29 grudnia 2012

Immolation – Unholy Cult [2002]

Immolation - Unholy Cult recenzja okładka review coverNiemałym zaskoczeniem było to, że "Unholy Cult" pojawił się w sklepach w niecałe dwa lata po "Close To A World Below". Wszak rzecz dotyczy zespołu, który chcąc nie chcąc 'upodobał' sobie dłuższe przerwy między kolejnymi płytami. Zatem jaki jest piąty krążek Immolation? W moim mniemaniu tradycyjnie stylowy, znacznie bardziej melodyjny, całościowo odrobinkę szybszy i... death metalowy w klasycznym rozumieniu. Nadal mamy do czynienia z kurewsko technicznym napierdalaniem, nieprzebraną gęstwiną popieprzonych riffów, nagłych zmian tempa i mnogością innych typowych dla nich zagrywek, ale to wszystko podano w przystępniejszy sposób (co nie oznacza, że fani power/heavy czy gothiku się w tym zakochają) i opatrzono pełnym, soczystym brzmieniem. Standardowo za to dostajemy osiem numerów – raz szybszych, raz wolniejszych, w których proporcje te mniej więcej się równoważą. Mnie i tak jak zwykle rozpierdalają te bardziej motoryczne i walcowate fragmenty jak np. w 'Reluctant Messiah' czy 'Unholy Cult' ze znakomitym melodyjnym motywem gdzieś w połowie jego trwania. No, ale żeby nie było, że się stary i zgrzybiały robię (choć to prawda), to ciśnienie podnoszą mi także skrajnie wyziewne 'A Kingdom Divided' i 'Sinful Nature' oraz oczywiście hiciorski 'Of Martyrs And Men'. Zajebiste wrażenie psują tylko nieco zbyt długie (i niepotrzebne) wyciszenia kilku wałków – niby nic takiego, ale robi się 'pstryk' na następny. Teksty zwyczajowo walą po mordzie, zaś szczególnie ciekawe myśli zawarto w kawałku tytułowym, 'Sinful Nature' i 'Bring Them Down'. Wspomniana wyżej 'deathmetalowość' albumu objawia się w łatwo (mimo wszystko) przyswajalnych strukturach, brzmieniu (zupełnie inne niż na poprzedniej produkcji) oraz zmniejszeniu pierwiastka chaosu w kompozycjach. Na "Unholy Cult" chaos to już praktycznie tylko zajebiste solówki i łamańce Alexa. Konkludując – płyta 'normalniejsza', ale nadal nie dla każdego. Fanów na pewno zadowoli!


ocena: 10/10
demo
oficjalna strona: www.everlastingfire.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

26 grudnia 2012

Cacophony – Go Off! [1988]

Cacophony - Go Off! recenzja okładka review coverCzy może być coś lepszego niż jeden album duetu Becker/Friedman? Oczywiście, że tak – dwa albumy duetu Becker/Friedman. Od dwóch lepsze by były trzy, ewentualnie siedem, ale niestety, skończyło się na dwóch, nad czym bardzo ubolewam. Boli mnie także to, że przez ostatnie ćwierćwiecze, bo tyle bez mała liczy sobie opisywany dziś album, krążków, które mógłbym z czystym sumieniem postawić na jednej z nim(i) półce jest w najlepszym przypadku kilkanaście. I że większość jest w podobnym wieku. Pewną osłodą są pojawiające się tu i ówdzie informacje o reaktywacji zespołów odpowiedzialnych za owe kilkanaście płyt. Do czasu jednak pojawienia się nowego materiału pozostaje cieszyć się tym, co jest; na szczęście jest to radość autentyczna, tak prawdziwa jak wiara Macierewicza w zamach smoleński. Być może dla części co mniej wyrobionych słuchaczy muzyka spod znaku Cacophony wyda się kiczowata i przerysowana, ale jak wspomniałem – dla mniej wyrobionych. Prawda bowiem jest taka, że w temacie neoklasycznego szarpania strun nic lepszego nie stworzono. Ba, rzekłbym nawet, że jeśli chodzi o granie na gitarze w ogóle. Można się ze mną zgadzać lub nie, ale racja i tak jest po mojej stronie. Owszem, przyznaję, teksty nie są mocną stroną Cacophony, tak właściwie te z "Go Off!" są nawet durniejsze niż te z debiutu, ale nie ma się co oszukiwać – tu nie o teksty chodzi. Najważniejsze, że nie przeszkadzają w odbiorze muzyki, a jeśli odnieść się do ówczesnych realiów, przysłowiowej prawdy czasów – są jak najbardziej w konwencji. Album, mimo iż bliźniaczo podobny do "Speed Metal Symphony", słucha się wybornie i po zakończeniu jednego okrążenia ma się ochotę na kolejne. Kawałki skrojono oczywiście pod gitary, ale nie można się przyczepić ani do basu, który przyjemnie podbija riffy, ani do garów, które nie są tak proste, jak niektórzy mogliby sądzić. Nawet wokal, sam w sobie, nie przeszkadza – pasuje do stylistyki jak ulał. Kwestia gitar jest sprawą prostą jak cep – chłopaki wymiatają, Becker nawet bardziej i to nie tylko dlatego, że osobiście uważam go za najlepszego gitarzystę wszech czasów. Posłuchajcie sobie solówki w "Black Cat" to zrozumiecie. Albo i nie, jeśli macie gust po sąsiedzie. I tak, mimo iż album nie należy do przesadnie złożonych, "Go Off!" sprawia słuchaczowi mnóstwo frajdy, oczywiste patenty pozwalają lepiej poddać się muzyce, a banalna konstrukcja utworów daje możliwość lepszego wyłapania tego, co wartościowe. Podsumowując – album jest tak dobry, jak jest łatwy w odbiorze. Czysta, niezmącona przyjemność.


ocena: 9/10
deaf

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

23 grudnia 2012

Forger Emaciated – Hypercrisis [2012]

Forger Emaciated - Hypercrisis recenzja okładka review coverW tych nagraniach słychać młodość. Niestety, nie objawia się ona w ten najbardziej pożądany przeze mnie sposób, czyli świeżością i napierdalaniem na oślep. Forger Emaciated, choć deklarują się jako progresywny death metal, nie mają z ostrym dopieprzaniem nic wspólnego. Tak na dobrą sprawę ja w ich muzyce nie widzę wielu punktów utożsamianych z tym, co mają na etykietce, a gdy za sztandarowy przykład progresywnego death metalu przyjąć Obscurę albo nawet łagodniejszy Sadist, to mówimy o zupełnie rożnych, bardzo od siebie odległych światach. Na progresję "Hypercrisis" jest zbyt prosty, zbyt standardowy, a pojawiające się często przebitki basu na pierwszy plan nie zmienią mojego zdania w tym temacie. Z kolei jak na death metal to nie te tempa, ciężar, poziom brutalności, a już na pewno nie te koszmarne czyste wokale! Jeśli już, to od biedy można tu przywołać melodyjne szwedzkie granie. Jedno jest pewne – drugiej Gojiry z tego nie będzie, mimo iż chłopaki trochę próbują cisnąć w tym kierunku, zapominając jednakowoż o tym, że Francuzi, cokolwiek by nie grali, miażdżą brzmieniem. Forger Emaciated nie miażdży, bo produkcję ma boleśnie domowej proweniencji – im głośniej, tym bardziej to słychać. Na każdym kroku "Hypercrisis" dostajemy potwierdzenie, że obcujemy z bardzo młodym, niedoświadczonym zespołem. Brak zdecydowania, umiejętności stricte technicznych, kasiorki... nazywając rzecz po imieniu, jest to etap demówkowy. Dobre chęci i potrzeba zaistnienia nie wystarczają, bo mamy do czynienia z falstartem.


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/forgeremaciated
Udostępnij:

20 grudnia 2012

Diabolic – Excisions Of Exorcisms [2010]

Diabolic - Excisions Of Exorcisms recenzja okładka review coverSwoim debiutem i paroma kolejnymi produkcjami Diabolic wzbudził na death metalowej scenie przełomu wieków niemałe poruszenie, będąc dla niektórych niesamowitą sensacją i zastrzykiem świeżej krwi. Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć, nigdy też nie kryłem dla nich braku sympatii, bo grali strasznie przeciętnie i całkowicie sztampowo. Potem zdechli i było git – w końcu kiepścizny zawsze za wiele. Nie powinno zatem dziwić, że wieści o ich powrotnym albumie (w ostro pozmienianym składzie) tylko mnie zniesmaczyły. Do czasu. Okazało się bowiem, że "Excisions Of Exorcisms" to, o dziwo, zupełnie niezły i słuchalny kawałek czysto florydzkiego death metalu. Dla mnie duży wpływ na atrakcyjność tego materiału ma jego muzyczna przestarzałość, gatunkowa typowość – to, że nie przystaje od czasów, w których powstał. To, co kiedyś było wadą (jedną z wielu) tego zespołu, teraz — po pewnym liftingu i zmianie pokoleniowej na scenie — urosło do rangi poważnej zalety. Mało która kapela obecnie gra taki pierwotny, pozbawiony udziwnień, bluźnierczy, wulgarny i naturalnie brzmiący wypierd w nieco już archaicznym stylu. "Excisions Of Exorcisms" nie raz wzbudza odczucia, jakie towarzyszą lekturze pierwszych, nieokrzesanych krążków Morbid Angel, Malevolent Creation i Deicide. Zresztą, zwróćcie uwagę na efektywne, gęste napieprzanie perkmana (jakkolwiek jego przydomek "blastmaster" jest mocno przesadzony), wściekłe, pozbawione finezji tremola gitarniaków, posłuchajcie w końcu erupcji solówek (potrafili nawet wcisnąć 9 w jednym kawałku), momentalnie przywodzących na myśl "Altars Of Madness". To jest prawdziwy death metal! Nieodkrywczy i przewidywalny, ale czysty, nośny i nader bezpośredni. Piącha w wydepilowane twarzyczki ganiającej za trendami młodzieży! Ale, ale! Żeby nie było wątpliwości – nie mam zamiaru deifikować Diabolic po zaledwie jednej udanej płycie, jednak na mocnego plusa w pełni zasłużyli. Przynajmniej za celność w trafianiu w gust.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/diabolic666

podobne płyty:

Udostępnij:

17 grudnia 2012

Trifixion – A Utopia For The Damned [2011]

Trifixion - A Utopia For The Damned recenzja okładka review coverCzy Trifixion to nowa nadzieja angielskiego death metalu? Szczerze wątpię. Bardziej niż takie hasełka istotny jest tu fakt, że są jednymi z wielu – wyraźnym sygnałem, że na Wyspach wreszcie coś się ruszyło w temacie, bo ostatnie przynajmniej 15 lat tamtejsze kapele przespały, oddając pole niestrawnym hybrydom. Bohaterowie tej recenzji, zgodnie z tendencjami na scenie, nie mają nic wspólnego z klasycznym (a tym bardziej klasycznym i krajowym) podejściem do gatunku, a inspirują się wszystkim, co brutalne, techniczne i amerykańskie. Lista wpływów, jakie można usłyszeć w muzyce Trifixion jest oczywiście długa jak cholera, jednak można z nich wybrać coś na kształt żelaznego kanonu tej ekipy: Dying Fetus i Suffocation — które słychać głównie w szybkich i bardzo szybkich partiach (jakich na tej płycie nie brakuje) — oraz Immolation i Cannibal Corpse, gdy przychodzi do zwalniania i miażdżenia słuchaczy ciężarem. Nowości, czy elementów charakterystycznych tylko dla nich — uwaga! — nie odnotowano, co zresztą jest znakiem czasów i pochodną zapatrzenia w Amerykę, więc trzeba się z tym pogodzić. Mimo szczątkowej rozpoznawalności, angielsko-włoski (przynajmniej sądząc po nazwiskach) kwartet wymiata bardzo sprawnie, od strony technicznej i brzmieniowej prawie nienagannie, poważniejszych zgrzytów nie uświadczymy, a wytrwanie 47 minut, choć to dużo, na pewno nie będzie testem silnej woli. Poziom trzymają równy, na olśniewające rozwiązania nie ma się co nastawiać, ale punkt wyjścia do dalszego rozwoju Trifixion mają naprawdę niezły, i gdy tylko poprawią kilka kwestii, to i jakiejś grupki oddanych fanów w końcu się dorobią. Trochę ożywienia na pewno wprowadziłby lepszy, bardziej nawiedzony wokal, bo obecny jest raczej zwyczajny, choć na plus można mu zapisać dużą czytelność (tylko czy ona przy takim graniu jest ważna?). Nie zaszkodziłoby także urozmaicenie i tak już solidnie pokombinowanych struktur, najlepiej odpowiednio klimatyczną melodią (jak to czyni Hour Of Penance) albo pojebaną solówką. Co prawda na "A Utopia For The Damned" są takie próby, ale nie wszędzie jednakowo udane, dotyczy to zwłaszcza solówek. Jeśli tylko to poprawią, do zapoznania się z następnym albumem pewnie będę was zachęcał. Na ten skuszą się najwięksi maniacy.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/trifixionuk
Udostępnij:

14 grudnia 2012

Hexen – State Of Insurgency [2008]

Hexen - State Of Insurgency recenzja okładka review coverNo i powróciłem z odby... niebytu. I w sumie gówno mnie obchodzi, czy tęskniliście za mną czy też nie. Kij Wam w dupsko, pawełki. Nie powróciłem jednak z pustymi rękoma – otóż mam dla Was jedną z dwóch najlepszych thrashowych kapel ostatniej pięciolatki. Hexen, bo tak nazywa się ów zespół, zadebiutował w 2008 roku albumem "State of Insurgency" i przywrócił światu wiarę w stary, dobry thrash grany przez młode pokolenie. W końcu coś, co można postawić na półce obok takich legend jak Toxik, Realm, Heathen czy może nawet Megadeth z okresu wczesnego Friedmana. Jest więc szybko, technicznie, thrashowo i z kurwikiem... diablikiem w oku; thrashowość w thrashowych kapelach da się więc jakoś mierzyć, a tu thrashowości jest pod dostatkiem :). Żeby być precyzyjniejszym. Na początku jest jebnięcie – ach ci źli terroryści bombę podłożyli, niedobre Brunony K. I zaraz potem jeden z lepszych numerów albumu – "Blast Radius"; po prawym sierpowym nadlatuje lewy Kliczki (w sumie nie ma znaczenia którego – murowana gleba murowana). Porządny riff, dobra motoryka, ładnie plumkający bas w połowie i zacna solówka. Składniki na hit oczywiste aż do bólu, więc nie mogło być inaczej – przebój rodem z MTV (za starych dobrych czasów). Podobne składniki występują w znakomitej większości utworów albumu, więc nie będę przepisywał tracklisty. Wyróżniłbym jednak trzy dodatkowe kawałki, które robią na mnie wrażenie podobne do bycia ściganym przez rozwścieczonego misia grizzly po wybudzeniu go ze snu zimowego sążnistym kopniakiem w zad. One life-time experience, które opowiada się wnukom z uśmiechem na ustach. Pierwszy z owej trójki to "Past Life" – do czwartej minuty w środku peletonu, od solówki absolutny lider. Na myśl przychodzą tacy gitarzyści jak Becker, wspomniany Friedman czy Malmsteen. Podobnie sytuacja ma się z tytułowym "State of Insurgency". Z tym, że do solówki jest genialnie, czyli lepiej niż średnia. Sama solówka też jest lepsza, bardziej skomplikowana, melodyjniejsza i dojrzała. Jak dla mnie: top 10 najlepszych thrashowych solówek. Ostatni z trójki do kapitalny instrumental "Desolate Horizons". Jeśli któryś z czytelników zna i lubi taką kapelkę Death, to mogą mu się przypomnieć takie utwory jak "Cosmic Sea" oraz "Voice of the Soul". Kto zna, ten wie. Podsumowując, "State of Insurgency" to jeden z tych albumów, które warto mieć w swojej kolekcji, ba, trzeba mieć, ale przede wszystkim znać. W towarzystwie nie uchodzi taka niewiedza. Przekonanych przekonywać nie muszę, niezdecydowanym polecam którykolwiek z czterech wymienionych kawałków – prawda obroni się sama*.
* odnotowano wiele odstępstw od tej reguły


ocena: 9/10
deaf
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hexen

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 grudnia 2012

Revocation – Teratogenesis [2012]

Revocation - Teratogenesis recenzja okładka review coverNigdy nie zwracałem przesadnej uwagi na Revocation – wyglądali mi na kolejnych młodzieńców, którym technika i chęć szpanowania przesłaniają wszystko, a poza tym ich płyty były stanowczo za długie na szybką konfrontację. Teraz, po kilkunastokrotnym kontakcie z "Teratogenesis", będę musiał nadrobić zaległości i posłuchać ich z większą uwagą, bo zawartość tego małego materiału zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Powiem więcej, na tle podobnych nieopierzonych jeszcze (choć z pewnym dorobkiem) kapel Revocation jawi mi się niemal jako objawienie, a już na pewno od dawna oczekiwany powiew świeżości. Mocno skondensowany, energetyczny death-thrash zagrany z porządnym wykopem i dbałością o szczegóły po prostu musi się podobać. Tym bardziej, że Amerykanie zadbali o to, żeby nie było się absolutnie do czego przyczepić. W aranżacjach nie brakuje fajnych smaczków, ostrych zwrotów akcji (ale bez popadania w dziwactwa), skomplikowanych, super precyzyjnych, a zarazem wypasionych solówek i przede wszystkim prawdziwego czadu. Słowa uznania należą się również za jakość dźwięku, bo całość brzmi tak, że mucha nie siada. Tylko wokal mógłby być mniej standardowy. Polecam wam "Teratogenesis" gorąco, ja tymczasem spadam polować na wcześniejsze krążki Revocation.


ocena: -
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/revocation
Udostępnij:

8 grudnia 2012

Frater – Into The Light [2012]

Frater - Into The Light recenzja okładka review coverLiczyłem, że młode kapele już dały sobie siana z taką stylistyką, ale najwyraźniej czeka nas jeszcze kilka lat męczarni z oklepaną do bólu syntezą melodyjnego death metalu i metal core’a. W muzyce Frater mocno słychać oba te wpływy, słychać także, że przy odrobinie chęci (bo umiejętności mają dość) mogą je rozdzielić, co zresztą odbyłoby się z korzyścią dla zespołu. O ile naturalnie podążyliby dalej jedyną w tym wypadku słuszną drogą przywołanego już melodyjnego death metalu. Ta brutalniejsza strona twórczości Argentyńczyków jest jak najbardziej do przyjęcia, bo dysponują niezłą techniką i pomysłami na udane riffy, a i perkman potrafi poblastować, gdy go przycisnąć. Ma to odpowiedni ciężar, przyzwoity poziom chwytliwości i brzmi OK. Na plus należy odnotować, że chłopaki nie ograniczają się do ciągłych przytupów i całkiem sprawnie radzą sobie z wolniejszymi tempami. W takim graniu stosunkowo blisko im do tego, co dekadę z okładem temu robił Soilwork. To skojarzenie pogłębia fakt odważniejszego korzystania z elektroniki (którą jednakowoż mogli sobie darować). Wychodzi z tego solidna średnia gatunkowa, momentami nawet coś więcej. Niestety, jest jeszcze ten nieszczęsny metal core, którego wpływy ('hopsasane' rytmy, zmiękczacze, czyste zaśpiewy i zamulanie) skutecznie obniżają wartość materiału. Załamuje zwłaszcza ten czysty wokal (za który odpowiada najpewniej krótkowłosy kolo) – po co to komu potrzebne, skoro wypada niezadowalająco? Czy oni przypadkiem nie śpiewają tylko dlatego, że inni też tak robią? Jest jakiś sens, żeby sobie tym kawałki zaśmiecać? Koniecznie powinni porzucić takie rozwiązania, bo prowadzą one tylko do czarnej dupy. Właśnie te inklinacje są moim zdaniem najsłabszym punktem płyty. Jest jeszcze jeden dość poważy minus, wynikający zapewne z mieszania stylistyk – długość albumu. Brzmi to trochę tak, jakby Argentyńczycy za wszelką cenę chcieli wrzucić do jednego worka wszystkie swoje najlepsze pomysły, a wrzucili po prostu wszystko, co mieli, nie pomijając tych słabszych. Dlatego też zrobił się z tego materiału ponadgodzinny (!) kolos, przez który ciężko przebrnąć w całości za jednym posiedzeniem. Trochę umiaru i wyczucia, a można by wykroić z tego fajną 35-minutową płytkę.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/fratermetal

podobne płyty:

Udostępnij:

5 grudnia 2012

Morbid Angel – Domination [1995]

Morbid Angel - Domination recenzja okładka review coverCzwarty krążek Morbidów, a pierwszy z Erikiem Rutanem jako drugim gitarzystą, przyniósł światu kilka niespodzianek. Różnie je co prawda interpretowano, więc obok głosów zachwytu pojawiły się także oskarżenia o zdradę pierwotnych ideałów, czy też popularne 'danie dupy'. Oczywiście wszystko to zależy od humoru komentujących, ale mimo to wydaje mi się, że ciężko nie zauważyć progresywnego charakteru tej płyty. Sprawa pierwsza to rozwijane szybkości i ogólne tempo "Domination". Pod tym względem album z pewnością nie należy do najbardziej ekstremalnych w dorobku grupy – dominują (sic!) średnie tempa, coraz częściej wpadające w miażdżące morbidowe zwolnienia; nie brakuje też i blastów. Dzięki takiemu zróżnicowaniu płyta stała się bardziej dynamiczna, co sprawia, że w ogóle nie nudzi. Kolejna kontrowersyjna sprawa to melodyjność "Domination". Na pewno duża w tym zasługa Erika Rutana i jego dość znacznego udziału w komponowaniu materiału. Część riffów jest naprawdę bardzo melodyjna (ale nie za bardzo!) i przyjemnie uatrakcyjnia muzykę, choć ta straciła na brutalności – także przez niezbyt mocne brzmienie. O solówkach wspominać chyba nie wypada, bo albo są genialne, albo prawie genialne; wszystkie natomiast zwalają z nóg. Jedyna rzecz jaka mi tu nie pasuje to dwa numery 'instrumentalne' — 'Melting' i 'Dreaming' — które są niczym innym, jak niepotrzebnymi 'zapchajdziurami' i nie widzę najmniejszego sensu w ich umieszczaniu pośród tylu wspaniałości – zmarnowane 4 minuty, tyle można o nich powiedzieć. Łatwo przychodzi mi w tym przypadku wskazanie kilku ulubionych kawałków; będą to: absolutnie niesamowity 'Dawn Of The Angry' (niejako odpowiednik 'Rapture' z poprzedniej płyty – czyli ostro dojebany), porywający 'Dominate', mielący 'Where The Slime Live', wyziewny 'This Means War' i eksperymentalny 'Hatework'. Nie ma potrzeby wymieniać dalej, bo wyrecytuję wszystkie. Aby opisać czwarte oficjalne wydawnictwo Morbid Angel w sposób możliwie najprostszy wystarczy użyć trzech słów – znakomity death metal.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.morbidangel.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

2 grudnia 2012

Orphalis – Watchmaker Analogy [2011]

Orphalis - Watchmaker Analogy recenzja okładka review coverByłaby z tego niezła płyta, gdyby tylko 'objętościowo' wszystko się zgadzało. Niestety, to tylko skromne, zajawkowe 10 minut, ale za to materiału na tyle solidnego, że chce się do niego wracać. "Watchmaker Analogy" ukazuje Orphalis jako zespół niespecjalnie (czytać: w ogóle) nowatorski, jednak bardzo konkretny, drapieżny i perspektywiczny. Longpleja chłopaki już nagrali, więc może niebawem pojawi się okazja do zweryfikowania tych nadziei i szerszej prezentacji. Spośród młodych gniewnych Orphalis mają tę zaletę, że przy całym oddaniu kwestiom technicznym nie tracą nic z pierwotnej dzikości death metalu. Innymi słowy słychać, że często idą na żywioł i ważniejszy jest dla nich brutalny wypierd niż dłubanie w detalach. Brzmią przy tym dość niechlujnie w taki fajny intensywny sposób. Połączenie w muzyce wpływów Suffocation (struktury kawałków) z Hate Eternal czy Origin (osiągane prędkości) sprawdza się u nich bardzo dobrze, a pierwiastek chaosu w stylu Angelcorpse czy wczesnego Krisiun (solówki!) tylko potęguje pozytywne wrażenie i dodaje całości pikanterii. Poza tym, im bardziej na oślep grają, tym więcej przyjemności sprawia słuchanie tego hałasu. Jest git!


ocena: -
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/orphalis
Udostępnij:

29 listopada 2012

Immortal – Damned In Black [2000]

Immortal - Damned In Black recenzja okładka review coverSzósta, ostatnia dla Osmose, produkcja opętanych przez zimę Norwegów przynosi muzykę z pogranicza "Blizzard Beasts" i "At The Heart Of Winter". Z śnieżnych potworków pozostały niezłe galopadki, szorstkość i ogólna wściekłość, natomiast z serca zimy dostajemy potężne brzmienie (ponownie Abyss), mistycyzm i lodowaty klimat. Mamy więc do czynienia z — być może wykalkulowaną — próbą pogodzenia/zadowolenia zwolenników stosunkowo różnych stylistyk, ale o dziwo jest to próba udana. Przez większość długości płytki — a trwa ona około 35 minut — czuć obecność konkretnego czadu. Zespół się nie opieprza, grzejąc solidnie i agresywnie, choć bez popadania w ataki totalnej furii. Sieczka jest niczego sobie, tylko zagrano ją z innym feelingiem niż na poprzednich krążkach – takim bardziej death-thrashowym niż czysto blackowym. Zmiana niby niewielka, a jednak wyczuwalna. Pojawiające się tu i ówdzie zwolnienia (nie mylić z całościowo wolniejszymi numerami, jak np. 'Against The Tide (In The Arctic World)') wraz z masywnym dźwiękiem podkreślają ciężar i potęgę całości. Abbath uprościł nieco muzykę, przez co stała się bardziej bezpośrednia, ale i odrobinę mniej chwytliwa. Melodie ostały się chociażby w dość zgrabnych (jak na Immortal) solówkach. Na "Damned In Black" jest więcej miejsca na szybkości, więc i w grze Horgh’a słychać więcej nagłych i niespodziewanych zerwań, w których wybija szaleńcze tempa. Jednak trzeba przy tym zaznaczyć, że album nie jest aż tak naładowany napierdolem jak cudowny "Blizzard Beasts". Do moich ulubionych numerów zaliczyłbym bez wahania 'Wrath From Above', 'My Dimension' i 'In Our Mistic Visions Blest' – głównie dlatego, że właśnie takimi dopierdami maniak ekstremy żyje. Nie znaczy jednak, że pozostałe wałki są do przysłowiowej dupy; są porządne i świetne prezentują takie ździebko bardziej pierwotne (ale nie do przesady!) oblicze grupy. Jestem pewien, że "Damned In Black" przypadnie większości fanów do gustu. Jeśli kogoś kręci takie granie, to biegiem do sklepu.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.immortalofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

26 listopada 2012

Infalling – Path Of Desolation [2012]

Infalling - Path Of Desolation recenzja okładka review coverUhuhu, jacy oni gniewni, buntowniczy i amerykańscy... Systemie drżyj, bo oto Infalling rusza do boju w nastrojach takich, że uhuhu i jejku jejuśku. Przygrywa im do tego, znaczy sami se przygrywają metal core potraktowany po linii najmniejszego oporu – niewyszukany, nudny, płaski i denerwujący. Trzon tej muzyki to proste, rytmiczne i pewnie w zamyśle bardzo ciężkie smyranie palcem po strunach na równie prostym i niezajmującym podkładzie sekcji. Towarzyszy im maksymalnie typowy i zmanierowany krzyczany wokal. Żeby to ubarwili choćby jakimiś melodyjkami... A tak gitarniaka pochwalić można jedynie za nieliczne, ale za to udane partie solowe. Cała reszta nie nadaje się w zasadzie do niczego. Chociaż... Widziałem kiedyś teledysk Slipknot i tam gromada zmutowanych amerykańskich nastolatków podskakiwała i miotała się przy podobnie nieciekawym hałasie, więc wnioskuję, że przy Infalling też by sobie poskakali. O ile oczywiście spodnie z krokiem na wysokości kolan by im na to pozwoliły. No i jakoś by się wcześniej do Infalling dokopali, bo emisji w emtiwi za życia nie doczekają.


ocena: -
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/infalling
Udostępnij:

23 listopada 2012

My Dying Bride – A Map Of All Our Failures [2012]

My Dying Bride - A Map Of All Our Failures recenzja okładka review coverGdy pisarza dopadnie niemoc twórcza, to zawsze może skrobnąć stronę lub trzysta o pisarzu, którego... dopadła niemoc twórcza, licząc przy tym, że jakoś z czasem takie zaparcie mu przejdzie i wena powróci. Też bym tak chciał, bo oto stoi przede mną "A Map Of All Our Failures", o którym po paru tygodniach słuchania wciąż za bardzo nie wiem, co sensownego napisać. No i tak naiwnie czekam na oświecenie. Staram się jak mogę, by z jedenastej ("Evinta" do głównego 'nurtu' nie zaliczam) płyty My Dying Bride wyciągnąć jak najwięcej, poukładać to sobie jakoś i przekazać wam, jaki to wypasiony krążek. I tu mam ostro pod górkę, bo podstawowy kłopot tej produkcji nie polega nawet na tym, że Anglicy mają w swoim dorobku lepsze albumy, tylko na tym, że jest ich dość dużo, zbyt dużo... Strach to przed sobą przyznać, ale "A Map Of All Our Failures" jawi mi się jako najmniej przekonujący krążek tej wspaniałej kapeli. Może i mam w stosunku do nich absurdalne wymagania (muszę – jak ktoś nagrał "Turn Loose The Swans" i "The Angel And The Dark River" to stać go na wiele), ale nawet na siłę nie potrafię się tu doszukać naprawdę powalających rozwiązań. Owszem, trafiają się solidne, klasyczne momenty, gdy muzycy Umierającej Narzeczonej przemawiają dźwiękiem jak za najlepszych lat (w 'Kneel Till Doomsday', 'A Tapestry Scorned', 'Hail Odysseus' no i może w 'Abandoned As Christ'), tylko że jest ich zdecydowanie za mało i giną one osaczone motywami wtórnymi, nudnawymi i pozbawionymi wyrazu. Brak podniety z mojej strony wynika poniekąd z obranego na "A Map Of All Our Failures" stylu – praktycznie cały album stanowi zwrot w stronę dobijających doomowych brzmień (blasty w 'Kneel Till Doomsday' należy traktować jako zmyłkę na początek) oraz surowej formy znanej z debiutu i najgłębszej przeszłości. Koniec końców nie był to chyba najlepszy pomysł, bo otrzymaliśmy muzykę dość jednorodną, pozbawioną porządnej (dawnej) dramaturgii, płaską, zwyczajną... Nowe utwory rozkręcają się bardzo powoli, falując pomiędzy lepszymi i słabszymi patentami, lub co gorsza – nie rozkręcają się wcale. Stąd też sporo fragmentów albumu po prostu mi ulatuje, inne zaś irytują – a coś takiego w czasie słuchania My Dying Bride nie powinno mieć nigdy miejsca. Przykra sprawa, zwłaszcza że czekałem na ten krążek ponad trzy lata. Rąk jeszcze nie załamuję, liczę jednak, że się szybko zrehabilitują.


ocena: 7/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

20 listopada 2012

Sinister – Savage Or Grace [2003]

Sinister - Savage Or Grace recenzja okładka review coverOwocem krótkotrwałego powrotu Sinister do Nuclear Blast jest omawiany właśnie, szósty krążek zespołu. W muzyce wiele względem poprzednich się nie zmieniło, choć pod względem gitarowym na pewno jest ciekawsza niż na "Creative Killings" – bardziej urozmaicona, klasyczna i chwytliwa. Co zabawne – napisał ją gościnnie (!) Ron Van der Polder, który już ongiś w kapeli terminował. Dostajemy także więcej solówek – te zagrał Pascal Grevinga. Fajne są też intra... Hmm... No i na tym właściwie plusy się kończą. Mieszane odczucia mam co do wokalu Rachel, bo czasami wchodzi w rejestry a’la Mullen, co mi zalatuje przesadnym majstrowaniem nad nim (wokalem, nie Mullenem ;) ) w studiu. Teraz sprawa, która najbardziej w moim odczuciu wpływa na negatywny odbiór płyty – gówniane brzmienie. Niewiele bowiem pomaga lepsza muzyka, gdy brzmi ona po prostu do dupy. Szczególnie syfnie wypadają w tej sytuacji gary, których sound jest tak sztuczny, że aż boli. Nie wiem czy Holendrzy z premedytacją chcieli uzyskać nieczytelny i prymitywny dźwięk (jeśli tak, to się nie udało), czy to wytwórnia poskąpiła kasy na studio, mając w perspektywie szybkie rozstanie z zespołem. Faktem jest, że przez takie zabiegi zjebali sobie całkiem wartościowy materiał. Na zakończenie słówko o edycji dwupłytowej. Na drugi krążek wrzucono aż siedem kawałków w wersjach demo, z których żaden nie powtarza się na właściwym albumie. Brzmią one kiepawo (może słowo undergroundowo jest bardziej odpowiednie) ale mimo to pomysł uważam za udany. Niemniej jednak w tym przypadku wygląda na to, że miały posłużyć za kontrast, dzięki któremu dźwięk na "Savage Or Grace" wyda się lepszy niż jest w rzeczywistości. I znowu się nie udało...


ocena: 5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/sinisterwingsofdeath

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

17 listopada 2012

Vital Remains – Dawn Of The Apocalypse [2000]

Vital Remains - Dawn Of The Apocalypse recenzja okładka review coverMnie to chyba trudno dogodzić... O ile w przypadku "Into Cold Darkness" i "Forever Underground" nie obraziłbym się, gdyby trwały nieco dłużej, to tutaj — jak na moje ucho — panowie z Vital Remains trochę przedobrzyli. "Dawn Of The Apocalypse" to prawie godzina profesjonalnie zagranego death metalu, tyle że już bez tej świeżości i nowatorstwa, co na dwóch poprzednich produkcjach, przez co może być odrobinę nużąca. Jakby nie patrzeć, to mamy tu wszystko, czego maniakowi potrzeba: brutalne napierduchy z gęsto nawalającym ride’m, większy ciężar wioseł, wyjątkowo wściekłe wokale (głęboki, zrozumiały growl i totalnie zaflegmione blackowe skrzeczenie – zasługa nowego wokalisty), niezłe brzmienie, solidne i częste solówki... Utwory — jakże by inaczej — są rozbudowane, chyba nawet wykalkulowane, pojawiają się charakterystyczne akustyczne wstawki (w tym kilka wyjątkowo urzekających motywów, np. w 'Sanctity In Blasphemous Ruin' i miniaturce 'Came No Ray Of Light'), ale... Czegoś tu brakuje. Czego? Pamiętacie 'I Am God' z krążka numer trzy? No właśnie... tam było, co trzeba – ta trudna do jednoznacznego określenia iskra. A może tych kolosów jest tu po prostu za dużo? Sprawy nie ratują nawiązania do debiutu ('Flag Of Victory') ani zapędy quasi-symfoniczne ('The Night Has A Thousand Eyes'). Z tego, co dotąd napisałem można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś mielizną, tak jednak nie jest – płyta nie jest zła (ale za to 'evil'). "Dawn Of The Apocalypse" to naprawdę udany materiał, obfitujący w niegłupie zagrywki, ale... brakuje tu przełomu, więc i skrajnie subiektywne odczucia zwyciężają.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/vitalremains

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

14 listopada 2012

Birth Of Depravity – The Coming Of The Ineffable [2012]

Birth Of Depravity - The Coming Of The Ineffable recenzja okładka review coverUstaliłem sobie, że nie będę się wysilał przy pisaniu tej recki, tak jak Grecy nie wysilili się przy składaniu do kupy tego dzieła podziemnego death metalu. Straszliwie to wszystko u nich przeciętne, oklepane, pospolite, wymuszone, a przy tym zagrane zupełnie bez polotu. Całość popierdala w średnich tempach – na jedno kopyto i bez urozmaiceń, więc naprawdę szkoda czasu na doszukiwanie się w tym jakiejś głębi. Gitarniak Birth Of Depravity nie może pochwalić się przesadnym talentem, bo wszystko, co wychodzi mu spod palców, po kilku sekundach zlewa się w jednostajną, nużącą papkę. Naszła mnie nawet refleksja, że koleś może być przedwcześnie emerytowanym stolarzem i stąd u niego taka niemrawa praca kończyn górnych. Swoją drogą pomyślunkiem też niczego nie nadrabia. Tą mierną monotonię tylko pogłębia perkusista swoimi bezbarwnymi, nabijanymi bez zaangażowania partiami. Z drugiej strony, czego od niego wymagać skoro do rytmicznej obróbki dostał nieciekawe riffy? Po takich atrakcjach nie należy się spodziewać, że wokal rozniesie wszystkich na kawałki. I nie roznosi. Bida z nędzą, do tego wymęczona. Co do brzmienia – jest doskonałym potwierdzeniem lamentów wszelakich ekonomistów, że Grecja jest w głębokim kryzysie i lada moment padnie na ryj. Pewnie was zaskoczę, ale "The Coming Of The Ineffable" ma też plusy – bardzo udaną okładkę oraz to, że ni cholery nie zapada w pamięć, dzięki czemu ulatnia się z łepetyny w momencie wyłączenia krążka, nie pozostawiając po sobie niesmaku. Niczego nie pozostawiając. Ot, płyta w zasadzie na jedno, niekoniecznie pełne, przesłuchanie – bo tyle w zupełności wystarczy, żeby więcej sobie nią głowy nie zaprzątać.


ocena: 4/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/birthofdepravity
Udostępnij:

11 listopada 2012

Abysse – En(d)grave [2012]

Abysse - En(d)grave recenzja okładka review coverMało brakowało, a olałbym ten naprawdę ciekawy zespół. A wszystko przez to, że zasugerowałem się oklepaną i w sumie drętwą nazwą, równie kiepskim tytułem oraz mało precyzyjnym bełkotem wydawcy. Poza tym — co chyba było moim największym błędem — dałem "En(d)grave" za mało czasu. Na szczęście udało się to nadrobić i już po przekroczeniu magicznej liczby pięciu przesłuchań z rzędu, wciąż miałem ochotę na następne. Francuzi grają ciężki acz dynamiczny kawałek muzyki zbudowany na fundamencie sludge i pewnych progresywnych odjazdów. O porównania nie jest specjalnie trudno, zwłaszcza, że chłopaki sami się zdradzili, tytułując jeden z kawałków bardzo, ale to bardzo wymownie – 'Mastodon'. Ale to nie wszystko, bo brnąc przez kolejne minuty (a tych jest 44), usłyszycie zagrywki charakterystyczne dla Gojiry czy nawet... Metallicy z okresu "Load"/"ReLoad". Nie ma w tym wielkiej filozofii, nadęcia; wesołe melodyjki czy przesadnie techniczne kombinacje także nie są solą "En(d)grave". Ta niewymuszona konstrukcja muzyki (ocierająca się niekiedy o improwizacje) oraz wykonawcza pewność sprawiają, że albumu — jak na krążek instrumentalny — słucha się z taką łatwością, o jaką bym go nie podejrzewał. Nawet te najdłuższe, 7-8 minutowe utwory przelatują niemal niepostrzeżenie, a do takiego 'Ten Thousand Changes' wraca się wciąż i wciąż. Dobrze to świadczy o zespole, który ma pomysł na siebie, umiejętności i najwyraźniej odpowiednie środki, bo "En(d)grave" również brzmi niekulawo.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/abyssegroupe
Udostępnij:

8 listopada 2012

Obituary – Frozen In Time [2005]

Obituary - Frozen In Time recenzja okładka review coverPowrót jednego z moich ulubionych death metalowych aktów — Obituary — do czynnego uprawiania brutalnej sztuki przyjąłem z nieukrywaną radochą. Fani ich poprzednich dokonań (szczególnie tych przed zawieszeniem działalności) będą zadowoleni, zaś ci, którym ten zespół nigdy nie podchodził zdania już raczej nie zmienią. Jest jednak szansa, że Amerykanie podłapią paru nowych zwolenników, zachęconych chociażby pomysłową i świetnie wykonaną okładką autorstwa Andreasa Marschalla. Na swoim szóstym LP, Nekrolog serwuje nam swoistą miksturę wszystkich poprzednich krążków (może za wyjątkiem "Cause Of Death", niestety) z naciskiem na częste i gęste nawiązania do "Back From The Dead" i "The End Complete" (momentami aż nazbyt oczywiste – 'Insane', ale luzzz), delikatne wycieczki do okresu "World Demise" a na koniec szczypta debiutu. Tak ja to słyszę. Słowem – jest klasycznie i bardzo dla Obituary typowo. Tytuł albumu doskonale oddaje ducha tej muzyki – "Frozen In Time" mógłby spokojnie powstać 10 lat wcześniej i nikt by się pewnie nie pokapował. Jedyne większe nowinki to: otwierający płytę utwór instrumentalny (niemniej i tak od pierwszego riffu wiadomo, z kim mamy do czynienia), pojawiająca się w kilku miejscach bardziej kombinowana gra Donalda oraz odrobinkę zmodyfikowane wokalizy. John Tardy oczywiście głosu nie zmienił (nadal jest zachwycający), tylko nieco bardziej się wysila bo stara się wyrabiać przy tekstach! Tak! Prawdziwych tekstach! Takimi z różnymi słowami! U Obituary! Niewiarygodne, ale prawdziwe, choć nie ma się co napalać – we wkładce ich nie umieszczono. Ale żarty na bok. Reszta — riffy, solówki, rytmika, aranżacje, brzmienie — wygląda jak zwykle i już samemu należy osądzić, czy to dobrze czy źle. Ja stawiam na tą pierwszą opcję, wszak Nekrolog nigdy się specjalnie nie zmieniał, tylko nawalał w swoim, dawno wypracowanym i wybitnie rozpoznawalnym stylu. Co prawda ciągle się zastanawiam, czy poniższa ocena jest zasługą samego materiału, czy może raczej mojego sentymentu do Obituary, ale olewać to – mnie ta płyta od razu się spodobała.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.obituary.cc

inne płyty tego wykonawcy:




Udostępnij:

5 listopada 2012

Embolism – ...And We All Hate Ourselves [2000]

Embolism - ...And We All Hate Ourselves recenzja okładka review coverSłowacka scena grind core’a niesie z sobą co najmniej tyle absurdów co polski Sejm, tylko w przeciwieństwie do, za przeproszeniem, reprezentantów naszego, za przeproszeniem, narodu cieszy się tam sporą popularnością – co samo w sobie jest kolejnym absurdem. Na całe szczęście wśród tamtejszej zgrai ni to muzycznych ni kabaretowych popierdółek trafiło się kilka konkretnych wyjątków. Embolism był jednym z nich. Niestety, o tym zespole można mówić wyłącznie w czasie przeszłym, a szkoda bo na swoich płytach, oprócz niezłej sieczki, pokazał trochę mniej typowe podejście do gatunku. Naturalnie "...And We All Hate Ourselves" daleko do jakiejś awangardy czy dziwactw z katalogu Relapse, ale zawiera tyle charakterystycznych patentów i interesujących pomysłów, że Embolism zyskał zaszczytne miano kapeli rozpoznawalnej. Składa się na to kilka elementów. Po pierwsze dość specyficzny głos wokalisty – niby skrzeczy standardowo, ale jest w tym coś... pociesznego (pierwsze skojarzenie to oczywiście Impetigo), co uwypukla się zwłaszcza w zaśpiewanej acapella końcówce 'The Nowhere Land'. Poza tym zespół robi użytek z obu gitarzystów – dzięki nim partie tego instrumentu są rozbudowane znacznie ponad średnią gatunkową, a to w połączeniu z dość luźnym podejściem do tematu i sporą dawką odjazdów przełożyło się na dużo smaczków, drobnych kombinacji i zagrywek od czapy. Kolejny plus "...And We All Hate Ourselves" wynika z poprzedniego – chodzi o różnorodność. Sympatyczni Słowacy unikają chaotycznego grzania na jedno kopyto, więc płytka tak prędko się nie nudzi, a zaraz po jej wysłuchaniu nie ma oporów przed ponownym odpaleniem. Możecie mi wierzyć, że ten album to całkiem udana pozycja dla osób szukających w grindzie czegoś przemyślanego i podanego z jajem. Miłośników ultraszybkiego napierdalania na oślep raczej nie uszczęśliwi.


ocena: 7,5/10
demo

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

2 listopada 2012

Spawn Of Possession – Incurso [2012]

Spawn Of Possession - Incurso recenzja okładka review coverPrzewrotność losu bywa niekiedy bardzo zabawna. Szwedzi ze Spawn Of Possession przez kilka lat napierali wysokiej jakości brutalny i techniczny death metal w typie mocno amerykańskim, za co zresztą zupełnie słusznie byli głaskani po główkach. Potem zrobili sobie dłuższą przerwę wydawniczą, wykorzystując ten międzyczas na odświeżenie składu i weryfikację inspiracji. I tu robi się ciekawie, bo z ponadnormatywnie uzdolnionym (a ostatnio też niezwykle aktywnym) Christianem Münznerem w swoich szeregach nagrali krążek, na którym w dużym stopniu przedefiniowali dotychczasowy styl i uczynili go jeszcze bardziej kompleksowym. A zrobili to na obraz i podobieństwo... Obscury. Rezultat jest taki, że grają niemal identycznie jak autorzy "Omnivium". Cały dowcip polega jednak na tym, że — na nieszczęście Christiana, który robi tu za solówkarza — "Incurso" wypada, przynajmniej dla mnie, znacznie ciekawiej niż ostatnia płyta jego macierzystej kapeli. Obie ekipy siedzą w tej samej, bardzo przecież wąskiej niszy, więc w żaden sposób nie da się tu uciec od porównań, a i ja tego robić nie zamierzam. Postaram się jednakowoż przedstawić pokrótce również, na czym w mojej opinii polega wyższość "Incurso" nad "Omnivium". O samej technice naturalnie nie ma sensu długo dyskutować, bo co oczywiste, obie te płyty prezentują sobą makabrycznie wysoki poziom muzycznego zakręcenia i na dobrą sprawę niewielu może się mierzyć z ich twórcami. Różnice natomiast pojawiają się w mocy, z jaką oddziałują na słuchacza, bo jedną z większych zalet opisywanego krążka jest wysoki współczynnik ostrej napierduchy. Choć Szwedzi nie stronią od melodii, nie doszukacie się u nich rozwiązań osłabiających siłę wyrazu – naciąganych klimacików, klawiszowych popierdółek czy czystych wokali. Nawet dodające dramaturgii orkiestracje wpleciono tak, żeby nie ucierpiała na tym brutalność. Takie połączenie karkołomnych, wściekle skomplikowanych aranżacji i czystego czadu sprawia, że całej płytki słucha się w poczuciu niesłabnącego ocipienia. Huragan dźwięków sprokurowany przez Spawn Of Possession odznacza się ponadto dużą wewnętrzną spójnością, co z pewnością nie było łatwe do uzyskania przy tak rozbudowanym (a przez to długim) materiale. Jakby tego było mało, mimo zawiłej konstrukcji "Incurso" charakteryzuje się nielichą chwytliwością. Zastanawia mnie tylko jedno – czy chłopaki już dali z siebie wszystko, czy może jednak pozostawili jakieś rezerwy, którymi dobiją nas na następnym albumie?


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/spawnofpossession

podobne płyty:

Udostępnij:

29 października 2012

Hour Of Penance – Sedition [2012]

Hour Of Penance - Sedition recenzja okładka review coverTego można było się po nich spodziewać! Choć może inaczej – JA właśnie tego od nich oczekiwałem, zwłaszcza po tym, jak zaostrzyli mi apetyt zagranym w nowym składzie (który do tej chwili i tak się zmienił – u nich to norma) wybornym koncertem w Katowicach. "Sedition" to pół godziny (intro tradycyjnie można pominąć, bo nic nie wnosi) super intensywnej, bezlitosnej, podanej bez skrupułów miazgi, która żadnego fana zajebiście brutalnego death metalu nie powinna pozostawić obojętnym. Ale, ale – nie jestem jednak wcale przekonany, że każdy wielbiciel wybornej "Paradogma" będzie tym materiałem zachwycony. Muzyka na piątym albumie Włochów została bowiem niemal całkowicie odarta z bardziej klimatycznych (czyli stricte Nile-owskiego pochodzenia) momentów, zmieniła się ilość i charakter melodii, a samych zwolnień jest jak na lekarstwo. Nie trzeba być specem od ekstremalnego łomotu, żeby stwierdzić, że tym razem muzycy Hour Of Penance położyli nacisk przede wszystkim na intensywność przekazu, olewając w pewnym sensie przystępność. Stąd też przez większość czasu trwania "Sedition" to jeden wielki wybuch nienawiści i killerskich blastów nabijanych w niemal absurdalnych tempach. Tak hermetycznego, skondensowanego i masywnie brzmiącego nakurwu nie da się ogarnąć w dwóch-trzech przesłuchaniach – potrzeba trochę skupienia, żeby przebić się przez tę zagęszczoną ścianę dźwięku i w pełni docenić klasę albumu. Mimo wszystko płytę chyba w większym stopniu odpala się po to, żeby dać się Włochom zajebać i doprowadzić do stanu niedowierzania czy bezsilności, niż dla jakichś wyjątkowych doznań estetycznych, choć i tych trochę dostarcza. "Sedition" to na pierwszym miejscu okrutna rzeź i już tylko od chęci i indywidualnej odporności zależy, czy słuchacz dokopie się w niej do czegoś więcej. W mojej opinii warto się przykleić do głośników na dłużej.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/hourofpenance

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij:

26 października 2012

Senseless Dementia – Aberrant [2009]

Senseless Dementia - Aberrant recenzja okładka review cover"Aberrant" trąci amatorką i brakiem konkretnych funduszy, ale nic nie szkodzi, bo gdy się dobrze wsłuchać (najlepiej z pomocą słuchawek), to Amerykanie mają do zaoferowania kawał zupełnie przyzwoitego gania. I to nawet szczątkowo oryginalnego, bowiem muzycy nie bawią się w rozgniewanych chłopców-hardcore’owców ani też nie tłuką typowego amerykańskiego ultra brutalnego death-grindu. Senseless Dementia obrali sobie za styl dość archaiczny europejski death metal skłaniający się ku szwedzkiej odnodze gatunku, z charakterystycznie rzężącymi gitarami. Zalatuje od nich klasykami w typie starego Necrophobic czy Dismember, więc nie jest źle. Do tego, dla większej pikanterii, dołożyli trochę wpływów blacku i thrash’u. Panowie tłuką bez fajerwerków, zabójczego tempa czy niesamowitej brutalności – ot, tak zwyczajnie, naturalnie i chyba na dużym luzie. Podobnie lajtowo się tego słucha; bez trudu można nimi nadążyć, a długość albumu (równe 30 minut, wliczając intro, outro i krótkie interludium) wyklucza zaśnięcie w połowie. Na uwagę w tej muzyce zasługują przede wszystkim dobre acz trochę niewyraźne (stąd początkowa gadka o słuchawkach) partie gitar z dużą ilością fajnie piłujących melodyjnych riffów – takie proste, oklepane patenty, a ciągle potrafią ucieszyć. Mimo produkcyjnych niedostatków — a może i również dzięki nim — kawałki (a zwłaszcza 'Pathogenic Ascendancy', 'Flesh Alignment' i 'Aberrant') posiadają dość wewnętrznego uroku i szybko wpadają w ucho, a cały materiał przelatuje jak z bicza strzelił. Tyle mi wystarcza i więcej od "Aberrant" wymagać nie zamierzam. Jest git!


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/senselessdementia
Udostępnij:

23 października 2012

Blackwater – Founded On The Shambles [2012]

Blackwater - Founded On The Shambles recenzja okładka review coverMłócka tego typu zupełnie mi spowszedniała (choć staram się jej nie słuchać), ale mimo to materiał Niemców zrobił na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Przynajmniej w kilkunastominutowej dawce sprawdzają się jak należy, bo już nie jestem przekonany, czy ich pełną płytę zdzierżyłbym z takim spokojem. Póki co mamy konkret w postaci "Founded On The Shambles" – dobrze skondensowaną, zagraną na amerykańską modlę death’ową pigułę, w której Blackwater (tylko nie pomylcie ich z Black River przez tę wodę w nazwach!) łączą dobrą (acz rzemieślniczą) technikę, przyzwoite szybkości i odrobinę melodii. Korzystając z tych elementów wymyślili sobie dość prosty schemat utworów – ponapierdalać, trochę zwolnić, strzelić bardziej melodyjny riff i znowu napierdalać. I cóż, nawet to wpada w ucho w wymiarze epkowym, ale — że się powtórzę — przy okazji longpleja to raczej nie wystarczy i pewnie wszystkie kawałki zleją się z sobą. Chłopakom chyba najbliżej do The Faceless, tylko pozbawionego tych wszystkich udziwnień, którymi Amerykanie lubią zaśmiecać swoją muzykę. Brzmienie mają dobre, bo i w cywilizowanym kraju nagrywali. Materiał do posłuchania, jednak na przewidywania dotyczące ich przyszłości bym się nie porywał.


ocena: -
demo
oficjalna strona: www.blackwatermetal.de
Udostępnij:

20 października 2012

Krlja – Grind World Order [2010]

Krlja - Grind World Order recenzja okładka review coverKrlja-Krlja-Krlja... Wyobrażacie sobie publikę skandującą taką poronioną nazwę podczas koncertu na jakimś zadupiu? Ja nie bardzo. Pewnie ludziska ograniczają się do chorwackiego odpowiednika "jeeeah! kurwa! jeeeah! napierdalać! jeeeah!". Coś mi się wydaje, że ta porypana, być może coś znacząca w jakimś języku nazwa wzięła się stąd, że kolesie od początku nie przewidywali sobie komercyjnych sukcesów. Z jednej strony mieliby rację, bo grindowych pomiotów na każdym kontynencie jest zatrzęsienie, w tym niemało lepszych, ale z drugiej takie mocno koncertowe granie wychodzi im bardzo do rzeczy – przy czym trzeba zaznaczyć, że oni są raczej z tych ciężkich niż szybkich (przy czym nie mają nic wspólnego z Cock And Ball Torture). Miażdżeniu słuchacza sprzyjają dobre brzmienie (o takie akurat bym ich nie podejrzewał) i riffy na tyle rozsądnie dawkowane, żeby poszczególne kawałki jednak czymś się od siebie różniły – nie tylko długością. Dzięki temu przez 35 minut płytki można przebrnąć bez bólu, od czasu do czasu wychwytując patent wyrastający ponad średnią gatunkową. Po kilku przesłuchaniach "Grind World Order" naszła mnie refleksja, że gdyby Dead Infection grali, powiedzmy, ze trzy razy wolniej, to pewnie otrzymalibyśmy coś zbliżonego do twórczości Krlja, a to świadczy o tym, że tacy do dupy, to oni nie są.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/krljaa>
Udostępnij:

17 października 2012

Cosmonauts Day – Paths Of The Restless [2011]

Cosmonauts Day - Paths Of The Restless recenzja okładka review coverSludge zza wschodniej granicy nie jest czymś, z czym mam styczność na co dzień, ale jak pokazuje przykład Cosmonauts Day – trochę budzącej trwogę egzotyki zawsze można wrzucić na ruszt. Z pozytywnym skutkiem, bo poziom techniczno-kompozytorski tego zespołu jest zaskakująco wysoki, a realizacja materiału w zasadzie nie odbiega znacząco od standardów cywilizowanego świata. Kwartet z Moskwy (czy okolic) swoją muzyką na glebę jeszcze nie sprowadza jak wielcy z Ameryki, ale pewien potencjał jest zauważalny, i gdy tylko starczy im wytrwałości, to jakaś sensowna wytwórnia przybędzie oswoić ich tłustym kontraktem. Ale to akurat temat na przyszłość, być może nawet odległą. Nazwę chłopaki zaczerpnęli bodaj od radzieckiego święta upamiętniającego wysłanie Gagarina na orbitę, klimat mają zbliżony do teledysku do mastodonowskiego 'Oblivion', więc wszystko jest tu mniej więcej jasne – entuzjaści kosmicznych odlotów, czy swobodnego bujania w obłokach (obojętnie czego) powinni być zadowoleni. Mnogość motywów, częste zmiany tempa i nastroju nie przeszkadzają Rosjanom łagodnie kołysać; materiał łatwo się przyswaja, skutecznie rozleniwia i pozwala na chwilę oderwać się od niedostatecznie zadymionej rzeczywistości. Na "Paths Of The Restless" nie ma znaczenia, czy chłopaki grają ostro czy lajtowo – efekt przez cały czas jest ten sam. Wprawdzie do typowego amerykańskiego luzu trochę im brakuje, ale po odpowiednim doprawieniu się powinni to nadrobić, choć mogą mieć wtedy problemy z dojrzeniem instrumentów. Oprócz samej muzyki i pozytywnych reakcji, jakie wywołuje, "Paths Of The Restless" ma jeszcze tę zaletę, że oszczędza nam wysłuchiwania desperackich zmagań wokalisty z konwencją gatunku. Cosmonauts Day przyszło to łatwo i naturalnie, bo tak się składa, że w ogóle nie posiadają wokalisty. Potrafię sobie jednak wyobrazić, jak ktoś taki mógłby swoim pianiem zniweczyć wysiłki instrumentalistów i tym samym sprowadzić cały zespół do poziomu syfu. Na szczęście zwyciężył zdrowy rozsądek i żadnego wyjca na siłę nie zaangażowali. U mnie mają sporego plusa.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/thecosmonautsday

podobne płyty:

Udostępnij:

14 października 2012

World Downfall – Beyond Salvation [2006]

World Downfall - Beyond Salvation recenzja okładka review coverJak się ma taką nazwę, to wręcz nie wypada wychodzić poza określone skojarzenia. Chwała więc Niemcom, że nie zrobili niczego głupiego i nawalają to, co powinni, i czego świat — a przynajmniej ta jego maleńka część, która wie o ich istnieniu — od nich oczekuje. Mniej kumatym wyjaśniam, że chodzi o klasycznie potraktowany grind core. Jedynym zaskoczeniem, choć to zdecydowanie za mocne słowo, jest to, że w muzyce World Downfall mamy więcej bezpośrednich odwołań do Napalm Death niż Terrorizer, ale trudno to uznać za wadę, czy też wypaczenie idei napieprzania. Niemiecki kwartet katuje słuchaczy sieczką łączącą w sobie przede wszystkim cechy "Harmony Corruption", "Utopia Banished" i "Order Of The Leech" – jest więc szybko, agresywnie, pewnie wykonawczo, selektywnie i do pewnego stopnia chwytliwie. Ta ostatnia właściwość wynika naturalnie z urozmaiconych riffów (warte sprawdzenia są zwłaszcza te w '1st Prize Ambulance Ride', 'Malfunction' i 'Blind'), bo World Downfall grają znacznie więcej niż przeciętny przedstawiciel gatunku. Potrafią się przy tym obyć bez totalnych przyspieszeń i punkowego chaosu. Zespół nie może się (jeszcze) pochwalić produkcją na poziomie Brytoli ("Beyond Salvation" brzmi nieźle, ale trochę płasko i surowo – brakuje ostatecznego szlifu) i charakterystyczną dla nich dynamiką, co nie zmienia faktu, że płytka jest równa, bez udziwnień i po niemiecku solidna. Pewną ciekawostką jest gościnny udział Angeli Gossow, która stworzyła fajny duecik z Lohmem w 'Your Shadow Moves Faster Than Mine'. Od strony artystycznej wniosła raczej niewiele (pewnie jej brakowało mocniejszego grania w macierzystej kapeli, hehe), od komercyjnej pewnie też, bo — przy niewątpliwych walorach wokalnych — żaden z niej magnes na brutalistów, a entuzjaści Arch Enemy nie jawią mi się jako publika głodna grindowego łomotu. Za to normalni grindersi powinni być zadowoleni.


ocena: 6,5/10
demo
oficjalna strona: www.worlddownfall.de

podobne płyty:

Udostępnij:

11 października 2012

Pervencer – Extermination Is Right [2011]

Pervencer - Extermination Is Right recenzja okładka review coverByłbym skłonny się założyć, iż Brazylijczycy założyli sobie, że będą popylali techniczny death metal zanim w ogóle kupili instrumenty. Czemu? Ano dlatego, że teraz trochę rozpaczliwie próbują podołać wymogom gatunku, a tym samym zadaniu, jakie przed sobą postawili. "Extermination Is Right" nie przedstawia sobą obrazu całkowitej nędzy i rozpaczy, ale pewną nieporadnością i niezdecydowaniem zalatuje od tego materiału dość mocno, i to od pierwszych sekund. Słychać, że kolesie mają trochę fajnych pomysłów (szczególnie na gitary), niestety mieszają je jak popadnie z tym, z czego dumni być nie powinni. I tak niezłym riffom towarzyszą np. kompletnie nieprzemyślane zwolnienia czy rozwalające strukturę kawałków rytmy. W największym stopniu obnaża to braki w umiejętnościach pana perkmana, który nie wyrabia za kolegami i często chadza na skróty. Muzyce Pervencer na pewno też nie pomagają próby inkorporowania czegoś bardziej ambitnego i zakręconego, bo raz, że z lekka ich to przerasta od strony czysto technicznej, a dwa, że wszystkie takie patenty sprawiają wrażenie wrzuconych od czapy i na siłę – żeby wytworzyć wrażenie zespołu ambitnego i zakręconego. Ogólnie rzecz ujmując – chłopaki grają może i z zaangażowaniem, ale za bardzo niespójnie. Przynajmniej mamy jako taką pewność, że nie oszukiwali w studiu w celu zrobienia z siebie mega instrumentalistów. No chyba, że tak w ich wydaniu brzmi materiał po milionie poprawek...


ocena: -
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/pervencerdeathbr
Udostępnij:

8 października 2012

Despondency – God On Acid [2003]

Despondency - God On Acid recenzja okładka review coverOto prawdziwie brutalny wymiot na najwyższym poziomie, który w niczym nie odstaje od najbardziej znanych przedstawicieli czołówki gatunku. Ba! Taki materiał jest godzien ekstraklasy i może służyć za wzór do naśladowania! Despondency na swoim potężnym debiucie nawet przez sekundę nie proponują niczego nowego, ale to, co zagrali, zagrali wprost wybornie, czerpiąc całymi garściami z dorobku największych i najpopularniejszych brutalistów grasujących w amerykańskim podziemiu – od Disgorge, przez Gorgasm i Devourment, po Broken Hope. Niemcy najwięcej wspólnego mają z tymi pierwszymi, choć młócą od nich trochę szybciej (a to przecież żaden powód do rozpaczy). Tak czy inaczej "God On Acid" już na starcie lokuje się w europejskim topie obok, równie debiutanckich, opusów Pyaemia i Disavowed. Dalsze opisy wydają się zatem zbędne, bo każdy, nawet średnio zorientowany, rzeźnik potrafi sobie poskładać te nazwy do kupy i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Techniczna młócka, nieludzki bulgot, ciągły blast – to tak w skrócie. O przewadze nad innymi kapelami, korzystającymi z tych samych składników, przesądza duża, a momentami nawet zaskakująca przystępność materiału. Kawałki są do siebie bardzo podobne (jakkolwiek trafiają się w nich pewne wyróżniki), przestojów praktycznie w nich brak, a całość jest potwornie długa (aż 33 minuty, hehe), ale mimo to Despondency na tyle umiejętnie żonglują rytmami (późne Broken Hope się kłania) i kombinują z wokalami, że o płytce tak szybko się nie zapomina, a sięga się po nią dużo chętniej niż po wytwory konkurencji. Ponadto "God On Acid" brzmi niemal wzorcowo – ciężko i czytelnie, bez przesadnego zbasowania. Na zakończenie dodam jako ciekawostkę, że zamiast tekstów, całą wkładkę chłopaki zapchali wylewnymi dzięksami.


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/godonacid

podobne płyty:

Udostępnij:

5 października 2012

Blessed Dead – Sick Human Essence [2012]

Blessed Dead - Sick Human Essence recenzja okładka review coverSwoisty renesans death metalu we Włoszech musiał pociągnąć za sobą falę grup pokroju Blessed Dead, którzy to jeszcze zbyt wiele nie mają do powiedzenia, ale szerzej zaistnieć już by chcieli. Opisywany materiał w normalnych warunkach powinien robić za pierwszą, nieśmiałą demówkę, a czynienie z tego oficjalnego wydawnictwa jest pewną przesadą. Tu nawet nie chodzi o to, że grają jakoś wyjątkowo koszmarnie — bo nie grają — co po prostu przeciętnie i wtórnie do bulu (i nadzieji). Jest to muzyka do tego stopnia oklepana i pozbawiona własnej tożsamości, że obcując z 'Mental Collapse' i 'Evocation From The Unconscious Void' byłem nieświęcie przekonany, że te kawałki słyszałem już kilka lat temu u paru innych zespołów... Technicznie nawet dają radę (mimo iż strasznie to wszystko kwadratowe, a ambicje przerastają umiejętności), brzmią tanio (czyli demówkowo), wokal mają bardzo przeciętny, a pomysłu na siebie trudno się doszukać. Blessed Dead doskonale nadają się na lokalny support podczas mini trasy jakiejś kapeli ze środka stawki – można, nie zmuszając się zbytnio, przeczekać/przetrwać jeden numer, a później udać się po piwo albo do kibelka w niezachwianym przekonaniu, że niczego ciekawego się w międzyczasie nie przegapi. Chłopaki swoje pohałasują, odfajkowując z radością występ u boku "gwiazdy", a typowy bywalec koncertów zajmie się swoimi sprawami. I tak to powinno wyglądać, bo też takie jest miejsce młodych i przeciętnych zespołów.


ocena: -
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/blessedmetals
Udostępnij:

2 października 2012

Samael – Lux Mundi [2011]

Samael - Lux Mundi recenzja okładka review coverCzy nie można było tak od razu?! Czy naprawdę potrzebowali kilku lat, żeby dotarło do nich, w czym są najlepsi? Niepojęte! Otwierający płytę 'Luxferre' to fenomenalne uderzenie na miarę kapitalnych 'Rain' i 'Year Zero', z tym że jest jeszcze bardziej dynamiczny i przebojowy. Porywa od pierwszych taktów, miażdży super chwytliwym refrenem i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Rewelacja! Gdyby cały album był utrzymany na takim poziomie, to bez wahania okrzyknąłbym go najlepszym w historii zespołu, a poniżej wklepał mocne 10 i kategoryczny nakaz kupienia go za wszelką cenę. Tak dobrze jednak nie ma — choć i tak jest bardzo dobrze — i w większości pozostałych utworów Szwajcarzy korzystają z patentów, które sprawdziły się m.in. na "Reign Of Light" i "Solar Soul". Sprawdziły się i tutaj, bo podniosłe, wolne i bardzo klimatyczne utwory w typie 'For A Thousand Years', 'Mother Night', 'Pagan Trance' to przecież esencja ich stylu (a pisząc to mam na myśli oczywiście czwartą i piątą płytę) i znudzić się nimi nie sposób. Niewiele w nich naprawdę nowego, ale już wolę, jak grają przewidywalnie to, co latami dopracowali sobie do perfekcji, niż udają bogów ekstremy, którymi przecież nigdy nie byli. Powrót na właściwe tory nie jest jednak totalny, bo więzi z niesławnym "Above" podtrzymuje 'The Truth Is Marching On' – blasty, ostre riffy i ogólna sieczka, ale w ciekawszym niż ostatnio wydaniu, bo z dobrymi partiami klawiszy, czytelnym dźwiękiem i sporą chwytliwością. Brutalizmy w takiej dawce są do zaakceptowania, choć mnie próby dopierdalania w wykonaniu tego zespołu zalatują jakimś kryzysem wieku średniego. Trochę z poprzednika ostało się także w formule brzmieniowej, bo chyba robiono je pod nieco szybszy materiał, stąd gitary nie są aż tak ciężkie jak na "Solar Soul", ratują się natomiast czystością. Zatem na "Lux Mundi" nie ma nic, czego fan Samaela mógłby się przesadnie obawiać, jest za to zestaw kilku bardzo dobrych numerów z prawdziwą perłą w postaci 'Luxferre'. Dla mnie w pełni się tym albumem zrehabilitowali i liczę, że już im więcej nie odbije.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.samael.info

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

29 września 2012

Nasum – Shift [2004]

Nasum - Shift recenzja okładka review coverOstatni długograj w karierze Nasum"Shift" — przynosi nam 24 kawałki (Japońce mają o dwa więcej) przedniej grindowej rzeźni. Może nie do końca na najwyższych obrotach, bowiem chłopakom zachciało się — i bardzo dobrze! — odrobinkę więcej pokombinować z tempem, co zaowocowało większą różnorodnością (przykłady to chociażby świetne pomysły w 'Fury', 'Wrath', 'The Deepest Hole', 'Closer To The End', 'Circle Of Defeat' czy 'Fight Terror With Terror'). Efekt jest taki, że obok wyziewnych blastów generowanych przez Andersa, znalazło się miejsce na trochę grania w średnich tempach, czy chwilowych/chwytliwych zwolnień, w których uwypuklono coś na kształt linii melodycznej. Przyznaję, że przestraszyła mnie dziwnie lajtowa solówka w drugim na krążku 'The Engine Of Death', ale jak się szybko okazało, była to zmyłka. Dalsza część materiału dobitnie udowadnia, że 'zmiana' w tytule to nie obwieszczenie nowego początku, a zespół nie miał w planach przekształcenia się w następców czy naśladowców rodaków z In Flames, ani też — wzorem Napalm Death (z których twórczości w końcu czerpią "co nieco") — przerzucenia się na znacznie dłuższe i rozbudowane kompozycje. Tu nadal chodzi o czad, półtoraminutowe przemeblowania w głowie słuchacza i ogólną dewastację neuronów – impuls do szaleństwa i wyrzucenia z siebie agresji, gniewu, wściekłości i frustracji. I tu pojawia się coś ciekawego (dziwnego?), szczególnie gdy Mieszko drze się: "My work is done here / I’ve shed my share of blood, sweat and tears / I’m leaving this melting pot" lub "I won’t accept this life / A victim of your oppression", to te słowa nabierają innego, niemal profetycznego znaczenia. Zresztą, w paru miejscach daje się odczuć rozczarowanie życiem i przygnębienie z tego wynikające. Wszystko wymieszane ze sporym wkurwieniem. Na koniec dodam, że "Shift" popełniono w odmienionym składzie – basmana Jespera Liveröda wymieniono na Jona Lindqvista oraz dokooptowano gitarniaka Urbana Skytta. Jak ktoś lubi Nasum, to będzie zadowolony, a jak nie... to i tak warto zapoznać się z ostatnim albumem jednego z najlepszych przedstawicieli nowoczesnego grind core. Czas z "Shift" na pewno nie będzie stracony.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.nasum.com

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:


Udostępnij:

26 września 2012

Bone Dance – Bone Dance [2012]

Bone Dance - Bone Dance recenzja okładka review coverBone Dance mają fuksa, bo w ekipie Considered Dead to ja mam największą tolerancję na hard core’owe wynalazki. Niewiele to jednak pomogło zespołowi, bo ich materiał straszliwie mnie wymęczył. Trwa to tylko odrobinę ponad 35 minut, jednak i tyle niełatwo wysiedzieć do końca, o zapamiętaniu czegoś fajnego nie wspominając. Wbrew pozorom i tendencjom na scenie Amerykanie nie grają czegoś wyjątkowo zakręconego, nieprzystępnego – co to to nie. Oni grają dla bardzo hermetycznego grona odbiorców, albo po prostu... nieatrakcyjnie. Ja się skłaniam ku tej drugiej opcji, a mam po temu solidne podstawy – każdy numer na selftajtlu "Bone Dance" sprawia wrażenie podobnego do pozostałych, trudno doszukać się w nich jakichś wyróżników, ciekawostek, odrobiny energii, polotu, pierdolnięcia... Monotonna rytmika, jednostajny wokal, średnie tempa – w kółko jedno i to samo, bez sensownych urozmaiceń (w każdym razie drobne elementy sludge nie pomagają). Nudzi się to szybciej niż kolejne odcinki "Mody Na Sukces". Ponadto w paru momentach chłopaki brzmią jakby chcieli nawiązać do Converge, Mastodon czy innych szalonych miotaczy, ale to jest tak bardzo poza ich zasięgiem, że czym prędzej powinni stłamsić w sobie takie pomysły. Nie wykluczam, że w pewnych kręgach muzyka Bone Dance może się spodobać, tylko ja akurat do takich nie należę, co więcej – nie mam zamiaru się za takimi rozglądać. Nawet ewentualne zaangażowanie ideologiczne nic by tu nie dało, bo do przeczytania tekstów powinna zachęcić oprawa dźwiękowa. Takim nudzeniem tego nikt nie dokona.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.bonedance.net
Udostępnij:

23 września 2012

Homicide – Accepted Pleasingly [2006]

Homicide - Accepted Pleasingly recenzja okładka review coverKlasyczny death metal z Florydy ma fanów na całym świecie, w Ameryce Południowej też ich nigdy nie brakowało, ale tamtejsze kapele z dobiciem do poziomu swoich idoli z północy zawsze miały poważny problem. Niemłody już chilijski Homicide jest chlubnym wyjątkiem od tej reguły. Oczywiście do czołówki dużo im brakuje, ale tuszę, iż płytka "Accepted Pleasingly" powinna być atrakcyjnym kąskiem dla ludzi, którzy z lubością powracają do starych nagrań Malevolent Creation, Brutality czy Deicide, a w obecnym obliczu gatunku nie potrafią znaleźć niczego dla siebie. Album prezentuje ten sam, nieco już archaiczny sposób myślenia o ekstremalnej muzyce, co starzy wyjadacze z kraju hamburgera i coli – brutalnie, rytmicznie i z dużą dbałością o techniczne wykończenie. Do tego głęboki growl, duża dawka chwytliwych riffów i 'nieprzetrzepanych', czerpiących z thrash’u solówek. Homicide poruszają się raczej w umiarkowanych tempach (co nie oznacza, że perkman miga się od roboty) i dzięki temu brzmią masywniej od niejednego sprinterskiego bandu, choć sam dźwięk zdradza podziemne pochodzenie. Mnie taki łomot wchodzi bez problemu, mimo iż wtórny i przewidywalny jest jak diabli. Tu liczy się poziom i ogólne wrażenie, a to jest bez dwóch zdań bardzo pozytywne. Na koniec Chilijczycy pokusili się o własną interpretację 'Twisted Truth' i powiem wam, że wcale źle im to nie wyszło – do oryginału naturalnie nie ma pojary, ale od wersji czuć szacunek dla legendy. Gdyby Homicide uderzyli z takim materiałem powiedzmy piętnaście lat wcześniej, mogliby robić za południowoamerykańską sensację. Teraz taka muzyka to bardziej wycieczka sentymentalna dla nielicznych. Fajna i rzetelna, ale jednak.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil MySpace: www.myspace.com/thehomicideplace
Udostępnij:

20 września 2012

Suffocation – Souls To Deny [2004]

Suffocation - Souls To Deny recenzja okładka review coverNa początku tego milenium widzieliśmy sporo powrotów kapel, które wykitowały sporo wcześniej. Większość z nich była, delikatnie i jakże poetycko rzecz ujmując, do dupy. Na szczęście w przypadku mistrzów death/grind z Suffocation wszystko to wypadło całkiem nieźle. Może nie powalająco, ale na pewno bez obciachu. W sześć lat po ostatniej studyjnej produkcji Amerykanie powstali z martwych płytą wypełnioną graniem bardzo w ich stylu, choć może nie do końca przystosowaną do nowych realiów... Do składu po 10 latach powrócił perkusista Mike Smith, ale niestety rozpadł się duet gitarowy Hobbs-Cerrito i tego drugiego, który swego czasu zaliczył krótki etat w Hate Eternal, zastąpił Guy Marchais (udzielał się w Internal Bleeding i bardzo pokrewnej Pyrexii). Basowy wakat objął zaś (ale dopiero po nagraniach) Derek Boyer (ex-Dying Fetus, Deprecated, Vital Remains i masa innych). Szkoda, że się tak stało, ale zespół stracił nieco na brutalności, w miejsce której zaproponowano sporo melodii. Nie, nie dali dupy, bo to nadal ekstraklasa i poziom nieosiągalny dla większości brutalistów, ale na "Souls To Deny" wycinają po prostu (ładne mi po prostu...) brutalny i techniczny death metal. Rzeźnia jest naprawdę całkiem niezła, ale... jednak nie tego można było oczekiwać po autorach "Pierced From Within" i "Despise The Sun". Blasty, owszem, są, ale daleko im do wyziewów generowanych przez Dave’a Culrossa na wspomnianej EP. Zastanawiające, co się stało z brzmieniem. Zniknął charakterystyczny dla tej kapeli potężny 'dół', którym zachwycali w przeszłości (z wiadomym wyjątkiem), jest za to czyste i wyjątkowo przejrzyste brzmienie deathmetalowe. Frank Mullen... coś jakby stracił dawną moc – ale obstawiałbym, że to raczej wina brzmienia, bo na żywca radził sobie wspaniale i zupełnie nie było po nim widać długiego rozbratu ze sceną. Melodie... bywa tak, że w jednym kawałku jest ich tyle, co wcześniej na całej płycie, ale są tego plusy, bo numery można teraz łatwiej od siebie odróżnić. 'Deceit' (dedykowany byłej żonie Mullena, hehe...), 'Demise Of The Clone', 'Subconsciously Enslaved' (kapitalny tytuł!) – tak naprawdę warto posłuchać całości, przynajmniej część z was nie powinna narzekać, bo — warto jeszcze raz podkreślić — dupy nie dali. Na zakończenie okładka – jest świetna, już przy pierwszym spojrzeniu widać tam rękę Mistrza.


ocena: 8/10
demo
oficjalna strona: www.suffocationofficial.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

17 września 2012

Absvrdist – Illusory [2012]

Absvrdist - Illusory recenzja okładka review coverTak na pierwszy rzut oka Absvrdist nie sprawia najlepszego wrażenia – dziwna, zalatująca emo-szajsem okładka, tylko dwóch, za przeproszeniem, członków w składzie i muzyka z etykietką black-grind. To w zupełności wystarczy, żeby nie zawracać sobie nimi głowy dłużej niż przez trzy sekundy. A niesłusznie, bo muzykę na swoim debiucie stworzyli co najmniej dobrą – taką, której warto poświęcić kilka chwil, zwłaszcza, że sama płytka do najdłuższych nie należy. Po pierwsze, zapomnijcie o blackowych pierwiastkach – "Illusory" to album z bardzo współcześnie (bo nowocześnie to za duże słowo) potraktowanym grindem – rozwrzeszczanym i niestroniącym od obcych wpływów (głównie thrash’owych – w riffach), w którym jednak pobrzmiewają echa klasyków z Napalm Death i Brutal Truth. Daje to zagrany z głową i zacnie brzmiący agresywny wypierd o zaskakująco dobrym współczynniku słuchalności. Katowaniu "Illusory" sprzyja też optymalna długość płytki – zaledwie 22 minuty. Nie ma tego zatem wiele, ale przez wzgląd na stosunkowo duże urozmaicenie kawałków oraz brak zapychaczy i bzdurnych rozwiązań, porcja hałasu zaserwowana przez Absvrdist jest całkiem sycąca. Błędów czy wyraźniejszych uchybień tu nie znajdziecie, powiem więcej – czepianie się Amerykanów byłoby tylko szukaniem dziury w całym. Nie oznacza to, że w przyszłości nie może być lepiej – mnie wystarczy, żeby główny wokalista histerycznie darł mordę na granicy utraty głosu i wyrzygania bebechów. W muzyce nie muszą specjalnie nic zmieniać.


ocena: 7/10
demo

podobne płyty:

Udostępnij:

14 września 2012

My Dying Bride – For Darkest Eyes [2002]

My Dying Bride - For Darkest Eyes recenzja okładka review coverSprawa jest prosta jak metalówka-inteligentka – odświeżona wersja "For Darkest Eyes" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów My Dying Bride! Może i koncert z Krakowa jest wszystkim doskonale znany (swego czasu nawet kilka razy wyemitowała go telewizja publiczna!), ale zapewniam, że zawsze ogląda się go z prawdziwą przyjemnością. Faktem jest, że realizacja odbiega nieco od dzisiejszych standardów, ale jakichś większych zgrzytów nie ma i da się spokojnie dotrwać do końca, szczególnie że warto. Dobór kawałków jest doskonały, mamy tu największe hity zespołu z trzech płyt i epki: 'A Sea to Suffer In', 'The Cry of Mankind', 'Your River', 'Your Shameful Heaven', a na zakończenie solidny wyziew w postaci 'The Forever People'. Już dla samego koncertu warto to dvd nabyć. A są jeszcze dodatki! I tu chyba przesadzili, bo jest ich ponad dwie godziny!! Ale mawiają, że od przybytku głowa nie boli, co najwyżej żołądek. Na początek wszystkie (jest ich sześć) teledyski z lat 90-tych, od epkowego 'Symphonaire Infernus Et Spera Empyrium' po 'For You' z "Like Gods Of The Sun". Kapitalnie prezentuje się sekcja z archiwaliami. Władowano tam m.in. świetny i profesjonalnie zarejestrowany występ z Dynamo Open Air z 1995 (po dwa numery z drugiej i trzeciej płyty – pyszności!) oraz niezły rodzynek w postaci całego (!) koncertu z Willem II z 1993. Szczególnie ten drugi, choć wybitnie niedoskonały pod względem technicznym (tragiczne brzmienie werbla), stanowi solidną prezentację zespołu z wcześniejszej fazy działalności. O takim szczególiku jak galeria zdjęć (w tym kilka wyjątkowo głupawych) i grafik szerzej wspominać nie trzeba. Czyli wszystko jasne – "For Darkest Eyes" to łakomy kąsek dla wielbicieli Brytyjczyków, także tych bardziej ortodoksyjnych, dla których po wydaniu "34.788%... Complete" zespół się skończył.


ocena: 9/10
demo
oficjalna strona: www.mydyingbride.net

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

11 września 2012

Ascariasis – Ocean Of Colour [2012]

Ascariasis - Ocean Of Colour recenzja okładka review coverUmiejętności i nadmiaru pomysłów można tym młodym Kanadyjczykom tylko pozazdrościć, bo w niespełna półgodzinny materiał wstrzyknęli tyle patentów, ile innym kapelom wystarcza na całą, ciągnącą się przez lata, dyskografię. Problem, przynajmniej w moich oczach, polega jednak na tym, że ze spójnością i komunikatywnością muzyki mają jeszcze pewne problemy. Moooże i wymagam za dużo od tak młodego i niedoświadczonego (to ich pierwszy oficjalne wydawnictwo) zespołu, ale co poradzić – takie czasy i poprzeczka zawieszona jest naprawdę wysoko. Chłopaki kombinują naprawdę ostro, sięgając do przeróżnych stylistyk, ale jak na razie z tych technicznych szaleństw na granicy połamania palców nie wyłania się ich własna, oryginalna. No chyba, że cały pomysł ma polegać na graniu i mieszaniu wszystkiego, co im do głów wpadnie, a jest tego dużo – od death-core, przez brutal death, melodyjny death, wpływy neoklasyczne, post-co-popadnie i ambient. Jeśli tak, to na tym daleko nie zajadą, bo kapel grających podobne wygibasy mamy wbrew pozorom mnóstwo, a wszystkie brzmią podobnie. To raz. Dwa, że kwestia zapamiątywalności kawałków wgląda u Ascariasis dość nietypowo. W trakcie słuchania można się zgubić od natłoku dźwięków, do pewnych motywów trudno wrócić pamięcią, ale słysząc ten materiał ponownie po pewnym czasie, można — i to jest zaskakujące — bez większego trudu przypomnieć sobie, gdzie i co było. To już coś, choć wiadomo, że rzecz nie dotyczy wszystkich utworów w jednakowym stopniu. Najlepiej wyszły im 'Shatter' i 'Carving The World', czyli początek i koniec, a to za sprawą bardziej wyrazistych riffów i ciekawiej rozłożonych akcentów rytmicznych. W tym właśnie widzę dla nich kierunek na przyszłość, a przynajmniej bazę do dalszego rozwoju.


ocena: -
demo
Udostępnij:

8 września 2012

Grave – Endless Procession Of Souls [2012]

Grave - Endless Procession Of Souls recenzja okładka review coverDobrze wiedzieć, że wciąż jest miejsce dla takiego grania, a Obituary, Asphyx, Autopsy czy właśnie Grave znajdują (nie)przyzwoite grono stałych odbiorców, dla których brudny i ociężały death metal nie jest tylko sezonową fascynacją. O ile mnie pamięć nie myli, poprzedni album Szwedów był całkowicie zanurzony w oldskulu, a przebojowością zamiatał dość konkretnie. Czy coś uległo zmianie w tym temacie? Wtajemniczeni pewnie już znają odpowiedź... Nowy krążek powstał, tak jak wcześniejsze, w ich własnym studiu, muzycy sami też zajęli się produkcją, więc na zauważalne zmiany nie należało się nastawiać. Ciężko, brutalnie, niekiedy żwawo, z grobowymi zwolnieniami – mielonka i walcowanie, muzyka, dla której czas zatrzymał się na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Innymi słowy nie ma tu niczego, czym Szwedzi mogliby kogokolwiek zaskoczyć na tym etapie kariery. Kto czuje miętę do ich najbardziej klasycznych nagrań, a i zdarza mu się wzdychać przy ostatnich, ten i "Endless Procession Of Souls" przyjmie ze łzami wzruszenia, bo to Szwecja jakich teraz mało. Kto zaś się wcześniej z nimi nie zetknął (zdrowy rozsądek wyrywa się z pytaniem, czy są w ogóle tacy, rzeczywistość odpowiada zaraz – żebyś się, kurwa, nie zdziwił...), ten pewnie idei tego prostego grania zupełnie nie załapie. Tym samym Grave pozostaje zespołem dla ludzi, którzy już trochę death metalu w swoim życiu słyszeli i na tanie sztuczki nabrać się nie dadzą. Coś mi się wydaje, że tylko tacy będą potrafili w pełni docenić te zgrabne aranżacje, sposób budowania klimatu, pierwotne wpływy, strzelone na szybkiego solówki czy niewymuszoną chwytliwość. Dużą zaletą "Endless Procession Of Souls" jest to, że można się przy niej naprawdę dobrze zrelaksować – tu nie trzeba wytężać mózgowiny w celu ogarnięcia technicznej ekwilibrystyki, ani też więdnąć z nudów przy bezpłciowym bulgocie. Ciosy w typie 'Amongst Marble And The Dead' (zalatuje starym Death), 'Encountering The Divine' (mógłby się znaleźć na ostatnim krążku Entombed), 'Winds Of Chains' (ten z kolei to ukłon w stronę Autopsy, i ma klawy refren!) czy 'Perimortem' to najzwyczajniej w świecie porządnie bujające numery. A że takie bujanie na koncercie może wywołać dziki amok to już inna sprawa.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalna strona: www.grave.se

inne płyty tego wykonawcy:

podobne płyty:

Udostępnij: