facebook
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty

11 kwietnia 2013

Orphaned Land – The Never Ending Way Of ORwarriOR [2010]

Orphaned Land - The Never Ending Way Of ORwarriOR recenzja okładka review cover
Sześć lat zajęło muzykom Orphaned Land nagranie nowego albumu. Można było więc domniemywać, że materiał będzie dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach. I jest – przynajmniej w pewnym sensie. Z jednej strony dostaliśmy bowiem album nagrany z niesamowitym rozmachem, wielopłaszczyznowy i łączący, skrajne niekiedy, style muzyczne, bogaty w detale i zabierający słuchacza w muzyczną podróż. Z drugiej strony jednak, krążek wyszedł potwornie długi (siedemdziesiąt osiem minut, (sic!)), a przez to trochę jakby rozwodniony, stylowo uderza bardziej w folk niż prog i niestety trochę przynudza i dłuży się. W porównaniu do poprzednika stracił na wyrazistości i mocy i to dość znacznie. Pierwsze kilka podejść zakończyło się u mnie fiaskiem – nie byłem w stanie dotrwać do końca albumu.

20 stycznia 2012

Screwrot – Splattering Cunts [2011]

Screwrot - Splattering Cunts recenzja okładka review cover
Wyobrażenia kapel na temat własnej tfurczości bywają doprawdy zadziwiające. Taki Screwrot to, naturalnie w oczach jego twórców, "slamming guttural brutal death metal". Tak dużo słów, tak dużo niepotrzebnych słów, żeby przykryć jakże bolesną prawdę. Kolesie robią bezmyślny, monotonny, nieskładny, nędznie brzmiący hałas, który nie posiada żadnych znamion muzyki. Wszystkie kulawe patenty, które słychać na "Splattering Cunts" można z powodzeniem streścić w jakichś dziesięciu sekundach – i gdyby tak zrobili, byłbym im jako tako przychylny w przekonaniu, że zwyczajnie robią sobie z ludzi jaja. Ale nie, ufni w swój talent (?) i umiejętności (?) natrzaskali tego syfu prawie 35 minut, a to już powinno podpadać pod jakiś paragraf. Nie dała bozia pomyślunku, oj nie dała.

4 czerwca 2010

Amaseffer – Slaves For Life [2008]

Amaseffer - Slaves For Life recenzja okładka review cover
Czas na coś prostszego – muzykę lekką, łatwą i przyjemną. Muzykę, która nie zmusza słuchacza do wytężania swoich szarych komórek, nie przepala obwodów swoją ponadprzeciętną złożonością, nie dewastuje aparatu słuchu intensywnością ani nie skręca kiszek ilością decybeli. Muzykę w sam raz na niedzielne popołudnie, kiedy Kubica już swoje wyjeździł (a Borowczyk wygadał), ruszać dupska nam się z domu nie chce, a książkę się przed chwilą skończyło. Muzykę do relaksu. Czasami i tak trzeba, choćby po to, by móc później docenić zniszczenie serwowane przez kapele pokroju Deception, Krisiun czy Immolation – żeby się odnieść tylko do ostatnich recenzji. Ja Amaseffer słucham bez specjalnego powodu – po prostu mi się podoba. Ale jest jedno 'ale' – nawet wtedy muszę mieć odpowiedni nastrój. Przy całej swojej lekkości i przyjemności, jest to jednak materiał specyficzny, który nie zawsze pasuje do chwili, nie jest uniwersalny.

8 kwietnia 2010

Betrayer – My Twisted Symphony [1998]

Betrayer - My Twisted Symphony recenzja okładka review cover
Chyba tak już musi być, że niekiedy kapele po nagraniu całkiem niezłego materiału — czy to demo, ep-ki czy nawet longpleja — przepadają bez śladu. Z drugiej strony – istnieją też rzesze kapel, które prezentują sobą poziom niedorozwiniętej marchewki, a głupi lud i tak się nimi podnieca. Na szczęście na naszym blogu takich szmir nie uświadczycie, więc spokojnie możecie czytać wszystkie teksty. W powyższe rozważania doskonale wpisuje się bohater dzisiejszego dnia, czyli izraelski Betrayer – kapela, która nagrała całą jedną ep-kę (a wcześniej kilka demówek), po czym słuch po niej zaginął. Na szczęście nie zaginęły płyty, a jednej z nich stałem się szczęśliwym posiadaczem. "My Twisted Symphony" to nieco ponad kwadrans nietuzinkowych, thrash/deathowych aranżacji wzbogaconych o klawisze i techniczne zagrywki.

23 marca 2010

Orphaned Land – Mabool [2004]

Orphaned Land - Mabool recenzja okładka review cover
Skoro mieliśmy na tapecie kapelę z Pakistanu, to kapela z Izraela także nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Tym bardziej, że kapela to nie byle jaka, być może nawet jej nazwa obiła się wam o uszy. Jeśli się jednak nie obiła, to po to między innymi istnieje ten blog, by móc wam niektóre takie perełki przedstawiać. Bo o tym, że mamy do czynienia z albumem więcej niż solidnym, porządnym warsztatowo i stworzonym z rozmachem, jestem przekonany. Do rąk dostajemy przeszło godzinę bliskowschodnich progresji upiększonych growlami, chórami i tuzinem całkiem niegłupich solówek. Kolaż jest więc syty, ale i wrażenia po przesłuchaniu są adekwatne, a przeważa wśród nich chęć kolejnego przesłuchania. Jest to chyba jeden z ważniejszych wskaźników zajebistości płyty, kiedy po jednej sesji następuje kolejna. Wspomniana godzina z okładem mija szybko, co nie znaczy, że ucieka między palcami – mam raczej na myśli to, że słucha się "Mabool" bardzo miło i przyjemnie.