facebook

29 grudnia 2013

Skeletonwitch – Forever Abomination [2011]

Skeletonwitch - Forever Abomination recenzja okładka review cover
Black/thrash znów ma się dobrze. Co więcej, już jakiś czas temu przestał być synonimem muzycznych ignorantów i nieudaczników, co przy pomocy telefonu komórkowego z mikrofonem, gitary po tacie i zestawu garnków wygrywają hymny na chwałę Szatana. Teraz i zaplecze jest naprawdę porządne i muzycznie w kulki nie lecą. Jedną z takich kapel właśnie, kapelą, której lektura nie przyprawia o torsje, jest amerykański kwintet Skeletonwitch. Co prawda wydali krążek w 2013 roku, dziś jednak przyjrzymy się ich wcześniejszemu longplejowi pt. "Forever Abomination", bo ostatniego nie zdążyłem jeszcze odpowiednio przemaglować. Album to 11 kawałków upchniętych w nieco ponad 30 minutach muzyki. Ujmując to krótko – uwijają się chłopaki jak w ukropie.

26 grudnia 2013

Dysmorphic – A Notion Of Causality [2013]

Dysmorphic - A Notion Of Causality recenzja okładka review cover
Francuzi z Dysmorphic na poważnie zaprezentowali się światu dość niedawno, bo w 2010, wydając własnym sumptem przyzwoitą epkę. Nie był to materiał szczególnie zapadający w pamięć, do tego brzmiał przeciętnie, toteż nie spodziewałem się, że zespół szybko przeskoczy do wyższej, słuchalnej ligi. Minęły jednak trzy lata, i oto w moim odtwarzaczu kręci się pełnoprawny debiut kapeli, firmowany zresztą przez Unique Leader, którzy ongiś byli ostoją właśnie takiego grania. Debiut to naprawdę udany, ciekawy, solidnie kopiący, a przy okazji skierowany do precyzyjnie określonej (czyli dość wąskiej) grupy słuchaczy. Techniczny death metal uprawiany przez Dysmorphic, jak na moje ucho, inspirowany jest przede wszystkim Psycroptic (zwłaszcza z drugiej i trzeciej płyty), rodzimym Gorod oraz pierwszymi dokonaniami Spawn Of Possession, co zresztą świadczy o niemałych ambicjach muzyków.

23 grudnia 2013

Broken Hope – Omen Of Disease [2013]

Broken Hope - Omen Of Disease recenzja okładka review cover
Broken Hope to zespół kultowy! Tak nagle. Tego kultu nie było, gdy nagrywali swoje najlepsze płyty; nie było go także w 2010 roku, kiedy wieloletni wokalista Joe Ptacek popełniał samobójstwo; no i w końcu nie było go dwa lata temu, gdy o reaktywacji nikt nawet poważnie nie wspominał. Teraz nie dość, że Broken Hope kultem wręcz ocieka, to można poczytać sobie wypisywane hurtem bzdury, jakie to z "Swamped in Gore" i "The Bowels Of Repugnance" podwaliny gatunku... Otoczka wielkiej sensacji, jaka towarzyszy kambekowi zespołu, moim zdaniem bardziej zaszkodzi niż pomoże nowej płycie, bo w tym sztucznie wywołanym i podtrzymywanym zamieszaniu łatwo o przesadnie emocjonalne sądy na temat "Omen Of Disease". Właśnie dlatego dałem sobie trochę czasu dla nabrania dystansu, a teraz tak już zupełnie na chłodno mogę napisać, że mnie ten krążek specjalnie nie rusza.

20 grudnia 2013

Flourishing – The Sum Of All Fossils [2011]

Flourishing - The Sum Of All Fossils recenzja okładka review cover
Ocenienie tego albumu przychodzi mi z największym trudem, bo materiał zawarty na nim nie należy ani do prostych, ani łatwych do nazwania i zidentyfikowania, ani jakoś ujmująco przyjemnych i lekkostrawnych. Prawdą jednak jest, że po lekturze wydawnictwa narasta w człowieku jakieś dziwne poczucie dumy, tym większe, im większa frajda z płyty. Brzmi to może nieco komicznie, ale tak właśnie jest – po każdym kolejnym okrążeniu jakoś lepiej na siebie patrzę z tego tylko powodu, że dotrwałem do końca, po dotrwaniu nie zrzygałem się i coś tam z płyty zrozumiałem. I to zrozumienie sprawia, że czuję się bardziej, bardziej niż inni w każdym razie. Wiem, wiem – płytkie to jak kałuża na niemieckiej autostradzie, ale nie będę z tym walczył, bo to wszak pozytywne uczucie.

17 grudnia 2013

Kat – Rarities [2013]

Kat - Rarities recenzja okładka review cover
"Rarities" to po angielsku rarytasy... Ciekawostki – taki, moim zdaniem, byłby dużo trafniejszy tytuł dla tego kompilacyjnego wydawnictwa. Za podstawę tracklisty robią tu ładnie wyczyszczone nagrania popełnione w studiu Radia Katowice w 1982 oraz kawałki z Jarocina z 1984. Towarzyszą im utwory dotąd niepublikowane, jak choćby niepowodujący uniesień instrumental z sesji "Róż" (ponoć jeden z dwóch – ja się pytam, czemu nie zamieszczono drugiego?) czy — najbardziej zwracająca uwagę — angielska wersja 'Porwanego Obłędem'. W sekcji multimedialnej dorzucono nawet teledysk do tego ostatniego – nic nie widać, nic nie słychać, ale fajnie, że jest. Zebrane w jednym miejscu archiwalne numery Kata na pewno mają niemałą wartość historyczną, edukacyjną i w końcu kolekcjonerską, ale nie sądzę, żebym wracał do tej płyty częściej niż raz na rok.

14 grudnia 2013

Watchtower – Control And Resistance [1989]

Watchtower - Control And Resistance recenzja okładka review cover
Gdyby miał powstać ranking najbardziej wpływowych a jednocześnie najbardziej niedocenionych zespołów w historii muzyki metalowej, Watchtower z pewnością trafiłby na podium owego rankingu, może nawet zajął pierwsze miejsce. Ten rok rozpocząłem (może nie dosłownie) recenzją debiutu Amerykanów, zakończę zaś (znów figura stylistyczna) ich drugim, i póki co – ostatnim, długograjem pt. "Control and Resistance". Nie skłamię wcale, jeśli napiszę, że Watchtower był bodaj najczęściej słuchaną przeze mnie kapelą w 2013 roku. Wydaje mi się również, że był najczęściej odkrywaną na nowo. Mimo iż oba albumy są mi znane lepiej niż dobrze, wielokrotnie łapałem się na uświadomieniu sobie prostego faktu, jak wiele zespołów zawdzięcza im swoją muzykę i swoje "popisowe numery".

11 grudnia 2013

Malevolent Creation – Eternal [1995]

Malevolent Creation - Eternal recenzja okładka review cover
Można było zwątpić w Malevolent Creation po tym, co zaprezentowali na dość miernym "Stillborn". Sam zespół też nie czuł się z tym najlepiej (zwłaszcza, że stracił wydawcę), stąd też konieczne były zmiany w składzie – przede wszystkim wykopanie Bretta Hoffmanna. Z nowym nabytkiem za garami w osobie Dave’a Culrossa (eks-Disgorged) i Jasonem Blachowiczem w podwójnej roli wokalisty i basisty Malevolenci zmajstrowali "Eternal" – krążek, na którym praktycznie wszystkie elementy stylu grupy wróciły na właściwe miejsce, zaś sama kapela – do światowej czołówki. Szybka, brutalna i chwytliwa sieczka to coś, co zapewniło klasykom z Buffalo wielu zwolenników, i właśnie z tym (w dużych ilościach – płyta trwa ponad trzy kwadranse) mamy do czynienia na czwartym — przez wielu uważanym za ten najlepszy — albumie Amerykanów.

8 grudnia 2013

Infernäl Mäjesty – None Shall Defy [1987]

Infernäl Mäjesty - None Shall Defy recenzja okładka review cover
Niewykluczone, że piekielny thrash mógłby sobie istnieć bez Infernäl Mäjesty, ale spójrzmy prawdzie w oczy – bez takiej płyty jak "None Shall Defy" byłby z pewnością znacznie uboższy. Debiut legendarnej (i niezbyt pracowitej) załogi z Kanady robi wrażenie od pierwszych sekund, bo o tym, że jest to ich pierwszy album świadczy jedynie zadziorność, zaangażowanie i młodzieńcza energia, od której ten materiał aż kipi. Ta muzyka po prostu niszczy – zarówno jeśli chodzi o 'parzystokopytny' klimat, jak i stronę czysto techniczną. Muzycy Infernäl Mäjesty nie wychowali się wśród Eskimosów (choć w sumie diabli ich tam wiedzą – z Kanady daleko nie mieli), toteż słychać u nich spore wpływy paru starszych kapel ze szczególnym uwzględnieniem Slayera, Possessed, Venom (ale takiego wyidealizowanego – jakby Anglicy potrafili grać), Mercyful Fate oraz Dark Angel – innymi słowy samej śmietanki plugawego diabelskiego łomotu.

5 grudnia 2013

The Faceless – Autotheism [2012]

The Faceless - Autotheism recenzja okładka review cover
Chyba inaczej niż kolaż metal nazwać się tego nie da. Trzeci, i dotychczas ostatni, album będącej ostatnio na językach wielu, amerykańskiej formacji The Faceless to eklektyczny ponad wszelkie miary zlepek gatunków i stylów, począwszy od zupełnie niemetalowgo Muse, poprzez Devina Townsenda, Cynic (tak wczesny, jak i z czasów "Traced in Air"), Laibacha, Dimmu Borgir, Ihsahna na Transcending Bizarre?, Behemoth i wielu, wielu innych skończywszy. Niektórzy doszukują się nawet jakiejś wyjątkowej, brutalnej techniczności i instrumentalnej wirtuozerii spod znaku Obscura bądź szkoły kanadyjskiej, podczas gdy elementy techniczne dałoby się policzyć na palcach jednej ręki i doszukiwanie należy uznać za porażkę. Nie, to nie to. Swoistą zabawą mogłoby być jednak analizowanie "Autotheism" pod kątem wspomnianych nawiązań, czy nawet zapożyczeń z dorobków innych zespołów i coś mi się wydaje, że udałoby się zejść do poziomu może nie pojedynczych dźwięków, ale riffów i sekwencji na pewno.

2 grudnia 2013

Anata – The Conductor’s Departure [2006]

Anata - The Conductor’s Departure recenzja okładka review cover
Sporo brunatnej breji upłynęło już w Wiśle od premiery "The Conductor’s Departure", a Szwedzi — mimo iż ponoć cały czas aktywni — wciąż nie zaatakowali z nowym materiałem. Może w ten sposób dają fanom czas na ogarnięcie ich ostatniego — i zdecydowanie najlepszego — dzieła, kto wie? Nie byłaby to wcale taka głupia taktyka, bo na tym ponad piećdziesięciominutowym albumie aż roi się od super skomplikowanych, wielowątkowych struktur, charakterystycznych dla nich dysonansowych gitar, popieprzonej rytmiki i zaskakujących melodii. Innymi słowy na "The Conductor’s Departure" muzycy A grają w całkowicie swoim stylu – może i momentami trudnym do ogarnięcia, może nawet i denerwującym, ale rozpoznawalnym i w dużym stopniu oryginalnym.