Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty

7 września 2022

Dark Tranquillity – Moment [2020]

Dark Tranquillity - Moment recenzja reviewRóżnej maści selling out-y są kretynizmem, gdyż w większości przypadków prób przejścia na „mainstream” (jak np. Paradise Lost), muza wciąż jest zbyt ciężka i za mocna dla normalnego odbiorcy. Pewnych murów się nie przeskoczy i można sobie zrezygnować z growlingu, zacząć pisać o kochaniu ludzi, zamiast ich zabijaniu i zjadaniu, ale nic to nie da, jeśli nie jest się produktem od początku do końca stworzonym przez korporacje, a zabawa w muzykę alternatywną, staje się szybko alternatywą do zarabiania kasy. Ostatecznie zawodzi się starych fanów, a niekoniecznie zyskuje nowych.

Nie jest to oczywiście nic nowego i już mówię do czego zmierzam. Zastanawiałem się nieraz nad fenomenem Dark Tranquillity – udało im się z sukcesem na poważnie zmiękczyć swój styl o elementy Pop, bez utraty szacunku w środowisku Metalowym i to czasem wśród ludzi, których oceniając po recenzjach bym w życiu nie podejrzewał, że lubią coś takiego. Ja sam jestem już tak bardzo odzwyczajony od popeliny i melodyjnego śpiewu, że mnie mdli jak coś leci w radiu w aucie i ostro rzygam przy disco polo. A tu jakby nie patrzeć, Dark Tranquillity wyrobił sobie renomę wręcz mistrzów grania śpiewnego Melo-Death.

Niemniej jednak, dwunasty już album, Moment nie zyskał wielkiego aplauzu, jak wcześniej. I tak sobie słuchałem tej płyty i dumałem – „pierwsze 4 tracki rewelacja, może piąty będzie kiepski?” I w sumie „Remain in the Unknown” był średniawy, ale za to kolejny, „Standstill” przywrócił wysoki poziom. Doszedłem do ósmego tracku („A Drawn Out Exit”) i zgodnie z jego tytułem, uznałem go za nadmiernie rozciągnięty. Ale zaraz po nim nastąpiły ostatnie 4 tracki i znowu się zachwyciłem każdym z nich, zwłaszcza „Eyes of the World” i „Failstate”. Nie nudziłem się przy słuchaniu. Może więc ludziom po prostu się już przejadło?

Nie widzę natomiast żadnego powodu, dla którego miałbym krytykować płytkę, zwłaszcza że nie tylko wypada ona lepiej na tle niektórych starszych dokonań grupy, ale prezentuje wysoką klasę i doświadczenie w tworzeniu wartościowej muzyki. Dark Tranquillity nie tworzy dla popularności i wyświetleń, bo wtedy musieliby przejść na Trap, albo jakieś inne klubowe gówno, a raczej dodaje do ciężkich brzmień odrobinę Pop Rock’a dla… Metali, aby mogli sobie puścić coś lżejszego, bez poczucia wstydu i zażenowania.

P.S. A jeśli wasza dziewczyna/chłopak nie trawi Metalu, to nawet jak to wciąż będzie zbyt ciężkie dla ich uszu, to przynajmniej nie doprowadzi do rozpadu związku, jak sobie puścicie głośno (przetestowane). I na tym może lepiej już zakończę swoje wypociny.


ocena: 9/10
mutant
oficjalna strona: www.darktranquillity.com

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

31 sierpnia 2022

Albert Mudrian – Oblicza śmierci. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’u [2020]

Albert Mudrian - Oblicza śmierci. Niewiarygodna historia death metalu i grindcore’u recenzja reviewW 2016 roku książka „Wybierając śmierć” doczekała się uaktualnionego i rozszerzonego wydania, które — co ciekawe, tylko w Polsce — ukazało się pod zmienionym tytułem – Oblicza śmierci. Oryginalna wersja wyszła w 2004 roku (w Polsce 2007) i została niezwykle ciepło przyjęta, bo jako pierwsza tak dogłębnie poruszała temat historii death metalu i gind core’a. Jednocześnie już wtedy było niemal oczywiste, że przy tak szybko zachodzących zmianach na scenie, po jakimś czasie będzie wymagała uzupełnienia, a przy okazji – upiększenia. Polskiej edycji dopilnowało wydawnictwo In Rock, więc o jakość tego tomiszcza nie trzeba się martwić – jak zwykle jest bardzo dobrze, choć nie idealnie.

Jako, że nie mamy do czynienia z całkowicie nową pozycją, w moim opisie skupię się przede wszystkim na różnicach między wydaniami i argumentach przemawiających za zakupem tej książki, nawet jeśli już macie w swych zbiorach wersję z 2007 roku. Zacznę od różnic. Najbardziej oczywista rzuca się w oczy od razu – to okładka autorstwa Dana Seagrave’a, żywcem wyjęta z początku lat 90-tych. Już ze względu na nią — a weźcie pod uwagę, że całość ma ponad 570 stron, kolorową wkładkę ze zdjęciami i jest zamknięta w twardej oprawie — warto mieć ten tom na półce. Zmian w treści jest więcej. Po pierwsze podmieniono oryginalną przedmowę Ricka Terry’ego na nową, której autorem jest Scott Carlson z Repulsion. Po drugie część pierwotnego materiału delikatnie przeredagowano, przy czym raczej coś dodając, aniżeli usuwając – a zwykle chodzi o naprawdę drobne fragmenty (okoliczności nagrań „Scream Bloody Gore”, ewolucja Amorphis i Tiamat, dziedzictwo Chucka Schuldinera, trasa Pantery i Morbid Angel, rozdział o rozwoju i przyszłości gatunku). Mudrian solidnie rozbudował wyłącznie rozdział „Szalona moda”, dopisując co nieco o zdarzeniach poprzedzających nagrania „Leprosy”, „Spiritual Healing”, „From Beyond” czy „Piece Of Time” oraz o zawirowaniach ze składem Napalm Death i pamiętnej trasie Death-Carcass-Pestilence, w czasie której doszło do rozłamu w tym ostatnim zespole. Ponadto zaktualizowano wykaz osób i płytowy niezbędnik (do 2016), który stał się przez to jeszcze bardziej kontrowersyjny.

A co w Obliczach śmierci jest całkowicie nowego? Z rzeczy mniejszych – wstęp Alberta Mudraina do wydania polskiego. Z rzeczy większych – aż trzy rozdziały. Z rzeczy niepotrzebnych – dodatki do polskiego wydania. Słówko o dopisanych rozdziałach. „Co kryje się za północnymi wichrami” skupia się na wkładzie w gatunek — i w mniejszym stopniu historii — holenderskich (Thanatos, Pestilence, Asphyx, Gorefest) i fińskich klasyków (Abhorrence, Convulse, Demilich). Nie ma tego wiele, w dodatku są to przede wszystkim doskonale znane fakty, no ale wcześniej nie było o nich ani słowa. „Dźwięki wytrwałości” dotyczą tego, w jakich kierunkach death metal i gind core rozwinęły się od czasu wydania „Wybierając śmierć”. Z jednej strony mamy tu kapele przypominające o korzeniach gatunku (Death Breath, Bloodbath), z drugiej takie, które rozwinęły technikę ponad znane dotąd poziomy (Necrophagist, Obscura, Origin), z trzeciej zaś eksperymentatorów maści wszelakiej (Horrendous, Morbus Chron, Portal). Kilka zjawisk autor ewidentnie tu pominął — choćby scenę brutal death — ale rozdział daje przynajmniej ogólny zarys tego, co się dzieje świecie ryków i blastów. W ostatnim rozdziale „Wykop i zeżryj” Mudrian zajął się kilkoma co bardziej spektakularnymi powrotami zza światów, najwięcej miejsca poświęcając Carcass, At The Gates i Asphyx, choć trafiło się także kilka słów o objazdowym cyrku pod tytułem Death To All.

Cieszy mnie, że autor nie olał tematu i starał się przybliżyć czytelnikom więcej, niż za pierwszym razem. Zaprocentowało doświadczenie oraz łatwiejszy dostęp do źródeł – w końcu to redaktor Decibel Magazine. Ponadto bardzo pozytywne jest to, że w ciągu 12 lat dzielących oba wydania Mudrian nie „wydoroślał”, nie wyrósł z death metalu, co tylko dobrze o nim świadczy. Największy problem książki pozostał ten sam – prawie wszystko kręci się wokół kapel z Earache, Roadrunner i Relapse. Nawet takie wczesne potęgi jak Nuclear Blast, Peaceville i Century Media wspominane są półgębkiem, przy okazji czegoś innego, a nowsze i mniejsze wytwórnie praktycznie nie istnieją. Minusem polskiej edycji na pewno są idące w dziesiątki literówki (w redakcji zalągł się potwór pożerający ogonki w cytatach), rozbieżności w tytułach rozdziałów (co innego w spisie treści, a co innego w głębi książki) oraz nic nie wnoszące (oprócz dublowania wcześniejszej treści) dodatki do wydania.


demo
oficjalna strona wydawcy: inrock.pl
Udostępnij:

30 sierpnia 2022

Toxaemia – Where Paths Divide [2020]

Toxaemia - Where Paths Divide recenzja reviewDużo ostatnio sobie czytałem odnośnie polskiej sceny i tego, jakiegoż to my pecha nie mieliśmy, że się nie udało naszym dobrym kapelom zrobić kariery na zachodzie. Prawda jest oczywiście taka, że z grania Death Metalu tylko nieliczni zrobili jakikolwiek sposób na życie, a nawet wśród markowych zespołów, mało który ciągle był/jest na topie.

Piszę to, bo polska scena pod tym względem nie była w żaden sposób wyjątkowa na świecie, a od jakichś ponad 10 lat mnoży się różnej maści reunionów, które w kluczowych latach boomu na Death Metal (czyli ’89-’94) nagrały kultowe demo/ep/singiel (niepotrzebne skreślić), po czym się rozpadły.

I fakt, wśród tychże ekip, jakiejś części udaje się dostać drugą szansę i przejść na wyższy level (jak np. Antropomorphia), ale zdecydowane większe grono wydaje swój łabędzi śpiew, na zasadzie dopięcia klamry historycznej, po czym znowu znika ze sceny. Nie wiem, jak będzie z Toxaemią, ale byłaby szkoda, gdyby to była ostatnia rzecz nagrana przez nich.

Słychać, że Panowie to weterani, ponieważ pomimo ich szwedzkiego pochodzenia, zdecydowanie bardziej opierają się na starym, amerykańskim Thrashu, a gdzieniegdzie przypominają mi bardziej europejski Death Metal z wczesnych lat ’90 rodem z Niemiec, Holandii, czy nawet wręcz Polski. Nie, żeby gdzieniegdzie nie przebijały się riffy typowo Made in Szwecja, ale nie spodziewajcie się usłyszeć brzmienia typu Entombed/Dismember. Prędzej pomylicie ich z Malevolent Creation, Bolt Thrower niż z tamtymi legendami.

O ile więc ciężko mi nazwać zespół „charakterystycznym”, to jestem w stanie usłyszeć na płycie patenty, a właściwie zamiłowanie do grania specyficznych melodii, które sobie zespół szczególnie upodobał. Mowa tu o takich ciosach jak „Betrayal”, „Toxaemia”, „Leprosy”, czy „Hate Within”, które w swoim zwyczaju polecam do sprawdzenia w pierwszej kolejności. Każdy utwór jednak ma swój „refren” – raz lepszy, raz gorszy. Swoją drogą, bardzo mało odkrywcze tytuły utworów są chyba jedyną większą bolączką.

Jedynym starym numerem nagranym ponownie z czasów demówek, jest wyśmienity „Buried to Rot”, którego główny motyw bodajże Marduk zapożyczył sobie na „Dark Endless” (w utworze „Funeral Seemed To Be Endless”), zresztą Toxaemia nie jest jedynym zespołem kopiowanym na tamtym albumie, ale to jest temat na osobną analizę*. Tak tylko piszę, żeby można było sobie na szybko coś skojarzyć. Nie powiem, doceniam fakt, że zespół wstrzymał się od odgrzewania kotletów, bo większość ich klasyków ma wystarczająco dobre brzmienie i nie potrzebuje ponownego przypominania po raz wtóry.

Cóż więcej dodać? Określenie tej płyty „porządnym graniem” wydaje się być obelgą, zważywszy na to, że płyta jest zdecydowanie powyżej przeciętnej i mogę z uczciwym sumieniem polecić również i ludziom zblazowanym, którzy myślą, że Old School Death Metal im się znudził. Ja testowałem na sobie materiał przez dwa tygodnie z kilkoma jedno-dwudniowymi przerwami, non-stop przez 8/9 godzin dziennie. Po czym, po tygodniowej przerwie na coś innego (uważni czytelnicy będą wiedzieli co wtedy słuchałem), ponownie puściłem i to wg tego samego schematu. Bardzo niechętnie odłożyłem płytę w końcu na półkę, aby móc wreszcie przejść do czegoś innego. I całkiem możliwe, że niedługo znowu wrócę, bo kilka rzeczy zapewne bym chciał bardziej zgłębić. Tak więc ostrzegam, muza wciąga.

*Drugi charakterystyczny plagiat to „Deranged from Blood” zespołu Carnage, który Marduk zrobił (lepiej) w „The Black”.


ocena: 8/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ToxaemiaSweden/



Udostępnij:

27 sierpnia 2022

Necrophobic – Dawn Of The Damned [2020]

Necrophobic - Dawn Of The Damned recenzja reviewNa następcę „Mark of the Necrogram” nie trzeba było długo czekać. Zespół poczuł wiatr w żaglach i poszedł za ciosem, efektem czego jest omawiany następca. Wydawać by się mogło, że grupa znalazła idealną formułę łączenia Black i Death Metalu, owijając oba gatunki melodią. Sama okładka zresztą nawiązuje do poprzednika pod każdym względem, jakby obiecywała kontynuację słusznie obranej drogi. Tak się jednak niestety nie stało, a finalny produkt niestety daleki jest od geniuszu, na jaki było stać zespół wcześniej…

W zespole zmienił się co prawda tylko basista, ale o ile „Mark of the Necrogram” był pracą zespołową, gdzie każdy członek, łącznie z wokalistą, pisał utwory, tak tutaj cały album został praktycznie skomponowany przez gitarzystę grupy, Sebastiana Ramstedta, który z kolei był odpowiedzialny za te dłuższe i bardziej epickie utwory na poprzednim albumie.

W tamtym przypadku się one sprawdzały, gdyż miały obok siebie zarówno szybsze, jak i bardziej nośne piosenki do zbalansowania klimatu. Tym razem niestety nie dało się uniknąć przerostu formy nad treścią. Gatunkowo jest dużo więcej nawiązań do klasyczniejszego Metalu z lat ’80, choć staje się to dopiero oczywiste, gdy gościnnie pojawia się Marcel Schmier w ostatnim utworze (lider Destruction, jakby ktoś nie wiedział). Nie ma również tak udanego balansu między stylami jak ostatnio. Death Metal zdecydowanie gra tutaj drugie skrzypce. Najlepszymi kompozycjami zdają się być „Mirror Black” i tytułowy numer, ale nie wybijają się one ponad przeciętność.

Doceniam ambicję stworzenia koncept albumu z rozbudowanymi utworami, ale naprawdę nic by się nie stało, gdyby było więcej urozmaiceń, zwłaszcza, że materiał z uporem maniaka nie chce zapadać w pamięci, nawet po setnym przesłuchaniu. Tak więc zamiast arcydzieła, dostajemy zaledwie poprawny album.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/necrophobic.official

inne płyty tego wykonawcy:






Udostępnij:

11 maja 2022

Afterbirth – Four Dimensional Flesh [2020]

Afterbirth - Four Dimensional Flesh recenzja okładka review coverFani brutalnego death metalu na całym świecie bardzo ciepło przyjęli powrót i debiutancki album Afterbirth, choć niekoniecznie było to granie w stylu, do jakiego wszyscy przywykli. Niezależnie jednak od tego, czy „The Time Traveler’s Dilemma” weszła komuś po pierwszym czy po dziesiątym przesłuchaniu, był gotów na więcej, dużo więcej. Ku powszechnej radości Four Dimensional Flesh zaczyna się dokładnie tak, jak tego oczekiwano: mocno, gęsto i bezlitośnie. Tak podana jazda robi wrażenie i sprawia dużo radochy, ale nie trwa wiecznie – już w połowie drugiego kawałka zaczynają się dziać rzeczy dziwne, zaskakujące i nietypowe, których chyba nikt nie mógł przewidzieć.

Four Dimensional Flesh w żadnym razie nie jest kalką debiutu, nawiązuje do niego w niewielkim stopniu, w dodatku głównie ze względu na wokale (tu nic się nie zmieniło – dominują okrutne bulgoty) i ogólne założenia. Amerykanie poszli do przodu bez oglądania się na boki i zrobili w muzyce mnóstwo rzeczy, których nie przystoi robić kapeli z tego nutu. Afterbirth zdradzili brutalny death metal w wielu punktach Four Dimensional Flesh, postawili go na głowie i z rozmysłem pchnęli w stronę… progresji. Co ciekawe, mimo tych zbrodni na czystości gatunkowej, album to brutalny death metal pełną gębą – nieortodoksyjny, nieoczywisty, wypełniony sprzecznościami, momentami dziwaczny i odjechany, ale jednak. Zespół nie miał skrupułów przed łączeniem zupełnie nieprzystających do siebie elementów i gwałtownym przechodzeniem od zaawansowanej technicznie miazgi w typie Defeated Sanity do klimatycznych pasaży charakterystycznych dla późnego (!) Cynic. Z niepojętych dla mnie względów ta gmatwanina skrajnych pomysłów w wykonaniu Afterbirth ma sens, choć dla części słuchaczy, nastawionych na bezpośredni wykurw, tych majndfaków może być już zbyt wiele, a całość – zbyt wymagająca.

Materiał, podobnie jak poprzedni, składa się z jedenastu utworów (w tym czterech instrumentalnych), ale jest od niego prawie o dziesięć minut krótszy, chociaż w czasie odsłuchu wcale nie sprawia takiego wrażenia. Wydaje mi się, że to przede wszystkim zasługa jego różnorodności i imponującej wręcz intensywności – poszczególne kawałki może i są krótsze, ale upchnięto w nich znacznie więcej pomysłów, zmian tempa czy chociażby przeszkadzajek (klawisze). Ponadto na Four Dimensional Flesh nie ma dwóch przesadnie podobnych do siebie utworów (ja polecam szczególnie gorgutsowy „Black Hole Kaleidoscope”, „Rooms To Nowhere”, „Beheading The Buddha” czy „Never Ending Teeth”), a album, jako całość, wymyka się sztywnym kategoriom i jest stosunkowo oryginalny.

Brzmienie krążka trzyma poziom muzyki i — podobnie jak ona — nie jest typowe dla tego stylu. Na pewno Four Dimensional Flesh głośnością ani ogólnym ciężarem nie dorównuje „The Time Traveler’s Dilemma”, jest natomiast o wiele bardziej organiczne. Z jednej strony sound jest gęsty, głęboki i jakby przymulony, a z drugiej bardzo przestrzenny i oddychający – wystarczy posłuchać, jak czytelny jest bas albo jak pięknie wybrzmiewają te najdłuższe bulgoty. Colin Marston, który świetnie odnajduje się w popieprzonym graniu, także i tym razem spisał się doskonale.

Nie dość, że za sprawą Four Dimensional Flesh Afterbirth potwierdzili swój status wyjątkowo sprawnych brutalistów, to jeszcze zaproponowali sporo rozwiązań niespotykanych w gatunku; zasugerowali innym, w jakim można pójść kierunku, żeby ta muzyka była wciąż zaskakująca i atrakcyjna. Mnie ta kreacja w stu procentach przekonuje i nie mogę się doczekać, co też wysmażą na kolejnej płycie.


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/AfterbirthNYDeathMetal

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

21 marca 2022

Abramelin – Never Enough Snuff [2020]

Abramelin - Never Enough Snuff recenzja okładka review coverNie wiem, czy tylko mnie zaskoczyła nieco oprawa graficzna najnowszego dzieła tej australijskiej formacji? Co jak co, ale nie kojarzyłem nazwy Abramelin z typowo brutalno-deathmetalową tematyką znęcania się nad kobietami. Owszem, w przeszłości grupa miała ocenzurowane teksty na debiucie, ale poza tym nie było w nich nic kontrowersyjnego. Z drugiej strony muszę oddać honor, że książeczka prezentuje nad wyraz profesjonalne i „ładne” wykonanie, nawet jeśli zanadto stereotypowe. Ale przejdźmy do konkretów.

Minęło 20 lat od ostatniej płyty i wydawać by się mogło, że zespół już na zawsze pozostanie w otchłani niebytu. Od jakiegoś czasu jednak różnej maści drugo- i trzecioligowe ekipy postanawiają wracać, aby spróbować drugiej szansy na zrobienie, jeśli nie kariery, to chociaż zapisania się w historii jako coś więcej niż „jedni z wielu”. Sęk w tym, że Abramelin właśnie tym jest – kolejną solidną grupą Death Metalową, bez większej osobowości. Słychać trochę Vadera, Morbid Angel, Malevolent Creation, ale równie dobrze można by wymienić inne standardy i też by pasowały.

Co nie znaczy, że nie warto przesłuchać nowej pozycji w dyskografii Australijczyków. Ba, powiedziałbym nawet, że jest to zdecydowanie ich najlepsza płyta, zwłaszcza że Abramelin nie miał na koncie żadnego prawdziwego klasyka. Bardzo cenię sobie takie utwory jak „Knife-Play” za budowanie klimatu i bycie porządnym, rozbudowanym kawałkiem, jakich zresztą jest wiele na płycie. Również „A Head Fuck” i „Sparagmos” (pamiętacie tą kapelę, eh?) rzucają się w uszy przy pierwszym odsłuchu i mają swój własny pomysł na siebie. Płyta jest miodzo do słuchania, aczkolwiek bardziej do pracy, w tle.

Można by się więc zapytać – a po co w takim razie następny Death Metalowy ekwiwalent kotletu z ziemniakami? Zwłaszcza obecnie, gdzie jest więcej muzyków i zespołów, niż jest fanów i odbiorców? Odpowiedź znajduje się poniekąd w tytule płyty – „Never Enough Death Metal”. Przesłuchać warto, a i kupić też nie żal.


ocena: 7/10
mutant
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/pages/Abramelin/550713968275457
Udostępnij:

19 stycznia 2022

Molested Divinity – Unearthing The Void [2020]

Molested Divinity - Unearthing The Void recenzja okładka review coverTa płyta była dla mnie dużym zaskoczeniem, bo nie przypuszczałem, że w ogóle powstanie. Wydawało mi się, że Molested Divinity będzie tylko niezobowiązującym i raczej jednorazowym projektem kilku tu i ówdzie znanych muzyków, którzy przecież mają co robić w swoich macierzystych kapelach i to właśnie na nich się skupią. Błąd! Nie dość, że „Unearthing The Void” został nagrany, to w dodatku w niedługim czasie po debiucie. Mniejsza o to, czy ten wydawniczy pośpiech to kwestia wewnętrznej potrzeby, czy zewnętrznego zapotrzebowania – Turcy oddali w ręce fanów niecałe pół godziny klasowego łomotu.

Jak nietrudno się domyśleć, „Unearthing The Void” jest utrzymany w tym samym stylu co pierwsza płyta, a jeśli w jakiś sposób rozwija tamtą formułę, to w najprostszy z możliwych: przesuwając granicę intensywności. Materiał jest zatem trochę szybszy, brutalniejszy, lepiej wyprodukowany i — co się chwali — odrobinę dłuższy od poprzedniego. Molested Divinity nie dokonali tu żadnego znaczącego przeskoku, ale mimo wszystko pewne różnice (na plus!) można wychwycić już przy pierwszych przesłuchaniach. Tempa są odpowiednio zabójcze, choć nie monotonne, riffy urozmaicone na tyle, ile trzeba, a wokale to jeden wielki bulgot. Stąd też jestem przekonany, że miłośnicy Cenotaph, Defeated Sanity (z naciskiem na środkowy etap kariery), Putridity czy Human Mincer z radością zmasakrują swoje świnki skarbonki, żeby tylko dorwać ten album.

W kontekście „Unearthing The Void” zastanawia mnie tylko jedno. Na czym to, kurwa, polega, że dwaj członkowie Decimation, którzy odpowiadają tutaj za całą muzykę, nie potrafią się wznieść na taki poziom w swoim głównym zespole? Materiał Molested Divinity znakomicie trzyma się kupy, wchodzi bez problemu i miażdży, natomiast twórczość Decimation balansuje na granicy przeciętności i działa usypiająco. Czyżby chodziło o to, że tam stawiają sobie jakieś ambitne (zbyt ambitne) cele i za mocno się przy tym spinają, a w Molested Divinity mogą dać na luz i po prostu ponapierdalać na oślep? No i mają do dyspozycji porządnego wokalistę. Coś w tym może być, bo jeśli nazwiemy Decimation „brutalnym death metalem”, to Molested Divinity zasługuje co najmniej na miano „brutalniejszego death metalu”.

Z „Unearthing The Void” sprawa wygląda więc następująco: jeśli lubicie pieruńsko gęsty i zawiesisty metal śmierci, który nie potrzebuje żadnych ozdobników, a wymienione wcześniej kapele należą do waszych faworytów, to błyskawicznie wkręcicie się w ten materiał. Jeśli nie – i tak nie doczytaliście do tego miejsca.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/molesteddivinity

podobne płyty:

Udostępnij:

22 grudnia 2021

Valgrind – Condemnation [2020]

Valgrind - Condemnation recenzja okładka review coverWłochom z Valgrind wyjście z etapu demówkowego zajęło dłuuugie lata — i nic w tym dziwnego, bo nie wyróżniali się niczym szczególnym — więc gdy już zdołali jako tako zaistnieć oficjalnie, w miarę możliwości nadrabiają stracony czas. A robią to z naprawdę dobrym rezultatem, czego potwierdzenie znajdujemy na zeszłorocznym Condemnation – albumie, który wchodzi szybko, gładko i bez popijania. Owa przyswajalność jest w dużej mierze zasługą samego stylu – kiedy większość włoskich kapel stara się wytyczać nowe kanony brutalności, Valgrind łupią death metal starej daty oparty na wpływach Morbid Angel, Pestilence, Monstrosity czy Mercyless.

Największą zmianą w stosunku do „Blackest Horizon”, nie licząc uszczuplenia składu studyjnego, jest mocniejsze wyeksponowanie w muzyce melodyjnych partii, co daje się odczuć zwłaszcza w pierwszej części płyty. Kawałki takie jak „The Curse of Pegasus Spawn”, „Entangled In A World Below” i przede wszystkim tytułowy pod względem chwytliwości przebijają wszystko, co zespół dotychczas nagrał, a ich riffy niekiedy zahaczają o motywy typowe dla szwedzkiej szkoły (z naciskiem na Arch Enemy). Na szczęście Włosi nie przegięli ze słodzeniem i całkiem zgrabnie równoważyli te melodie gęstymi i nieco chaotycznymi solówkami (zdaje się, że wszystkie są autorstwa dwóch zaproszonych gitarniaków), w których pobrzmiewają echa Angelcorpse. Druga część Condemnation to granie również wpadające w ucho, ale już brutalniejsze, bardziej techniczne, a przy tym dość klimatyczne. Spośród tych kilku kawałków na szczególną uwagę zasługują trzy — „The Day”, „Furies”, „Storm Birds Descent” — które można podsumować jako wariacje Valgrind na temat wczesnej twórczości Morbid Angel. Morbidami wali z tych numerów dosłownie na kilometr, aaale jest to na tyle fajne, brzmi na tyle autentycznie i sprawia tak dużo radochy, że trudno mi się czepiać zespołu o odtwórcze podejście do tematu.

Brak oryginalności, mimo iż nie stanowi dla mnie większego problemu, to nie jedyny zgrzyt na Condemnation. W większym stopniu drażni mnie chociażby obudowanie „Divination – Marked By The Unknown” plumkaniem na klawiszach – niby pierdółka (uzbierało się tego ponad dwie minuty), a skutecznie wyhamowała wcześniejszy impet. Podobnie plumkane intro – w sensie ogólnym jest klasyczne, ale nie wnosi kompletnie nic, więc Włosi mogli od razu przejść od konkretów. Poza tym niektórym może się nie podobać bardziej niż ostatnio „szwedzkie” brzmienie gitar – to jeszcze nie bzyczenie z Sunlight, ale lepiej, żeby Valgrind kiedyś nie przedobrzyli.

Condemnation, choć to płyta niepozbawiona wad, przynosi niecałe 40 minut zacnego dynamicznego death metalu, który powinien przypaść do gustu każdemu miłośnikowi tej muzyki, zwłaszcza jeśli gustuje w jego klasycznej odmianie. Urozmaicone i dobrze wyważone utwory, świetny oldskulowy feeling i bardzo ładny „vandrunenowski” wokal – może i nie jest to recepta na gwarantowany sukces, ale słucha się tego z przyjemnością.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/valgrindband
Udostępnij:

19 września 2021

Obsidian Mantra – Minds Led Astray [2020]

Obsidian Mantra - Minds Led Astray recenzja okładka review coverNie jestem specem od marketingu i Kotlera kojarzę jedynie z nazwiska, aaale wydaje mi się, Obsidian Mantra powinni zaniechać używania etykiety „progressive death metal” do opisu swojej muzyki. Wiecie, to się jakoś tak źle kojarzy… Tym bardziej, że Minds Led Astray” nie ma nic wspólnego z rozmemłanym pitolonkiem, jałową trzepanką, wesołymi melodyjkami i udziwnianiem wszystkiego na siłę. Jednocześnie absolutnie nie można wrzucić zespołu do szuflady z „typowym polskim death metalem”, bo i takiej charakterystyce kapela całkiem zgrabnie się wymyka. Czyżby zatem Obsidian Mantra to twór oryginalny?

Ano nie, droga do tego daleka, co nie zmienia faktu, że zespół stara się podejść do gatunku po swojemu – korzystając z mniej popularnych/oczywistych patentów i nie odwołując się do banalnych zagrywek. Obsidian Mantra ani nie forsują tempa (wszelkie przyspieszenia to raczej dodatek) ani nie proponują wyjątkowo zakręconych struktur; stawiają za to na specyficzny nastrój i wgniatający, niemal djentowy ciężar. A brutalni są przy okazji. Baza muzyki wywodzi się jednoznacznie z death metalu, jednak już jej nadbudowa jest uzupełniona wieloma obcymi wpływami, zwłaszcza czarnej materii, co przekłada się na dużo niestandardowego riffowania oraz mnogość dźwięków dziwnych i niepokojących, które drażnią uszy z głębszych warstw. Tu brawa dla zespołu, bo chłopaki nie wyręczyli się klawiszami i wszystko — z pominięciem dwóch krótkich instrumentali — wycisnęli z gitar. Dzięki temu całość jest należycie spójna, brzmi naturalnie (bo i realizacja trzyma dobry poziom), a ze względu na bogactwo faktur jest wewnętrznie urozmaicona.

Jedyny problem z takim graniem polega na jego mizernym potencjalne komercyjnym. „Minds Led Astray” to na swoje nieszczęście materiał, nad którym trzeba przysiąść, skupić się, a niekiedy nawet pogłówkować. Owszem, tu i ówdzie trafia się fragment z chwytliwym riffem czy bardziej nośnym groovem, ale to nie to samo, co radosne patataj, czyż nie? Rozpracowywanie takiego albumu daje sporo satysfakcji, jednak nie każdy słuchacz będzie miał dość ciekawości/samozaparcia, by przebić się przez jego pozorną nieprzystępność. W związku z powyższym Obsidian Mantra niejako skazują się na brak sukcesów i działalność poza głównym nurtem, podobnie jak Dormant Ordeal, Symbolical, Nomad czy Redemptor.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ObsidianMantra
Udostępnij:

20 czerwca 2021

Aborted Fetus – Pyramids Of Damnation [2020]

Aborted Fetus - Pyramids Of Damnation recenzja okładka review coverZa sprawą Pyramids Of Damnation Aborted Fetus weszli na nowy poziom brutalności i sprawili, żeby odbiorcom kolana uginały się jeszcze przed pierwszym odpaleniem płyty. Nie widzę opcji, kiedy osoba zaznajomiona z twórczością zespołu widząc na wyświetlaczu 15 utworów w 65 minut nie stęknie z niemocy na myśl o konfrontacji z takim potworem. Co z tego, że Rosjanie nagrali swój najbardziej ambitny, urozmaicony i zaskakujący materiał, skoro już w połowie (opcja optymistyczna) duża część słuchaczy powie sobie – „dość!”?

Pyramids Of Damnation to zapewne najlepszy i najmocniej dopracowany album Aborted Fetus, choć od strony muzycznej ma najmniej wspólnego, z tym, z czego ten zespół był znany od początku. Czy to dobrze czy źle – trudno jednoznacznie stwierdzić; część fanów może być zawiedziona taką transformacją, inni natomiast docenią chęć rozwoju i odwagę przy wkraczaniu na nowe terytoria. Rosjanie ograniczyli czystą brutalność, zwolnili i wprowadzili do swej twórczości mnóstwo wpływów klasycznego death metalu oraz… elementy etniczne. Te ostatnie mają oczywiście związek z konceptem zawartym w tekstach (mitologiczne plagi egipskie), a sprowadzają się do plumkania bliskowschodnich melodyjek. Aborted Fetus nie mają tego wyczucia i rozmachu co Nile, bo nie skorzystali z żadnych egzotycznych instrumentów, ale skojarzenia z Amerykanami nasuwają się same. To jednak tylko dodatek (mimo iż zaskakująco często serwowany) do death metalowego rdzenia.

Zmianę podejścia do komponowania widać u Aborted Fetus chociażby w tym, jak bardzo urozmaicili i rozbudowali struktury utworów, już nawet abstrahując od ich ilości. Rosjanie w miarę możliwości mieszają w tempach i stylach, więc obok nowojorskiej nawalanki w typie Internal Bleeding czy wczesnego Dying Fetus trafiają się nawiązania do motorycznej mielonki a’la Bolt Thrower, Obituary czy Morta Skuld. Żeby było ciekawiej, w riffach częściej niż ostatnio pojawiają się jakieś melodie (albo ich zalążki), jest więcej solówek i momentów wytchnienia – po prostu sensownego grania. I chociaż słucha się tego całkiem fajnie, to z każdym kolejnym kawałkiem z coraz większą niecierpliwością zerka się na zegarek.

Z płyty na płytę Aborted Fetus starają się pokazać z coraz lepszej strony, podkreślić swoje rosnące umiejętności, ale na Pyramids Of Damnation jednak przedobrzyli. Albo przecenili wytrzymałość odbiorców, bo i taka opcja wchodzi w grę. Ja w każdym razie liczę, że następnym razem się opamiętają, bo 25 minut to dla nich optimum.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Abortedfetusbrutality/

inne płyty tego wykonawcy:

Udostępnij:

19 maja 2021

Thoren – Gwarth II [2020]

Thoren - Gwarth II recenzja okładka review coverTrzecia płyta w dorobku Thoren to materiał, któremu nie poświęcę zbyt dużo miejsca i to wcale nie dlatego, że trwa zaledwie 26 minut. Problemem nie jest również jego jakaś wyjątkowa kupiastość, bo kupą sensu stricto nie jest. W przypadku Gwarth II rozchodzi się o to, jak niewiele zawartość krążka ma wspólnego z celami, jakie postawił przed sobą zespół. Amerykanie wymyślili sobie, że muzyka na tym wydawnictwie będzie szalona, skomplikowana, niesamowicie urozmaicona i zaskakująca (tylko przez grzeczność nie wspomnę, do kogo chcą być porównywani), a jest – po prostu boleśnie nijaka.

Jako że nigdy nie miałem styczności z Thoren, podszedłem do zespołu bez uprzedzeń i… zostałem całkiem pozytywnie zaskoczony, bo chaotyczna jazda w pierwszym kawałku zapachniała szaleństwami w stylu Cephalic Carnage. Będzie ostro! Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, więc po upływie dwóch minut (!) fajne wrażenie rozmyło się w cholerę. Zespół nielicho kombinuje, tego mu nie można odmówić, momentami (liczonymi dosłownie w sekundach) gra nawet jak zbrutalizowana Dysrhythmia, sęk w tym, że całości brakuje wyraźniej zaznaczonej myśli przewodniej czy choćby dostępnych dla słuchacza punktów zaczepienia, więc koniec końców trudno stwierdzić, czemu służą i dokąd prowadzą te wymyślne wygibasy. Praktycznie cały Gwarth II to jałowe rzeźbienie w może i technicznych, ale nieciekawych i niemożliwych do zapamiętania riffach, z których nic konkretnego nie wynika. Brzmi to jak nagrywany na kaseciaku (swoją drogą produkcja jest wyjątkowo płaska) zestaw niepowiązanych z sobą ćwiczeń na rozgrzanie paluchów.

Z zasady nie mam nic przeciwko instrumentalnym płytom z progresywnym death metalem — choćby taki Essence Of Datum bardzo mi się podoba — jednak w wykonaniu Thoren to się w ogóle nie sprawdza. Mam za sobą przynajmniej kilkanaście przesłuchań Gwarth II, a i tak nie potrafię przywołać z pamięci nawet jednego motywu. I to niekoniecznie jakiegoś dobrego – po prostu jakiegoś. Kompletnie bezbarwny album.


ocena: 3/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/ThorenDeath
Udostępnij:

13 maja 2021

Carcass – Despicable [2020]

Carcass - Despicable recenzja okładka review coverZdążyliśmy już niestety przywyknąć do tego, że Wielkie Zespoły lubią w jakiś czas po premierze płyty wydać tzw. materiał „uzupełniający”, będący w istocie odpadami z sesji longpleja. Carcass nie są tu żadnym chlubnym wyjątkiem. W chwilę po nieudanym „Surgical Steel” wypuścili służący nie wiadomo czemu (czyli wiadomo czemu) „Surgical Remission / Surplus Steel”, by później zebrać to wszystko do kupy (słowo-klucz) jako „complete edition”. Teraz Brytole poszli w awangardę i opublikowali zlepek odpadów z… nadchodzącej płyty – rzekomo po to, żeby przeczekać pandemię.

Niezależnie od tego, jak bardzo byłby naciągany pomysł na Despicable, najważniejsza w tym wszystkim powinna być muzyka, a z tą naprawdę nie jest za wesoło. Ja rozumiem, że cały sens odpadów polega na tym, że są gorsze od tego, co ostatecznie trafia na płytę, więc nie należy spodziewać się po nich cudów, no ale, kurwa, są jakieś granice. Z pewnym trudem mogę wybaczyć Wielkim Zespołom granie na sentymentach i ucieczkę w autoplagiat, ale nie autoparodię, a właśnie w coś takiego bawi się tutaj Carcass. Podobnie jak na „Surgical Steel”, trzon Despicable stanowi kaleki death ’n’ roll z rozmemłanymi melodyjkami i nawalanymi od czapy blastami, które mają nadawać tym baaardzo nieskładnym popierdółkom pozory brutalności. Zupełnie nie pojmuję, czemu Anglicy w dalszym ciągu nie potrafią się zdecydować, co konkretnie grać, więc z uporem maniaka próbują wszystkiego po trochu. Niestety, jest to podane w tak ułomnej i groteskowej formie — zwłaszcza te nawiązania do „Swansong” w „The Long And Winding Bier Road” i „Slaughtered In Soho” — że ręce opadają.

Plusy Despicable? Ech… produkcja jest w porządku (choć jak na mój gust gitarom brakuje ciężaru), warsztatowo muzycy Carcass dają radę, wokal Walkera to ciągle pierwsza klasa, a w „Under The Scalpel Blade” (podpisany jako „album version” – to chyba miał być wabik na fanów) są ze dwa niezłe riffy i spoko przyspieszenie. To jednak w żaden sposób nie nastraja mnie optymistycznie przed nadchodzącym materiałem. Pewne pocieszenie znajduję w tym, że może niedługo na Ojców Założycieli spłynie opamiętanie i rozwiążą zespół, zanim dojdzie do premiery.


ocena: -
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialCarcass

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

13 lutego 2021

Kat – The Last Convoy [2020]

Kat - The Last Convoy recenzja okładka review coverKat po wydaniu „Without Looking Back" nabrał rozpędu, więc rzeźbi w gównie póki gorące (?), udowadniając wszem i wobec, że nie ma takiego tematu, którego nie da się spierdolić. Opisywany The Last Convoy to ledwie 42-minutowy składak pięciu ponownie nagranych utworów (starych i nowych) oraz trzech coverów wydany na 40. rocznicę istnienia zespołu. Wprawdzie ktoś złośliwy mógłby w tym miejscu zapytać, jaki jest sens takich zabiegów, skoro jakieś 20 lat z tych 40 to raczej brak jakiejkolwiek aktywności, ale to by godziło w polskie zamiłowanie do wszelkich rocznic, miesięcznic i innych okazji, kiedy można się spotkać przy wódce i ogórku kiszonym.

Z tego co zauważyłem, dla wielu osób dobór kawałków na tym wydawnictwie to coś pomiędzy niepojętym a absurdalnym, a przecież wyjaśnienie dostajemy w książeczce - Piotr Luczyk twierdzi, że The Last Convoy przybliża korzenie zespołu oraz przypomina najbardziej istotne momenty w jego historii. Proste, prawda? W końcu między pierwszym singlem a „Mind Cannibals” Kat nie nagrał nic wartego uwagi, w dodatku nic godnego uwagi z zupełnie przypadkowymi ludźmi. Domyślam się, że niemałym bólem dupy było wymienienie nazwisk Loth i Kostrzewski jako współautorów dwóch najstarszych numerów.

Przechodząc do zawartości płyty, na początek mamy powtórkę ze starego singla: „Noce Szatana” z zupełnie nowym bzdurnym tekstem oraz „Ostatni tabor”, w którym — i to jest ciekawe — część tekstu przetłumaczono, a część dopisano (za frazę „Run brother run!” złożyłbym wniosek o ukrzyżowanie autora), dzięki czemu całość nie trzyma się kupy i nie ma najmniejszego sensu. Oba numery brzmią strasznie sterylnie i są fatalnie zaśpiewane (po części także ze względu na teksty) – to baaardzo osobliwie pojmowany samogwałt. Następny w kolejce jest „Mind Cannibals” w lżejszej i na siłę udziwnionej odsłonie. Później przypominano, że „Dark Hole – The Habitat Of Gods” w akustycznej wersji to porażka, choć akurat pod względem wokalnym wypada najlepiej (Maciej Lipina w takiej dawce naprawdę daje radę). Ostatnim autorskim kawałkiem i zarazem największą (potencjalną) atrakcją na płycie jest „Flying Fire 2020”, w którym udziela się Tim Owens. Amerykanin miał pozamiatać, a niczego nie wniósł od siebie i zaśpiewał bez przekonania.

W przypadku coverów — Deep Purple, Scorpions i AC/DC — mogę być nieco bardziej wyrozumiały, bo od strony technicznej wszystkie zagrano bez zarzutu, a w ich aranżacjach nie wprowadzono żadnych drastycznych zmian. Niestety, nie są to utwory instrumentalne… Głos Jakuba dalej mnie nie przekonuje, ale resztką obiektywizmu potrafię przyznać, że to i tak najlepsze wokale, jakie nagrał dla Kata. Wydaje mi się, że główna w tym zasługa oryginalnych linii, których mógł się bezpiecznie trzymać. Niemniej jednak… Chopin gdyby jeszcze żył, toby pił. A Ian Gillan, gdyby nie żył, to by się w grobie przewracał… Na nasze szczęście nikt nie wpadł na to, żeby przerobić Rainbow!

I właśnie tak według Piotra Luczyka ma wyglądać wydawnictwo podsumowujące 40 lat grania, w tym przynajmniej 10 jawnego robienia sobie kpin z najwierniejszych fanów. The Last Convoy to zrobiony niewielkim nakładem kosztów i pracy pospolity wyciągacz pieniędzy. Napisałbym, że gorzej być nie może, ale podejrzewam, że zespół ma jeszcze jakieś gówno w zanadrzu.


ocena: 2/10
demo
oficjalna strona: kat-band.com

inne płyty tego wykonawcy:


Udostępnij:

29 stycznia 2021

Spectrum Of Delusion – Neoconception [2020]

Spectrum Of Delusion - Neoconception recenzja okładka review coverMając w pamięci bardzo dobry debiut Spectrum Of Delusion, przy okazji drugiej płyty nastawiałem się na małe trzęsienie ziemi w ich wykonaniu, bo chłopaków zdecydowanie stać na zrobienie zauważalnego zamieszania na scenie. Niestety, na taki brejkinpojnt przyjdzie mi jeszcze poczekać, gdyż na Neoconception Holendrzy nieco przeszarżowali z ambicjami i w rezultacie stworzyli krążek zaledwie dobry, momentami nawet bardzo dobry, ale ciągle poniżej oczekiwań.

Muzykom Spectrum Of Delusion zamarzyło się coś ponadprzeciętnie oryginalnego i dlatego poświęcili prawie trzy lata na skomponowanie materiału mocno zespojonego z historią sci-fi zawartą w tekstach. Cały koncept sprowadza się z grubsza do tego, jak ludzkość (po)radzi sobie w obliczu nieuchronnej zagłady (w tej roli asteroida) i co będzie później – z przenoszeniem świadomości do superkomputera i wysyłaniem go w kosmos, żeby dziedzictwo Jarosława nie przepadło bezpowrotnie. Takie podejście do liryków niejako wymusiło na zespole rezygnację przynajmniej z części aranżacyjnych schematów oraz zadbanie o dużą — podejrzewam, że większą niż by to było konieczne w normalnych warunkach — różnorodność poszczególnych utworów, a nawet wrzucenie kilku na siłę (choćby instrumentalny „Bringing Serenity”). Całość uzupełniono samplami, które w zamyśle mają sprzyjać imersji i ułatwiać wciągnięcie się w temat. Wszystko fajnie, doceniam pomysły i ogrom włożonej pracy, szkoda tylko, że mnie to niespecjalnie rusza, a przez te wszystkie dodatki Neoconception wydaje mi się płytą zbyt rozwlekłą i stonowaną.

Nie wiem, czy to tylko na potrzeby konceptu tego albumu, czy już na stałe, Spectrum Of Delusion zmienili priorytety i pchnęli muzykę w bardziej progresywne rejony, tracąc tym samym na znanych z „Esoteric Entity” brutalności i ciężarze. Podobne choróbsko dotknęło swego czasu Obscura („Akróasis”), później przeszło na Beyond Creation („Algorythm”) i w obu przypadkach nic dobrego z tego nie wyniknęło. Jako że bohaterowie tej recki mają duuużo wspólnego z obiema wymienionymi kapelami, to i u nich ta korekta stylu nie zachwyca. Łagodzeniu grania mówię twarde i zdecydowane: nie! A może po prostu jestem jakiś dziwny, bo nie potrafię zaakceptować kierunku, w jakim zmierza współczesny progresywny death metal? Spectrum Of Delusion wymiatają na wysokim poziomie, z ogromną łatwością i rozmachem (bezprogowy bas szaleje bez ustanku i chyba jest go nawet więcej niż gitar) i szkoda by było, gdyby się w pewnym momencie ograniczyli do pitolenia.

Pomimo dość dodupnego obrazu Neoconception, jaki nakreśliłem powyżej, album może się podobać, ba – może nawet robić spore wrażenie. To materiał dopracowany do najdrobniejszego szczegółu, zgrabnie opakowany i zagrany tak, że kopara opada. Problem w tym, że na szczere zachwyty będzie stać tylko tych, którzy nigdy nie mieli styczności z debiutem Holendrów.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/SpectrumofDelusion/

podobne płyty:


Udostępnij:

23 stycznia 2021

Infiltration – Point Blank Termination [2020]

Infiltration - Point Blank Termination recenzja okładka review coverO pochodzącym z Petersburga Infiltration dużo się pisze w kontekście klasycznego death metalu, padają takie nazwy jak Bolt Thrower, Cannibal Corpse, Napalm Death… których jednak w ich muzyce w ogóle nie słychać. No chyba, że wojenna tematyka ma się koniecznie kojarzyć z Boltami, a sama obecność blastów i ze trzech riffów pod „Utopia Banished” to wielkie wpływy Napalmów – tylko to trochę naciągane, nie sądzicie? Point Blank Termination to, a owszem, death metal, ale taki dość uniwersalny i inspiracjami raczej niewykraczający poza 2000 rok – wszystkiego tu po trochu, choć na szczęście te lepsze fragmenty/wpływy przeważają.

Początek płyty jest całkiem obiecujący, bo utwory są bezpośrednie, mają odpowiedniego kopa i w zasadzie wszystko w nich siedzi jak należy. No, może feeling solówek daje trochę do myślenia, ale kto by się tym przejmował… do czasu. W tych trzech kawałkach Infiltration stosunkowo blisko do brutalniejszej Szwecji (Vomitory, Nominon) z domieszką Ameryki (Malevolent Creation), więc tak podane granie musi się podobać i wchodzi bez problemu. Pierwszy poważny zgrzyt pojawia się dopiero w „Collateral Damage„, w którym Rosjanie przymulają czymś na kształt death ’n’ rolla, którego źródeł należy szukać na płytach Entombed, Gorefest czy Disgrace. Nie jestem przesadnym miłośnikiem tego stylu nawet w wykonaniu najlepszych kapel, a Infiltration do tego grona z pewnością się nie zaliczają – wyszedł im drętwy, rozwlekły i nieprzekonujący kloc. Kolejna wtopa to ambientowy „Missiles Over The Minefields„ – nie wiem do czego to pasuje, ale na pewno nie do tego, co leciało z głośników raptem chwilę wcześniej. Te dwa numery rozbijają spójność albumu, z niczego logicznie nie wynikają i upchnięto je chyba tylko po to, żeby Point Blank Termination przekraczał pół godziny. Album zamykają dwa kawałki, w których zespół wraca do mocniejszego grania, ale nie na tyle ekstremalnego, żeby się w pełni zrehabilitować za wspomniane potknięcia. Owszem, oba są dość udane, ale przez to, że wyraźniej zaakcentowano w nich groove, za szybko tracą impet – jakby Infiltration nie do końca wiedzieli, czy chcą bujać, czy napierdalać.

Od pewnego czasu na rosyjskiej scenie death panuje dość duży tłok, a bohaterowie tej recki na tle konkurencji niczym specjalnym się nie wybijają. Mają warsztat i solidne brzmienie, ale gorzej u nich z tożsamością i ogólnym pomysłem na zespół. Na szczęście dla nich są na tyle młodzi, że mają szansę jeszcze się wyrobić.


ocena: 6/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/infiltrationdeath
Udostępnij:

19 stycznia 2021

Loudblast – Manifesto [2020]

Loudblast - Manifesto recenzja okładka review coverFrancuska stara gwardia — a przynajmniej ta jej część, która jest jako tako aktywna — trzyma się zadziwiająco dobrze. Może i nie z dużą częstotliwością, ale z dobrym rezultatem weterani od lat udowadniają, że warto im było wygrzebać się z grobów i dać sobie jeszcze jedną szansę. W tym niewielkim gronie Loudblast zawsze byli tą większą, popularniejszą i bardziej utytułowaną kapelą i to po trzech dekadach raczej się nie zmieniło – dla Listenable są priorytetem. Pod względem muzyki nie stawiałbym ich aż tak wysoko – dla mnie byli solidnym numerem dwa i Manifesto tylko mnie w tym utwierdził.

Ósma płyta Francuzów to kawał zadziornego klasycznego (niektóre motywy gitarowe sięgają „Leprosy” i „Spiritual Healing”) death metalu mocno doprawionego równie klasycznym thrash’em i paroma bardziej współczesnymi rozwiązaniami. Loudblast na pewno nie są tak oldskulowi i obskurni jak Mercyless, nie dorównują im także ekstremalnością (co akurat jest pewnym zaskoczeniem – jako garowego zatrudnili Kevina Foley’a, więc można było oczekiwać intensywnego wygrzewu), ale te ewentualne braki nadrabiają pomysłami na chwytliwe i wyraziste riffy. W tym kwestii muzycy pokazują prawdziwą klasę! Ja rozumiem, że po tylu latach grania doświadczenie procentuje i zróżnicowanie przychodzi samo, jednak to, że każdy kawałek różni się od pozostałych — a właśnie z tym mamy do czynienia na Manifesto — jest już pewnym wyczynem. Nawet jeśli któryś numer nie musi nam podchodzić, to na pewno jest on „jakiś”, ma w sobie coś charakterystycznego.

Następna pochwała należy się zespołowi za solówki. Wprawdzie nie pojawiają się zbyt często, ale jeśli już, to naprawdę jest na czym ucho zawiesić. I nie tyle chodzi o ich stronę techniczną (choć i tej nie można niczego zarzucić), co o świetne umiejscowienie w utworze i ich wpływ na ogólny klimat – doskonały tego przykład znajdziecie w złowieszczym „Into The Greatest Of Unknowns”. Kontynuując temat chwytliwości Manifesto, muszę jeszcze dodać, że część tekstów napisano tak, żeby możliwie szybko podłapać ich refreny i przez to łatwiej się w nie wkręcić. Mała rzecz, a cieszy.

Loudblast na Manifesto nie zawodzą, choć też jakoś specjalnie nie zachwycają. To bardzo solidny krążek stworzony przez zawodowców, którzy doskonale wiedzą, jak poskładać dźwięki do kupy, żeby wyszło z nich coś fajnego, a przy tym potrafią dopilnować całej oprawy: brzmienie jest spoko (zostawiono trochę przyjemnego brudu), produkcja czytelna (z wyczuwalnym basem), a okładka całkiem nieźle pasuje do klimatu całości. Mnie to wystarcza.


ocena: 7,5/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/Loudblast.official



Udostępnij:

10 stycznia 2021

Nawabs Of Destruction – Rising Vengeance [2020]

Nawabs Of Destruction - Rising Vengeance recenzja okładka review coverZ Nawabs Of Destruction wszystko było oczywiste od samego początku. Zespół pochodzący z Bangladeszu, składający się zaledwie z dwóch kolesi, a wydawany przez Pathologically Explicit – to musi być jakiś bulgotliwy, slammujący brutal death, po prostu musi. Okazało się, że to jedynie nic niewarte pozory, a Rising Vengeance szybko stał się dla mnie jednym z dwóch największych łotefaków 2020 roku. Nastawiałem się na popłuczyny po Devourment, a pierwsza nazwa, jaka po minucie wpadła mi do głowy to… Edge Of Sanity. Nie ma co, Nawabs Of Destruction potrafią zaskoczyć, ale na tym ich zalety się nie kończą, bo mają do zaoferowania 40 minut naprawdę ciekawego i nieszablonowego grania.

W wielkim uproszczeniu i przymykając oko na to i owo, Rising Vengeance można określić mianem melodyjnego i progresywnego death metalu. Jeeednak każdy, kto po zobaczeniu takiej etykiety nastawi się na drętwe pitolonko w typie In Mourning czy innego Insomnium, będzie srogo rozczarowany, bo Nawabs Of Destruction są od tych bendów znacznie brutalniejsi i techniczni, a przy tym wykazują więcej klasy przy wplataniu w muzykę lajtowych rozwiązań. No i na pewno nie grają na jedno kopyto przez całą długość płyty. Materiał na Rising Vengeance jest szalenie zróżnicowany i do pewnego stopnia nieprzewidywalny. Chłopaki nie cofają się przed niczym, co w jakiś sposób pasuje im do wizji, stąd też trafiają się tu wstawki pop-death’owe (a’la późny Dark Tranquillity, Soilwork czy Kalmah), odrobina deathcore’a (w „Sleep Paralysis”), klawisze (w tym także stylizowane na hammondy – w „Rise Of The Warlords”) oraz — i to robi największe wrażenie — bardzo udane i pewnie wykonane czyste wokale, które występują w większości utworów.

Momentami ciężko uwierzyć, że za tak rozbudowany i skontrastowany album odpowiadają tylko dwie osoby, ale skoro Dan Swanö dawał sobie radę… Saad Anwar (teksty i wokale) i Taawkir Tajammul („żywe” instrumenty i programowanie – obstawiam, że gary są właśnie z komputera) odwalili kawał naprawdę porządnej roboty, bo w niepojęty dla mnie sposób udało im się zachować spójność wszystkich elementów i uczynić muzykę niezwykle łatwą w odbiorze. Niestandardowa konstrukcja kawałków Nawabs Of Destruction i urozmaicone jak cholera wokale sprawiają, że do Rising Vengeance wraca się z dużą przyjemnością, nie tylko na zasadzie ciekawostki przyrodniczej. Świetny debiut!


ocena: 8/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/NawabsOfDestruction
Udostępnij:

2 stycznia 2021

Profanity – Fragments Of Solace [2020]

Profanity - Fragments Of Solace recenzja okładka review coverProfanity to już uznana marka na polu niemieckiego death metalu, prawdziwi weterani tamtejszej sceny, choć ani dorobkiem płytowym, ani aktywnością nigdy nie grzeszyli. Gdzie zatem szukać źródeł ich wysokiego statusu? Ano grają od dawna, co za naszą zachodnią granicą chyba wystarczy do sukcesu. To jednak wcale nie oznacza, że grają dobrze. Ich poprzedni album „The Art Of Sickness” zupełnie mnie nie ruszył, zaś wydany rok później split z Sinister z coverem Suffocation jedynie zniesmaczył. Na Fragments Of Solace jest nieco lepiej, ale wciąż nie na tyle, żebym komukolwiek polecał ten materiał.

Podstawowy problem Profanity polega chyba na tym, że ich ambicje znacznie przerastają umiejętności komponowania. Zespół chce grać brutalny i techniczny death metal z wieloma superskomplikowanymi partiami, zadziwiającymi aranżacjami, fantastycznymi melodiami i ogólnie – z efektem WOW. Bardzo chce. Bardzo, bardzo. Tak bardzo, że osiąga efekt odwrotny do zamierzonego: Niemcy są w stanie stworzyć jedynie jako-tako trzymające się kupy zlepki różnych zrzynek i zapożyczeń. W dodatku ciężko doszukać się w tych poczynaniach jakiejś konsekwencji – Profanity nie za bardzo wiedzą, czy by chcieli być drugim Necrophagist („The Autopsy” to praktycznie cover „Foul Body Autopsy” – a twierdzą, że są autorami całej muzyki), Decrepit Birth, Suffocation a może Anata (zwłaszcza w „Where Forever Starts”), i w rezultacie próbują być wszystkimi naraz. Muzyce z Fragments Of Solace brakuje przez to płynności i spójności, a już szczytem wszystkiego są solówki wstrzelone w zupełnie przypadkowych miejscach.

Nie da się ukryć, że Niemcy potrafią grać — wszak po tylu latach wyrobienie sobie techniki wydaje się czymś oczywistym — ale niestety nie idzie za tym nic więcej. Jeśli jedynym pomysłem Profanity na muzykę ma być „gramy technicznie”, to nie należy oczekiwać, że taki materiał zapadnie w pamięć na długo. I nie zapada. W przypadku tego albumu naprawdę trzeba się zmuszać, żeby dotrwać do końca, a magia nazwisk zaproszonych gości (Dave Suzuki i Terrance Hobbs plus paru innych, mniej istotnych) niewiele w tym pomaga. Fragments Of Solace to płyta przekombinowana, nudna i irytująca.


ocena: 5/10
demo
oficjalna strona: www.profanity.de
Udostępnij:

29 grudnia 2020

Goratory – Sour Grapes [2020]

Goratory - Sour Grapes recenzja okładka review coverNigdy nie było mi po drodze z Goratory, chociaż robiłem do kapeli kilka podejść i naprawdę, może nawet trochę na siłę próbowałem się do niej przekonać. A to wszystko z powodu jednego niepozornego człowieka o nazwisku Darren Cesca, który od lat należy do grona moich ulubionych perkmanów. Wszak nie bujałby się z resztą składu, gdyby nie byli w jakiś posób fajni, no nie? Może gra z nimi z litości? A może mają na niego teczkę? Przynajmniej część tych wątpliwości rozwiewa wydany po 16 latach przerwy Sour Grapes.

Nie sądzę, żeby zespół miał jakąś ogromną rzeszę fanów śliniących się na myśl o nowych utworach (choć mogę się mylić) tudzież był aż tak atrakcyjnym biznesowo kąskiem, by wytwórnie proponowały im miliony za reaktywację. Przychodzi mi do głowy tylko jeden logiczny powód, dla którego Goratory mogli wrócić z niebytu po tak długim okresie nicnierobienia: poczuli, że mają jeszcze coś do powiedzenia. Mimo to podchodziłem do Sour Grapes nieufnie – nie spodziewałem się po Amerykanach absolutnie niczego ponad to, co już słyszałem w ich wykonaniu, w dodatku miałem nawet dość dokładną wizję tego, jak pokracznie ta płyta będzie brzmiała. A tu proszę – dupa ze mnie, nie jasnowidz!

Sour Grapes, pomijając jej głupawą otoczkę (która pewnie odstraszy wielu potencjalnych słuchaczy), naprawdę zaskakuje. Żadne to mistrzostwo świata, ale w swojej kategorii Goratory nie mają się (już) czego wstydzić. Zespół w dalszym ciągu wycina brutalny i techniczny death metal, z tą drobną różnicą, że teraz muzyka nabrała większego sensu, bardzo ładnie trzyma się kupy i nie sprawia wrażenia klejonej na siłę. Materiał jest dynamiczny, w miarę urozmaicony, a co najważniejsze upakowany naprawdę wyrazistymi riffami i szaleńczo szybkimi partiami perkusji (tu nie ma lipy). Całość zamknięto w rozsądnych 26 minutach, więc nikt nie zdąży pomyśleć o ziewaniu. W paru miejscach Amerykanie zapędzają się w rejony bliskie drugiej płycie Severed Savior, a to już jednoznacznie pokazuje, jakie zrobili postępy i zarazem stanowi jakąś rekomendację.

Produkcja Sour Grapes nie urywa dupy, jednak i tak jest co najmniej o klasę lepsza od tego, co miałem w głowie przed wysłuchaniem płyty. Na plus na pewno wypada czytelność, bo nawet bas utrzymuje się na powierzchni przy najbardziej zagęszczonej napierdusze.

Jeśli na widok okładki Sour Grapes przychodzi wam na myśl jedynie: „no kurwaaa, litościii”, to polecam się przełamać i dać Goratory szansę (najlepiej zacząć od „I Shit Your Pants”), bo inaczej stracicie kawał całkiem udanej i radosnej napierdalanki (bez śladu slamu!) w amerykańskim stylu.


ocena: 7/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/OfficialGoratory/
Udostępnij:

27 grudnia 2020

Faceless Burial – Speciation [2020]

Faceless Burial - Speciation recenzja okładka review coverW Australii rośnie nam nowa gwiazda klasycznie pojmowanego death metalu. Faceless Burial pojawili się w zasadzie znikąd, zadebiutowali zaledwie trzy lata temu całkiem udanym „Grotesque Miscreation”, a już teraz łokciami przepychają się do czołówki takiego grania. Ja im kibicuję, bo wraz z kolejnymi wydawnictwami chłopaki robią ogromne postępy, a ich ciężka praca zdecydowanie przynosi efekty – Speciation to dla mnie jedna z najciekawszych płyt 2020 roku.

To imponujące, jak w tak krótkim czasie Australijczycy przeskoczyli na wyższy poziom, by z pierwotnego i mocno podziemnego death metalowego bendu przekształcić się w twór stosunkowo wyrafinowany i ambitny. Najlepsze jest jednak to, że Faceless Burial nie poszli na żadne kompromisy ani nie sięgnęli po sztuczne zapychacze. Zespół w każdym kawałku na Speciation stara się, by z klasycznej formuły wycisnąć jak najwięcej, by znane już elementy poskładać w intrygujący sposób i utrzymać tym samym świeżość muzyki. Cały materiał jest przesycony tym, co najlepsze w death metalu z lat 1989–1994 z naciskiem na Death i Morbid Angel. Ponadto na Speciation przewijają się również wpływy Immolation, Gorguts, Incantation, Autopsy czy Suffocation, ale żadna z tych nazw nie dominuje, chodzi raczej o zbieżność pojedynczych riffów czy podobne rozwiązania aranżacyjne.

Utwory na drugim albumie Faceless Burial w porównaniu do tych z debiutu są na pewno bardziej rozbudowane, wielowątkowe, urozmaicone, bogate w detale i po prostu ciekawsze. Nie ma mowy o klepaniu jednego motywu przez kilka minut – tu ciągle coś się zmienia: tempa, riffy, klimat, melodie… Doskonale słychać, że muzykom zależy na tym, żeby także dla nich to granie było atrakcyjne i stanowiło jakieś wyzwanie, żeby zbyt szybko się nim nie znudzili. Analizując materiał od strony technicznej można stwierdzić, że Australijczycy nie robią niczego nadzwyczajnego (może z wyjątkiem perkusisty, dla którego 10 sekund jednostajnego nawalania to coś uwłaczającego), pod progresję też ciężko to podciągnąć, a jednak Speciation w paru miejscach jednoznacznie kojarzy się z cudami, jakie robią Blood Incantation (z nimi dodatkowo mają dużo wspólnego w kwestii wokali) oraz Horrendous.

Zajebistość Speciation podkreśla przykuwająca wzrok okładka oraz świetnie dopasowane do muzyki brzmienie, które dzięki doskonałej selektywności pozwala się delektować każdym aranżacyjnym niuansem. Właśnie tak powinien wyglądać klasyczny death metal we współczesnej odsłonie!


ocena: 9/10
demo
oficjalny profil Facebook: www.facebook.com/facelessburial/

podobne płyty:

Udostępnij: