Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty

19 września 2022

Aeon – Aeons Black [2012]

Aeon - Aeons Black recenzja reviewNaklejka na płycie zawiera wypowiedź pana z Cannibal Corpse, który bardzo sobie chwali recenzowany album. Nie jestem zaskoczony, gdyż przecież Aeon żywcem naśladuje Kanibali, choć nie tylko. Ale błędem byłoby nazywanie ich marną kalką, zwłaszcza że na przestrzeni lat udało im się skrystalizować własny, zadziorny charakter.

Dobrym przykładem jest np. utwór „Sacrificed” – czy wam ten utwór czegoś nie przypomina? Jeśli odpowiedzieliście „Sentenced to Burn”, to zgadliście. Aczkolwiek równie dobrze moglibyście powiedzieć „coś z Deicide” i też by się zgadzało, bo i oba style się zgrabnie łączą. Zresztą, podobnie ma się sprawa z otwierającym „Still They Pray” albo „I Wish You Death”. Standardowo jak to Aeon, zdarza się im walnąć solówkę, której nie powstydziłby się Trey Azagthoth, jak i zrobić typowo Morbidowego walca jak w „Garden of Sin”. Innymi słowy, zespół lubi łączyć poszczególne elementy w różnych konfiguracjach i proporcjach.

Mimo „inspiracji”, grupa ma bardzo charakterystyczne, ciasnawe brzmienie oraz growling wyróżniający się barwą na tle innych, podobnych grup. Grupa wraca też do wrzucania większej ilości instrumentali, których jest aż cztery na płycie. Pierwszy jest ładną miniaturką fortepianową, drugi adaptacją fragmentu orkiestrowej sztuki Gustava Holsta, pozostałe zaś dwie to już zapchajdziury z dziwnymi odgłosami. Z całej płyty też najmniej ciekawy wydał mi się „Dead Means Dead”.

Oczywiście, można zarzucić zespołowi, że na dobrą sprawę nie robi niczego nowego, ani tym bardziej specjalnego, co by też wypalało oczodoły i smażyło mózgi na popiół, a zamiast tego robi tradycyjny Death Metal, który jest, jak to mawiają angole, „by the numbers”. Ale zawsze, gdy poczuję głód ekstremy i chcę zapodać sobie coś, czego nie znam już na pamięć, Aeon jest jak znalazł.


ocena: 7,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeon666

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

7 września 2022

Dark Tranquillity – Moment [2020]

Dark Tranquillity - Moment recenzja reviewRóżnej maści selling out-y są kretynizmem, gdyż w większości przypadków prób przejścia na „mainstream” (jak np. Paradise Lost), muza wciąż jest zbyt ciężka i za mocna dla normalnego odbiorcy. Pewnych murów się nie przeskoczy i można sobie zrezygnować z growlingu, zacząć pisać o kochaniu ludzi, zamiast ich zabijaniu i zjadaniu, ale nic to nie da, jeśli nie jest się produktem od początku do końca stworzonym przez korporacje, a zabawa w muzykę alternatywną, staje się szybko alternatywą do zarabiania kasy. Ostatecznie zawodzi się starych fanów, a niekoniecznie zyskuje nowych.

Nie jest to oczywiście nic nowego i już mówię do czego zmierzam. Zastanawiałem się nieraz nad fenomenem Dark Tranquillity – udało im się z sukcesem na poważnie zmiękczyć swój styl o elementy Pop, bez utraty szacunku w środowisku Metalowym i to czasem wśród ludzi, których oceniając po recenzjach bym w życiu nie podejrzewał, że lubią coś takiego. Ja sam jestem już tak bardzo odzwyczajony od popeliny i melodyjnego śpiewu, że mnie mdli jak coś leci w radiu w aucie i ostro rzygam przy disco polo. A tu jakby nie patrzeć, Dark Tranquillity wyrobił sobie renomę wręcz mistrzów grania śpiewnego Melo-Death.

Niemniej jednak, dwunasty już album, Moment nie zyskał wielkiego aplauzu, jak wcześniej. I tak sobie słuchałem tej płyty i dumałem – „pierwsze 4 tracki rewelacja, może piąty będzie kiepski?” I w sumie „Remain in the Unknown” był średniawy, ale za to kolejny, „Standstill” przywrócił wysoki poziom. Doszedłem do ósmego tracku („A Drawn Out Exit”) i zgodnie z jego tytułem, uznałem go za nadmiernie rozciągnięty. Ale zaraz po nim nastąpiły ostatnie 4 tracki i znowu się zachwyciłem każdym z nich, zwłaszcza „Eyes of the World” i „Failstate”. Nie nudziłem się przy słuchaniu. Może więc ludziom po prostu się już przejadło?

Nie widzę natomiast żadnego powodu, dla którego miałbym krytykować płytkę, zwłaszcza że nie tylko wypada ona lepiej na tle niektórych starszych dokonań grupy, ale prezentuje wysoką klasę i doświadczenie w tworzeniu wartościowej muzyki. Dark Tranquillity nie tworzy dla popularności i wyświetleń, bo wtedy musieliby przejść na Trap, albo jakieś inne klubowe gówno, a raczej dodaje do ciężkich brzmień odrobinę Pop Rock’a dla… Metali, aby mogli sobie puścić coś lżejszego, bez poczucia wstydu i zażenowania.

P.S. A jeśli wasza dziewczyna/chłopak nie trawi Metalu, to nawet jak to wciąż będzie zbyt ciężkie dla ich uszu, to przynajmniej nie doprowadzi do rozpadu związku, jak sobie puścicie głośno (przetestowane). I na tym może lepiej już zakończę swoje wypociny.


ocena: 9/10
mutant
oficjalna strona: www.darktranquillity.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

30 sierpnia 2022

Toxaemia – Where Paths Divide [2020]

Toxaemia - Where Paths Divide recenzja reviewDużo ostatnio sobie czytałem odnośnie polskiej sceny i tego, jakiegoż to my pecha nie mieliśmy, że się nie udało naszym dobrym kapelom zrobić kariery na zachodzie. Prawda jest oczywiście taka, że z grania Death Metalu tylko nieliczni zrobili jakikolwiek sposób na życie, a nawet wśród markowych zespołów, mało który ciągle był/jest na topie.

Piszę to, bo polska scena pod tym względem nie była w żaden sposób wyjątkowa na świecie, a od jakichś ponad 10 lat mnoży się różnej maści reunionów, które w kluczowych latach boomu na Death Metal (czyli ’89-’94) nagrały kultowe demo/ep/singiel (niepotrzebne skreślić), po czym się rozpadły.

I fakt, wśród tychże ekip, jakiejś części udaje się dostać drugą szansę i przejść na wyższy level (jak np. Antropomorphia), ale zdecydowane większe grono wydaje swój łabędzi śpiew, na zasadzie dopięcia klamry historycznej, po czym znowu znika ze sceny. Nie wiem, jak będzie z Toxaemią, ale byłaby szkoda, gdyby to była ostatnia rzecz nagrana przez nich.

Słychać, że Panowie to weterani, ponieważ pomimo ich szwedzkiego pochodzenia, zdecydowanie bardziej opierają się na starym, amerykańskim Thrashu, a gdzieniegdzie przypominają mi bardziej europejski Death Metal z wczesnych lat ’90 rodem z Niemiec, Holandii, czy nawet wręcz Polski. Nie, żeby gdzieniegdzie nie przebijały się riffy typowo Made in Szwecja, ale nie spodziewajcie się usłyszeć brzmienia typu Entombed/Dismember. Prędzej pomylicie ich z Malevolent Creation, Bolt Thrower niż z tamtymi legendami.

O ile więc ciężko mi nazwać zespół „charakterystycznym”, to jestem w stanie usłyszeć na płycie patenty, a właściwie zamiłowanie do grania specyficznych melodii, które sobie zespół szczególnie upodobał. Mowa tu o takich ciosach jak „Betrayal”, „Toxaemia”, „Leprosy”, czy „Hate Within”, które w swoim zwyczaju polecam do sprawdzenia w pierwszej kolejności. Każdy utwór jednak ma swój „refren” – raz lepszy, raz gorszy. Swoją drogą, bardzo mało odkrywcze tytuły utworów są chyba jedyną większą bolączką.

Jedynym starym numerem nagranym ponownie z czasów demówek, jest wyśmienity „Buried to Rot”, którego główny motyw bodajże Marduk zapożyczył sobie na „Dark Endless” (w utworze „Funeral Seemed To Be Endless”), zresztą Toxaemia nie jest jedynym zespołem kopiowanym na tamtym albumie, ale to jest temat na osobną analizę*. Tak tylko piszę, żeby można było sobie na szybko coś skojarzyć. Nie powiem, doceniam fakt, że zespół wstrzymał się od odgrzewania kotletów, bo większość ich klasyków ma wystarczająco dobre brzmienie i nie potrzebuje ponownego przypominania po raz wtóry.

Cóż więcej dodać? Określenie tej płyty „porządnym graniem” wydaje się być obelgą, zważywszy na to, że płyta jest zdecydowanie powyżej przeciętnej i mogę z uczciwym sumieniem polecić również i ludziom zblazowanym, którzy myślą, że Old School Death Metal im się znudził. Ja testowałem na sobie materiał przez dwa tygodnie z kilkoma jedno-dwudniowymi przerwami, non-stop przez 8/9 godzin dziennie. Po czym, po tygodniowej przerwie na coś innego (uważni czytelnicy będą wiedzieli co wtedy słuchałem), ponownie puściłem i to wg tego samego schematu. Bardzo niechętnie odłożyłem płytę w końcu na półkę, aby móc wreszcie przejść do czegoś innego. I całkiem możliwe, że niedługo znowu wrócę, bo kilka rzeczy zapewne bym chciał bardziej zgłębić. Tak więc ostrzegam, muza wciąga.

*Drugi charakterystyczny plagiat to „Deranged from Blood” zespołu Carnage, który Marduk zrobił (lepiej) w „The Black”.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ToxaemiaSweden/



Udostępnij:

27 sierpnia 2022

Necrophobic – Dawn Of The Damned [2020]

Necrophobic - Dawn Of The Damned recenzja reviewNa następcę „Mark of the Necrogram” nie trzeba było długo czekać. Zespół poczuł wiatr w żaglach i poszedł za ciosem, efektem czego jest omawiany następca. Wydawać by się mogło, że grupa znalazła idealną formułę łączenia Black i Death Metalu, owijając oba gatunki melodią. Sama okładka zresztą nawiązuje do poprzednika pod każdym względem, jakby obiecywała kontynuację słusznie obranej drogi. Tak się jednak niestety nie stało, a finalny produkt niestety daleki jest od geniuszu, na jaki było stać zespół wcześniej…

W zespole zmienił się co prawda tylko basista, ale o ile „Mark of the Necrogram” był pracą zespołową, gdzie każdy członek, łącznie z wokalistą, pisał utwory, tak tutaj cały album został praktycznie skomponowany przez gitarzystę grupy, Sebastiana Ramstedta, który z kolei był odpowiedzialny za te dłuższe i bardziej epickie utwory na poprzednim albumie.

W tamtym przypadku się one sprawdzały, gdyż miały obok siebie zarówno szybsze, jak i bardziej nośne piosenki do zbalansowania klimatu. Tym razem niestety nie dało się uniknąć przerostu formy nad treścią. Gatunkowo jest dużo więcej nawiązań do klasyczniejszego Metalu z lat ’80, choć staje się to dopiero oczywiste, gdy gościnnie pojawia się Marcel Schmier w ostatnim utworze (lider Destruction, jakby ktoś nie wiedział). Nie ma również tak udanego balansu między stylami jak ostatnio. Death Metal zdecydowanie gra tutaj drugie skrzypce. Najlepszymi kompozycjami zdają się być „Mirror Black” i tytułowy numer, ale nie wybijają się one ponad przeciętność.

Doceniam ambicję stworzenia koncept albumu z rozbudowanymi utworami, ale naprawdę nic by się nie stało, gdyby było więcej urozmaiceń, zwłaszcza, że materiał z uporem maniaka nie chce zapadać w pamięci, nawet po setnym przesłuchaniu. Tak więc zamiast arcydzieła, dostajemy zaledwie poprawny album.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/necrophobic.official

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

6 sierpnia 2022

Raise Hell – Wicked Is My Game [2002]

Raise Hell - Wicked Is My Game recenzja reviewZespół, którego łatwo można by posądzić o koniunkturalizm, a który tak naprawdę po prostu chciał grać swój ukochany Thrash na różne sposoby, w zależności od humoru. Tak więc, z płyty na płyty ekipa ta flirtowała z różnymi odmianami. Czy to Black/Death, czy to Death 'n' Roll, jak nieco w tym przypadku. Choć można się spotkać z opiniami, że na tym albumie nie brakuje wpływów Power Metalu. Możliwe, nie znam się.

Bądź co bądź, podstawą gatunkową tej grupy jest Thrash, ale zdecydowanie lubujący się w nowoczesnej ostrości, opartej bardziej na Melo-Death, niż na klasycznych Thrashu z lat ‘80. Tym razem zespół poszedł zdecydowanie bardziej w kierunku piosenkowości i melodii, a trzeba im oddać, robią to doskonale, z głową i ze smakiem, więc nawet jeśli kogoś odstraszyłaby łatka stylu hybrydowego, tutaj może odetchnąć z ulgą – album jest stworzony przez ludzi kochających Metal, dla fanów Metalu.

Ciężko jest wyróżnić ulubiony kawałek, bo taki tytułowy numer albo piosenka otwierająca (i zaczynająca płytę od przerobienia motywu z Halloween), zdają się być tymi najlepszymi. Ale z drugiej strony, jakakolwiek inna kompozycja w niczym nie jest gorsza, gdyż album trzyma stały poziom i nie schodzi poniżej 100% miodności.

Może jestem nadmiernie bezkrytyczny, ale rzadko zdarza mi się słuchać muzyki tak pełnej entuzjazmu i zwyczajnej radości z grania. Bardzo imprezowa muzyka, może brakuje czegoś genialnego czy ambitnego, ponadczasowego, ale nie zawsze tego się oczekuje od zespołu. Czasami chce się dostać dawkę porządnej jazdy bez trzymanki, ale zrobionej z głową.


ocena: 9/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/raisehell666
Udostępnij:

10 lipca 2022

Unanimated – Ancient God Of Evil [1995]

Unanimated - Ancient God Of Evil recenzja okładka review coverChoć ich pierwszy album cieszył się sporym szacunkiem na scenie, to z przyczyn życiowych ekipa nie była w stanie skapitalizować dobrej famy i pójść od razu za ciosem, jak początkowo planowali. Niemniej jednak i tak stosunkowo szybko wyszło ich następne dzieło, niemalże równo po 2 latach.

Ancient God of Evil, bo o nim mowa, nie tylko kontynuował drogę obraną na pierwszej płycie, ale znacząco rozwinął swój styl, w kierunku jeszcze lepiej napisanych utworów. Już debiut mógł się pochwalić epicko genialnymi piosenkami, które przeszły do kanonu, a mimo to, słuchając sequela, nie ma żadnych wątpliwości, że grupa zaliczyła wyraźny progres jeśli chodzi o dobór melodii.

Co się zmieniło? Zespół postawił gdzieniegdzie na charakterne riffy, wokół których miała się obracać struktura utworu. Słychać to np. przy otwierającym album „Life Demise”, który olśniewa swoim klimatem i ciężarem. Granie na tej płycie również zdaje się być ostrzejsze i bardziej zadziorne. O ile poprzednik odważnie flirtował z Black Metalem, tak w tym wypadku dużo jaśniej śni strona Death Metalowa zespołu (poza wokalem).

Po wydaniu tego klasyka, powtórzyły się problemy z którymi grupa się zmagała – kompletny brak promocji oraz koncertów. Z tego też względu, choć można mówić o silnym kulcie, jakim się cieszyli, to zespół musiał trochę poczekać, zanim został należycie doceniony. A warto, bo rzadko kiedy człowiek spotyka się z tak wybitnie napisanym materiałem, który nie nudzi nawet po setnym przesłuchaniu. Polecam.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Unanimated-Official/156195984418900

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

1 czerwca 2022

Aeon – Path Of Fire [2010]

Aeon - Path Of Fire recenzja reviewKiedyś nie doceniałem tego typu zespołów i wydawały mi się nudne i wtórne. I choć faktycznie, Aeon nie należy ani do najoryginalniejszych, ani też najciekawszych wśród brutalnych grajków, to błędem byłoby spisanie ich na straty, jako „kolejną” ekstremalną grupę. Aeon szeroko wypłynął dzięki odrodzeniu się popularności Death Metalu w latach 2005-2012, do której również dołożył i swoją cegiełkę.

Mało który zespół tak bezpośrednio naśladuje Deicide, jeśli chodzi o granie i atak dźwiękowy. W przeciwieństwie jednak do swoich idoli, Aeon stara się dawać od siebie więcej Groove i refrenów. Brzmienie jest również bardziej szwedzkie, nawet mimo prób naśladowania amerykańskiego stylu. Solówki natomiast zdecydowanie uderzają w terytorium Morbid Angel.

Osobiście bardzo cenię sobie wokal, któremu udaje się zachować własny charakter, mimo oczywistych inspiracji. Wokalista stosuje duowokal – niski growl i wysoki skrzek. Growl jest piękny i bez zarzutu, natomiast skrzek czasami jest zbyt wysoki i ociera się o At The Gates.

Kanonada gitar i perkusji przy pierwszych odsłuchach aż prosi się o kategoryzację „brutal”, ale przy bliższym poznaniu jest to tak naprawdę bardzo skrupulatnie poukładana i rzeczowa muzyka, często oparta na zasadzie zwrotka-refren, co jest trochę kuriozalne jak na Death Metal. Nie ma jednak wybijających się hitów, choć numery takie jak „Kill them all”, czy „I will burn” mogłyby w sumie pretendować do tego miana. Na tej płycie znajdują się tylko dwa instrumentale – w środku i na samym końcu płyty. I jak to z instrumentalami bywa, pełnią rolę zapychaczy, choć same w sobie nie są może jakoś specjalnie kiepskie.

Solidny album, powyżej przeciętnej, z dobrymi utworami, ale też bez większego szału. Dla wielu osób może to być jedna z mniej interesujących pozycji z dyskografii Aeon, gdyż fani brutalności będą nieco zawiedzeni, a i sama grupa jeszcze szlifowała swój talent kompozytorski. Jednakże zbyt niska ocena byłaby niesprawiedliwa choćby i z tego faktu, że mało który zespół potrafi robić przyzwoity „piosenkowy” Death Metal.


ocena: 6,5/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeon666

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

26 kwietnia 2022

Sarcasm – Stellar Stream Obscured [2022]

Sarcasm - Stellar Stream Obscured recenzja okładka review coverKto by pomyślał, że ekipa która w latach ’90 pozostawiła po sobie niewydany album i kompilację, nagle wróci i zacznie ciskać płytę za płytą, jak grom z jasnego nieba. Nie mogło to umknąć mojej uwadze, ale pierwszym materiałem, jaki byłem sobie w stanie sprawić, jest świeży, czwarty już album, Stellar Stream Obscured, wydany przez Hammerheart Records (oby zrobili re-edycję reszty ich dyskografii, wytwórnia ta ostatnimi czasy bardzo mi imponuje).

Gdy popłynęły dźwięki pierwszego utworu, to troszeczkę się skrzywiłem, bo bałem się, że będzie to kolejny Melodyjny Death/Black w szwedzkim wydaniu. Na szczęście dla mnie, była to tylko zmyła, gdyż reszta płyty jest w zupełnie innym, lepszym tonie.

Już następna kompozycja zbija z tropu, bo mimo iż wpływy Melo-Death’u dalej pozostają, to wchodzi melodyjność, jaką można spotkać w Doom/Death. Płyta w ogóle jest jakaś dziwna, bo poza wymienionymi czynnikami, przeplata się jeszcze niejednokrotnie masywne uderzenie gitar rodem ze starego Hypocrisy. Epicki, posępny, 8-minutowy „Ancient Visitors” najbardziej skupia sobie te wszystkie wyżej wymienione elementy.

Dalej robi się już nieco lżej i bardziej skocznie, choć melodie dalej trzymają się formuły i uderzają w refleksyjny ton. Co ciekawe, im dalej las, tym bardziej Black Metalowe tendencje zanikają i stopniowo ustępują typowo Death Metalowym. „The Spinning Tomb” brzmi jak jakiś odrzut ze starych czasów, bo nie tylko ma zupełnie odmienny wokal od reszty płyty, ale sama kompozycja przyjemnie pachnie starą old-schoolową stęchlizną. Przez to też odnosiłem nieraz wrażenie, jakbym słuchał holenderskiej produkcji zamiast szwedzkiej.

Tekstowo mamy do czynienia z koncept-albumem. Rok 2095, post-apokaliptyczna przyszłość. Ludzie zostają nawiedzeni przez starożytnych kosmitów, którzy tłumaczą genezę homo sapiens. Ziemia okazuje się być więzieniem dla ludzi (a to ci nowina), a nadchodzące kataklizmy będą niemalże sądem ostatecznym dla świata. Dalej fabuła się gmatwa i nie będę spoilerował, kim się okazali kosmici, bo sam nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem sens, ale paradoksy czasowe i odniesienia do obecnej sytuacji na świecie jak najbardziej się przewijają.

Zapomniałbym wspomnieć o pojawiających się fortepianowych intrach w kilku utworach, oraz innych motywach quasi-symfonicznych. Od razu jednak uspokajam, że pojawienie się takowych ozdobników nie razi i dobrze wkomponowuje w całokształt. Zespół używa sobie swobodnie poszczególne elementy i żongluje ekstremalnością w zależności od potrzeby, co nadaje dużej wielowymiarowości muzyce.

Kończący płytę „Let Us Descend” wraca do klimatów z początku płyty, robiąc należytą klamrę spinającą materiał i aż robi się żal, że zaledwie po 40 minutach jest to już koniec płyty. Na szczęście można puścić cały album od początku.

Jest takie stare słowiańskie przysłowie – „ jeśli spodziewasz się Melo-Death/Black, to dostaniesz ultra-retro Doom/Death z nutką Gothic Metalu, w skandynawsko-holenderskim sosem”. Co poniektórzy fani szwedzkiej ekstremy będą pewnie zawiedzeni, ale wszelkie braki w intensywności są nadrabiane atmosferyczną głębią i wyjątkowym klimatem.


ocena: 9/10
mutant
oficjalna strona: sarcasmsweden.se
Udostępnij:

30 marca 2022

Shattered – Wrapped In Plastic [2004]

Shattered - Wrapped In Plastic recenzja okładka review coverChciałbym zaznaczyć, że nie jestem specjalnie fanem Melo-Death. dlatego tym bardziej chciałbym zwrócić uwagę na jeden z bardziej nadających się do słuchania albumów z tej nieco cukierkowej odmiany Metalu. Możliwe też, że wyraźne wpływy Thrash Metalu zaważyły na mojej sympatii do muzyki zawartej na tym krążku.

Shattered istniał już w 1996, ale zanim udało im się w końcu zadebiutować, to namęczyli ok. ośmiu taśm demo, o których nie słyszał nikt, poza samym zespołem. Ostatecznie związali się z Black Mark Productions, który znany był z tego, że miał rewelacyjne zespoły, ale beznadziejne zarządzanie. Trzeba też powiedzieć, że się nieco spóźnili o 6 lat, gdyż moda na tego typu granie w 2004 r. już dawno minęła. Grupa rozpadła się po śmierci brata frontmana, Jimi Andersona w 2006 r.

To tyle, jeśli chodzi o historię, przejdźmy do dania głównego. Wrapped in Plastic to 9 przebojowych ciosów + intro, trwające 31 minut. Nie jest to dużo, ale za to dostajemy materiał bez niepotrzebnego tłuszczu, hit za hitem, co bardzo rzadko się zdarza w Metalu w ogóle. Jedynymi numerami, wobec których miałem opory to „Soul Delivery” i tytułowy track (odpowiednio numer 4 i 5 w trackliście). Ale nawet i one ostatecznie weszły mi w krew. Z kolei najbardziej mi się podobał otwierający „Accelerhate” oraz najdłuższy na płycie „Reckless Agression”.

Wokal mi się kojarzy z Mardukiem, ale bez specjalnych efektów i pogłosów. W „Erased” pojawia się Punkowy głos w refrenie, a w ostatnim numerze „Keep On Killing” mamy siarczysty growl. Gitarowo bym powiedział, że słyszę tu większy wpływ późniejszego Carcass, niż At the Gates, co też może mieć wpływ na nośność muzyki.

Jedyne do czego można by się przyczepić, to paradoksalnie główny atut płyty – jest to zbiór świetnych kawałków, ale bez jakiś ambicji, by być czymś więcej. Malkontenci mogą dodać, że ostatecznie jest to „tylko kolejna” dobra płyta, bez większej oryginalności. Ale jeśli chcielibyście posłuchać sobie niezobowiązującego, ekstremalnego Metalu z Thrash’ową melodią i refrenami, to macie jak znalazł.


ocena: 8,5/10
mutant
Udostępnij:

15 marca 2022

Aeon – Rise To Dominate [2007]

Aeon - Rise To Dominate recenzja reviewTo niesamowite jak niektóre zespoły potrafią mieć własną osobowość, nawet jeśli żywcem naśladują legendy. Styl Aeon to wypadkowa elementów Deicide, Morbid Angel, Cannibal Corpse, plus coś ekstra szwedzkiego. Sama grupa zresztą nie wypadła sroce spod ogona. Korzenie grupy sięgają tak naprawdę roku 1994, kiedy to powstała kapela Unorthodox, która rok później przemianowała się na Defaced Creation, nagrała jeden album, po czym się rozpadła.

Rise to Dominate to drugi album grupy, ale pierwszy dla dużej wytwórni (Metal Blade Records), dzięki czemu do dzisiaj w miarę łatwo jest go dostać, w przeciwieństwie do prawie nieosiągalnego debiutu w Unique Leader. Tym razem zabrakło instrumentali, które zawsze się pojawiają na płytach Aeon. Co prawda, ostatni track na płycie pełni poniekąd formę outro, ale ma wokal. Jest to też ostatni tak brutalny album, jaki Aeon zrobił, gdyż ich następne twory są zdecydowanie bardziej wyważone i łatwiejsze w odbiorze.

Ze wszystkich wymienionych Bogów Death Metalu, najsilniej przebija się Deicide, co daje ciekawy efekt, jakby Glen Benton grał repertuar Kanibali. Słychać to przede wszystkim w refrenach, gdzie występuje duo-wokal (growl + skrzek), ale jeszcze nie aż tak dobitnie, jak na następnych płytach. Album ten ma dużo tracków, bo aż dwanaście i wśród nich pojawiają się pierwsze hity zespołu, jak walcowaty „You Pray To Nothing”, chaotyczny „House of Greed” czy vaderowski „Luke 4:57”. Niemniej jednak przy takiej ilości nawałki, całość może trochę nużyć.

Ogólnie powiedziałbym, że zespół dopiero się rozkręcał, gdyż z płyty na płytę robił się coraz lepszy kompozycyjnie, nie tracąc przy tym siły i ciężkości. W tym przypadku mamy do czynienia przede wszystkim z brutalną dawką przemocy, która niekoniecznie chce wyjść powyżej przeciętności.


ocena: 6/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/aeon666

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

3 marca 2022

Necrophobic – Mark Of The Necrogram [2018]

Necrophobic - Mark Of The Necrogram recenzja reviewRzadko kiedy się zdarza, żeby zespół z długim stażem, na tak późnym etapie kariery popełnił arcydzieło. Zwłaszcza, że Necrophobic ma już na swoim koncie co najmniej dwa legendarne albumy („Darkside” i „Nocturnal Silence”). Jak się im to udało? Szczegóły poniżej.

Na sukces tego albumu złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim, perkusista Joakim Sterner przywrócił do składu byłych członków zespołu. Powrót pierwszego wokalisty grup i dwóch długotrwałych wioślarzy po długiej przerwie. Po drugie, upływ 5 lat od poprzedniego albumu („Womb of Lilithu”) ewidentnie pozwolił na dopieszczenie kompozycji. Po trzecie, słyszalny głód grania.

Niewątpliwe jest, że ekipa składa się ze starych wyg i wyjadaczy. To i też ich wieloletnie doświadczenie w tworzeniu muzyki wreszcie zaowocowało umiejętnością tworzenia piosenek. Panowie wiedzą, jakie patenty się sprawdzają, a których należy unikać. Wiedzą też w jaki sposób urozmaicać poszczególne kompozycje, aby uniknąć nudy.

W efekcie końcowym dostajemy najsilniejszą pozycję w dorobku grupy, gdzie nie ma ani jednego zapychacza, a wszystko ma swoje miejsce i czas. Pierwsze trzy petardy wprowadzają w odpowiedni klimat, ze szczególnym uwzględnieniem hitowego „Tsar Bomba”, który już chyba przeszedł na stałe do kanonu klasyków. Mamy też kilka wolniejszych, dłuższych i bardziej rozbudowanych numerów w środku płyty, kilka bujających w średnim tempie, oraz uroczą miniaturkę instrumentalną na sam koniec. Zespół nie wstydzi się dodać gdzieniegdzie keyboardu dla efektu, ale stara się przede wszystkim nie przytłoczyć słuchacza nadmiarem ekscesów, a zamiast tego prowadzić dźwiękowo jak przez labirynt do logicznego wyjścia.

Ostateczna ocena może wydawać się nieco na wyrost lub przesadzona, ale jest podyktowana już kilkuletnim słuchaniem i wracaniem do tej płyty. Grupa znalazła idealny balans między wpływami Black Metalowymi a Death Metalowymi, gdzie żadna ze stron nie dominuje drugiej, a zamiast tego doskonale się uzupełnia. Jestem przekonany, że nawet za 10 lat muzyka będzie wciąż brzmieć świeżo. Zresztą o sukcesie niech świadczy fakt, że bardzo szybko powstał sequel do omawianego krążka. Ale to jest temat na oddzielną historię…


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/necrophobic.official

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

25 lutego 2022

Unanimated – In The Forest Of The Dreaming Dead [1993]

Unanimated - In The Forest Of The Dreaming Dead recenzja okładka review coverJest początek roku 1993. Wychodzi debiut Unanimated. Do ówczesnych fanów grupy zalicza się wtedy jeszcze nieznany frontman Opeth. W Szwecji wciąż króluje brzmienie gitar jak w Entombed. Dissection ma dopiero wydać swój pierwszy album pod koniec roku. At The Gates jeszcze nie gra w stylu, z którego miał być znany. A Black Metalowe hordy z Norwegii jeszcze się rozkręcały i miały dopiero wydać swoje klasyki.

W takiej też oto sytuacji, pojawienie się bardzo nietypowo zagranego Melodyjnego Death/Blacku namieszało na scenie i zwróciło uwagę ludzi. Wystarczy wspomnieć, że tego typu połączenie gatunkowe miało się stać normą w późniejszych latach.

Sama okładka zresztą budziła konsternację – zdjęcie zespołu, oraz estetyka starych winyli z lat ’60, jako że zespół celowo chciał iść pod prąd i nie powielać tego, co robili inni. Muzycznie natomiast mamy do czynienia z pięknie napisanymi utworami, które wchodzą gładko bez popity. Słuchanie tego albumu jest czystą przyjemnością dla ucha.

Nie jest też łatwo wyróżnić jeden najlepszy track. Z pewnością zarówno genialny „Blackness of the Fallen Star” czy niewiele gorszy „Storms from the Skies of Grief” znajdą swoich amatorów zarówno dobrych melodii, jak i konkretnego wygaru, którego bynajmniej na płycie nie brakuje.

To co sprawiło, że grupa nie odniosła sukcesu, mimo iż album cieszył się szacunkiem, to wg muzyków fakt, że nie byli w stanie zrobić trasy koncertowej poza Szwecją, ze względu na kontraktowe zobowiązania w innych grupach, w których grali, jak i kompletny brak promocji przez wytwórnię. Ale co się odwlecze to nie uciecze, gdyż w ostatecznym rozrachunku jak najbardziej można mówić tutaj o klasyku gatunku. Pozycja obowiązkowa do poznania.


ocena: 10/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Unanimated-Official/156195984418900

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 grudnia 2021

Unleashed – No Sign Of Life [2021]

Unleashed - No Sign Of Life recenzja okładka review coverBrak oznak życia – to podejrzany i trochę kiepsko rokujący tytuł jak na płytę kapeli z ponadtrzydziestoletnim stażem. A jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że stworzenie nowego materiału zabiera zespołowi coraz więcej czasu… Czyżby Szwedzi wymiękali? Odpowiedź na to pytanie dostajemy już w pierwszym kawałku, w którym Unleashed szybko przechodzi do rzeczy – jest żwawo, dynamicznie i nad wyraz obiecująco. Niestety „The King Lost His Crown” to coś w rodzaju zmyłki czy appetizera, bo następne utwory są utrzymane w stylu dwóch poprzednich krążków i blastów z prawdziwego zdarzenia w nich nie przewidziano.

Może i Unleashed nie mają dość wytrzymałości, żeby przez pół godziny napieprzać na wysokich obrotach, ale w średnich tempach wciąż radzą sobie bez zarzutu, więc po prostu korzystają z tego, co im zostało – klepią chwytliwe i raczej nieskomplikowane kawałki o dużym potencjale koncertowym. Na No Sign Of Life zespół udanie łączy to, co sprawdzone i jako tako u nich aktualne z okazjonalnymi nawiązaniami w riffach i rytmice do czasów „Across The Open Sea” / „Victory” oraz… paroma zaskakująco nietypowymi riffami czy bujaniem spod znaku death 'n' rolla. Innymi słowy: Szwedzi, o dziwo, jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. A jako że przyszłość Firespawn jest niepewna, Fredrik Folkare powinien pakować wszystkie swoje pomysły (przede wszystkim te najbardziej agresywne) właśnie w Unleashed. Dobrze by im to zrobiło. Zwłaszcza kiedy po dwudziestu pięciu latach (!) wspólnego grania doczekał się kompozytorskiego wsparcia ze strony Tomasa Olssona.

Chociaż zgodnie z wieeeloletnią tradycją album nagrywano w Chrome Studios, No Sign Of Life jako całość nie może się pochwalić ciężarem „The Hunt For White Christ” (szczególnie jeśli chodzi o gitary), nadrabia to zestawem naprawdę udanych i zróżnicowanych numerów oraz solidną dawką porządnej trzepanki spod palców Fredrika. Oprócz wspomnianego już „The King Lost His Crown” najlepsze wrażenie robią „Did You Struggle With God?” (zabawna aluzja do „Władcy pierścieni” w refrenie), „No Sign Of Life” (jeden z szybszych na płycie), „It Is Finished” (fajny hipnotyzujący podkład pod refren), „Here At The End Of The World” (mocno wybijające się riffy; szkoda, że niepotrzebnie przeciągnięto go o 2 minuty) i „Where Can You Flee?” (najbardziej zalatuje oldskulem). Ogólnie jest z czego wybierać (dlatego nie rozumiem, czemu promują płytę najnudniejszym kawałkiem) i wydaje się, że prawie każdy fan Unleashed znajdzie tu coś dla siebie. Prawie, bo zatwardziali wielbiciele ostrzejszego oblicza zespołu mogą kręcić nosami na niespieszne tempa i umiarkowany poziom intensywności.

Trudno w to uwierzyć, ale Szwedzi trzymają się naprawdę dzielnie. Nie eksperymentują, nie wygłupiają się, nawet nie walczą w sądach o prawa do nazwy. Robią swoje, robią to dobrze, więc trzeba im przyklasnąć. Klask! Klask!


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.unleashed.se

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

18 lipca 2021

Degial – Death’s Striking Wings [2012]

Degial - Death’s Striking Wings recenzja okładka review coverSzwedzi zaczynali przygodę z muzyką jako Degial Of Embos, który to pogrzebali po zaledwie dwóch demówkach, by chwilę później wystartować od początku, już jako Degial. Trudno stwierdzić, co też się z chłopakami działo w tak zwanym międzyczasie, ale wywarło to na nich niezatarte wrażenie, bo zamienili trampki i niebieskie jeansy na skóry, łańcuchy i pasy amunicyjne. A w muzyce, no cóż… Death’s Striking Wings rozpoczyna się dość typowo i niewinnie, więc w pierwszych chwilach można posądzić chłopaków wyłącznie o fascynacje rodakami z Dissection, Sacramentum czy Necrophobic, ale z minuty na minutę materiał staje się coraz mniej oczywisty i nabiera fajnej wyrazistości.

Degial łoją pierwotny i surowo brzmiący death metal, w którym mieszają się wpływy amerykańskich protoplastów gatunku w postaci Possessed, Morbid Angel (najdalej do „Covenant”), Death (do „Scream Bloody Gore” i basta) czy Necrovore z bardziej melodyjnymi przedstawicielami szwedzkiej szkoły, których wymieniłem powyżej; przy czym w utworach zdecydowanie dominują inspiracje kapelami zza oceanu. Oczywiście tak poskładana muzyka jest zajebiście oklepana i nic nie wnosi do stylu jako takiego, aaale zagrano ją z odczuwalną pasją i zaangażowaniem, że budzi uznanie i po prostu musi się podobać. I chociaż Death’s Striking Wings charakteryzuje się większym pierdolnięciem niż większość wspomnianych klasyków, to wiernie odtwarza obskurną i przesyconą śmiercią atmosferę nagrań sprzed 20-25 lat i brzmi (za nagrania odpowiada ikona szwedzkiej sceny Fred Estby) w pełni autentycznie.

Z brakiem ogólnej oryginalności Death’s Striking Wings wiąże się pewien paradoks, bo z jednej strony można bez trudu wskazać, od kogo kolesie z Degial zapożyczyli sobie konkretny element, a z drugiej wcale nie ma wielu kapel, które by potrafiły w najdrobniejszych niuansach tak jednoznacznie i sprawnie nawiązać do klasyków. Weźmy na przykład „Serpent’s Tide” czy „Temple in Whirling Darkness”, w których pojawiają się riffy jakby żywcem wyjęte z „Seven Churches” – czegoś takiego nie słyszy się codziennie. Jeszcze ciekawiej wyglądają wpływy Morbid Angel, bo te z każdym kolejnym kawałkiem przebijają się coraz mocniej, by w połowie płyty przybrać absurdalne rozmiary. Niektóre utwory („Perpetual Fire” albo wolniejszy i bardziej rozbudowany „Death’s Striking Wings”) to niemalże medley’e polepione z przebojów Morbidów. Czy to źle? Nie przy tym poziomie wykonania i chwytliwości! Wcześniej na szwedzkiej ziemi chyba tylko Luciferion i Soulreaper tak wyraźnie inspirowali się Morbid Angel, przy czym ten drugi zespół był też personalnie powiązany z Dissection i Sacramentum…

Death’s Striking Wings to szybkie tempa, ostre riffowanie, solówkowe szarpidructwo i wściekłe darcie mordy (Pete Helmkamp z Angelcorpse się kłania), a to wszystko bez udziwnień, komplikowania na siłę i słodzenia, w dodatku zamknięte w błyskawicznie umykających 36 minutach. Jeśli tak podany death metal do was przemawia, to debiut Degial sprawi wam mnóstwo radości. Bardzo dobra płyta!


ocena: 8,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/profile.php?id=100063464230015

podobne płyty:

Udostępnij:

2 maja 2021

Therion – Leviathan [2021]

Therion - Leviathan recenzja okładka review coverNo, no, no… zanim się człowiek obejrzał, od ostatniej normalnej płyty Therion upłynęło ponad dziesięć lat! Ech, trzeba było przeszło dekady mniej lub bardziej nieudanych eksperymentów i mnożenia zapchajdziur, żeby Christofer wreszcie przypomniał sobie, że gdzieś tam istnieją także normalni fani, którzy niekoniecznie są wielbicielami francuskiego vintage popu tudzież są skłonni przez trzy godziny siedzieć z nosem w libretcie. To właśnie dla takich ludzi przedsiębiorczy Szwed przygotował 45 minut materiału jednoznacznie nawiązującego do tego, co kiedyś podobało się wszystkim, a jemu przyniosło bodaj najwięcej kasiorki – bliźniaków „Lemuria” i „Sirius B”.

W rezultacie dostaliśmy powrót do „piosenkowego” oblicza Therion, z niemal wszystkimi jego charakterystycznymi cechami, tyle że niestety na niższym poziomie i w rażąco budżetowej oprawie. Leviathan jest dość spójny od strony muzycznej (bo lirycznie to miszmasz dorównujący bliźniakom), ale przy tym nierówny i mocno odtwórczy. W odstawkę poszły rozbudowane formy i rozmach znane z „Sitra Ahra”; praktycznie wszystkie utwory oparto na prostym schemacie zwrotka-refren z jakimś, nie zawsze obecnym, minimum urozmaiceń. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zespół zbyt często popada w straszne banały, balansuje na granicy autoplagiatu albo zalewa słuchacza słodkimi melodiami.

Poza tym odnoszę wrażenie, że Leviathan to krążek z lekka przegadany, co znajduje odbicie zwłaszcza w przydługiej liście zaproszonych (opłaconych?) wokalistek i wokalistów. Ponadto Christofer do dyspozycji miał jeszcze (półamatorski?) chór składający się z około 30 osób płci obojga. W tym także nie widziałbym problemu, gdyby nie dyskusyjny poziom niektórych gości. W „Tuonela” zespół sięgnął po fińską tematykę, skoczne fińskie klimaty, więc z rozpędu i wokalistę ściągnął stamtąd – padło na Marco Hietalę (tak, to ten z Tarot i Nightwish) z jego wkurwiającymi zaśpiewami. Dalej – niejaka Taida Nazraić chyba nie do końca radzi sobie z angielskim, bo jej akcent (szczególnie w „Die Wellen der Zeit” – to taka ogniskowa mruczanka) jest co najmniej zastanawiający. Jeszcze gorzej wypada Rosalía Sairem, która ewidentne braki w technice próbuje zamaskować forsując głos, a zaangażowano ją chyba tylko ze względu na znajomość hiszpańskiego. Co znamienne – to właśnie ją słychać w dwóch najsłabszych numerach na płycie. Najbardziej do myślenia daje jednak to, że dla nominalnej wokalistki Lori Lewis — najlepszej, jaką Therion kiedykolwiek miał w składzie — znalazło się miejsce tylko w czterech utworach. Żeby tak marnować jej potencjał? Niepojęte!

Sama muzyka z Leviathan broi się nawet nieźle, choć niektóre fragmenty mają tyle wspólnego ze świeżością co Bosak z Ludowym Frontem Wyzwolenia Judei. Naprawdę dobrze wypadają „Psalm Of Retribution” i „Nocturnal Light”, czyli utwory, w których zachowano przynajmniej pozory poważnego klimatu – są dłuższe niż wynosi średnia albumu, mają kiedy się rozwinąć, więcej w nich subtelności i są ciekawiej zaaranżowane. Na plus zaliczam także stosunkowo żwawy „Aži Dahaka” z fajnymi odniesieniami do „Theli” (i pomimo odniesień do disneyowskich kreskówek) oraz dość ciężki jak na standardy Leviathan „Eye Of Algol” (pomimo wycia wokalistki). Zgodnie z tradycją „Vovin” i „Deggial” wciśnięto tu także kawałek powerowy, „Great Marquis Of Hell”, który na pewno spasuje miłośnikom patataj spod znaku Rhapsody. Ogólnie muzyka jest miła, lajtowa, bardzo melodyjna i niezbyt wymagająca – taka dla mas. No i niestety, jak na produkt dla mas, brzmi… tanio; zwłaszcza cała symfonika, którą wyciśnięto z klawiszy, nie zaś z żywej orkiestry. Jakoś mi to nie pasuje do zespołu tej klasy.

Skoro nadszedł czas na podsumowanie, to podzielę się z wami pewną zaskakującą ciekawostką. Leviathan wchodzi całkiem dobrze – z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz lepiej. I choć te słabsze numery niczego z czasem nie zyskują, to łatwiej przejść nad nimi do porządku dziennego, by cieszyć się z garstki hajlajtów. Koniec końców cały materiał jest czymś na kształt guilty pleasure – w sumie wstyd go słuchać w obecności świadków, jednak ogólnej przystępności odmówić mu nie można.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.therion.se

inne płyty tego wykonawcy:








Udostępnij:

13 marca 2021

Luciferion – The Apostate [2003]

Luciferion - The Apostate recenzja okładka review coverOczekiwanie na drugi album Luciferion trwało długo, bardzo długo. A gdy już go dostaliśmy, okazało się… że jednak go nie dostaliśmy. Zamiast pełnoprawnego następcy „Demonication (The Manifest)” — który ponoć był gotowy do nagrania od 1998 roku — w nasze ręce trafiła płyta, jak to sam Wojciech określił, „dość-długogrająca”. Innymi słowy The Apostate to składak materiałów nowszych, starszych i wcześniej niewydanych. Rzecz z jednej strony naprawdę atrakcyjna i godna uwagi, z drugiej zaś mocno rozczarowująca i pozostawiająca arcyprzekurewski niedosyt.

Pierwsze pięć utworów (w tym rozbudowane trzyminutowe intro) to właściwa, a przynajmniej najważniejsza, część wydawnictwa – natchniony, podniosły, genialny, misternie skonstruowany, porywający i kosmiczny death metal. W powyższym opisie wszystko wydaje się jasne, może z wyjątkiem tego ostatniego określenia, a chodzi o bardzo rozbudowane partie klawiszy oraz gęsto powplatane sample z filmu „Dark City”, które wprowadzają dość brutalną (choć nie aż tak bezpośrednią, jak na debiucie) sieczkę Luciferion na wyższy poziom, znacznie ją urozmaicają, a przede wszystkim tworzą w tej części niepowtarzalny klimat. Początkowo te dodatki w takiej ilości mogą być trudne do przetrawienia, lecz szybko okazują się niemal niezbędne.

Warto jeszcze wrócić do death metalowego trzonu, bo ten zabija rozmachem (utwór tytułowy ma ponad 9 minut i dlatego podzielono go na 6 części), zawiłością i różnorodnością motywów. Całość jest piekielnie dopracowana (najwcześniej skomponowane fragmenty sięgają 1996 roku i to słychać w intensywności a’la Morbid Angel), świetnie brzmiąca, bardzo techniczna i zagrana z niesamowitym wyczuciem. Szczególne słowa uznania należą się Wojtkowi za fenomenalne solówki, bo takie cuda, jakie są chociażby w „New World to See”, to czesanie na rzadko kiedy spotykanym poziomie, po prostu mistrzostwo świata.

Drugą część The Apostate rozpoczyna cover „Circle Of The Tyrants” z 1996 roku, który… no cóż, jest po prostu przeciętny, w dodatku brzmi kiepawo, zwłaszcza jeśli go porównać z dużo wcześniejszą, a mimo to zabójczą wersją Obituary. Ostatnie pięć kawałków to zremasterowane demo „The Demon Of 1994”, czyli materiał dużo ciekawszy i sprawiający o wiele więcej radości. Całkiem miło jest sobie posłuchać wczesnych wersji killerów z „Demonication”, choć oczywiście pod względem produkcji nie dorównują tym z longa.

The Apostate to niestety wszystko, co nam pozostało po Luciferion. Na więcej nie ma już co liczyć i to niezależnie od tego, jakie wspaniałości Wojtek Lisicki ma schowane w szufladzie. We wkładce płyty mózg Luciferion najpierw tłumaczy brak pentagramu w logo, a później wyjaśnia, że sama nazwa ma znaczenie symboliczne i wciąż jest (i będzie) reprezentatywna dla zespołu. Po latach stwierdził jednakowoż, że i nazwa jest dla niego zbyt ograniczająca, co definitywnie zamyka drogę do dalszej działalności pod tym szyldem.


ocena: -
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 marca 2020

Tiamat – The Astral Sleep [1991]

Tiamat - The Astral Sleep recenzja okładka review coverW rok po debiucie, w momencie największego rozkwitu szwedzkiego death metalu, Tiamat przypomniał o sobie krążkiem numer dwa; krążkiem, który zapewne niejednego fana wprawił w osłupienie, bo okazał się zupełnie niepodobny do czegokolwiek, co nagrano wcześniej. Na The Astral Sleep zespół dokonał niesamowitego przeskoku stylistycznego, a przy okazji również jakościowego – muzyka, którą stworzyli, wykracza poza ramy death czy doom i do dziś jest czymś absolutnie oryginalnym i niepodrabialnym. Dla mnie ten album to ścisłe „top 5” jeśli chodzi o klasyczny death metal (w uproszeniu) ze szwedzkiej ziemi, zaraz obok płyt Dismember czy Entombed.

Już na „Sumerian Cry” pojawiały się drobne elementy przełamujące surowy styl zespołu – były jedynie dodatkiem, ale ciekawym i odświeżającym. Na The Astral Sleep zespół przestał się w jakikolwiek sposób ograniczać i władował w muzykę wszystko, na co tylko miał ochotę, a w rezultacie stworzył materiał szalenie zróżnicowany – z mnóstwem zmian tempa, klimatu i aranżacyjnych miszmaszów, kiedy nieokiełznana dzikość przeplata się z romantycznym (?) zawodzeniem. Muzycy Tiamat zaproponowali całkiem sporo nowatorskich (albo przynajmniej niespotykanych na taką skalę) rozwiązań — akustyki, klawisze, ect. — które na tyle umiejętnie włączyli w struktury utworów, że trudno je sobie wyobrazić bez tych dodatków. Jakby odmienności było mało, zespół powierzył produkcję materiału Waldemarowi Sorychcie, który nadał dźwiękom Tiamat większej przestrzeni i czytelności, co akurat nie było domeną Skogsberga.

Tym, co chyba najbardziej mi imponuje na The Astral Sleep jest zajebiste zespolenie znanej z debiutu toporności (dotyczy to zwłaszcza perkusji – choć i tak miejcie na uwadze, że bębniarza wymieniono na bardziej ogarniętego) z całym mnóstwem wręcz finezyjnych zagrywek gitarowych, solówek i rozmaitych ornamentów. Czego jak czego, ale ambicji, odwagi i pomysłów zespołowi nie brakowało! Odnoszę wrażenie, że aranżacyjnych szaleństw byłoby więcej (mało tego – stopniem skomplikowania przypominających nawet Disharmonic Orchestra), gdyby tylko zaplecze techniczne im na to pozwalało. Niemniej jednak Szwedzi i tak do śmierci powinni być dumni z tego, co stworzyli, bo The Astral Sleep to nie tylko eksperymenty, ale przede wszystkim doskonałe urozmaicone riffy, bogata melodyka i najlepsze wokale (szczególnie te rozpaczliwe), jakie Johan kiedykolwiek nagrał. Aaa, no i jeszcze zestaw mocno zagnieżdżających się w pamięci hitów w typie „Sumerian Cry (Part III)” (najlepszy numer Tiamat ever!), „Ancient Entity” (w sumie też najlepszy…), „Lady Temptress” (…i ten też jest najlepszy, a co!), „Mountain Of Doom”, „On Golden Wings”, „Angels Far Beyond”, że ograniczę się tylko do tych kilku, przy których najbardziej robię pod siebie.

Jedyny problem, jaki widzę w The Astral Sleep wynika z tego, że jest to album kompletny – Szwedzi za jednym zamachem stworzyli nową jakość i jednoczenie wyczerpali temat. To dlatego później poszli w zupełnie niezrozumiałym dla mnie kierunku, i to dlatego staram się udawać, że do nagrań „Clouds” w ogóle nie doszło. Za to The Astral Sleep polecam gorąco, drugiej takiej płyty nie znajdziecie!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/tiamat

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 grudnia 2019

At The Gates – To Drink From The Night Itself [2018]

At The Gates - To Drink From The Night Itself recenzja okładka review coverNie jest łatwo mnie przyłapać na słuchaniu At The Gates, ale raz na ruski rok (w dodatku przestępny) zdarza mi się zarzucić Szwedów na tackę; dzięki To Drink From The Night Itself nawet częściej niż to wcześniej bywało. Nie żeby zespół nagle zmienił się nie do poznania i zaczął wycinać jakieś nowatorskie cuda. Nic z tych rzeczy, po prostu trafili u mnie w dobry moment, kiedy melodyjny death metal nie stanowi choćby 1% słuchanej przeze mnie muzyki i przez to jest czymś egzotycznym. Poza tym album wydaje mi się znacznie ciekawszy niż nagrany po reaktywacji — a niemal identyczny objętościowo — „At War With Reality”.

Zagorzali fani kapeli przypuszczalnie nie znajdą na To Drink From The Night Itself niczego zaskakującego (ani nielubianego – bo to też ważne), czemu zresztą nie ma się co dziwić skoro pierwszy riff wchodzącego zaraz po introdukcji numeru tytułowego jest tak bardzo etdegejtsowy, że już bardziej się chyba nie da. Dalej Szwedzi jadą również po swojemu, pewnie nawet dość wtórnie, jednak bez popadania w typowe dla gatunku wesołe przytupy. Nie ukrywam, że to do mnie przemawia, podobnie jak fakt, że materiał odkrywa przed słuchaczem swoje zalety stopniowo, dzięki czemu wraz z kolejnymi przesłuchaniami bardziej intryguje niż nudzi. W przeciwieństwie do kolegów po fachu, At The Gates nie podali wszystkiego na tacy, więc wyłapanie czegoś fajnego może zająć chwilę lub dwie, a gdy już poświęcimy trochę czasu, okazuje się, że krążek może się poszczycić większą wyrazistością niż poprzedni.

Ja z prawdziwym zdziwieniem skonstatowałem, że na To Drink From The Night Itself jest na tyle świetnych numerów, że trudno mi wskazać ten najlepszy. Mimo to z mocnego i obszernego zarazem katalogu hitów „Palace Of Lepers”, „To Drink From The Night Itself”, „A Labyrinth Of Tombs”, „In Nameless Sleep”, „The Colours Of The Beast” i „Daggers Of Black Haze” stawiam na dwa ostatnie, które wyróżniają się niestandardowymi zmianami tempa i wyjątkowo melancholijnym klimatem. Co ciekawe, w pozostałych kawałkach At The Gates ani razu nie schodzą poniżej naprawdę dobrego poziomu i żaden z nich nie wydaje się zrobionym na odpierdol zapychaczem.

Jak widać poniżej, oceniam To Drink From The Night Itself bardzo wysoko, jednak weźcie poprawkę na to, że mój entuzjazm wynika po części z tego, że na co dzień raczej trzymam się z daleka od melodyjnego death metalu. Płyty słucha mi się bardzo przyjemnie i bez oporów, jednocześnie mam świadomość, że jest to coś w rodzaju miłej odskoczni od brutalnego dopierdalania. I niewykluczone, że niewiele więcej.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: atthegates.se







Udostępnij:

26 stycznia 2019

Revolting - Monolith Of Madness [2018]

Revolting - Monolith Of Madness recenzja okładka review coverSzwedzki death metal jest fajny, więc nic dziwnego, że ma spore grono oddanych fanów… Nie wiem, czy spece od księga rekordów Guinnessa już to zweryfikowali, ale można w ciemno zakładać, że największym maniakiem tego gatunku jest niejaki Rogga Johansson. Rozumiecie, do czego zmierzam… Monolith Of Madness to kolejna już płyta z typowym „Rogga death metalem”. Nie znam poprzednich dokonań Revolting, nigdy nie próbowałem ich szukać, ale zawartość opisywanego właśnie krążka dostarcza mi dość wrażeń i informacji, żebym już więcej do tego projektu nie wracał. Nie zrozumcie mnie źle, to wcale nie jest kiepski materiał; jest po prostu makabrycznie wtórny i typowy. Rogga gra to, co lubi najbardziej — czyli wariacje na temat wczesno-średniego Dismember z dodatkiem mielonek Grave — a czyni to w ten sam sposób, co w większości ze swoich ośmiuset czterdziestu trzech zespołów. Takie podejście sprawia, że nie idzie odróżnić jeden od drugiego, a w związku z tym gromadzenie kolejnych identycznie brzmiących płyt zwyczajnie mija się z celem. Równie bezsensowne jest produkowanie co 3-4 miesiące tego samego pod różnymi nazwami. Sorki, mnie to nie podnieca. Wiadomo, że Rogga to chłop obdarzony wielkim talentem i niezłymi umiejętnościami, jednak niepotrzebnie aż do tego stopnia rozmienia się na drobne. O ile świat (szwedzkiego) death metalu byłby piękniejszy, gdyby dał sobie na wstrzymanie i raz na rok-dwa nagrywał płyty tylko z topowym materiałem. Pomarzyć…


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Revolting/144322252254789
Udostępnij:

5 grudnia 2018

Unleashed – The Hunt For White Christ [2018]

Unleashed - The Hunt For White Christ recenzja okładka review coverMoże to i smutna konstatacja, ale Unleashed niczego ponad to, co nagrali, już nie wymyślą. Ba! Oni nawet nie próbują. To nic, bo przynajmniej ciągle ich stać na zupełnie przyzwoite płyty, którymi spokojnie można dociągnąć do emerytury. Na przykład takie jak The Hunt For White Christ. Po raz kolejny nie mamy do czynienia z mistrzostwem świata (ani Szwecji), jednak w porównaniu z „Dawn Of The Nine” nowy album wypada nieco korzystniej, choć o przepaści między nimi nie ma naturalnie mowy. Do rzeczy – materiał jest szybszy, bardziej mięsisty i agresywny, a przy okazji odrobinę krótszy, więc ma większą siłę rażenia, a dzięki temu wchłania się go bez najmniejszego problemu. Odczuwalny wpływ na ogólną zadziorność krążka ma warstwa tekstowa, w której Johnny ponownie — i chyba jaskrawiej niż kiedykolwiek wcześniej — daje wyraz swemu obrzydzeniu chrześcijańską zarazą panoszącą się na Północy. Tytuły takie jak „Terror Christ” czy „They Rape The Land” mówią same za siebie. Gdyby tylko muzyka dorównywała radykalnością treściom głoszonym przez zespół… gdyby. Mimo wszystko nie jest źle, a blasty na szczęście nie należą do rzadkości. Bojowy klimat krążka do czegoś w końcu zobowiązuje – jak napierdalać wroga, to przy odpowiednio gęstym i mocnym podkładzie. Następna kwestia pozytywnie wpływająca na odbiór The Hunt For White Christ to równiejszy poziom poszczególnych kompozycji; nie ma wśród nich kawałka, który byłby ewidentnym potknięciem, jak tytułowy na poprzedniej płycie. Tym razem obyło się bez takich zgrzytów i nawet jeśli któryś fragment niespecjalnie porywa, to jest obudowany na tyle udanymi riffami, że całość płynie bardzo sprawnie. No i chwytliwość materiału (zarówno melodie i refreny) nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, bo wraz z kolejnymi przesłuchaniami krążek tylko zyskuje, choć może nie na tyle, żeby zagrozić kilku wcześniejszym dokonaniom Unleashed. W każdym razie Fredrik Folkare jako jedyny kompozytor (to już trzeci album wyłącznie jego autorstwa) spisał się naprawdę dobrze, korzystając w pełni z przysługujących mu praw. A te prawa, po krótkim namyśle, sprowadzają się do tego, że jeśli chce się solidnie wytrzepać, to się wytrzepuje – i stąd mamy te wyjątkowo rozbudowane solówki w „Lead Us Into War”, „The City Of Jorsala Shall Fall” czy wspomnianym „Terror Christ”. Jeśli komuś Unleashed jeszcze nie wychodzi bokiem (to już ich trzynasta płyta, a ósma utrzymana w podobnym stylu), to i tym razem może zainwestować w zespół kilka zyli – niech chłopaki mają za co kupić bimber i fajki.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.unleashed.se

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij: