facebook

29 lipca 2010

Spinal Cord – Remedy [2003]

Spinal Cord - Remedy recenzja okładka review cover
"Debiutancki album grupy założonej przez muzyków DEVILYN!" – w ten oto niewybredny sposób wydawca zachęcał ludziskuf do zapoznania się z "Remedy", mając zapewne nadzieję, że umiejętność liczenia na palcach jednej ręki bezpowrotnie w narodzie zaginęła. Już taka durna zagrywka mogła negatywnie nastawiać do zespołu potencjalnych odbiorców, a co dopiero tych, których — tak jak mnie — nie ruszyło ani ich promo, ani nie przekonała ówczesna kondycja koncertowa. Czasem jednak warto przełamać wewnętrzne opory, bo inaczej niezły kąsek może przejść nam koło nosa. No i na "Remedy" mamy do czynienia z przyjemną niespodzianką. U mózgów tej ekipy wyraźnie zaprocentowały doświadczenia zdobyte w Devilyn, bo materiał jest dokładnie przemyślany, odpowiednio złożony, profesjonalnie obrobiony, słucha się go bardzo dobrze, a w porywach nawet zajebiście.

26 lipca 2010

Terror Squad – Chaosdragon Rising [2006]

Terror Squad - Chaosdragon Rising recenzja okładka review cover
Drugi longplej japońskich thrashersów przypomina spuszczoną ze smyczy Godzillę – w chuj nieokrzesanej dzikości i pierwotnej agresji. I jak na rasowego Japończyka przystało, składa się głównie z wrzasków, kakofonicznych sekwencji dźwięków, szesnastu ton szaleństwa i odrobiny nieprzetworzonego popierdolenia. A żeby nie było za cukierkowo i gładko – album od początku do końca brzmi garażowo. I w ten właśnie sposób już dziki materiał staje się jeszcze bardziej siermiężny, nieociosany i bezpośredni. Godzilla atakuje i sieje totalne zniszczenie! Efekt jest taki sam, jak gdyby album nagrała jakaś grupa nieopierzeńców (a nie starszych panów), którzy — w swoim młodzieńczym buncie — postanowili zamanifestować światu swoje niezadowolenie i maksymalne wkurzeniem a cały myk w tym właśnie, że chłopakom do podrostków trochę brakuje i to z niewłaściwej strony.

23 lipca 2010

Yattering – Genocide [2003]

Yattering - Genocide recenzja okładka review cover
Chyba każdy miłośnik death metalu w polskiej odmianie mniej więcej kojarzy, że okres, w którym powstawał materiał na "Genocide" nie był dla Yattering wyjątkowo udany. Płynące z każdej strony szambo mogło pogrzebać zespół — który nota bene sam w tym zamieszaniu nie był bez winy — jeszcze przed wejściem do studia. Te wszystkie zawirowania miały oczywiście wpływ na ostateczny kształt albumu, i tak się ciekawie składa, że wpływ bardzo pozytywny. Płyta pod każdym względem przebija poprzednią, a przy tym jest od niej wyraźnie inna, choć nadal zanurzona w konwencji pojebanego technicznego death metalu, który można stawiać w jednym rzędzie z Gorguts i Cryptopsy. Tak mili państwo, "Genocide" to nie tylko świetny krążek jak na polskie warunki, to jest klasa światowa! Już samo brzmienie przytłacza i pokazuje, że do takiej muzy trzeba fachowca z odpowiednim podejściem,

20 lipca 2010

Witchmaster – Violence And Blasphemy [2000]

Witchmaster - Violence And Blasphemy recenzja okładka review cover
Witchmaster na swym debiucie zauroczył mnie swoją prostą, aczkolwiek skoczną i chwytającą za serce speed-black-thrashową młócką z równie prostym i uroczym przesłaniem – "Satanic Metal Attack!". Mimo, że korzenie tej muzyki tkwią głęboko w latach 80-tych ubiegłego wieku, wszystko jest zagrane w sposób naturalny i z jajami. Bo trzeba mieć jaja, żeby wyskakiwać do ludzi z takim zasyfionym — jak to się modnie określało dekadę temu — retro metalem. Rozpaczliwe duety wokalne Geryona i Rejash’a (absolutnie nie do podrobienia!), zalatujące piekielną siarą thrash’owe riffy i niekontrolowany (momentami) łomot generowany przez Vitolda – zero ozdobników (bo introsy na pewno nimi nie są), zero kompromisów, zero udawania. Maksymalnie bezpośrednie — co by nie powiedzieć infantylne — teksty łatwo wpadają w ucho i doskonale nadają się do zdzierania na nich gardła.

17 lipca 2010

Psalm – Threshold Of Escape [1997]

Psalm - Threshold Of Escape recenzja okładka review cover
Już wyjaśniam skąd się wzięła na naszym blogu ta kapela – otóż jest ona kolejnym konsumenckim eksperymentem, jaki zrobiłem w moich poszukiwaniach kapel, które można by uznać za spadkobierców Nocturnusów. Eksperymentem średnio udanym. Jak się okazuje (znów), rewelacje głoszone przez sprzedawców ze sklepów sieciowych należy podzielić przez dwa, po czym z wyniku wyciągnąć pierwiastek. Najlepiej trzeciego stopnia. 'Death metal w klimatach Nocturnusów' – tak mniej więcej brzmiał opis aukcji... i jeszcze ten tytuł "Threshold of Escape", który tak mocno zasugerował sprzedawcy podjęcie tematu po amerykańskich madafakerach. Po lekturze albumu mogę bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że Psalm ma tyle wspólnego z Nocturnusami, co Francuzi z bohaterstwem. A, zapomniałem dodać – Psalm to Francuzi, może więc w tym tkwi problem...

14 lipca 2010

Christ Agony – Daemoonseth Act II [1994]

Christ Agony - Daemoonseth Act II recenzja okładka review cover
Pierwsze skojarzenie po hasłach "metal" i "lata 80-te"? Kat! Pierwsze skojarzenie po hasłach "metal" i "lata 90-te"? Kat! Ale zaraz potem: Christ Agony – czyli zespół, który w swych początkach osiągnął na światowej scenie więcej niż wielu naszych obecnych (głównie samozwańczych) gwiazdorów. Zespół — podobnie jak Kat — wyjątkowy, niepodrabialny, kroczący własną ścieżką, dumnie wyrastający ponad innymi polskimi tworami. Solidną porcję niezaprzeczalnego geniuszu Cezara & C.O. znajdziecie na "Daemoonseth Act II" – najlepszym, a przynajmniej najbardziej przeze mnie uwielbianym krążku olsztyńskiej formacji. Płyta powiela wszystkie zalety debiutu — przy czym każdy jej element jest jeszcze lepiej dopracowany, dopieszczony do granic możliwości — i poszerza je o zdecydowanie bardziej profesjonalną realizację studyjną (co pociągnęło za sobą nawet głosy o komercjalizacji!) oraz wprost przeogromną dawkę chwytliwości.

11 lipca 2010

Karl Sanders – Saurian Meditation [2004]

Karl Sanders - Saurian Meditation recenzja okładka review cover
Z Sandersem to jest tak, że gdy mu się powie, iż dupa z niego a nie Egipcjanin, to ma się gwarantowanego kopa w zęby ciężkim buciorem, z półobrotu. Bez możliwości odwołania. Bo Sanders to Egipcjanin z krwi i kości... tylko jakoś tak wyszło, że go mamusia w Stanach poczęła, a mamusi nie było Kleopatra. Ale dość tych krępujących faktów z życia naszego Numernabisa, czas zająć się debiutem jego solowego projektu. "Saurian Meditation" to niemal godzina ambientowych aranżacji mocno osadzonych w bliskowschodnich klimatach – głównie egipskich, ale nie tylko. Wszystko począwszy od instrumentów, a skończywszy na konstrukcji utworów dobrane jest tak, by spotęgować odczucie, iż przebywa się w Egipcie – tyle, że nie tym dzisiejszym, z katalogów biur podróży, tłumnie obleganym przez małomiasteczkowych Polaczków na dorobku, ale takim lekko lovecraftowskim.

8 lipca 2010

Misteria – Universe Funeral [2002]

Misteria - Universe Funeral recenzja okładka review cover
Debiut ekipy działającej w cieniu Wielkiej Cipy był co najmniej udany i rokował nadzieje na porządnego następcę. I właśnie takim bardzo porządnym krążkiem jest "Universe Funeral", czyli materiał nagrany i wydany jeszcze zanim Misteria rozlazła się w szwach jak malezyjskie obuwie przemysłowe. Przy drugiej płycie chłopaki nie poszli na kompromisy, nie wymiękli i nie powtórzyli się, za to skomponowali kawał (wyświetlacz mówi o 72 minutach, kłamczuszek...) dojrzałego, oryginalnego (jak na nasze warunki to nawet bardzo) i wymagającego grania, które mimo to szybko wpada w ucho i jest łatwe w odbiorze. Mamy tu mnóstwo ciekawych, niestandardowo z sobą połączonych pomysłów, które zapewne zostałyby zmarnowane, gdyby nie sprawni instrumentaliści – pod względem technicznym cała kapela wypada okazale, przy czym największy postęp dotyczy sekcji rytmicznej, zwłaszcza basu. Poszczególne kawałki są lepiej przemyślane i poskładane niż na "Masquerade Of Shadows" – drastyczne zmiany tempa i klimatu to standard,

5 lipca 2010

Mindlag Project – Mindlag Project [2009]

Mindlag Project - Mindlag Project recenzja okładka review cover
Dziś, zupełnie z partyzanta, debiutancki krążek dzielnych Francuzów z Mindlag Project. "Mindlag Project" — bo tak się nazywa ten album — to solidny kawał (prawie 70 minut) nowoczesnego thrashu (nieco nawet zakombinowanego) obficie czerpiącego z core’owych tradycji oraz melodyjności szwedzkiej sceny death. Ale to nie koniec niespodzianek jakie mają w zanadrzu potomkowie Assurancetourixa – w skład zespołu wchodzi pełnoetatowy wiolonczelista, szkoda tylko, że prawie w ogóle go nie słychać. Niby coś tam chłopak piłuje, stara się jak umie, ale gówno z tego wychodzi, bo instrument ginie pomiędzy pozostałymi (a może jednak w ogóle nie gra...). Pomysł dobry, realizacja niestety dużo słabsza – więc lekcja na przyszłość, chłopaki, by nad produkcją przysiąść i nie skąpić kasy, w końcu nie jesteście ze Szkocji.

2 lipca 2010

Demise – God Insect [2000]

Demise - God Insect recenzja okładka review cover
Cudze chwalicie, swego, kurwa!, nie znacie... Drugi, a zarazem najlepszy album zajebiście niedocenionego, a niestety już nieistniejącego Demise masakruje odważnym technicznym death metalem z charakterystycznymi naleciałościami melodyjnego — acz nie sofciarskiego — odłamu szwedzkiej sceny. Muza to zaprawdę konkretna: wymagająca pod względem technicznym, jednak świetnie zaaranżowana, a przez to łatwa w odbiorze, emanująca wprost niezwykłą energią i po prostu porywająca do szaleńczego młyna. Naprawdę, trudno spokojnie usiedzieć na dupie, słuchając tych chwytliwych dźwięków – bywalcy koncertów Demise mi świadkami. Już po krótkiej chwili obcowania z "God Insect" można dojść do wniosku, że upychając w jeden numer tyle riffów i zmian tempa, ci kolesie momentalnie się wypalą.