście nieprawdopodobne. Pomysłowość idzie tu w parze z wykonawczą perfekcją, a kompozytorska dojrzałość ze świeżością godną debiutanta – od razu słychać, że za płytą stoją profesjonaliści, którzy jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa, i którym przede wszystkim się chce. Wspaniałe, super charakterystyczne dla Monstrosity riffy, idealnie dawkowane piękne solówki, bardzo zróżnicowane (bez kombinowania na siłę) partie perkusji, głębokie i czytelne wokale (kojarzą się z Bentonem, zwłaszcza te wrzeszczane) i brzmienie, jakiego można tylko pozazdrościć. Prawdziwy diament. Nawet to słabe interludium, jako ledwie widoczna rysa, ma uzasadnienie, daje bowiem chwilę na dojście do siebie po absolutnie genialnym 'Remnants Of Divination' (z głównym riffem byłbym skłonny się ożenić). Takiej muzyki mogę słuchać bez przerwy, za każdym razem z takim samym entuzjazmem, jak podczas pierwszego odpalenia – "Spiritual Apocalypse" to po prostu nie nudząca się esencja czystej gatunkowej zajebistości, efektowna i efektywna. Wszelka dalsza pisanina jest w tym miejscu zbędna, bo jeśli ktoś naprawdę ceni klasowy death metal najwyższej próby, ten "Spiritual Apocalypse" musi nabyć i basta! Aha, żeby nie było wątpliwości – tak, to najlepszy album Monstrosity.


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.monstrosity.us

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 stycznia 2012

Entombed – Serpent Saints – The Ten Amendments [2007]

Entombed - Serpent Saints - The Ten Amendments recenzja okładka review coverIdę o zakład, że kultowi Szwedzi sklecili tę płytę na odpierdol, całkowicie zamroczeni, bardziej skupiając się na tym, żeby w studiu nie zabrakło fajek ani wódzi, niż żeby każdy dźwięk był doskonale wypieszczony. Death 'n' Roll, punk-death – nazywajcie to, jak chcecie, to jest po prostu pieprzona esencja Entombed: brudna, niechlujna, pierwotna i luzacka. Z oparów alkoholu i rozmaitego zielska wyszedł im jeden z najlepszych — a odrzuciwszy sentyment do staroci, to może i najlepszy — album w karierze. I nie ma w tym mojej przesady – pod względem zajebistości i przebojowości "Serpent Saints" bije na głowę nawet debiut (albo "Wolverine Blues", jak kto woli). O miano największego hiciora walczą tu przede wszystkim 'Masters Of Death' (kapitalny tekst, na który mogło być stać tylko Entombed), 'When in Sodom', 'Serpent Saints' i 'The Dead, The Dying And The Dying To Be Dead' – każdy inny i na swój sposób porywający. Muzyka na dziewiątym krążku Entombed jest ostra, dość ciężka (ale na pewno nie tak surowa jak na "Inferno"), zaskakująco melodyjna, równie zaskakująco żwawa (Szwedzi przypomnieli sobie o blastach), momentami kiczowata i tak przyjemnie niewymagająca, że zatopić się w nią może każdy. Nawet niepijący. Naturalnie prawdziwej głębi tych dźwięków można doświadczyć tylko z browarem (abo wódencją) we krwi, ale i obrzydliwy stan pełnego kontaktu z rzeczywistością nie jest w stanie zakłócić pozytywnych wrażeń podczas słuchania "Serpent Saints". Jako, że płyt z podobnym materiałem jest teraz jak na lekarstwo, warto przykleić do pudełka jakiegoś dżipiesa, żeby przypadkiem nie stracić tego krążka z oczu – wszak tylu mamy chętnych na cudzą własność.


ocena: 8,5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 września 2011

Obituary – Xecutioner’s Return [2007]

Obituary - Xecutioner’s Return recenzja okładka review coverPo Obitkach nie należy się spodziewać romansu z klawiszami, babskiego zawodzenia, wesołych melodyjek, pedalskich chórków czy ogniskowych ballad. To fakt. Zawsze stawiali na nieskomplikowany walec i właśnie takim rozjeżdżali słuchacza. To także oczywista oczywistość, że zacytuję wyjątkowo nielubianego polityka. Jednak gdy w tytuł płyty wskakuje prehistoryczna nazwa, to sytuacja, przyznacie, robi się nad wyraz intrygująca. Ponad wszelką wątpliwość szyld nie jest tu przypadkowy, bo nad krążkiem aż unosi się zielony odorek zamierzchłej przeszłości. W związku z przymusową absencją Allena, całą muzykę napisali Trevor i Donald, czyli... duet odpowiedzialny za lwią część materiału z genialnego "Cause Of Death". I to właśnie z tą płytą "Xecutioner’s Return" ma najwięcej wspólnego. Jest odpowiedni ciężar, charakterystyczne szorstkie riffy, niezmiennie świetne wokale, średnie tempa (choć trzeba przyznać, że 'dwójka' jest całościowo szybsza) i zbliżony poziom brutalności. A co do odczuć przy słuchaniu... porównajcie sobie 'Seal Your Fate' (to mój faworyt) z 'Find The Arise', 'Second Chance' z 'Body Bag' lub 'Evil Ways' z 'Dying'... A to tylko część atrakcji, bo oprócz tego dostajemy także dwa wyjątkowo mozolne walce (tylko umieszczenie ich obok siebie nie było chyba najlepszym pomysłem). Kolejny istotny element to znakomite solówki autorstwa nowego nabytku Obituary, Ralpha Santolli (molestującego struny także w Deicide). Tych popisów jest sporo i niewątpliwie wzbogacają muzykę, czyniąc ją ciekawszą i 'żywszą'. I tu uwaga: nie wierzcie pierdoleniu, jakoby Santolla zniszczył materiał melodyjnymi solówkami, czy w ogóle – swoją obecnością. Źródeł takich bzdetów upatrywałbym w krańcowym stępieniu słuchu ludzi wypowiadających podobne dyrdymały. No chyba, że dla niektórych przygłuchych półmózgów solówka = melodyjki z dobranocki. Różnica w brzmieniu w stosunku do "Frozen In Time" nie jest może kolosalna, ale wyczuwalna na korzyść "Xecutioner’s Return". Tak więc i tu mamy kolejny plus. Zapewniam, że jeden z wielu, więc ten krążek spokojnie możecie dodać do listy zakupów.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

20 lipca 2011

Alchemist – Tripsis [2007]

Alchemist - Tripsis recenzja okładka review coverPodobno jedna z ikon australijskiej sceny metalowej; swoją drogą, jak to brzmi: scena australijska. Jest jednak pewne podobieństwo między muzyką Alchemików a instytucją zwaną "scena australijska", podobieństwo mianowicie takie, że kiedy człowiek słyszy którekolwiek z powyższych, na twarzy wykwita mu dziwny grymas, zaczyna drapać się po głowie i nic, absolutnie nic konkretnego nie przychodzi mu do mózgownicy. Zostawiając w spokoju scenę, w końcu tworzoną przez potomków niechcianego na Wyspach tzw. elementu, taka reakcja w stosunku do samej muzyki raczej nie jest dobrym zwiastunem. Przecież nawet Francuzi potrafią dokopać porządnym materiałem, a tu takie nie wiadomo co. Oddając cesarzowi, co cesarskie, muszę jednak wspomnieć, że sam początek jest zwodniczo dobry i nie zapowiada kiepawego materiału, który rozpoczyna się równo z końcem wspomnianego już "Wrapped in Guilt". Bylejakość krążka jest bowiem sprawą globalną, której nie uratuje ani przyzwoity pierwszy utwór, ani rozsiane gdzieniegdzie na krążku lepsze zagrywki. Prawda jest bowiem bolesna, jak wmontowana w dupska włócznia Aborygena – materiał trawi się gorzej niż golonkę przepitą piwem. Trzeba się mocno zaprzeć, by przesłuchać materiał za jednym posiedzeniem. A to, jak już wspomniałem, nie pozwala marzyć o wysokich ocenach – że się odwołam do samej konfrontacji materiału z recenzentem. Największym orzechem do zgryzienia była dla mnie osobiście zbytnia jednolitość materiału; większość kawałków jest duszna, mdła i bez fajerwerków. Biorąc pod uwagę, że krążek trwa swoje czterdzieści minut, takie zhomogenizowane brzmienie potrafi skutecznie odrzucić. W końcu Alchemist to muzyka wielkanocna, czyli post. Nie trafia to do mnie, argumenty o tym, że to wyższy stopień rozwoju mnie nie przekonują, a monoblok jaki trafia do uszu, wcale nie powoduje polucji nocnych. Dalej, zupełnie nie przemawiają do mnie wokale, jak na deathowy growl (choć bardziej pasowałoby deathowawy) są zupełnie pozbawione porządnego pieprznięcia. Mówiąc ogólnie, brakuje im jaj. Ciężko mi także idzie przyswajanie ludowych zapożyczeń, przy czym nie wiem, czy jest to wina samej australijskiej ludowości, czy też może formuły ich używania przez muzyków. Nie mam za to większych zastrzeżeń do sekcji, która pracuje bardzo dynamicznie, ma dużo energii i jest w dodatku dobrze zrealizowana. Poprawnie, z wyłączeniem wspomnianych już etno-naleciałości, brzmią gitary, przy czym mam raczej na myśli ich faktyczne brzmienie, niźli to, co grają. Samo bowiem granie, jest jedną z gorszych stron albumu. Szkoda, bo opener jest dobry, a jak słyszę – muzycy potrafią się sprężyć i zagrać bez pomyłek nie najprostsze w końcu kawałki. Ocena jest więc jasna. I równie niewysoka.


ocena: 4,5/10
deaf
oficjalna strona: www.alchemist.com.au
Udostępnij:

11 grudnia 2010

Devin Townsend – Ziltoid The Omniscient [2007]

Devin Townsend - Ziltoid The Omniscient recenzja okładka review cover"Ziltoid the Omniscient" jest dokładnie taki, jaka jest jego okładka. Bardziej się tego pokazać nie da: cudaczny ufoludek trzymający w ręku kubek kawy – no proszę, tego nie można brać na serio. Jest więc prześmiewczo, głupkowato wręcz, nie można jednak nie zauważyć kompozycyjnej i koncepcyjnej doskonałości. Bowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku album rozwija się według doskonale skrojonego planu, planu, który wprowadza słuchacza w coraz gęstsze opary absurdu i graniczącego z idiotyzmem geniuszu. Absurdu, który rozpoczyna się niemal sakramentalnym (wiem, że możecie nie wiedzieć, co to znaczy) "Greetings humans. I... am Ziltoid... the Omniscient...". A takich perełek jest od zasrania, żeby przytoczyć tylko kilka. "I am so omniscient... if there were to be two omnisciences, I would be both!" – żeby wymyślić coś takiego potrzeba ze dwóch profesorów filozofii i tuzin magistrów (chyba, że mówimy o dzisiejszych magistrach, to wtedy cztery tuziny), równie komicznie brzmią słowa wypowiedziane przez 'Omnidimensional Creator': "long time no see, although I see everything...", natomiast wisienką na torcie jest bez wątpienia "phooey!!! and double phooey". Teksty są bezdenną studnią hasełek, bon motów oraz mądrości życiowych – sprawdźcie sami. Strona muzyczna to druga strona tego samego medalu. Zagrany i wyprodukowany niemal w całości przez Devina album jest dziecinnie żywiołowy, głupkowato śmieszny i tak przyjemny w odbiorze, że słucha się bez niczyjej pomocy. Płytkę można spokojnie wrzucić do playera i nie wyciągać przez tydzień, a frajdy i tak będzie po uszy. Jest to niespodzianką o tyle, że muzyka jest w sumie stosunkowo prosta – nie ma więc technicznych zawijasów do obczajania, ani mega skomplikowanych temp do przetrawiania. Żeby jednak było jasne – w muzyce dzieje się bardzo, ale to bardzo wiele – sporo w niej sampli, elektronicznych przeszkadzajek i wszelakiej dźwiękowej aktywności. Dlatego też najlepiej brzmi na słuchawkach. Trzeba też oddać Devinowi, że nawet w takiej konwencji jego gitary są niesamowite, nie wydaje mi się bowiem, by wielu było takich, którzy z podobną gracją zagraliby podobne partie. Wrócę jeszcze na moment do słuchawek – warto się zapoznawać z "Ziltoidem..." w ten właśnie sposób także ze względu na realizację materiału; klarowność, soczystość i — w skrócie — power są na niebotycznym poziomie. Zakończę z partyzanta myślą: takich albumów nam trzeba.


ocena: 9/10
deaf
oficjalna strona: www.hevydevy.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

8 grudnia 2010

Kronos – The Hellenic Terror [2007]

Kronos - The Hellenic Terror recenzja okładka review coverKronos coś nie mają nosa (oka, ręki, szczęścia...?) do oprawy graficznej swoich wydawnictw, bo po raz kolejny obrazki, w które zapakowano krążek nie zachwycają wykonaniem. Trochę to dziwi, zważywszy na fakt, że Francuzi są zafascynowani starożytną Grecją, a tam przecież poczucie estetyki było dość dobrze rozwinięte. No cóż, przynajmniej muzykę skubańce utrzymują na bardzo wysokim poziomie. "The Hellenic Terror" to pół na pół blastowanie i motoryczna jazda, odnoszę przy tym wrażenie, iż francuskie brzydale postawiły na bardziej dosadny, bezpośredni atak dźwiękiem. Nie znaczy to jednak, że olali swe umiejętności, tudzież korzystają z nich w gorszy sposób. To nadal techniczny death metal, tylko tym razem bardziej zwarty i zbity, a przez to bliższy chociażby 'dwójce' Hate Eternal niż Kataklysm, z którymi wcześniej mi się kojarzyli. Przy wzmocnieniu brutalnej nawałnicy Kronos nie zatracili na szczęście 'fajności' utworów, bo porypane riffy (szczególnie te z 'Bringers Of Disorder' – już sam tytuł do czegoś zobowiązuje) czy zakręcone solówki (jak dla mnie najlepsza jest w 'A Huge Cataclysm') niosą ze sobą przyzwoitą dawkę melodii, a to pozytywnienie wpływa na odbiór całości. Jest intensywnie ale nie jednowymiarowo. Jako wadę wymieniłbym... dobre brzmienie! Celem rejestracji albumu Kronos wybrali się aż do Hertza, a efekt tych wojaży jest taki, że brzmią właściwie tak samo, jak większość kapel, które przewinęły się przez to studio w podobnym czasie – z Traumą, Severe Torture, Dissenter i zafajdanym Decapitated na czele. Może i chłopaki są zadowoleni z takiego soundu (bo z Polskiej Wódki na pewno), jednak w moim odczuciu stracili dużo z tej świeżości obecnej na "Colossal Titan Strife". Mimo to w dalszym ciągu należą do czołówki takiego grania w Europie i warto mieć ich na uwadze.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: kronosbrutaldeath.free.fr

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

14 października 2010

Myopia – Enter Insect Masterplan [2007]

Myopia - Enter Insect Masterplan recenzja okładka review coverZa recenzję Myopii zabierałem się od kilku miesięcy, dopiero teraz jednak miałem na tyle dobry humor, by zmusić się do napisania kilku słów na temat ich debiutanckiego longpleja zatytułowanego "Enter Insect Masterplan". Muzyka bielszczan to nokautująca dawka matematycznawego thrashu w klimatach Meshuggah (czyli absolutnie bez szału), z zerżniętym z Voivod pomysłem na logo. Widać więc doskonale, że potencjalny krąg odbiorców jest wąski jak dupa Dody. Nie bez przyczyny tak jest (i nie mam na myśli dupska królowej, co ona tylko jedna, bo tego akurat nie wiem), bowiem zdzierżyć więcej niż kwadrans takiej muzyki bez przerwy na fajkę (nawet jeśli nie jarasz) jest wyczynem niesamowitym. Oczywiście, znajdzie się grupa ludzi, którzy stwierdzą, że oto mamy do czynienia z muzyką totalną. Totalny to jest w niej hałas i ogólny bezsens. I być może właśnie o to chodzi. Mnie to jednak w żaden sposób nie przekonuje, a co więcej – czyni taką twórczość zupełnie niestrawną. Chyba mogę nawet wskazać, co mnie tak bardzo irytuje. Gdyby przyjrzeć się poszczególnym elementom muzyki bielskiego trio osobno, ciężko byłoby się do czegoś przyczepić. Kawałki są przemyślane i dopracowane, kompozycje wymagające technicznie i zmuszające do skupienia, instrumenty wyczute do granic umiejętności i z oddaniem nagrane. Wydaje się więc, że dodając wszystkie elementy do siebie, powinniśmy otrzymać arcyzajebisty kawałek muzyki. Tak się jednak nie dzieje, bo wynik końcowy jest wyraźnie mniejszy od sumy poszczególnych składników i całość brzmi zatrważająco beznadziejnie. Prawda jest taka, że poszczególne elementy po prostu ze sobą nie grają. Proste jak metr druta w kieszeni. Nic jeszcze nie wspomniałem o wokalu, ale bez srania, nie zapomniałem – po prostu jest tak tragiczny i wkurwiający, że należy mu się osobne zdanie dezaprobaty, a wokaliście opieprz wysokiej klasy. Nie dość więc, że całość nie gra dobrze, to jeszcze wokalista — z uporem godnym lepszej sprawy — wydziera się wniebogłosy, dożynając już nie najlepszy album. I takie jest moje spojrzenie na debiut Myopii – niby powinno być cacy, a jest ledwo szkolna trójczyna.


ocena: 5/10
deaf
oficjalna strona: www.myopia.pl
Udostępnij:

29 września 2010

The Dillinger Escape Plan – Ire Works [2007]

The Dillinger Escape Plan - Ire Works recenzja okładka review coverBardzo ciekawie miksowały się moje odczucia względem "Ire Works" podczas pierwszego odsłuchu zaraz po premierze płytki – na zmianę pojawiały się refleksje, że "to już było", które po chwili ustępowały miejsca "a to coś nowego". Czyżby więc The Dillinger Escape Plan zaczęli zjadać swój ogon? Nic podobnego! To po prostu wypracowany i szybko rozpoznawalny styl Amerykanów. Powtarzają się tylko w jednym – ich krążki za każdym razem powalają. Nie inaczej jest z tym albumem – utwory skrzą się od połączenia skrajnie różnych pomysłów, są wyładowane sprzecznymi emocjami i dalekie od banału. Podobnie jak na "Miss Machine", tak i tym razem obok fragmentów ziejących brutalnością zafundowano trochę odjazdów w kierunku muzyki stosunkowo łagodnej. Wszystkie te elementy są jednak tak wymieszane, że nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu powiedzieć jakie są proporcje. Cokolwiek by muzycy nie wyczyniali, brzmi to świeżo i cholernie atrakcyjnie. Z wyłapanych nowinek najbardziej do gustu przypadło mi pianino, które w kilku kawałkach odgrywa dość znaczącą rolę, a najlepiej wypada w jazzowym 'Mouth Of Ghosts'. The Dillinger Escape Plan ponownie stworzyli materiał arcyciekawy, wielowątkowy i nieszablonowy, w który każdy miłośnik ambitnej muzy powinien się zaopatrzyć. Pozostaje się tylko cieszyć, że takie granie przynosi zespołowi jakiś sukces komercyjny, zdecydowanie im się to należy. Zatem jeśli The Dillinger Escape Plan są w stanie skretyniałych rodaków nawracać na porządną muzykę, to ja spokojnie mogę im życzyć milionowych nakładów, a za "Ire Works" postawić co następuje...


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.dillingerescapeplan.org

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

30 maja 2010

Deception – Nails Sticking Offensive [2007]

Deception - Nails Sticking Offensive recenzja okładka review coverBył piękny ciepły dzień, gdy Czerwony Kapturek zmierzał przez gęsty las do domku ukochanej acz niezbyt sprawnej babci. W koszyczku uśmiechnięte dziewczę miało to, co zwykle – nowy numer Gościa Niedzielnego z rozkładówką wykopanej niedawno arki Noego, mentolowe fajki z filtrem, tampony extra chłonne, leki przeciwgrzybiczne oraz suchy chleb dla konia. Gdzieś tak za monopolowym, a jeszcze przed bankomatem Dojczebanku do Kapturka zagadał nieznajomy Wilk. Rozmowa przebiegała w miłej atmosferze, choć nasza bohaterka bystrym oczkiem zauważyła, że Wilk ma dziwnie wydłużone kły, wymalowane na czarno pazury i ślepia – czyli jest ucharakteryzowany na tego sławnego kolesia ze Zmierzchu. Od słowa do słowa i... stało się nieuniknione – zaprosił ją na rokhotekę. Tam po raz pierwszy Kapturek zetknęła się z gothykhiem. Oszołomiona ezotherykhą miejsca, w mig podłapała klimat i postanowiła wreszcie zaakcentować swoją, dotąd nieuświadomioną, indywidualność – czerwone odzienie poszło w odstawkę. Kolejne rokhoteki i Czarna Peleryna — bo tak się dziewczę przechrzciło — doszła do wniosku, że od dawna jest martwa, jak na prawdziwą gothkhę przystało. Dla lepszego efektu postanowiła zyskać na bladości, odrzucając marchewkowego Kubusia i tnąc się, ilekroć idol z ulubionej empetrójki wyjęczał "jezzt mi zzmutnoo, jezztem matrwyyy, uuuu". Nic więc dziwnego, że upudrowane lica naszej bohaterki trafiły w końcu tam, gdzie niebo jest zawsze zachmurzone, księżyc w pełni, w powietrzu czuć przepocone skarpetki, a najmhroczniejsze dźwięki wypełniają przestrzeń nie-życiową – na kastle party, znane normalnym ludziom jako zlot dziwek i pedałów. To było coś! Piekło! A potem zaczęło swędzieć. I od tamtej chwili dziewczynka leży spokojnie w domku, a leki nosi jej schorowana babcia, jedyna osoba, na której dyskrecję może liczyć. Tego niestety nie można powiedzieć o Wilku, bo cham szybko rozgadał w lesie, że ex-Kapturek złapała na festiwalu smutku gothyckhiego syfa i nawet nie wie od kogo. Mimo to ptaszki dalej śpiewają, a wiewiórki skaczą po szyszkach i wiodą dostatnie życie. A gdzie w tym wszystkim miejsce dla Deception? Ano, chwalić bozię w niebiesiach, nigdzie. Chłopcy-morbidowcy uskuteczniają rozdupcz na bardzo wysokich obrotach, nie oglądając się przy tym na innych, szczególnie tu – w kraju. Intensywność tego materiału robi wrażenie (gratulacje i zarazem wyrazy ubolewania dla perkmana, bo musi się chłop namachać), toteż nie dziwi fakt, że płytka nie trwa nawet pół godziny. Ale to dobrze, tyle wystarcza w zupełności, a od większej ilości można by się porzygać. Jak już wspominałem: napierdol, brud, sieka, siara – tylko z tym mamy do czynienia na "Nails Sticking Offensive". Pewnym urozmaiceniem są dzikie solówki oraz wyraźniejsze zwolnienia w liczbie bodaj... dwóch. Przy tym całym łomocie czasami gdzieś rozmywa się gitara, więc warto nad tym popracować przy okazji następnej produkcji. Powrót do 'dwuwioślanego' składu też by nie zaszkodził. Tak czy srak – dzicz!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/deception667

podobne płyty:

Udostępnij:

6 maja 2010

Sadist – Sadist [2007]

Sadist - Sadist recenzja okładka review coverW przypadku zmartwychwstania takiego zespołu jak Sadist ciężko było uwierzyć w zapewnienia muzyków o powrocie do korzeni, bo "Crust" i "Lego" obrzydziły większość fanów do tego stopnia, że ze spokojem patrzyli jak później zespół zdychał. Wiem, bo sam byłem jednym z nich. Ale oto argument, żeby przynajmniej niektórym się odmieniło... "Sadist" jest miksem starego i nowego, czyli połączeniem muzy w stylu dwóch pierwszych, znakomitych przecież płyt z pierwiastkami bardziej współczesnymi, które w tym przypadku ograniczają się szczęśliwie tylko do brzmienia i produkcji. Daje to bardzo udany materiał, który fani "Above The Light" i "Tribe" łykną bez popitki za pierwszym razem, bo zawiera wszystko to, co w Sadist najlepsze: świetną technikę, przyzwoity ładunek agresji, wrzaskliwe wokale (bardziej niż w przeszłości), progresywne odloty, liczne orientalne motywy, nietypowe dla gatunku melodie, wyróżniający się bas i oryginalne klawiszowe ozdobniki. Oprócz tego jeszcze nigdy w muzyce Włochów nie było tak zakręconej i gęsto nawalającej perkusji. Partie Alessio są naprawdę mistrzowskie i wraz z mocno pracującym basem tworzą wyborną sekcję. Jest jeszcze coś, co drastycznie załamało się wiele lat temu – doskonały klimat! Pojawia się już przy 'Jagriti' (tak, egzotycznie brzmiące tytuły też powróciły) i nie zanika do ostatnich taktów odgrzanego/odświeżonego 'Sadist'. Klimatycznego — a zarazem niepedalskiego — death metalu ostatnio jak na lekarstwo, konkurencja na tym poletku jest niewielka, więc Włosi z miejsca wskoczyli na tron mistrzów gatunku i wiele wskazuje na to, że dupy stamtąd nie ruszą. Jedyne zastrzeżenia mam do brzmienia, bo — jak już wspomniałem — jest nowoczesne, czyli cyfrowe i z lekka odhumanizowane, a moim zdaniem dużo lepiej sprawdziłby się tutaj bardziej ciepły, żywy sound. Poza tym szczególikiem jest super. Muzycy Sadist stworzyli wyborny album, który — na upartego i po wyzbyciu się sentymentu do starych płyt — można nawet uznać najlepszym w ich dyskografii. Fani nie powinni w ogóle zastanawiać się nad kupnem, radocha gwarantowana!


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.sadist.it

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

22 kwietnia 2010

Gorefest – Rise To Ruin [2007]

Gorefest - Rise To Ruin recenzja okładka review coverKto by przypuszczał, że "Rise To Tuin" będzie ostatnim dokonaniem Holendrów? Tym bardziej, że ich powrót był bardzo, bardzo udany, a "Rise To Ruin" utwierdził wszystkich, że tych 4 Panów nie powróciło dla samej idei, tylko po to, aby wszystkim zbić dupska. A zbili je równo! Gorefest na swym ostatnim longu zaatakował swoich fanów kompletnie niespodziewaną bronią. Nikt chyba nie spodziewał się, że ta płyta będzie aż tak brutalna, tak ciężka i tak surowa. Ja, jako długoletni fan zespołu, powiem, że nawet przez myśl mi to nie przeszło! "Rise To Ruin" pod względem brutalności plasuje się tuż obok "Mindloss"!!! Tak, tak, dobrze przeczytaliście, "Mindloss", a dzięki kapitalnej produkcji i brzmieniu można nawet odnieść wrażenie, że jest jeszcze silniejszy niż debiut. "Rise To Ruin" można nazwać brakującym ogniwem pomiędzy "Mindloss" a legendarnym "False"! Dlaczego? Tak jak napisałem wcześniej, jest naprawdę brutalny i surowy jak na Gorefest, a jednocześnie nie ma w nim tak dużo jak dotychczas tej unikalnej gorefestowej melodii stworzonej na "False". Niektórzy mogą czuć z tego powodu mały niedosyt, lecz ta niespodziewana gorefestowa napierdalana powinna go w zupełności zrekompensować. Nie zniknęła natomiast charakterystyczna przebojowość, która zawsze pojawiała się w kilku kawałkach. Tu z takową mamy do czynienia już przy otwierającym album "Revolt", następującym po nim utworem tytułowym, potem przerwa do numeru 6 "Speak When Spoken To", w którego refrenie znów można zdzierać gardło do bólu. W tej przerwie mamy nie pojawiające się dotychczas w twórczości Gorefest mroczne intro do najłagodniejszego i najbardziej melodyjnego kawałka na albumie: "A Question Of Terror". Po nim też jest bardzo interesujący numer, będący jednocześnie najbardziej zróżnicowanym kawałkiem w całej dyskografii Gorefest i drugim kawałkiem pod względem czasu trwania w historii zespołu. "Babylon’s Whores" trwa aż ponad 9 minut i jest wypełniony różnorakim graniem, zaczyna się blastową napierdalaną, potem zwalania, to znów przyśpiesza, to jest melodyjny, to surowy, to przebojowy, to ciężki, to znów łagodny. Album kończy się fenomenalnym, mocnym i charyzmatycznym "End Of It All". No i niestety "End Of It All" zakończył również wspaniały muzyczny żywot bogów death metalu z Holandii...


ocena: 9/10
corpse
oficjalny profil MySpace: myspace.com/gorefest

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

10 kwietnia 2010

Cephalic Carnage – Xenosapien [2007]

Cephalic Carnage - Xenosapien recenzja okładka review coverCzekając na kolejne dzieło chłopaków z Colorado, napiszę może coś o ich ostatnim wybryku. Był to niewątpliwie album, co do którego miałem naprawdę duże oczekiwania. Tak więc zadam sobie samemu pytanko: czy "Xenosapien" spełnił moje oczekiwania, nasycił mnie, zgniótł, zmiażdżył, pokroił, poćwiartował, jednym słowem czy mnie rozjebał? Hmm... trudno jest mi znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Z jednej strony Tak, z drugiej strony Trochę Nie... TAK, dlatego, że trzyma solidny i wysoki poziom, jest w nim od chuja dziwnych pomysłów i niezidentyfikowanych dźwięków, czyli zawiera to, co powinien. Trochę Nie, ponieważ nie przebił "Anomalies" i w moim odczuciu jest odrobinę słabszy. "Xenosapien" to taki mix wszystkich poprzednich płyt CC, a szczególnie "Lucid Interval" i "Anomalies". Najbardziej słychać to w 'G.lobal O.verhaul D.evice', który jest jakby kontynuacją 'Ontogeny Of Behavior', a jednocześnie przypomina drugą część 'Arsonist Savoir'. Podobnie jak na anomaliach, na "Xeno" Panowie wpletli trochę rocka i heavy metalu, pod numerem 6 kryją się riffy namolnie przywołujące mi tytułowy kawałek z płyty "7th son of a 7th son" Iron Maiden. Zaś, gdy słyszy się 'Touched by Angel' nie sposób uniknąć skojarzeń z 'Black Metal Sabbath', pochodzącym z "Lucida". Tyle, że ten utwór w odróżnieniu od sabatu średnio pasuje do całości, ale to tylko mały minus, a właściwie minusik. Reszta wyrywa jaja razem z kręgosłupem!


ocena: 9/10
corpse
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/cephaliccarnage

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij: