Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty

12 kwietnia 2024

Marduk – World Funeral [2003]

Marduk - World Funeral recenzja reviewMarduk jest co prawda utożsamiany z Black Metalem, ale można zauważyć, że ma zdecydowanie większe grono fanów wśród ludzi słuchających Death Metalu, niżli zwolenników Black Metalu. Ja sam, mając niejako alergię na Black Metal, nie mam większych problemów z lubieniem ich produkcji.

W tym przypadku również jest kwestia powrotu do danej płyty po latach, gdzie człowiek zastanawia się, czy ona się dobrze zestarzała, czy raczej dobrze zestarzała. Gdy wyciągnąłem i odkurzyłem płytkę z szafy i moje uszy uradował otwierający album cytat znany z „Imienia Róży”, poczułem na nowo pewien dawno nie odczuwany żar. I choć przemaglowałem swój mózg, bądź co bądź, niby lepszymi produkcjami, to odkrywanie tego albumu na nowo było nie lada gratką i wiele rzeczy zupełnie inaczej słyszę teraz, niż kiedyś.

A hitów ci tu nie brak. „Bleached Bones” czy „Bloodletting” to wciąż są dla mnie arcydzieła. Zabawne jak Marduk, mimo bycia ekstremalnym, jest strasznie przebojowy i chwytliwy. Riffy zdecydowanie mają potencjał komercyjny. Nawet takie rozluźniacze jak „To the Death’s Head True”, instrumentalny „Bloodcrowned” czy obszerny lirycznie „Castrum Doloris” (który kojarzy mi się z marynarskimi szantami) potrafią się podobać. To też ostatnia płyta Legiona, B. Wara z tym zespołem, jak i pierwsza i ostatnia Emila Dragutinovica (tak, właśnie w taki niewybredny sposób sprawdzamy waszą czujność – przyp. demo), którego uważam za najlepszego pałkera Marduka. Jego partie są nad wyraz zaawansowane i, w przeciwieństwie do poprzednika, nie wali na oślep po talerzach a mocno pracuje nogami, niemalże jak Sandoval.

Po tej płycie nastąpiła zmiana, która niekoniecznie mi się już tak podobała i na jakiś czas olewałem tą formację, aż w końcu sentyment wygrał i się z nimi przeprosiłem. World Funeral się nie tylko najzwyczajniej w świecie broni różnorodnością, brutalnością, skomplikowaną perkusją, edukacyjnymi lirykami odnośnie średniowiecznej kultury i łaciny, ale nawet bardziej podoba mi się obecnie, niż za młodu. Takich płyt, to ja chcę słuchać jak najwięcej.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalna strona: www.marduk.nu

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

3 kwietnia 2024

Dismember – Indecent And Obscene [1993]

Dismember - Indecent And Obscene recenzja reviewJeśli chodzi o Entombed, opinie co do ich najlepszej płyty są dość zgodne — choć akurat ich nie podzielam — i sprowadzają się do prostego hasła: „Left Hand Path” rządzi po wsze czasy. W przypadku Dismember takiej jednomyślności już nie ma – wiadomo, „Like An Everflowing Stream” jest wspaniały, jednak to samo można powiedzieć o Indecent And Obscene, a i nieco kontrowersyjny „Massive Killing Capacity” także ma wielu zwolenników. Ja od zawsze miotam się między debiutem a „dwójką”, zwykle stawiając je na równi, a jako ulubioną wskazuję tą, której aktualnie słucham.

W moim odczuciu Indecent And Obscene w niczym nie ustępuje „Like An Everflowing Stream”, ale też niczym wyraźnie go nie przerasta. Choć podobne i utrzymane na wyjątkowo równym poziomie, te płyty w żadnym wypadku nie są identyczne i nie ma możliwości, żeby je ze sobą pomylić. Dismember przystąpił do nagrań jako zespół już stosunkowo doświadczony, po przejściach (głównie z angielskim wymiarem sprawiedliwości i rodzimą prasą kobiecą) i pewny obranego kierunku, więc nie kombinował na siłę, tylko skupił się na dopracowaniu detali i uwypukleniu tego, co im wcześniej tak dobrze wyszło. Stąd też materiał wydaje się lepiej przemyślany i bardziej spójny wewnętrznie (mimo większej różnorodności), a odrobinę mniej agresywny (żadnych blastów) i pozbawiony pierwotnej dzikości – po postu dojrzalszy.

To, co chyba najbardziej przemawia za Indecent And Obscene to zgrabne aranżacje ze świetnie obliczonymi zmianami tempa i całym mnóstwem chwytliwych melodii, które są jeszcze bardziej wyraziste, niż te na debiucie, a które nie naruszają deathmetalowego rdzenia muzyki, nie zmiękczają go. Szwedzi stworzyli porządnie kopiący po dupie album, który jebnięciem nie odbiega od średniej (szwedzkiej, of korz) gatunkowej, a mimo to w zasadzie każdy numer to zapadający w pamięć hit. Utwory takie jak „Skinfather”, „Fleshless”, „Reborn In Blasphemy”, „Eviscerated (Bitch)” to punkty obowiązkowe każdego koncertu Dismember, natomiast genialny „Dreaming In Red” to zarówno jego punkt kulminacyjny, jak i — za sprawą basowego intra i solówek — moment do wzruszeń.

Pod względem brzmienia między Indecent And Obscene a debiutem nie ma przepaści, słychać jedynie naturalny postęp oraz lepsze umiejętności poszczególnych muzyków (zwłaszcza Freda Estby, który podjął się również zmiksowania materiału). Całość została odpowiednio oszlifowana, dzięki czemu Dismember udało się wypracować charakterystyczny — bo przecież nie oryginalny — i lepiej do nich dopasowany sound. W ten sposób zespół uciął wszelkie skojarzenia z Entombed.

Podsumowanie może być tylko jedno. Indecent And Obscene to ponadczasowy klasyk, bez którego nie wyobrażam sobie kolekcji prawdziwego fana death metalu, nawet jeśli nie lubi szwedzizny.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/dismemberswedenofficial/

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

28 marca 2024

Sorcery – Necessary Excess Of Violence [2019]

Sorcery - Necessary Excess Of Violence recenzja reviewNecessary Excess Of Violence powinna trafić do sprzedaży z naklejką „od ortodoksów dla ortodoksów”, bo to najbardziej rdzennie szwedzki materiał, jaki muzycy Sorcery kiedykolwiek stworzyli. Czwarty krążek zespołu poziomem oldskulowości przebija nawet wydany prawie 30 lat wcześniej debiut. Wszystko jest tu na maksa typowe, schematyczne, szablonowe i absolutnie nie zaskakujące, co sprawia, że to pozycja raczej dla wąskiego grona bezkrytycznych fanów szwedzkiego death metalu, niż dla ludzi, którzy wymagają od kapel odrobiny inwencji albo choćby tego, żeby dało się je od siebie odróżnić.

Ja do Necessary Excess Of Violence mam stosunek dość ambiwalentny. Z jednej strony nigdy nie byłem fanatykiem takiego grania, a z drugiej nie mogę nie docenić ogólnego poziomu tej płyty. W jakimś stopniu doceniam także wierność Sorcery stylowi wypracowanemu lata temu w Sztokholmie i brzmieniu Sunlight (zespół wrócił tam po raz pierwszy od czasu „Bloodchilling Tales”), aaale jednocześnie wydaje mi się, że na obu poprzednich albumach, chociaż nie odbiegały przecież wcale od szwedzkich kanonów, zespół miał więcej do zaoferowania. Szwedzi nigdy nie byli wizjonerami, jednak zawsze potrafili dorzucić do muzyki coś od siebie, nadać jej charakteru i rozpoznawalności, natomiast na Necessary Excess Of Violence jest z tym słabo.

Samo granie idzie Sorcery bardzo sprawnie, wszak to zawodowcy i ciupią w ten sposób od lat, więc przyczepić nie ma się specjalnie do czego. Nowa sekcja sprawdza się dobrze, choć to w większym stopniu dotyczy perkmana, którego po prostu słychać, bo bas jest standardowo zakopany w miksie i nie ma większego wpływu na odbiór całości. Utwory spełniają wszystkie wymogi, jakie można postawić przed klasycznym szwedzkim death metalem, z tym tylko zastrzeżeniem, że żaden z nich jakoś specjalnie się nie wyróżnia i nawet (chyba) najlepszy „Language Of The Conqueror” wrzucony na koniec wiele w tym temacie nie zmienia. W takiej sytuacji upychanie na płycie 46 minut dość jednorodnego materiału wydaje mi się lekką przesadą. Jeszcze dłuższy, bo 51-minutowy „Garden Of Bones” był jednak ciekawszy i bardziej urozmaicony.

Necessary Excess Of Violence na pewno nie jest słabym czy skleconym na odpierdol materiałem, dla mnie jednakowoż jest zbyt typowy, a wszystko powyższe zebrane do kupy sprawia, że znacznie chętniej sięgam po którąkolwiek inną płytę zespołu.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/sorcerydeathmetal
Udostępnij:

25 marca 2024

Skeletal Spectre – Occult Spawned Premonitions [2011]

Skeletal Spectre - Occult Spawned Premonitions recenzja reviewRogga Johansson to totalny świrus. Przegina pałę z tymi swoimi wydawnictwami, aczkolwiek mam taką teorię, że niektóre wytwórnie remiksują, albo wykorzystują jego odrzuty, aby wydawać płyty w jego imieniu. A że Rogga jest analfabetą, jeśli chodzi o internet, to pewnie nawet nie wie o tym procederze. A mówię to, bo potrafię odróżniać jego projekty zarówno wg konceptów, jak i stylu. Ale dzisiaj nie będę mówił o tym i zostawię to niedomówieniem. Jak kogoś to obchodzi, może zapytać w komentarzach.

Skeletal Spectre był kolejnym projektem, który powstał pod wpływem chwili, bo miał parę riffów Ribspreader/Paganizer, które nie trafiły na płyty. I byłby to kiepski projekt, gdyby właśnie nie ten album. Jak to się mówi marketingowo? Jeśli masz zamiar przesłuchać jakąś płytę Roggi, to niech będzie to właśnie ta.

A co to jest? Doom/Death z organkami kościelnymi i zgodnie z okładką, świeczkami i mistycyzmem. Pomaga w tym też fakt, że na wokalu jest żona założyciela Razorback Recordings (aczkolwiek album wydany przez najlepszy i jedyny w swoim rodzaju Selfmadegod Records).

Lubię takie albumy z klasą, do których przydaje się szklanka czerwonego wina, najlepiej wytrawnego, ale jeśli wasze żołądki nie dają rady, to pół-wytrwanego. Jest to też o tyle ciekawy etap kariery Roggi, że kończył on swoje fascynacje kopiowania Entombed/Dismember, a coraz bardziej sięgał ku nie tylko klasycznemu Metalowi, ale stworzył niejako swój nowy charakterystyczny styl melodyjnego Doom/Death, ale takiego o wesołym brzmieniu.

Tutaj jeszcze wesołości nie ma, tu jest tajemnica (członkowie używają aliasów, to dopiero internet odkrył, kto stworzył ten album). I przede wszystkim atmosfera, połączona z konkretnymi riffami. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ten projekt dostał taki materiał, a nie któryś z głównych filarów Roggi (jak Ribspreader, Paganizer, Revolting, Those Who Bring The Torture), ale cuda przecież też się potrafią zdarzać.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Skeletal-Spectre/167747449913361
Udostępnij:

10 marca 2024

Gravestone – Hollow Be Thy Grave [2023]

Gravestone - Hollow Be Thy Grave recenzja reviewGravestone zapadli mi w pamięć za sprawą sprawnie zmajstrowanego debiutu, dlatego kiedy tylko pojawiły się pierwsze informacje o jego następcy, wiedziałem, że na pewno położę na nim swoje łapy. Zaprawdę powiadam wam, naprawdę warto sięgnąć po Hollow Be Thy Grave, mimo iż Szwedzi nie dokonali jakichś znaczących zmian w porównaniu z „Sickening” – czego zresztą nie mam im za złe, bo i po co zmieniać coś, co jest fajne, dobrze się sprawdza i sprawia dużo radości.

Skąd u mnie taka nagła podnieta zespołem, który całymi garściami czerpie z najbardziej oczywistych klasyków szwedzkiego death metalu i nie wprowadza do tego stylu absolutnie nic od siebie? Myślę, że to wynika z podejścia do grania, które mocno wyróżnia Gravestone spośród chmary współczesnych kapel rypiących w ten sam sposób. U Szwedów nie ma napinki, otoczki kultu czy też wydumanej ideologii. Po prostu se grają i śpiewają o bzdurach, tak na luzie, prawie jak Entombed na „Wolverine Blues”, choć akurat na szczęście w rejony death 'n' rolla się nie zapędzają.

Umiejętności muzyków nie budzą zastrzeżeń (zwłaszcza gitarniaka/wokalisty, który przez dobre kilka lat rzeźbił w pokrewnym Entrails), wokal bardziej krzyczy niż growluje, brzmienie nie wyłamuje się z kanonów (aczkolwiek nie jest na siłę równane do toporności „made in Sunlight”), więc także i pod tymi względami Gravestone zupełnie się nie wyróżniają. Natomiast jeśli chodzi o chwytliwość materiału… Szwedzi potrafią komponować zgrabne, nieprzeładowane numery, w których nie ma miejsca na dłużyzny, za to zawsze znajdzie się jakiś łatwy do zapamiętania motyw przewodni. Dzięki temu Hollow Be Thy Grave zawiera co najmniej kilka potencjalnych hiciorów: kawałek tytułowy, „Bring Out Your Dead” (odrobina Bolt Thrower zawsze w cenie), „The Tower Of Horror”, „Mosh Of The Living Dead” czy „Cannibal Curse”.

Na specjalną uwagę zasługuje najdłuższy na płycie hmm… medlejowy „Lord Of The Lash”, który za pierwszym razem wywołuje szczery wybuch śmiechu, natomiast później prowokuje domysły, czy aby na pewno powrót Dismember jest konieczny. Gravestone z takim stafem radzą sobie naprawdę przekonująco, a stawki mają pewnie nieporównywalnie mniejsze…

Podsumowanie jest proste – jeśli cenicie sobie typowy klasyczny szwedzki death metal, który mimo to niesie ze sobą jakiś powiew świeżości, to Hollow Be Thy Grave jest materiałem dla was. Nośne granko bez krzty pitolenia.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/GravestoneSwe
Udostępnij:

9 stycznia 2024

F.K.Ü. – 1981 [2017]

F.K.Ü. - 1981 recenzja reviewA teraz dzieciaczki, czas na coś z zupełnie innej beczki – Gatki Freddy’ego Kruegera. Przyznaję, że początkowo zdarzało mi się odczytywać ich nazwę jako FUK, co pewnie było zamierzone. Grupa gra niemodny Crossover/Thrash, który mi chwilami przypomina Hirax (zwłaszcza wokalnie, choć wokaliście Larry’emu bardzo daleko jest do umiejętności Katona), ALE zdarza się krwisty growling, a i szorstkość riffów potrafi się otrzeć o Death/Thrash, więc nie odchodzimy aż tak kompletnie odlegle od głównej tematyki na blogu.

F.K.Ü. swój pizzo-Thrashowy debiut zaliczył jeszcze pod koniec lat ’90, zanim przyszła moda na retro-Thrash, a że wciąż się mają dobrze i ani myślą odpuszczać w 2017, kiedy niejeden by się już dawno wysypał, to mają u mnie dodatkowy props. Nie ukrywam, że do zakupu zachęciła mnie okładka – coś podobnego zrobił również Exhumed na „Horror” (w 2019 r.), czyli taki pastiszo-hołd dla klasyków kina grozy klasy-B i C z lat ’80. Jestem zawsze napalony na takie graficzki i cenię grupy, które potrafią zadbać odpowiednio o opakowanie.

Na swej piątej płycie zespolik jest wyjątkowo zwarty i unika większych wygłupów oraz sucharów. Utwory nie przekraczają 3 minut, ale nie schodzą za bardzo poniżej 2, więc jest konkret. Jest też ich odpowiednia ilość, bo 14 – plus moja wersja ma jeszcze cover klasyka Schuldinera „Evil Dead” – to tak a propos obracania się wokół tematyki Death Metalowej, mimo iż nie zadziwię stwierdzeniem, że skutecznie wyciągnięto i wyeksponowano Speed Metalowe korzenie oryginału.

A skoro o Death Metalu mowa, to z tych bardziej growlujących (choć nie jedynych) na pewno należy polecić „The Burning”, a i w „The House by the Cemetery” też się pojawia coś soczystego. Z typowo śpiewno-refrenowych, to z kolei „Nightmares in a Damaged Brain”, „Corpse Mania”, „The Beyond” zasłużyły u mnie na większe wyróżnienie, no i „The Funhouse”, inspirowany S.O.D., też jest w pytkę.

Nie ma o dziwo niczego stricte do picia piwa, ale nic nie szkodzi, to się jakoś zaradzi – wszak piwo jest dobre do każdego soundtracku. I tylko w „Night School” pojawia się króciutki falset na końcu, więc jak ktoś nie lubi takich wokaliz, to może jakoś przeboleje te parę sekund. „Ms .45” ciutek plagiatuje Slayera, ale wybaczam, bo jest to dobry motyw i należy go powielać.

Zróżnicowania wielkiego może i nie ma, ale nie powiem, żebym z tego powodu narzekał. Au contraire, jak to mawiają konsumenci żab, jestem wręcz zadowolony. Dla lepszego efektu, to chyba nawet zgram tę płytę na kasetę magnetofonową, najlepiej trzeszczącą. A jak nie macie czym, to wam pożyczę i też sobie puśćcie (polski język mnie przeraża czasami). A po lekturze muzyki odkurzę jakieś VHS-y i magnetowid wideo – miałem jeszcze to szczęście móc oglądać na nich z kolegami filmy dla dorosłych za gówniaka (tak wiem, taki paradoks).


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/moshoholics



Udostępnij:

19 listopada 2023

Infestdead – Satanic Serenades [2016]

Infestdead - Satanic Serenades recenzja reviewPrzejdźmy do rzeczy, to jest kolekcja obu płyt Infestdead + epka. Nie zdobędziecie oryginałów, chyba że na allegro, za ciężkie pieniądze. Nie mam też ochoty recenzować każdej z płyty z osobna, bo są do siebie podobne. Tak więc dostaniecie recenzje dwóch płyt w cenie jednej.

Infestdead to kolejny z wielu projektów Dana Swanö, wraz z Andreasem Axelssonem na wokalu. Jakby nie patrzeć, jest to powiązane z Edge of Sanity, z tą różnicą, że mamy do czynienia z tributem dla Deicide. Oczywiście, jest to szwedzkie, a co za tym idzie, wolniejsze i bardziej swojskie, ale tak, dostajemy tutaj antychrześcijańskie hymny zrobione w bardzo zapomnianej formie, jeśli mówimy o Death Metalu jako sztuce.

I okej, płyta z ’97 i ’99 roku, to nie ten sam poziom kultu, co płyty z lat ’90-94 i można się czepiać perkusji, bo brzmi nieco jakby była zaprogramowana, choć Dan jak najbardziej potrafi grać też na perce, poza gitarami… Tak więc wbrew roku wydania, zaliczyłbym to do oldskulu.

Teksty są wyjątkowo prześmiewcze i satyryczne, wśród tytułów są takie smaczki jak „Evil2” (zło do kwadratu), „Antichristian Song #37”, „Christinsanity”, tak więc walenie w wyznawców boga, ale z jajem. Były też niby jakieś problemy, przez które „Christian Genocide” musiało zmienić nazwę na „Bestial Genocide”. Ogólnie niby nic odkrywczego, ale wbrew pozorom, jest to napisane ciętym, inteligentnym językiem. Sam projekt powstał nieco na zasadzie beki, bo Dan sobie zrobił riffa w starym klimacie sam dla siebie i poszło to na jakąś kompilację i spodobało się to ludziom na tyle mocno, że zaraz dostał zamówienie na pełną płytę. A potem na kolejną…

A ponieważ omawiam dwie płyty naraz, to w dużym skrócie „JesuSatan” jest tą lepszą płytą, gdzie koncept i talent został uwypuklony w pełni, a „Hellfuck” to była zaledwie rozgrzewka. Nie żeby coś tam brakowało, ale widać to już po samej ilości utworów – drugi album ma ich 12, a pierwszy 23 + 6 bonusów z epki. I „JesuSatan” jest bardziej dopracowany i bez zbędnego pieprzenia.

Mi osobiście bardzo brakuje grup, które potrafiłyby naśladować Deicide. Zbyt często mamy do czynienia z kalką Morbid Angel, Death, Autopsy, Obituary, Suffocation, a za rzadko ktoś potrafi przyBentonować czy też przyGlennić (jak kto woli). Innymi słowy, wypadałoby, abyście mieli ten materiał opanowany w jednym palcu. To jest ta prawdziwa biblia Death Metalu, jego podstawa i jakakolwiek ignorancja, brak niewiedzy, nie jest wytłumaczeniem. Tak więc w poniedziałek robię klasówkę i będę przepytywać z poszczególnych utworów. Proszę się przygotować.


ocena: 9/10
mutant
Udostępnij:

20 września 2023

Marduk – Memento Mori [2023]

Marduk - Memento Mori recenzja review Reputacja Szwedów należy do tych z szyldem „legendarni”. Myślę, że nawet osoby, które nie słuchają black metalu doskonale sobie zdają sprawę czym jest Marduk. A jest on pierdolnięciem i bluźnierstwem bez brania jeńców (w wielkim skrócie). Jednakże, jak chyba każdy zespół z tak długim stażem, musi mieć swoje gorsze wydawnictwa. A Memento Mori to już 15 dzieło siewców szataństwa, tak więc jest co świętować. Albo może wcale nie ma czego celebrować? Poprzedni album „Viktoria” dla mnie osobiście zwycięstwem nie był. Posłuchajmy zatem czy będziemy pamiętać o śmierci czy raczej z pamięci nam ten album, najzwyczajniej w świecie, zniknie. Przekonajmy się!

Dostajemy 10 utworów zmieszczonych w 41 minutach, tak więc jest przyzwoicie.

Album otwiera tytułowy kawałek. Jako wstępniak mogę powiedzieć, że miło łechca nasze uszy. Klimatycznie i brutalnie zarazem. Przyjemne prądy popłynęły wzdłuż kręgosłupa, co było bardzo dobrą zapowiedzią dalszej mardukowej chłosty. Następny „Heart of the Funeral” kontynuuje wątek muzyczny zwłaszcza z naciskiem na brutalność. „Blood of the Funeral” również przywita nas pięścią w twarz, ale jednak choć na chwilę zwolni tempo. Podkreślam „na chwilę”, gdyż szybko nasze bębenki uszne dostaną konkretną serię nakurwu. Warto zaznaczyć, że użyto w tym utworze czegoś w rodzaju trąb (jerychońskich?), co ciekawie komponuje się z przekazem zagłady i śmierci. Fajne urozmaicenie praktycznie najdłuższego kawałka (kilka sekund ponad 5 minut). Następny w kolejce to również 5-minutowy „Shovel Beats Sceptre”. I przyznam, że jest to najnudniejszy oraz niezbyt ciekawy kawałek. Również teledysk jest… no taki se. Delikatnie mówiąc. Można go uznać za klimatyczny, ale ja traktuję go jako przerwę dla bębniarza Simona. „Charlatan” powraca na drogę łomotu, choć z ewidentnymi zwolnieniami. I zasadniczo cała płyta utrzymana jest już w tym tonie. Jedynie „Year of the Maggot” przywita nas… ambientowym czymś oraz zamykający krążek „As We Are”, który zdecydowanie zwolni tempo. Schemat – pierdolnięcie na dzień dobry, uspokojenie, pierdolnięcie na do widzenia będzie tutaj najczęściej użyty. Czy jest w tym coś złego? Nie w wypadku Marduka. Ba, właśnie czegoś takiego bym się po Szwedach spodziewał.

Podsumowując. Obawiałem się o ten album. Obawiałem się, że granica między Mardukiem, a innym zespołem wokalisty Mortuusa, Funeral Mist, rozmyje się. Tak jak stało się to w przypadku Mgły/Kriegsmaschine, Infernal War/Voidhanger, czy Massemord/Furia. I nie da się ukryć, że czuć wpływy Funeral Mist, ale nie wysuwają się one na pierwszy plan i pomylenie kapel nam tutaj nie grozi. Wiadomo, że to Marduk. Mogę się jedynie przyczepić do produkcji lub masteringu, że bębny brzmią dla mnie jakoś… pusto? Nie czuć tego soczystego pierdolnięcia. Aż sprawdziłem, czy w ustawieniach wszystko ok, ale było w porządku. Niemniej, jest to album, o którym będę pamiętał. Może nie na łożu śmierci, ale przynajmniej to „memento” za życia będzie.


ocena: 7,5/10
Lukas
oficjalna strona: www.marduk.nu

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

21 sierpnia 2023

Visceral Bleeding – Remnants Of Deprivation [2002]

Visceral Bleeding - Remnants Of Deprivation recenzja reviewW 2002 roku szwedzka scena death powoli zaczęła wychodzić z melodyjnego marazmu; do żywych powrócili niektórzy z klasyków (Grave, Unleashed), obrodziło też nowymi kapelami, spośród których niemała część odeszła od typowo sztokholmskiego brzmienia na rzecz wzorców północnoamerykańskich. Wśród tych młodych gniewnych zafiksowanych na punkcie brutalności i techniki byli również wywodzący się z Malmo Visceral Bleeding. Zespół, pomimo niewielkiego stażu i zaledwie jednej demówki, szybko trafił w szeregi Retribute Records i to właśnie dla Anglików nagrał debiutancki Remnants Of Deprivation.

Od pierwszych taktów „Spreader Of Disease (Burn the Bitch)” doskonale wiadomo, na kim Szwedzi się wzorują i jaki efekt chcieli uzyskać. Z mieszanki wpływów Cryptopsy, Suffocation, Cannibal Corpse (z okresu z Corpsegrinderem) czy Brpken Hope miała powstać muzyka gęsta, brutalna i intensywna: średnie i średnio-szybkie tempa, niekończący się atak technicznych riffów, trochę groove i wokalne wyziewy. No i cóż, rezultat, choć momentami odrobinę chaotyczny, nawet trzyma się kupy. Problem w tym, że całość Remnants Of Deprivation jest dość jednowymiarowa i bez wyrazu, a poszczególne utwory niczym specjalnym się nie wyróżniają, zbudowano je wokół bardzo podobnych schematów. Co prawda mógłbym wskazać na „Time To Retaliate” jako ten najsprawniej poskładany kawałek (przy okazji najkrótszy), jednak z całej płyty najłatwiej zapamiętać trzysekundową (!) melodyjkę w „To Disgrace Condemned” zagraną na… banjo. Visceral Bleeding zaskakująco często (jak na 27-minutowy materiał) próbują urozmaicać utwory solówkami, ale trudno uznać choć jedną z nich za udaną, co jest o tyle dziwne, że ogólnie z obsługą instrumentów Szwedzi nie mają kłopotów.

Produkcja Remnants Of Deprivation trzyma niezły amerykański poziom, broni się zwłaszcza dużą selektywnością – teoretycznie żaden dźwięk nie powinien umknąć uwadze słuchacza. Teoretycznie, bo sama muzyka nie daje zbyt wielu powodów, by jej wnikliwie słuchać. Debiut Visceral Bleeding to dobrze zagrany, acz przeciętny i nudnawy materiał. Nic poza tym. Na swoje szczęście na kolejnych płytach zespół już pięknie się rozwinął.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Visceral-Bleeding/216670736573

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

28 czerwca 2023

Vomitory – All Heads Are Gonna Roll [2023]

Vomitory - All Heads Are Gonna Roll recenzja reviewVomitory to z pewnością dość szeroko znany zespół powstały w złotych latach death metalu i nie trzeba go specjalnie przedstawiać. Chyba jedynie jako ciekawostkę można powiedzieć, że to jeden z nielicznych zespołów szwedzkich gdzie swoich paluchów NIE maczał Rogga Johansson, hehe. Na debiut „Raped in Their Own Blood” przyszło im czekać, aż do 1996 roku, a ów był z konkretnym kopem w jaja. Przez ponad 20 lat grania chłopaki trzymali co najmniej solidny poziom. W 2013 zakończyli działalność, aby w 2018 wrócić na scenę. Od tego momentu musieliśmy uzbroić się w cierpliwość na kolejny album i oto w 2023 roku doczekaliśmy się wydawnictwa spod szyldu Metal Blade Records. Zatem, czy najnowsze dzieło All Heads Are Gonna Roll będzie tak naładowane, że tytułowe głowy się potoczą? Zobaczmy!

Stracić głowę mamy w czasie 40 minut upchanych w 10 utworach, czyli standardowo. Wita nas otwierający kawałek o tymże samym tytule co album. Pierwsze riffy gitary współtwórcy Vomitory, Urbana Gustafssona sugerują, że Szwedzi bawić się w dyrdymały nie będą. Nie oczekujmy tutaj zabaw z tempami, igraszek technicznych i czegoś, co określilibyśmy nie-death metalem. Tobias Gustafsson nie odstawia stóp (ani łapsk) ładnie napierdalając. Wokal Erika Rundqvista jest tym, co death metalowe tygryski lubią najbardziej. Drugi utwór „Decrowned” sprawi, że główka chętnie pozbędzie się nadmiaru łupieżu. Oda do miło… znaczy się oda do piły do mięsa („Ode to the Meat Saw”) kontynuuje ten wątek muzyczny, choć nieco (powtarzam, nieco!) zwalnia, abyśmy mogli wziąć oddech (i to bardzo płytki).

Nie rozmieniając się na drobne, bo nie tak, że każdy utwór wymagać będzie oddzielnego akapitu, przejdźmy do meritum. Album jest spójny i solidny, a utwory takie jak „Decrowned”, „Piece by Stinking Piece” czy zamykający utwór „Beg for Death” wytworzyły mi w głowie obraz kotła na koncercie, co jest bardzo pozytywne. Panowie ewidentnie mieli pomysł na album, nie zaskakujący, lecz zrobiony z autentycznością i energią, a nie na siłę, co u starych weteranów nie zawsze jest regułą. All Heads Are Gonna Roll nikogo nie zaskoczy oryginalnością czy jakiegoś rodzaju rewolucją gatunkową. Wątpię też, by sprawił na naszej gębie grymas zniesmaczenia. Ten pełniak to po prostu (i aż) zajebiście solidna dawka szwedzkiego death metalu. Kto lubi nie zmarnuje czasu i będzie zadowolony, a kto nie lubi takiego grania… czy w ogóle ktoś taki istnieje?

Zatem czy głowy polecą? Może i nie, ale jest to gwarantowane 40 minut porządnej dawki metalu śmierci.


ocena: 7,5/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/vomitoryband



Udostępnij:

19 czerwca 2023

Gorement – The Ending Quest [1994]

Gorement - The Ending Quest recenzja reviewCiąg dalszy mini-serii Stare-(Nie)zapomniane. Dziś na warsztat pójdzie szwedzka kapela z miejscowości Nyköping. Nic nie mówiące miasteczko oddalone jakieś 100 km od stolicy spłodziło Testicle Perspirant. A potem przemianowało się na Executioner… a potem na Sanguinary, aby wreszcie w 1991 nazwać się Gorement (notabene zmieniając nazwę na Pipers Dawn w 1996 roku, ale nas to już nie interesuje). W 1994 roku wydany zostaje jedyny pełniak The Ending Quest poprzedzony EP’ką oraz dwoma demami, my jednak skupimy się na tym jedynym albumie.

Technicznie to 10 utworów zmieszczonych w 42 minutach, więc bardzo rozsądnie. Styl Szwedów myślę, że nikogo nie zaskoczy. Kto się lubuje w tej nordyckiej szkole metalu z pewnością się nie zawiedzie, ale jeśli spodziewa się jakiś melodii to może się mocno zdziwić.

Otwierający album „My Ending Quest” owszem przywita nas melodyjnymi wstawkami, ale dość szybko pozostanie jeno wspomnienie. Album The Ending Quest to zasadniczo średnio-wolne tempa z konkretnym pierdolnięciem, ciężką, klimatyczną muzyką z głębokim growlem Jimmy’ego Karlssona. W krótkich momentach jak np. w „The Memorial” usłyszymy techniczne brzdęknięcie bassu Nicklasa Lilja, ale to pojedyncze momenty nie wpływające na odbiór całości (na plus lub minus jak kto woli). Zespół nie zmiażdży nas ciągłym napierdalaniem. Wolniejsze tempa skutecznie pompują tutaj mroczny klimat, który możemy zobaczyć na okładce. Z kolei przyśpieszenie nie pozwoli nam zasnąć i przypomina, że mamy tutaj do czynienia z metalem śmierci. Szwedzi doskonale żonglują tempem akcji i taki „Silent Hymn (For the Dead)” doskonale nam to potwierdzi. Niewielka ilość tekstu, śpiewany praktycznie na czysto, wolne granie, bardzo tematyczny, ba, niemal refleksyjny prawie 4 minutowy utwór utwierdzi nas w przekonaniu, że panowie wiedzieli co robią, co chcą nagrać i (co chyba najważniejsze) mają do tego umiejętności. „Sea of Silence” praktycznie kontynuuje styl muzyczny poprzedniego utworu, wracając jednak do death metalowego wokalu. Jednakże jeśliśmy przybili gwoździa to następny utwór „Obsequies of Mankind” delikatnie, acz stanowczo nas przebudzi, gdyż wracamy na tory death metalu. „Darkness of the Dead” również nie pozwoli nam na nudę. Ba! Usłyszymy tutaj nawet klawisze! Ostatni utwór „Into Shadows” zwolni jednak nieco tempo choćby początkowym graniem na klasycznej gitarze. Nie będziemy mieć wątpliwości, że dobiega koniec tego zacnego dzieła.

Słów kilka odnośnie produkcji albumu. Recenzuję wersję z 2012 roku wydanej w kompilacji „Within the Shadow of Darkness – The Complete Recordings” podzielonej na dwa CD. Pierwszy z albumem, a druga płytka zawiera wcześniej wspomniane dema i koncertowe nagrania. Jest to nie lada gratka, aby w jednej produkcji mieć całą dyskografię zremasterowaną przez znanego nam Dana Swanö i tą wersję polecam. Słucha się tego świetne bez uszczerbku na klimacie. Wszystko gra i buczy, aż milutko na czarnym serduszku!

Podsumowując: The Ending Quest jest albumem zajebiście solidnym, klimatycznym, nietuzinkowym i grzechem byłoby go nie polecić.


ocena: 9/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Gorement/137355626316306
Udostępnij:

15 marca 2023

Wombbath – The Great Desolation [2018]

Wombbath - The Great Desolation recenzja reviewWombbath, jak wiele innych deathmetalowych przypadków, przez długi czas był „zespołem jednej płyty”. W sensie, że nagrał pomniejszego klasyka i potem sobie zniknął niezauważony przez nikogo. No dobra, była jeszcze epka, ale o tym nie będziemy gadać. I również jak wiele innych, podobnych im gagatków, gdy pojawiła się koniunktura na różnej maści powroty, zdecydowali się przypomnieć młodzieniaszkom o sobie i trochę namieszać na scenie. Można nawet powiedzieć, że od 2014 r. powiększyli swoją dyskografię dosyć imponująco.

Jako że nigdy nie obijam w bawełnę, to powiem wprost, że nie słyszałem „Downfall Rising” (2015) i nie wiem, kiedy nadrobię tę zaległość. Kupiłem sobie to, co było tanio do wzięcia i stwierdziłem, że osądzę cały nowszy dorobek na podstawie tej jednej płytki i sprawdzę, ile tak naprawdę Panowie są warci. Tak więc wóz albo przewóz.

I coś czuję, że chyba będę jednak musiał sobie sprawić resztę dysko, bo to kawał całkiem niegłupio napisanego Death Metalu. Dobrym przykładem niech będzie tytułowy numer wkraczający w melodyjne rejony przypominające poczciwy Paradise Lost, „Cold Steel Salvation” z wyrazistą solówką (swoją drogą, kiedy to człowiek ostatni raz rozkminiał jakieś solo w życiu?), oraz kompletną zmianą klimatu dzięki spokojniutkiemu początkowi „Hail the Obscene”. Każdy z numerów buja na swój sposób i ze sprawną motoryką (zawsze chciałem użyć tego słowa w recenzji, tylko zawsze o nim zapominam).

Motywy są wplecione dość subtelnie i przykryte typowo szwedzkim wygarem – pod tym względzie na zachodzie bez zmian. Największym atutem jest autentyczna energia płynąca z dźwięków, co wpływa decydująco na całokształt. Tego się nie da oszukać i każdy chyba potrafi poznać, kiedy ktoś tworzy na siłę, a kiedy ma coś do zaprezentowania szczerze i z serca.

Całkiem więc miłe to było zaskoczenie i muszę stwierdzić, że tym albumem Wombbath udowodnił swoją wartość na tzw. „rynku”. No może nie jest to jakiejś ponadczasowe mega-arcydzieło i nie każdy riff wprawia w osłupienie, ale… mało kto potrafi utrzymać pozytywny poziom i nie zanudzić słuchacza. „Embrace Death”? Ależ oczywiście!


ocena: 7,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Wombbath
Udostępnij:

3 marca 2023

Puteraeon – The Cthulhian Pulse: Call From The Dead City [2020]

Puteraeon - The Cthulhian Pulse: Call From The Dead City recenzja reviewJak tak sobie patrzę na te swoje pożal się boże, recki, to tak nieśmiało zauważyłem, że recenzuję właściwie tylko te płyty/zespoły, które są albo bardzo stare, doświadczone, albo powstały jeszcze w ubiegłym wieku. I tak sobie pomyślałem przy zakupie upragnionego Puteraeon – „nareszcie, zrecenzuję coś z nowej szkoły!”. Sprawdzam tak sobie zespół i kacza dupa – się okazuje, że trzon tego zespołu zaczynał jeszcze hen hen daleko, w kapeli o nazwie Absinth, i że mieli nawet demko z ’94 roku, którego część materiału nagrali ponownie, już jako Puteraeon. Tak więc wybaczcie mi moi wierni czytelnicy, znowu będzie stara szkoła, ale chociaż doceńcie fakt, że się starałem.

Z drugiej strony, może właśnie dlatego pokochałem tą formację. Death Metal, robiony nie przez młokosów, a dziadków, którzy współtworzyli legendarne czasy. I muzycznie nie ma tutaj niczego ani nadzwyczajnego, ani też oryginalnego. Trochę Autopsy, trochę Morbid Angel, trochę Entombed, trochę Sepultura, trochę Death (zauważyłem też, że mało kto umie zrzynać od Deicide). Wokal ma inną barwę, niż taką do której jestem przyzwyczajony i przypomina mi brazylijskie wzorce, choć coś chyba za bardzo jakieś efekty są nałożone, co może zrazić.

Pierwszy highlight to oczywiście „Permeation” z fajowym motywem przewodnim, kojarzącym się nieco z „Inquisition Symphony” Sepultury (to wcześniejsze „trochę”). Drugi to wg mnie „Into the Watery Grave”, choć może was to zdziwić, bo nie jest to aż taki numer wbijający wprost, a bardziej oparty na budowaniu napięcia. Oba zresztą klimatyczne w cholerę, jak i w sumie cały album. Zespół potrafi przypieprzyć szybko, ale zdecydowanie lepiej się czuje przy stopniowym dawkowaniu tempa i z naciskiem na stworzenie atmosfery niepokoju. Nie brakuje wstawek instrumentalnych, w tym „Legrasse’s Puzzle”, oddzielającego pierwszą połowę od drugiej, a w „Call of R’lyeh” pojawiają się rytualne przyśpiewki, choć brzmią one pokracznie.

Niełatwo jest coś takiego polecić, bo i trąci to trochę banałem, a niekoniecznie są ku temu jakieś konkretniejsze argumenty. Owszem, to już przecież było i prawdopodobnie nawet zrobione lepiej przez innych. Ba, odwoływanie się do Lovecrafta też jest oklepane. Co więc mi pozostaje? Mianowicie powiedzieć tyle, że z każdym następnym przesłuchaniem muza zyskuje na relaksacji.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/PUTERAEON/

Udostępnij:

5 stycznia 2023

Defleshed – Grind Over Matter [2022]

Defleshed - Grind Over Matter recenzja reviewO witam cię skarbie. Kopę lat. Brakowało mi twojego ciałka. Defleshed to zasłużona kapela, która jest nazywana Death/Thrash, choć ja jeszcze słyszę elementy Grind. Po długiej przerwie postanowili powrócić i zrobić coś nowego. Niby wszystko spoko.

Do Defleshed żywię uczucia ze względu na moje pierwsze miłostki Death Metalowe, w których oni brali udział. Jak mało która kapela, wydawali mi się bohaterami Death Metalu. 17 lat minęło od ich ostatniej, wyśmienitej płyty (jak zresztą mieli w zwyczaju). Ich nagły powrót przyjąłem z entuzjazmem, spodziewając się kolejnego hitu. I niestety czuję się troszeczkę rozczarowany… Nie, to złe słowo, czuję się urażony tym powrotem.

Jest to album tak banalny, że aż jestem wkurwiony. Przypomnę, że na perkusji jest Matte Modin, jeden z lepszych skandynawskich pałkerów. To nawet on tutaj nie za bardzo się stara popisać, zamiast tego prezentując typowo słabe, punkowe rytmy. Nie ma też utworów, które wcześniej rozrywały dupę. Za dużo tutaj zżynania z Carcass, tyle że tego nowszego. Ja bym nawet nie miał nic przeciwko gdyby plagiatowali „Symphony of Sickness”, ale oni zżynają z „Surgical Steel”. Wszystko jest takie zwykłe, bez polotu i uczucia.

Nie pomaga też fakt, że pojawiają się moi ukochani huligani z F.K.U. jako backing vocals. No niestety, to nie jest ten poziom, to nie jest ta stylówa, to nie jest to piękno, nie te riffy, nie ten groove, nie ten nic. Płyta brzmi miałko, przeciętnie, jak coś, co mógł stworzyć tylko nowicjusz. Jest mi bardzo przykro i idę się napić, bo byłem szczerze napalony na ich powrót. Kto jak kto, ale oni akurat umieli zagrać. Ale chyba już nie umieją. Mogli nie wracać. Świetność w przypadku Defleshed to już tylko i wyłącznie czas przeszły.


ocena: 5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/defleshedofficial



Udostępnij:

24 grudnia 2022

Aeon – God Ends Here [2021]

Aeon - God Ends Here recenzja reviewZacznę z grubej rury i powiem, że jest to najlepszy album w dorobku Aeon.

Od ostatniej płyty minęło prawie 10 lat i można śmiało rzec, że się zmieniło dosłownie wszystko, łącznie z resztkami normalności na świecie. Próbując się dowiedzieć przyczyn tak długiej absencji, okazało się, że poza ciągłymi zmianami składu z przyczyn czy to rodzinnych, czy też zdrowotnych, ekipa tak naprawdę wróciła do pełnej formy dopiero w 2019 r. Przy okazji też doczytałem ciekawostkę, że powody, dla których teksty są antychrześcijańskie wynikają z prozaicznej przyczyny – otóż wokalista bywał za młodu regularnie nachodzony przez sąsiadów, którzy byli świadkami Jechowy… i dalej chyba nie muszę tłumaczyć.

Z powodu globalnej pandemii, płyta była nagrywana w domowych studiach, co też jest mocnym znakiem czasów, gdyż efekt końcowy jest perfekcyjny brzmieniowo – posiada odpowiednią proporcję brudu i klarowności. Tradycji stało się zadość i po raz kolejny mamy instrumentale na płycie, w rekordowej ilości pięciu sztuk. Byłbym jednak szczerze rozczarowany, gdyby ich nie było wcale. Są one tym razem operowe, jak w filharmonii.

Pierwsze intro, otwierające płytę, jest wręcz triumfalne, jakby chciało zapytać słuchaczy „czy tęskniliście za nami?” I trudno jest nie odpowiedzieć pozytywnie, jak szybko dostajemy kilka wstępnych petard na rozgrzewkę. Wokal brzmi bardziej nieludzko niż wcześniej. Nie zrezygnowano z duo-wokalu, ale skrzek jest w zdecydowanym odwrocie i nawet jak się pojawia, to jest przyćmiewany przez główny, groźny, prowadzący wokal. Pojawiają się ponadto różne rodzaje zarówno growlów, jak i skrzeków, więc jest w czym wybierać.

Po drugiej wstawce instrumentalnej, kolejna szybka partia, ale zdecydowanie bardziej opierająca się na motoryce Thrash Metalu, podobnie zresztą jak współczesny Cannibal Corpse, choć nie aż tak brutalnie i zdecydowanie bardziej przystępnie. I tutaj dochodzę do luźnej refleksji, że zespół poszerzył wachlarz sztuczek, albowiem inspiracje nie są już tak jednoznaczne i bezczelne, jak to bywało wcześniej.

Aż prawie się chce powiedzieć, że pojawiają się riffy czysto aeonowe i że można mówić o doborze melodii charakterystycznych dla tej grupy, zwłaszcza po trzecim instrumentalu, na czele z bardzo wzniosłym i dumnym „God Ends Here”. Elementy orkiestralne bynajmniej nie ujmują ciężarowi utworu. Zresztą, reszta trzeciej części podąża tym samym, umiarkowanym śladem, z tendencjami do przyśpieszania.

Ostatnia, czwarta część płyty preferuje spokojniejsze tempa, choć wciąż nie mniej agresywne, przy dominującym morbidangelowym Groove w utworach. Nie zabrakło też typowego aeonowego refrenu, tym razem przy „Just One Kill”. Kończący płytę track ma własne intro i jest typowym epickim walcem, jakie się zwykło dawać na koniec.

Jest pewien szok, że album trwający 50 minut tak szybko schodzi, zanim się ktokolwiek połapie. Nie nudziłem się przez ani jedną sekundę trwania muzyki. Jest energia, jest siła, jest moc. Jeśli ktoś nie zna grupy, to może zacząć swoją przygodę od tego materiału.


ocena: 8,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeon666

inne płyty tego wykonawcy:

>
Udostępnij:

20 grudnia 2022

Mass Worship – Mass Worship [2019]

Mass Worship - Mass Worship recenzja review„Not metal enough” – tak brzmiała krótka, lakoniczna wiadomość od bogów Metal Archives, gdy to natykając się całkiem przypadkowo na szwedzki zespół chciałem go dodać wraz z debiutanckim albumem do Archiwów. Zatem co ja tutaj chcę wam wcisnąć? ABBĘ? Nic bardziej mylnego.

Mass Worship, bo to o nich i tak samo zatytułowanym albumie mowa, który stanowi niecodzienne połączenie walcowatego, wolnego death metalu z hardcorem. Ich debiut z 2019 roku osobiście mną wstrząsnął. Akurat byłem na etapie poszukiwań kapeli pokroju Asphyx, chcąc dać się zgnieść wolnym, miażdżącym i wgniatającym w siedzenie riffom. I na zgniłe jaja Lucyfera, odnalazłem to!

Sztokholmski zespół określa swoją muzykę Death Dark i nie mija się z to z prawdą. Tematyka naszpikowana jest odnośnikami do śmierci, w teledyskach dostrzegamy jej najważniejsze symbole jak czaszki, zgnilizna czy rozkład. Nie będę się rozpisywać na temat każdego utworu z osobna, gdyż album to solidny wałek i zasadniczo dwa promowane clipami utwory „Celestial” oraz „Proleptic Decay” to zdecydowane killery tego krążka. Jeżeli te dwa utwory nie zachęcą cię do sprawdzenia twórczości szwedzkiego kwartetu to nie ma sensu, abyś marnował dalej czas. A jeżeli pochłoniesz te dźwięki równie szybko jak ja pragnąc więcej, album w żadnym razie cię nie zawiedzie. Dostarczy dokładnie tego, co słychać i czego się spodziewasz. Jak już wspomniałem, mamy tutaj do czynienia z wolno-średnimi tempami. Nie mniej jednak riffy są tak soczyste, że głowa aż prosi się o urwanie. Album Mass Worship nie nadszarpnie również waszego czasu, gdyż nie będzie to nawet 30 minut. I chwała im za to. Płytka w żadnym razie nie znudzi w pełni wykorzystując swój potencjał.

Podsumowując – jeżeli szukasz czegoś nowego, powiewu świeżego rozkładu to jak najbardziej mogę polecić ten nie-metalowy (sic!) zespół.

Napierdalaning has no boundaries!


ocena: 8/10
Lukas
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/massworship/



Udostępnij:

12 grudnia 2022

Therion – Leviathan II [2022]

Therion - Leviathan II recenzja reviewPierwsze wzmianki o pomyśle na trylogię Lewiatanów zwyczajnie zignorowałem – uznałem, że to plotki, że przywidzenia, że coś mi się w głowie popierdoliło, bo tego by już było zbyt wiele, nawet dla zdeklarowanych fanów zespołu. No i tyle z tych moich urojeń, że właśnie piszę o części drugiej, której zawartość tak się ma do zapowiedzi, że to zasługuje na typowy polski stand-up z gęstym chujowaniem. Leviathan II w zamyśle miał być materiałem mrocznym, ciężkim i melancholijnym, a jest… landrynką z paskudną okładką.

Obstawiam w ciemno, że główną inspiracją Christofera Johnssona przy pracach nad Leviathan II były reklamy żelków Haribo i dlatego całość jest milusia, słodziusia i fajniusia. Lukier leje się strumieniami, zespół nie żałuje kolorowej (być może tęczowej) posypki, a trzustka słuchacza nie wyrabia z produkcją insuliny, żeby ten burdel jakoś ogarnąć. I nawet nie chodzi o to, że materiał jest wyjątkowo melodyjny, bo nie jest; jest miętki, mięciusi i rozmemłany.

Doszło do tego, że muszę w muzyce Therion doszukiwać się śladów gitar. Zespół tak mocno zapędził się ze zmiękczaniem i upraszczaniem stylu, że w większości utworów przesterowane gitary, jeśli występują, są sprowadzone do pojedynczych smyrnięć głęboko w tle – o mięsistych riffach można zapomnieć. Gdyby nie efektowne solówki (brawa dla Christiana Vidala, bo choć on się dobrze spisał), byłoby naprawdę biednie i banalnie. Czy w związku z tym Leviathan II jest albumem obliczonym na symfoniczny rozmach? Ano nie, jest operowo-piosenkowy – z jednej strony przeładowany słodkimi chórkami, z drugiej zaś sprawia wrażenie posklejanego z samych refrenów. Skojarzenia z ABBĄ są jak najbardziej na miejscu…

Plusy… hmm… Leviathan II jest nieco bardziej spójny muzycznie i brzmieniowo od pierwszej części, ponadto został lepiej zaśpiewany – w tym przez wokalistki, które zawaliły poprzednio. Dobrze wypadają też nieliczne mocniejsze fragmenty (i tylko fragmenty) „Lucifuge Rofocale”, „Marijin Min Nar” i „Cavern Cold As Ice” (ten break w połowie jest świetny), w których słychać oczywiste nawiązania do „Theli” i utworów takich jak „Cults Of The Shadow”, choć oczywiście w zdecydowanie lżejszej wersji. Cała reszta jest natomiast tak ładna, że aż bezbarwna, więc przelatuje dość szybko i nie zostawia większego śladu w pamięci.

Gdyby w powstanie trylogii Lewiatanów był zaangażowany Sasin, mógłbym spać spokojnie w przekonaniu, że projekt nigdy nie zostanie doprowadzony do końca. Niestety, 70-milionowego knura w składzie nie widać, a sam Christofer już straszy folkiem i eksperymentami.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.therion.se

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

19 września 2022

Aeon – Aeons Black [2012]

Aeon - Aeons Black recenzja reviewNaklejka na płycie zawiera wypowiedź pana z Cannibal Corpse, który bardzo sobie chwali recenzowany album. Nie jestem zaskoczony, gdyż przecież Aeon żywcem naśladuje Kanibali, choć nie tylko. Ale błędem byłoby nazywanie ich marną kalką, zwłaszcza że na przestrzeni lat udało im się skrystalizować własny, zadziorny charakter.

Dobrym przykładem jest np. utwór „Sacrificed” – czy wam ten utwór czegoś nie przypomina? Jeśli odpowiedzieliście „Sentenced to Burn”, to zgadliście. Aczkolwiek równie dobrze moglibyście powiedzieć „coś z Deicide” i też by się zgadzało, bo i oba style się zgrabnie łączą. Zresztą, podobnie ma się sprawa z otwierającym „Still They Pray” albo „I Wish You Death”. Standardowo jak to Aeon, zdarza się im walnąć solówkę, której nie powstydziłby się Trey Azagthoth, jak i zrobić typowo Morbidowego walca jak w „Garden of Sin”. Innymi słowy, zespół lubi łączyć poszczególne elementy w różnych konfiguracjach i proporcjach.

Mimo „inspiracji”, grupa ma bardzo charakterystyczne, ciasnawe brzmienie oraz growling wyróżniający się barwą na tle innych, podobnych grup. Grupa wraca też do wrzucania większej ilości instrumentali, których jest aż cztery na płycie. Pierwszy jest ładną miniaturką fortepianową, drugi adaptacją fragmentu orkiestrowej sztuki Gustava Holsta, pozostałe zaś dwie to już zapchajdziury z dziwnymi odgłosami. Z całej płyty też najmniej ciekawy wydał mi się „Dead Means Dead”.

Oczywiście, można zarzucić zespołowi, że na dobrą sprawę nie robi niczego nowego, ani tym bardziej specjalnego, co by też wypalało oczodoły i smażyło mózgi na popiół, a zamiast tego robi tradycyjny Death Metal, który jest, jak to mawiają angole, „by the numbers”. Ale zawsze, gdy poczuję głód ekstremy i chcę zapodać sobie coś, czego nie znam już na pamięć, Aeon jest jak znalazł.


ocena: 7,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeon666

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 września 2022

Dark Tranquillity – Moment [2020]

Dark Tranquillity - Moment recenzja reviewRóżnej maści selling out-y są kretynizmem, gdyż w większości przypadków prób przejścia na „mainstream” (jak np. Paradise Lost), muza wciąż jest zbyt ciężka i za mocna dla normalnego odbiorcy. Pewnych murów się nie przeskoczy i można sobie zrezygnować z growlingu, zacząć pisać o kochaniu ludzi, zamiast ich zabijaniu i zjadaniu, ale nic to nie da, jeśli nie jest się produktem od początku do końca stworzonym przez korporacje, a zabawa w muzykę alternatywną, staje się szybko alternatywą do zarabiania kasy. Ostatecznie zawodzi się starych fanów, a niekoniecznie zyskuje nowych.

Nie jest to oczywiście nic nowego i już mówię do czego zmierzam. Zastanawiałem się nieraz nad fenomenem Dark Tranquillity – udało im się z sukcesem na poważnie zmiękczyć swój styl o elementy Pop, bez utraty szacunku w środowisku Metalowym i to czasem wśród ludzi, których oceniając po recenzjach bym w życiu nie podejrzewał, że lubią coś takiego. Ja sam jestem już tak bardzo odzwyczajony od popeliny i melodyjnego śpiewu, że mnie mdli jak coś leci w radiu w aucie i ostro rzygam przy disco polo. A tu jakby nie patrzeć, Dark Tranquillity wyrobił sobie renomę wręcz mistrzów grania śpiewnego Melo-Death.

Niemniej jednak, dwunasty już album, Moment nie zyskał wielkiego aplauzu, jak wcześniej. I tak sobie słuchałem tej płyty i dumałem – „pierwsze 4 tracki rewelacja, może piąty będzie kiepski?” I w sumie „Remain in the Unknown” był średniawy, ale za to kolejny, „Standstill” przywrócił wysoki poziom. Doszedłem do ósmego tracku („A Drawn Out Exit”) i zgodnie z jego tytułem, uznałem go za nadmiernie rozciągnięty. Ale zaraz po nim nastąpiły ostatnie 4 tracki i znowu się zachwyciłem każdym z nich, zwłaszcza „Eyes of the World” i „Failstate”. Nie nudziłem się przy słuchaniu. Może więc ludziom po prostu się już przejadło?

Nie widzę natomiast żadnego powodu, dla którego miałbym krytykować płytkę, zwłaszcza że nie tylko wypada ona lepiej na tle niektórych starszych dokonań grupy, ale prezentuje wysoką klasę i doświadczenie w tworzeniu wartościowej muzyki. Dark Tranquillity nie tworzy dla popularności i wyświetleń, bo wtedy musieliby przejść na Trap, albo jakieś inne klubowe gówno, a raczej dodaje do ciężkich brzmień odrobinę Pop Rock’a dla… Metali, aby mogli sobie puścić coś lżejszego, bez poczucia wstydu i zażenowania.

P.S. A jeśli wasza dziewczyna/chłopak nie trawi Metalu, to nawet jak to wciąż będzie zbyt ciężkie dla ich uszu, to przynajmniej nie doprowadzi do rozpadu związku, jak sobie puścicie głośno (przetestowane). I na tym może lepiej już zakończę swoje wypociny.


ocena: 9/10
mutant
oficjalna strona: www.darktranquillity.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

30 sierpnia 2022

Toxaemia – Where Paths Divide [2020]

Toxaemia - Where Paths Divide recenzja reviewDużo ostatnio sobie czytałem odnośnie polskiej sceny i tego, jakiegoż to my pecha nie mieliśmy, że się nie udało naszym dobrym kapelom zrobić kariery na zachodzie. Prawda jest oczywiście taka, że z grania Death Metalu tylko nieliczni zrobili jakikolwiek sposób na życie, a nawet wśród markowych zespołów, mało który ciągle był/jest na topie.

Piszę to, bo polska scena pod tym względem nie była w żaden sposób wyjątkowa na świecie, a od jakichś ponad 10 lat mnoży się różnej maści reunionów, które w kluczowych latach boomu na Death Metal (czyli ’89-’94) nagrały kultowe demo/ep/singiel (niepotrzebne skreślić), po czym się rozpadły.

I fakt, wśród tychże ekip, jakiejś części udaje się dostać drugą szansę i przejść na wyższy level (jak np. Antropomorphia), ale zdecydowane większe grono wydaje swój łabędzi śpiew, na zasadzie dopięcia klamry historycznej, po czym znowu znika ze sceny. Nie wiem, jak będzie z Toxaemią, ale byłaby szkoda, gdyby to była ostatnia rzecz nagrana przez nich.

Słychać, że Panowie to weterani, ponieważ pomimo ich szwedzkiego pochodzenia, zdecydowanie bardziej opierają się na starym, amerykańskim Thrashu, a gdzieniegdzie przypominają mi bardziej europejski Death Metal z wczesnych lat ’90 rodem z Niemiec, Holandii, czy nawet wręcz Polski. Nie, żeby gdzieniegdzie nie przebijały się riffy typowo Made in Szwecja, ale nie spodziewajcie się usłyszeć brzmienia typu Entombed/Dismember. Prędzej pomylicie ich z Malevolent Creation, Bolt Thrower niż z tamtymi legendami.

O ile więc ciężko mi nazwać zespół „charakterystycznym”, to jestem w stanie usłyszeć na płycie patenty, a właściwie zamiłowanie do grania specyficznych melodii, które sobie zespół szczególnie upodobał. Mowa tu o takich ciosach jak „Betrayal”, „Toxaemia”, „Leprosy”, czy „Hate Within”, które w swoim zwyczaju polecam do sprawdzenia w pierwszej kolejności. Każdy utwór jednak ma swój „refren” – raz lepszy, raz gorszy. Swoją drogą, bardzo mało odkrywcze tytuły utworów są chyba jedyną większą bolączką.

Jedynym starym numerem nagranym ponownie z czasów demówek, jest wyśmienity „Buried to Rot”, którego główny motyw bodajże Marduk zapożyczył sobie na „Dark Endless” (w utworze „Funeral Seemed To Be Endless”), zresztą Toxaemia nie jest jedynym zespołem kopiowanym na tamtym albumie, ale to jest temat na osobną analizę*. Tak tylko piszę, żeby można było sobie na szybko coś skojarzyć. Nie powiem, doceniam fakt, że zespół wstrzymał się od odgrzewania kotletów, bo większość ich klasyków ma wystarczająco dobre brzmienie i nie potrzebuje ponownego przypominania po raz wtóry.

Cóż więcej dodać? Określenie tej płyty „porządnym graniem” wydaje się być obelgą, zważywszy na to, że płyta jest zdecydowanie powyżej przeciętnej i mogę z uczciwym sumieniem polecić również i ludziom zblazowanym, którzy myślą, że Old School Death Metal im się znudził. Ja testowałem na sobie materiał przez dwa tygodnie z kilkoma jedno-dwudniowymi przerwami, non-stop przez 8/9 godzin dziennie. Po czym, po tygodniowej przerwie na coś innego (uważni czytelnicy będą wiedzieli co wtedy słuchałem), ponownie puściłem i to wg tego samego schematu. Bardzo niechętnie odłożyłem płytę w końcu na półkę, aby móc wreszcie przejść do czegoś innego. I całkiem możliwe, że niedługo znowu wrócę, bo kilka rzeczy zapewne bym chciał bardziej zgłębić. Tak więc ostrzegam, muza wciąga.

*Drugi charakterystyczny plagiat to „Deranged from Blood” zespołu Carnage, który Marduk zrobił (lepiej) w „The Black”.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ToxaemiaSweden/



Udostępnij: